Recenzja: Hijiri X-DCH Nagomi

Odsłuch cd.

Terminale od amerykańskiego Wattgate.

Tak wilgotno, że nie tylko brak osuszenia, ale normalnie wilgoć. I tlenu także w sam raz, tak żeby jeszcze nie było brzmieniowych dmuchawców, a jednocześnie przeciwieństwo duchoty. Ogólnie biorąc z tlenem i wilgotno, jakbyś w dzień letni, słoneczny nad brzegiem jeziora usiadł i pomyślał: „tak u nas w mieście nie ma, że też ja muszę się tam kisić”. Trzecia zmiana była jednak niedobra – rozleciało się to super ogniskowanie. Dźwięki utraciły dobrze związane formy, jakby zwielokrotniły się w sobie. Wilgotne i natlenione stały się jednocześnie trochę takie, jakbyś założył nie swoje okulary i obraz stracił kontur. To mnie zmartwiło, bo poza tym morfologia o wiele lepsza i na podstawie tej lepszości momentalnie przestałem być wobec tego Nagomi obojętny. Na wszelki wypadek od razu wróciłem do Gargantui, te zmiany wydały mi się nienormalnie duże. Niby przy komputerze też zmiana zasadnicza, ale z interpretacyjnego zakresu, gdy tutaj czysta fizjologia. Nie, nie pomyliłem się, nie przesłyszałem – ponownie  suszej i mniej tlenu, za to obraz dużo ostrzejszy, wyraźnie lepiej zogniskowany.

Cholercia – myślę sobie – szkoda tego Nagomi – bo gdyby się wyostrzył… Lecz z drugiej strony dystrybutor tak jednoznacznie za nim, tak pewny swego, i twórcą Kiuchi-san, czyli tak dziać się nie powinno. Poza tym audiofilska zasada głosi, że kabel musi się ograć. A ja go tu tak z marszu, bez dania chwili na ułożenie.. – tak postępować się nie powinno. I recenzje też pisać trzeba ex cathedra, głosząc prawdę już objawioną; gdy ja się bawię w chronologię zdarzeń – ale tak jakoś lubię, to mnie wiąże emocjonalnie. Wróciłem do Nagomi i dałem mu się ograć. Godzinkę sobie system cichutko mruczał za moimi plecami (dzielony Ayon ma na szczęście regulację głośności, bo krokowe potencjometry w Twin-Head cichości same nie zdziałają). Raz jeszcze, nie wiem który, towarzyszyło temu zwątpienie, tak jakbym z doświadczenia nie wiedział, że w audiofilizmie wszystko jest możliwe poza dźwiękiem zupełnie idealnym. Mimo to nie bardzo chciało mi się wierzyć, że kabel się zogniskuje… Choć może? W końcu to Harmonix, tyle że teraz nazywający się Hijiri. Potem się odwróciłem, potencjometry na normalny poziom… Wiecie co? Zogniskował się…

A chociaż to nie mój kabel, to strasznie się ucieszyłem. Bo chociaż jazda przez te wszystkie brzmieniowe testy z Gargantuą była niczym innym jak przyjemnością (dodajmy, wielką nawet) to jednak z tym zogniskowanym już Nagomi było dużo przyjemniej. Różnica – nie dosłownie, ale w stylu – jak między świetnym obrazem wygenerowanym przez komputer, a prawdziwym pejzażem. Biologizm – to jest słowo, które tu dobrze pasuje. W tym torze, wchodząc na miejsce Acoustic Zen Gargantua II w przedwzmacniaczu Twin-Head, kabel sieciowy Hijiri X-DCH Nagomi uczynił brzmienie bardziej biologicznym. Zarazem sprawił, jakby wszystkiego przybyło, ponieważ wraz z tym zogniskowaniem stała się rzecz jeszcze inna, której wcześniej wcale nie było.

Co taki z drutu precel może dla muzyki? Okazuje się – dużo może.

Otóż powiedzieć, że się zogniskował, to powiedzieć za mało. On zogniskował się w taki sposób, że dźwięki zyskały lepszy trzeci wymiar. Wcześniej też oczywiście go miały, ale w sposób mniej o wiele widoczny, bardziej standardowy. Tyle tylko, że tutaj grały wielkie tuby Zingali, a dla nich „standardowy trzeci wymiar” to poziom nieosiągalnie niebotyczny dla zwykłych kolumn. Mimo tego z Nagomi stał się ten trzeci jakby nowym zjawiskiem, dla niego samego tylko chciało się słuchać i słuchać. Nie dość to powiedziane – nie można było przestać. Pewnie mi nie wierzycie? Myślicie, że przesadzam? Co poradzę, nie wierzcie… Ale tak właśnie było. Addycja trzeciego wymiaru nie dotyczyła przy tym jedynie objętości dźwięków, poprawiła też holografię. Ponownie przywołałem ten zjawiskowy chórek z „Czarodziejskiego fletu” i poprzez prąd z Nagomi był jeszcze bardziej zjawiskowy. A w ogóle, to grało tak, że powinienem sprzedawać bilety. Ludzie chodzący do filharmonii tam z nie swoimi repertuarami się męczą, soliści też nie tacy, a ja mogę im puścić, co zechcą.

Porównanie do samego olbrzyma od Acoustic Zen, nawet w połączeniu z tym wcześniejszym przy komputerze do Illuminati, to by było za mało, już choćby tylko dlatego, że mam też klasyczny przewód Harmonix X-DC350M2R, który bardzo a bardzo lubię. Przy jego z nowym Nagomi porównaniu przeniosłem się w inne miejsce, do przetwornika Ayon Stratos. Tam ten Harmonix ostatnio pracował, tam został zastąpiony. Różnice? Tak, różnice – i może nie aż dramatyczne, jednak dobrze słyszalne. Dwie w sumie z takich makroskopowych, przy czym pierwsza taka bardziej łączona. Składało się na nią to, że Nagomi zagrał niższym, nieco ciemniejszym i nieco znów wilgotniejszym dźwiękiem. Ale z tego najważniejsze, że niższym, bo ciemniejszy, to tylko tego pochodna. Astrud Gilberto, której wokal nie jest jakiś fenomenalny, ale za to wyjątkowo nadaje się do porównań, gdyż wyjątkowo wyraźnie się zmienia, poprzez klasycznego Harmoniksa śpiewała jako osoba młodsza i mniej zaangażowana. Bardziej młodzieńczy jej głos brzmiał niewątpliwie zjawiskowo, ale poprzez Nagomi nie tylko niżej (ergo dojrzalej), ale też bardziej namiętnie, zmysłowo, namacalnie. Towarzyszyła temu zmiana druga – podobnie jak w odniesieniu do Gargantui i tu przyrosła trójwymiarowość. Nie tak intensywnie, ale też wyraźnie – i też w odniesieniu zarówno do samych dźwięków, jak i sceny i holografii. Scena głębsza, mocniejsze z głębokich planów dźwięki, lepsze czucie dystansu – takie zawsze obecne, nie wymagające odwoływania się do specjalnych nagrań. Jeszcze dodatkowa uwaga, że pracujący cały czas w Twin-Head Gargantua przy użyciu Nagomi w przetworniku wyraźnie zgubił suchość, tak jakby cały system potrzebował w dowolnym miejscu magicznego kraniku, który dawał Hijiri.

Do zdjęcia pozuje tam, gdzie nie grał.

Rozprawiwszy się z tak groźną konkurencją nowy „Power” z Japonii (nie taki całkiem już nowy, ale jeszcze nie stary) porwał się na najgroźniejszą konkurencję, cztery przeszło razy droższego Sulka. Tu już się wygrać nie udało, ale dystans nie okazał się duży. Topowy Sulek wykazał się przewagą melodyjności i jeszcze bardziej pietystyczno-holograficznym podejściem do ukazania każdego dźwięku, więcej też umiał przepuścić przez siebie basu. Wraz z tym jeszcze więcej tchnął życia w muzykę, jeszcze wszystko się lepiej zobrazowało, ale nie było tego aż tyle, żebym w razie konieczności posiadania zamiast niego Nagomi musiał zaraz się zabić. Różnica była, jak to się mówi „wyczuwalna”, lecz nic ponad to.  Przy czym styl brzmieniowy jednaki,  mocno utrudniający przejście ślepej próby, która na pewno nie byłaby banalnie prosta. (Ten test odbył się już ze słuchawkami; oba kable pracowały w Twin-Head jako słuchawkowym wzmacniaczu napędzającym Ultrasone Tribute 7, ponieważ małe wtyki sprzętowe, używane przez Sulka, jako jedyne wchodzą do końcówki mocy Crofta bez wyginania interkonektów, których wtyki leżą za blisko.)

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Hijiri X-DCH Nagomi

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Do mojego toru odsluchowego wszystkie kable firmy (Duelda)glosnikowe,interkonekty i kable zasilajace zrobilem sam a przyznam ze jestem calkowita noga z operowaniem lutownica itd.
    Akurat tor mam analogowy i wzm SET lampa,kabli tych nie pokonaja ani te ani inne za parokrotnie wieksze pieniadze,tak ze do anlogowego lampowego toru to zapomniec o takich wydatkach,moje kable zrobione kosztowaly grosze….

    1. Pawcio pisze:

      Panie Mirosławie a słuchał ich Pan w swoim systemie. Czy ktoś z lepszym systemem słuchał Pana systemu, czy jest on w stanie pokazać ròżnice między kablami tej klasy?
      Akurat w moim systemie słychać różnice między identycznymi kablami jednego producenta różniącymi się wtykiem a oba są w tym samym czasie wyprodukowane przed tego producenta.
      W moim systemie z pewnością usłyszałby Pan różnice.
      Jeśli złożone przez Pana kable wpasowały się w system i jest synergia to tylko się cieszyć pozostaje, że audiofila nervosa została zaspokojona.

      1. miroslaw frackowiak pisze:

        Odnoslem sie tylko do wszelkich kabli(silowych,glosnikowych i interkonektow)stosowanych w polaczeniu w torze odsluchowym analogowym w ktorym graja wzm lampowe SET+wysokoskuteczne kolumny+gramofon..magnetofon szpulowy itd. inne tory mnie nie obchodza,tylko podobne do mojego.Stwierdzam ze przerobilem wiekszosc kabli i koniec poszukiwan,najlepsze i najtansze sa kable (Dueluda )jesli sa kable inne niz tej firmy a zagraly podobnie to kosztowaly majatek,tak ze kupic na metry,kupic wtyki,wziasc lutownice i macie najlepsze kable”swiata” jakosc – cena powala.
        https://www.hificollective.co.uk/wire/duelund.html

  2. jafi pisze:

    Japoński mistrz oznaczył kropką na wtyku męskim jak podłączyć kabel względem fazy w gniazdku.
    I takie oznaczenie ma sens. Ale tylko dla tej części urządzeń, czyli tych, które „chcą grać” po tej stronie.
    Statystycznie jednakowa jest ilość urządzeń, które „wolą” fazę po drugiej stronie. I tu już może być problem. Polega to na tym, że urządzenie wciąż będzie grać – nie ma żadnego zagrożenia, ale jakość dźwięku, potencjał dźwiękowy zmniejszony nieodpowiednio wpiętym kablem. System kabel/urządzenie obarczony „grzechem pierworodnym”, bo konstruktor przewidział tylko wpięcie urządzeń, które preferują fazę z jednej strony.
    Przywołany w teście produkty innego konstruktora – mowa o Sulek Audio – rozwiązuje problem podpięcia sieciówek względem urządzeń o różnej polaryzacji. Sulek ma w swojej ofercie zarówno kable „lewe” i „prawe”. Oznacza to, że w zależności od preferencji polaryzacji urządzenia można stworzyć perfekcyjny układ kabel sieciowy/urządzenie.

    1. Pawcio pisze:

      Ja mam na szczęście końcówkę mocy tego samego producenta i zgodność jest zachowana. Potwierdzam, że u niektórych producentów nie ma nawet standardu produkcyjnego i np. każdy egzemplarz firmy Leben to loteria jak gniazdko jest wewnątrz podłączone. Kiedyś Ayon miał lampkę, która pokazywała czy kabel zasilający jest zgodny ale durni urzędnicy UE wprowadzili zakaz takich rozwiązań ze względu na bezpieczeństwo.

  3. jafi pisze:

    Przykro mi, ale lampka jako detektor właściwej polaryzacji urządzenia jest mało wiarygodna.
    Mało tego, spotkałem urządzenia, które miały oznaczenie fazy przy gnieździe zasilającym i było to błędne oznaczenie. Tym niemniej jestem w posiadaniu niemieckiego detektora fazy urządzeń i … jemu też nie wierzę.
    Praktyka pokazuje, że tylko empiryczne ustalenie polaryzacji urządzeń jest najlepszą drogą.

    1. Ed pisze:

      Empiria jest najwyższą formą poznania

      1. Piotr Ryka pisze:

        Ośmielę się zauważyć, że każde potoczne poznawanie ma charakter empiryczny, trudno więc mówić o wyższości. Za wyższą formę możemy uznać dopiero eksperyment, a ściślej serię eksperymentów. Z tym, że i one bez teoretycznego zaplecza wyjaśniającego (teorii) nic nie znaczą, bo jak słusznie zauważył David Hume – fakt, że przesunięta za krawędź stołu kulka spadła tysiąc razy, ani o jotę nie zwiększa prawdopodobieństwa, iż stanie się tak za tysiąc pierwszym.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Przepraszam za dużą lukę między recenzjami; ta Mysphere jest już gotowa od kilku dni, ale są kłopoty z materiałem fotograficznym i dlatego ukaże się prawdopodobnie dopiero jutro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy