Recenzja: Hijiri X-DCH Nagomi

Odsłuch

Hijiri X-DCH Nagomi, jak głosi napis na obejmie.

Cena nie tylko pozostaje wyznacznikiem grona zainteresowanych klientów, prowadzi nas także za rączkę na pole odsłuchowych porównań.  Te zacząłem od systemu przy komputerze, gdzie oczywiście słuchawki, do nich wzmacniacz i przede wszystkim przetwornik. Jego więc nakarmiłem parę razy na przemian prądem płynącym przez Illuminati Power Reference One i testowany Hijiri Nagomi, albowiem to było uczciwe – oba przewody w zbliżonych cenach. I oba z drewnianymi obejmami pośrodku, choć ta na Illuminati ruchoma, toteż na środku być nie musi.

Jak to szło? – coś, zdaje się, w stylu: „kable zasilające wpływu nie mają”? Oto opinia ignoranta, który tego od praktyki nawet nie wąchał, ale łeb nabił sobie cudzą teorią. Można rzec, że przetwornik Ayon Sigma zasilany przez te dwa kable, to jakby dwa urządzenia – jakościowo analogiczne, ale stylistycznie odmiennie. Odmienne tak zasadniczo, że to naprawdę daje do myślenia. Coś trochę jakby ten prąd był niczym spacerujący człowiek: idący raz jedną stroną ulicy, raz drugą; raz w takim humorze, raz w takim –  a przede wszystkim raz zwracający uwagę bardziej na to, raz na tamto.

Illuminati Power Reference to kabel mocniej eksponujący stronę sopranową i umiejący to wyzyskać. Wysokie dźwięki o właściwych sobie małych, szybkich amplitudach lepiej sondują i przenikają. Muzyczny pejzaż nimi wypełniony okazał się bardziej przezierny, bardziej akcentujący sprawy drobne, kreślony delikatniej, intensywniej wyciągający z tła szczegóły. Bardziej sopranami srebrzony, mocniej zaznaczający transparentność – i poprzez nią oraz tą przenikliwość lepiej widzący głębię, uwyraźniający rzeczy dalekie i całe muzyczne życie czyniący bardziej koronkowym. Ale że bas temu towarzyszył potężny i zza powierzchniowego srebrzenia wyzierały tła czarne, mocniej się wraz z tym zaznaczały kontrasty, w tym kontrast duże-małe. Ogólnie nacisk szedł jednak na drobnicę, na delikatność, na misterność. Co duże, mocne, potężne zjawiało się dopiero jak za szybą; czyściuteńką – żadnego brudu obrazowego, mgły – ale pokrytą ornamentem sopranowych wzorów. Kapitalnie to brzmiało: ogromny natłok informacji, ale żadnego wyjścia poza muzykę. Zupełna transparentność, jednak bez odchudzenia, tracenia masy, gęstości, basu. Zresztą – co ja się będę rozpisywał – tymi kablami był okablowany cały system u Grobel Audio na AVS, który określiłem dźwiękiem wystawy.

Kropkami i gwiazdkami oznaczono orientację żył prądowych.

A zatem bardzo groźna konkurencja – co na to Hijiri Nagomi? Znakomicie sobie poradził, obierając inny kierunek. Żadnych sopranowych koronek i przedzierania się sopranowymi sondami do linii horyzontu. Właśnie na odwrót – skupienie na bliskich planach i ukazanie ich w potędze. Duże, masywne bryły dźwięków osadzone na fundamentach basowych, a nie unoszone sopranowymi powiewami. Bez przyciemniania basem obrazu i bez wychodzenia tego basu przed brzmienia inne, ale użycie go do konstrukcji zdecydowanie większych i mocniejszych. Zdecydowanie wraz z tym mniej podziwiamy transparentność i misterność, o wiele bardziej architekturę brzmienia opartą na dużych dźwiękach. Przyznam, że jeszcze nigdy tak mocno nie uderzyło mnie, jak różne mogą być wizje tego samego muzycznego materiału – ot, choćby Adagietta Mahlera, będącego bardziej spokojnym nawiązaniem do nieśmiertelnego Liebestod Wagnera i zarazem łącznikiem ku pamiętnemu Lara’s Theme Maurice᾽a Jarre. Podczas gdy zasilana poprzez Illuminati wizja Mahlera składała się przede wszystkim z koronek i ornamentów, poprzez nie dopiero dochodząc do form większych, to budowane poprzez Hijiri Nagomi formy te były od razu duże, napierające, imponujące.

Na przykomputerowych przetwornikach z trzema sowieckimi lampami świat się jednak nie kończy; są urządzenia bardziej wyrafinowane i wkomponowane w lepszy system. Proszono mnie, bym temu Hijiri naprawdę uważnie się przysłuchał, ponieważ rewelacyjnie potrafi się spisywać w takich wysokojakościowych torach; sam dystrybutor go używa w swoim prywatnym systemie, a mógłby używać droższych. Niespecjalnie się tym przejąłem, wszak każda sroczka swój ogonek chwali, a u mnie ten szczytowy zasilany samymi kablami z ekstra ligi – co niby ten najniższy Hijiri miał mu jeszcze dodać? Na przykład wpięty do przedwzmacniacza? Wpinane tam były przed nim przewody zasilające do trzydziestu tysięcy włącznie i żaden nie okazał się lepszy od Acoustic Zen Gargantua II. Jedynie Siltech Double Crown może bardziej uniwersalny, ale najwyżej o włosek. Dopiero kosztujący majątek Siltech Triple Crown to przewód jednoznacznie lepszy. – Aha, o jednym zapomniałem, wszak Sulek 9×9 kosztuje mniej niż trzydzieści i też jest wyraźnie lepszy. (Zapomniałem, bo nie brał udziału w zbiorowym teście, jeszcze wówczas nie istniał.) Ale nic, dystrybutor ma swoje zdanie, a recenzent jest właśnie od tego, by je podzielić lub nie. Dodatkowo mnie też proszono o szczegółową wykładnię właściwości brzmieniowych, tak z samej ciekawości.

Niebieską gwiazdką uziemienia.

Do sprawy podszedłem jednak obojętnie, bez żadnych szczególnych nastawień: puściłem system, Gargantua do przedwzmacniacza – trzy godziny sobie pograło. Weryfikację tym razem powierzyłem wielkim głośnikom Zingali, a nie słuchawkom AKG K1000, żeby nikt się nie czepiał w stylu „jakieś słuchawki”. Potem do brzmienia się przysiadam i myślę sobie, że nie ma to jak w domu. Gdzie na tym wściekle promowanym AVS, albo po salach odsłuchowych salonów audio, tak gra? No, nigdzie. Ale my teraz nie o tym, to jedynie tło zdarzeń. Przebrnąwszy set kilkunastu testowych utworów zastąpiłem Gargantuę testowanym Hijiri Nagomi (Nagomi? – tak, Nagomi; to droższy jest Takumi) i przechodzę ten set od końca, żeby bliskość czasowa. Dwie rzeczy na plus się zmieniły, ale jedna na minus. Że w ogóle cokolwiek na plus, to już mnie zaskoczyło, bynajmniej nie oczekiwałem. Te plusy to natlenienie i wilgoć. Od kiedy Avatar Audio zastąpiło poprzednie podstawki Receptor № 1 nową wersją, dźwięk lepiej się zogniskował, ale zarazem stał nieco suchszy. I tak go takim wolałem, to ogniskowanie świetna sprawa, a suchość minimalna; przy czym przez myśl by mi nie przeszło, że za nią może stać Gargantua. Stała, nie stała – a fakt faktem, że po jego zamianie (Gargantua z powieści Rabelais to wielki, tłusty samiec, nie zmieni tego nawet krętacz gender) zrobiło się wilgotno i z tlenem.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Hijiri X-DCH Nagomi

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Do mojego toru odsluchowego wszystkie kable firmy (Duelda)glosnikowe,interkonekty i kable zasilajace zrobilem sam a przyznam ze jestem calkowita noga z operowaniem lutownica itd.
    Akurat tor mam analogowy i wzm SET lampa,kabli tych nie pokonaja ani te ani inne za parokrotnie wieksze pieniadze,tak ze do anlogowego lampowego toru to zapomniec o takich wydatkach,moje kable zrobione kosztowaly grosze….

    1. Pawcio pisze:

      Panie Mirosławie a słuchał ich Pan w swoim systemie. Czy ktoś z lepszym systemem słuchał Pana systemu, czy jest on w stanie pokazać ròżnice między kablami tej klasy?
      Akurat w moim systemie słychać różnice między identycznymi kablami jednego producenta różniącymi się wtykiem a oba są w tym samym czasie wyprodukowane przed tego producenta.
      W moim systemie z pewnością usłyszałby Pan różnice.
      Jeśli złożone przez Pana kable wpasowały się w system i jest synergia to tylko się cieszyć pozostaje, że audiofila nervosa została zaspokojona.

      1. miroslaw frackowiak pisze:

        Odnoslem sie tylko do wszelkich kabli(silowych,glosnikowych i interkonektow)stosowanych w polaczeniu w torze odsluchowym analogowym w ktorym graja wzm lampowe SET+wysokoskuteczne kolumny+gramofon..magnetofon szpulowy itd. inne tory mnie nie obchodza,tylko podobne do mojego.Stwierdzam ze przerobilem wiekszosc kabli i koniec poszukiwan,najlepsze i najtansze sa kable (Dueluda )jesli sa kable inne niz tej firmy a zagraly podobnie to kosztowaly majatek,tak ze kupic na metry,kupic wtyki,wziasc lutownice i macie najlepsze kable”swiata” jakosc – cena powala.
        https://www.hificollective.co.uk/wire/duelund.html

  2. jafi pisze:

    Japoński mistrz oznaczył kropką na wtyku męskim jak podłączyć kabel względem fazy w gniazdku.
    I takie oznaczenie ma sens. Ale tylko dla tej części urządzeń, czyli tych, które „chcą grać” po tej stronie.
    Statystycznie jednakowa jest ilość urządzeń, które „wolą” fazę po drugiej stronie. I tu już może być problem. Polega to na tym, że urządzenie wciąż będzie grać – nie ma żadnego zagrożenia, ale jakość dźwięku, potencjał dźwiękowy zmniejszony nieodpowiednio wpiętym kablem. System kabel/urządzenie obarczony „grzechem pierworodnym”, bo konstruktor przewidział tylko wpięcie urządzeń, które preferują fazę z jednej strony.
    Przywołany w teście produkty innego konstruktora – mowa o Sulek Audio – rozwiązuje problem podpięcia sieciówek względem urządzeń o różnej polaryzacji. Sulek ma w swojej ofercie zarówno kable „lewe” i „prawe”. Oznacza to, że w zależności od preferencji polaryzacji urządzenia można stworzyć perfekcyjny układ kabel sieciowy/urządzenie.

    1. Pawcio pisze:

      Ja mam na szczęście końcówkę mocy tego samego producenta i zgodność jest zachowana. Potwierdzam, że u niektórych producentów nie ma nawet standardu produkcyjnego i np. każdy egzemplarz firmy Leben to loteria jak gniazdko jest wewnątrz podłączone. Kiedyś Ayon miał lampkę, która pokazywała czy kabel zasilający jest zgodny ale durni urzędnicy UE wprowadzili zakaz takich rozwiązań ze względu na bezpieczeństwo.

  3. jafi pisze:

    Przykro mi, ale lampka jako detektor właściwej polaryzacji urządzenia jest mało wiarygodna.
    Mało tego, spotkałem urządzenia, które miały oznaczenie fazy przy gnieździe zasilającym i było to błędne oznaczenie. Tym niemniej jestem w posiadaniu niemieckiego detektora fazy urządzeń i … jemu też nie wierzę.
    Praktyka pokazuje, że tylko empiryczne ustalenie polaryzacji urządzeń jest najlepszą drogą.

    1. Ed pisze:

      Empiria jest najwyższą formą poznania

      1. Piotr Ryka pisze:

        Ośmielę się zauważyć, że każde potoczne poznawanie ma charakter empiryczny, trudno więc mówić o wyższości. Za wyższą formę możemy uznać dopiero eksperyment, a ściślej serię eksperymentów. Z tym, że i one bez teoretycznego zaplecza wyjaśniającego (teorii) nic nie znaczą, bo jak słusznie zauważył David Hume – fakt, że przesunięta za krawędź stołu kulka spadła tysiąc razy, ani o jotę nie zwiększa prawdopodobieństwa, iż stanie się tak za tysiąc pierwszym.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Przepraszam za dużą lukę między recenzjami; ta Mysphere jest już gotowa od kilku dni, ale są kłopoty z materiałem fotograficznym i dlatego ukaże się prawdopodobnie dopiero jutro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy