Recenzja: Hijiri X-DCH Nagomi

  Wysokiej jakości słuchawek w światowej ofercie co dnia niemal przybywa, lecz kable zasilające nie chcą być gorsze, oferta ich także wzrasta. Może nie aż tak prędko i nie z takim rozmachem, choć na ich brak trudno narzekać, a kiedy wziąć pod uwagę ceny, to wypada na remis. Najdroższy kabel zasilający kosztuje €18 900 (2,5 m), najdroższe sprzedawane solo słuchawki $18 000.

Zawęźmy sprawę do przewodów mogących uchodzić za jakościowo elitarne, ale nie kosztujących aż tyle. Przemodelowawszy gruntownie ofertę i w ramach tego zmieniwszy też nazwy, japońskie Combak Corporation pod dowództwem właściciela i naczelnego konstruktora Kazuo Kiuchi rzuciło w 2015 roku na rynek nową generację przewodów, w tym nowych zasilających, układających się w triadę. Wszystkich trzech z owej triady określonych w słowie pierwszym mianem Hijiri, oznaczającym mistrza-przewodnika; w słowie drugim ten mistrz zostaje dookreślony albo jako „Nagomi” – mistrz spokoju, albo „Takumi” – mistrz sztuki, albo Million „Kiwami” – mistrz ostateczny i powszechny. Odpowiednio do tego pozycjonują się ceny: i tak za mistrzostwo spokoju długości półtora metra zapłacimy 6790 PLN, za tej samej długości mistrzostwo sztuki już cztery razy więcej, a za mistrzostwo ostateczne siedem-osiem. (Nowe cenniki obu wyższych modeli są właśnie w przygotowaniu, cena recenzowanego aktualna.) Wychodzi na to, że spokój jest najtańszy i niespecjalnie nawet drogi, toteż chyba nie ma potrzeby sięgać po stany jeszcze wyższe. Przeczy to wprawdzie fundamentalnej zasadzie audiofilizmu znerwicowanego, ale pozostaje w zgodzie ze stoickim i buddyjskim spokojem, jako najdoskonalszym stanem ducha.

By sprawy tych Hijiri zbyt szybko nie zamykać, zwłaszcza że rozdział budowlany będzie dość lakoniczny, nawiążę jeszcze do kwestii nazewnictwa w kontekście chronologiczno-heraldycznym. Chodzi o stosunek wzajemny dawniejszej nazwy Harmonix i tej nowej Hijiri. Omawiałem go już przy okazji recenzji interkonektu Hijiri HGP-10R Million ,,Kiwami”, ale na wszelki wypadek przypomnę, że według jednych Hijiri to całkiem nowa marka, według innych ulepszony Harmonix. Okazuje się, że ci i ci mają rację, zarówno bowiem Harmonix, jak i nowo powstały Hijiri, to firmy zależne od Combak Corporation – której właściciel, Kiuchi-san, powiada, iż sięgną po nazwę Hijiri (w luźnym tłumaczeniu: przewodnik, mistrz, mentor), dorzucając do niej w przypadku topowych przewodów ekscentryczny przydomek Million (którego to słowa używa się nie tylko jako liczebnika, ale czasem w znaczeniu „wszystek”, „ogół”), aby wyróżnić najlepsze kable powstałe na bazie wcześniejszych Harmonix. Można więc sobie pisać nowa marka, a można stary, dobry Harmonix w nowym, ulepszonym wydaniu – tak czy tak będzie w porządku. Odnośnie natomiast strony podażowej sprawa wygląda inaczej, bo w związku z wyczerpaniem zapasów surowca, przewody sprzedawane pod nazwą Harmonix definitywnie zakończyły rynkowy żywot; w ofercie pozostają wyłącznie Hijiri, produkowane na bazie innej miedzi i innego srebra.

Co robić, nie ma rady – szkoda tych Harmoniksów, były jednymi z najlepszych.  Ale japońskie huty i laboratoria oferują teraz inne surowce metalurgiczne, poprzednie kable są niemożliwe. Tak nawiasem wydaje się, iż te nowe przenoszą więcej informacji, ale by zysk z tego płynął jednoznaczny, trzeba umieć te informacje przeistoczyć w muzykę, a doświadczenie uczy, że to nie zawsze się udaje. Na Combak Corporation możemy chyba jednak liczyć, jemu powinno się udać. Sprawdzonym już zostało, że sztuka się udała w odniesieniu do najwyższego interkonektu Hijiri Million ,,Kiwami”, nadeszła pora przetestować, jak rzecz ma się w odniesieniu do najtańszego z triady Hijiri kabla zasilającego, czyli tytułowego Hijiri X-DCH Nagomi (power).

Budowa

Kolorystyka względem poprzednika spokojniejsza.

Jakie jest owo nowego chowu srebro i jaka miedź, tego nie wiem, to owiane jest tajemnicą. Nie wiem nawet, czy srebro jako surowiec w ogóle jest używane w którychkolwiek przewodach Hijiri – bowiem o bazie surowcowej i architekturze wewnętrznej niczego prawie się nie dowiadujemy. Wiadomo tylko, że to plecionki, dzięki uwadze, iż żyły wewnątrz splatane są ręcznie z wielu przewodów pod dyktando wyznaczającej orientację Resonance Control Technology, i że w odniesieniu do Nagomi jest to „custom design and special made Copper”. Tyle.  W niektórych przypadkach można dowiedzieć się więcej – przy też już recenzowanym kablu głośnikowym z serii Hijiri zostało powiedziane, że wykonany jest PCOCC (Pure Cooper by Ohno Continuous Casting), czyli miedzi monokrystalicznej o najwyższej czystości, której proces uzyskiwania opracował profesor Hideo Ohno, światowej sławy specjalista technologii materiałowej i łączności, obecny dyrektor Spintronics Integrated Systems Center na Tohoku University. (Drugi co do znaczenia po tokijskim uniwerek w Japonii.) Z czego jednoznacznie wynika, że mamy do czynienia z miedzią wytwarzaną przez Furukawa Electric Co., Ltd. – słynne zakłady parające się wytwarzaniem drutów i innych wyrobów miedzianych od 1884 roku, jako że Furukawa to jedyny dostawca miedzi PCOCC. Odnośnie kabla sieciowego informacja jest jednak lakoniczna, ale bardzo możliwe, że to ta sama miedź; choć chyba nie do końca, bo Kiuchi-san dostał zgodę na własne z nią eksperymenty i pewnie coś od siebie dodał.

Tyle odnośnie danych możliwych do pozyskania w wersji pisemnej, natomiast od strony praktycznej wymacać też nic się nie wymaca, bo kabel jest jednolity i twardy, jakby wykonano go z pojedynczego pręta. Na to jest jednak za lekki i zbyt giętki. Uściskiem nic się nie wskóra, ale giąć go można z łatwością, co oczywiście ułatwi użycie. Pozostając z konieczności na powierzchni zauważamy, że oplot jest identyczny jak u dawnych Harmonix – poza kolorem. Tam także była to przyjemna w dotyku tkanina bawełniana o gęstym splocie z grubych włókien, ale żółtych i czarnych, gdy te są czarne i granatowe. Nie rzuca się dzięki temu Hijiri Nagomi w oczy, ale jest w odbiorze smutniejszy, choć nie jakoś specjalnie. Miły dotyk łagodzi posępniejszą i poważniejszą kolorystykę; dotknąwszy kabla podchodzimy już do niego z sympatią. Te same są też wtyki po obu stronach, opisywane przez producenta jako „Plug & IEC Connector: Wattgate 350iRH+330iRH lub 390iRH (Schuko)”. Na wtyczce do gniazdka sieciowego rzucającą się w oczy czerwoną kropą zaznaczono żyłę gorącą, a na połowie drogi między wtykami znajduje się graniasta obejma z ciemnego, na wysoki połysk polakierowanego drewna, z napisami Hijiri po jednej i Nagomi po drugiej stronie. Wtyki da się rozkręcić – ciekawy nos w sos może wsadzić – ale sam tego nie zrobiłem, na oko i tak jakości miedzi nie poznam.

Kabel powierzchowność kolorystyczną posiadł poważną, dotykowo zaś miłą.

Wszystkie przewody Hijiri z najniższej linii Nagomi dostajemy w ozdobnych pudełkach na bazie grubej tektury powleczonej tłoczonym pergaminem w charakterystyczne wzór dużych śnieżynek z wewnętrznym ornamentem kwiatowym. Ładne są te pudełka i na dodatek charakterystyczne, a od typowych ozdobnych odróżnia je też to, że denko nie jest wzorniczo puste – je również pokryto ozdobnym wzorem. Cena zawartości jest jak na dzisiejsze czasy nisko-średnia – do drogich jeszcze daleko, ale tańsze, a niezłe, też bywają. Liczyłbym tutaj zwłaszcza na Luna Cable Gris ($525) – sieciowego braciszka tak fantastycznie wypadłych przewodów IC i głośnikowych. Lecz z tym kablem się nie zetknąłem, tak się tylko domyślam.

Odsłuch

Hijiri X-DCH Nagomi, jak głosi napis na obejmie.

Cena nie tylko pozostaje wyznacznikiem grona zainteresowanych klientów, prowadzi nas także za rączkę na pole odsłuchowych porównań.  Te zacząłem od systemu przy komputerze, gdzie oczywiście słuchawki, do nich wzmacniacz i przede wszystkim przetwornik. Jego więc nakarmiłem parę razy na przemian prądem płynącym przez Illuminati Power Reference One i testowany Hijiri Nagomi, albowiem to było uczciwe – oba przewody w zbliżonych cenach. I oba z drewnianymi obejmami pośrodku, choć ta na Illuminati ruchoma, toteż na środku być nie musi.

Jak to szło? – coś, zdaje się, w stylu: „kable zasilające wpływu nie mają”? Oto opinia ignoranta, który tego od praktyki nawet nie wąchał, ale łeb nabił sobie cudzą teorią. Można rzec, że przetwornik Ayon Sigma zasilany przez te dwa kable, to jakby dwa urządzenia – jakościowo analogiczne, ale stylistycznie odmiennie. Odmienne tak zasadniczo, że to naprawdę daje do myślenia. Coś trochę jakby ten prąd był niczym spacerujący człowiek: idący raz jedną stroną ulicy, raz drugą; raz w takim humorze, raz w takim –  a przede wszystkim raz zwracający uwagę bardziej na to, raz na tamto.

Illuminati Power Reference to kabel mocniej eksponujący stronę sopranową i umiejący to wyzyskać. Wysokie dźwięki o właściwych sobie małych, szybkich amplitudach lepiej sondują i przenikają. Muzyczny pejzaż nimi wypełniony okazał się bardziej przezierny, bardziej akcentujący sprawy drobne, kreślony delikatniej, intensywniej wyciągający z tła szczegóły. Bardziej sopranami srebrzony, mocniej zaznaczający transparentność – i poprzez nią oraz tą przenikliwość lepiej widzący głębię, uwyraźniający rzeczy dalekie i całe muzyczne życie czyniący bardziej koronkowym. Ale że bas temu towarzyszył potężny i zza powierzchniowego srebrzenia wyzierały tła czarne, mocniej się wraz z tym zaznaczały kontrasty, w tym kontrast duże-małe. Ogólnie nacisk szedł jednak na drobnicę, na delikatność, na misterność. Co duże, mocne, potężne zjawiało się dopiero jak za szybą; czyściuteńką – żadnego brudu obrazowego, mgły – ale pokrytą ornamentem sopranowych wzorów. Kapitalnie to brzmiało: ogromny natłok informacji, ale żadnego wyjścia poza muzykę. Zupełna transparentność, jednak bez odchudzenia, tracenia masy, gęstości, basu. Zresztą – co ja się będę rozpisywał – tymi kablami był okablowany cały system u Grobel Audio na AVS, który określiłem dźwiękiem wystawy.

Kropkami i gwiazdkami oznaczono orientację żył prądowych.

A zatem bardzo groźna konkurencja – co na to Hijiri Nagomi? Znakomicie sobie poradził, obierając inny kierunek. Żadnych sopranowych koronek i przedzierania się sopranowymi sondami do linii horyzontu. Właśnie na odwrót – skupienie na bliskich planach i ukazanie ich w potędze. Duże, masywne bryły dźwięków osadzone na fundamentach basowych, a nie unoszone sopranowymi powiewami. Bez przyciemniania basem obrazu i bez wychodzenia tego basu przed brzmienia inne, ale użycie go do konstrukcji zdecydowanie większych i mocniejszych. Zdecydowanie wraz z tym mniej podziwiamy transparentność i misterność, o wiele bardziej architekturę brzmienia opartą na dużych dźwiękach. Przyznam, że jeszcze nigdy tak mocno nie uderzyło mnie, jak różne mogą być wizje tego samego muzycznego materiału – ot, choćby Adagietta Mahlera, będącego bardziej spokojnym nawiązaniem do nieśmiertelnego Liebestod Wagnera i zarazem łącznikiem ku pamiętnemu Lara’s Theme Maurice᾽a Jarre. Podczas gdy zasilana poprzez Illuminati wizja Mahlera składała się przede wszystkim z koronek i ornamentów, poprzez nie dopiero dochodząc do form większych, to budowane poprzez Hijiri Nagomi formy te były od razu duże, napierające, imponujące.

Na przykomputerowych przetwornikach z trzema sowieckimi lampami świat się jednak nie kończy; są urządzenia bardziej wyrafinowane i wkomponowane w lepszy system. Proszono mnie, bym temu Hijiri naprawdę uważnie się przysłuchał, ponieważ rewelacyjnie potrafi się spisywać w takich wysokojakościowych torach; sam dystrybutor go używa w swoim prywatnym systemie, a mógłby używać droższych. Niespecjalnie się tym przejąłem, wszak każda sroczka swój ogonek chwali, a u mnie ten szczytowy zasilany samymi kablami z ekstra ligi – co niby ten najniższy Hijiri miał mu jeszcze dodać? Na przykład wpięty do przedwzmacniacza? Wpinane tam były przed nim przewody zasilające do trzydziestu tysięcy włącznie i żaden nie okazał się lepszy od Acoustic Zen Gargantua II. Jedynie Siltech Double Crown może bardziej uniwersalny, ale najwyżej o włosek. Dopiero kosztujący majątek Siltech Triple Crown to przewód jednoznacznie lepszy. – Aha, o jednym zapomniałem, wszak Sulek 9×9 kosztuje mniej niż trzydzieści i też jest wyraźnie lepszy. (Zapomniałem, bo nie brał udziału w zbiorowym teście, jeszcze wówczas nie istniał.) Ale nic, dystrybutor ma swoje zdanie, a recenzent jest właśnie od tego, by je podzielić lub nie. Dodatkowo mnie też proszono o szczegółową wykładnię właściwości brzmieniowych, tak z samej ciekawości.

Niebieską gwiazdką uziemienia.

Do sprawy podszedłem jednak obojętnie, bez żadnych szczególnych nastawień: puściłem system, Gargantua do przedwzmacniacza – trzy godziny sobie pograło. Weryfikację tym razem powierzyłem wielkim głośnikom Zingali, a nie słuchawkom AKG K1000, żeby nikt się nie czepiał w stylu „jakieś słuchawki”. Potem do brzmienia się przysiadam i myślę sobie, że nie ma to jak w domu. Gdzie na tym wściekle promowanym AVS, albo po salach odsłuchowych salonów audio, tak gra? No, nigdzie. Ale my teraz nie o tym, to jedynie tło zdarzeń. Przebrnąwszy set kilkunastu testowych utworów zastąpiłem Gargantuę testowanym Hijiri Nagomi (Nagomi? – tak, Nagomi; to droższy jest Takumi) i przechodzę ten set od końca, żeby bliskość czasowa. Dwie rzeczy na plus się zmieniły, ale jedna na minus. Że w ogóle cokolwiek na plus, to już mnie zaskoczyło, bynajmniej nie oczekiwałem. Te plusy to natlenienie i wilgoć. Od kiedy Avatar Audio zastąpiło poprzednie podstawki Receptor № 1 nową wersją, dźwięk lepiej się zogniskował, ale zarazem stał nieco suchszy. I tak go takim wolałem, to ogniskowanie świetna sprawa, a suchość minimalna; przy czym przez myśl by mi nie przeszło, że za nią może stać Gargantua. Stała, nie stała – a fakt faktem, że po jego zamianie (Gargantua z powieści Rabelais to wielki, tłusty samiec, nie zmieni tego nawet krętacz gender) zrobiło się wilgotno i z tlenem.

Odsłuch cd.

Terminale od amerykańskiego Wattgate.

Tak wilgotno, że nie tylko brak osuszenia, ale normalnie wilgoć. I tlenu także w sam raz, tak żeby jeszcze nie było brzmieniowych dmuchawców, a jednocześnie przeciwieństwo duchoty. Ogólnie biorąc z tlenem i wilgotno, jakbyś w dzień letni, słoneczny nad brzegiem jeziora usiadł i pomyślał: „tak u nas w mieście nie ma, że też ja muszę się tam kisić”. Trzecia zmiana była jednak niedobra – rozleciało się to super ogniskowanie. Dźwięki utraciły dobrze związane formy, jakby zwielokrotniły się w sobie. Wilgotne i natlenione stały się jednocześnie trochę takie, jakbyś założył nie swoje okulary i obraz stracił kontur. To mnie zmartwiło, bo poza tym morfologia o wiele lepsza i na podstawie tej lepszości momentalnie przestałem być wobec tego Nagomi obojętny. Na wszelki wypadek od razu wróciłem do Gargantui, te zmiany wydały mi się nienormalnie duże. Niby przy komputerze też zmiana zasadnicza, ale z interpretacyjnego zakresu, gdy tutaj czysta fizjologia. Nie, nie pomyliłem się, nie przesłyszałem – ponownie  suszej i mniej tlenu, za to obraz dużo ostrzejszy, wyraźnie lepiej zogniskowany.

Cholercia – myślę sobie – szkoda tego Nagomi – bo gdyby się wyostrzył… Lecz z drugiej strony dystrybutor tak jednoznacznie za nim, tak pewny swego, i twórcą Kiuchi-san, czyli tak dziać się nie powinno. Poza tym audiofilska zasada głosi, że kabel musi się ograć. A ja go tu tak z marszu, bez dania chwili na ułożenie.. – tak postępować się nie powinno. I recenzje też pisać trzeba ex cathedra, głosząc prawdę już objawioną; gdy ja się bawię w chronologię zdarzeń – ale tak jakoś lubię, to mnie wiąże emocjonalnie. Wróciłem do Nagomi i dałem mu się ograć. Godzinkę sobie system cichutko mruczał za moimi plecami (dzielony Ayon ma na szczęście regulację głośności, bo krokowe potencjometry w Twin-Head cichości same nie zdziałają). Raz jeszcze, nie wiem który, towarzyszyło temu zwątpienie, tak jakbym z doświadczenia nie wiedział, że w audiofilizmie wszystko jest możliwe poza dźwiękiem zupełnie idealnym. Mimo to nie bardzo chciało mi się wierzyć, że kabel się zogniskuje… Choć może? W końcu to Harmonix, tyle że teraz nazywający się Hijiri. Potem się odwróciłem, potencjometry na normalny poziom… Wiecie co? Zogniskował się…

A chociaż to nie mój kabel, to strasznie się ucieszyłem. Bo chociaż jazda przez te wszystkie brzmieniowe testy z Gargantuą była niczym innym jak przyjemnością (dodajmy, wielką nawet) to jednak z tym zogniskowanym już Nagomi było dużo przyjemniej. Różnica – nie dosłownie, ale w stylu – jak między świetnym obrazem wygenerowanym przez komputer, a prawdziwym pejzażem. Biologizm – to jest słowo, które tu dobrze pasuje. W tym torze, wchodząc na miejsce Acoustic Zen Gargantua II w przedwzmacniaczu Twin-Head, kabel sieciowy Hijiri X-DCH Nagomi uczynił brzmienie bardziej biologicznym. Zarazem sprawił, jakby wszystkiego przybyło, ponieważ wraz z tym zogniskowaniem stała się rzecz jeszcze inna, której wcześniej wcale nie było.

Co taki z drutu precel może dla muzyki? Okazuje się – dużo może.

Otóż powiedzieć, że się zogniskował, to powiedzieć za mało. On zogniskował się w taki sposób, że dźwięki zyskały lepszy trzeci wymiar. Wcześniej też oczywiście go miały, ale w sposób mniej o wiele widoczny, bardziej standardowy. Tyle tylko, że tutaj grały wielkie tuby Zingali, a dla nich „standardowy trzeci wymiar” to poziom nieosiągalnie niebotyczny dla zwykłych kolumn. Mimo tego z Nagomi stał się ten trzeci jakby nowym zjawiskiem, dla niego samego tylko chciało się słuchać i słuchać. Nie dość to powiedziane – nie można było przestać. Pewnie mi nie wierzycie? Myślicie, że przesadzam? Co poradzę, nie wierzcie… Ale tak właśnie było. Addycja trzeciego wymiaru nie dotyczyła przy tym jedynie objętości dźwięków, poprawiła też holografię. Ponownie przywołałem ten zjawiskowy chórek z „Czarodziejskiego fletu” i poprzez prąd z Nagomi był jeszcze bardziej zjawiskowy. A w ogóle, to grało tak, że powinienem sprzedawać bilety. Ludzie chodzący do filharmonii tam z nie swoimi repertuarami się męczą, soliści też nie tacy, a ja mogę im puścić, co zechcą.

Porównanie do samego olbrzyma od Acoustic Zen, nawet w połączeniu z tym wcześniejszym przy komputerze do Illuminati, to by było za mało, już choćby tylko dlatego, że mam też klasyczny przewód Harmonix X-DC350M2R, który bardzo a bardzo lubię. Przy jego z nowym Nagomi porównaniu przeniosłem się w inne miejsce, do przetwornika Ayon Stratos. Tam ten Harmonix ostatnio pracował, tam został zastąpiony. Różnice? Tak, różnice – i może nie aż dramatyczne, jednak dobrze słyszalne. Dwie w sumie z takich makroskopowych, przy czym pierwsza taka bardziej łączona. Składało się na nią to, że Nagomi zagrał niższym, nieco ciemniejszym i nieco znów wilgotniejszym dźwiękiem. Ale z tego najważniejsze, że niższym, bo ciemniejszy, to tylko tego pochodna. Astrud Gilberto, której wokal nie jest jakiś fenomenalny, ale za to wyjątkowo nadaje się do porównań, gdyż wyjątkowo wyraźnie się zmienia, poprzez klasycznego Harmoniksa śpiewała jako osoba młodsza i mniej zaangażowana. Bardziej młodzieńczy jej głos brzmiał niewątpliwie zjawiskowo, ale poprzez Nagomi nie tylko niżej (ergo dojrzalej), ale też bardziej namiętnie, zmysłowo, namacalnie. Towarzyszyła temu zmiana druga – podobnie jak w odniesieniu do Gargantui i tu przyrosła trójwymiarowość. Nie tak intensywnie, ale też wyraźnie – i też w odniesieniu zarówno do samych dźwięków, jak i sceny i holografii. Scena głębsza, mocniejsze z głębokich planów dźwięki, lepsze czucie dystansu – takie zawsze obecne, nie wymagające odwoływania się do specjalnych nagrań. Jeszcze dodatkowa uwaga, że pracujący cały czas w Twin-Head Gargantua przy użyciu Nagomi w przetworniku wyraźnie zgubił suchość, tak jakby cały system potrzebował w dowolnym miejscu magicznego kraniku, który dawał Hijiri.

Do zdjęcia pozuje tam, gdzie nie grał.

Rozprawiwszy się z tak groźną konkurencją nowy „Power” z Japonii (nie taki całkiem już nowy, ale jeszcze nie stary) porwał się na najgroźniejszą konkurencję, cztery przeszło razy droższego Sulka. Tu już się wygrać nie udało, ale dystans nie okazał się duży. Topowy Sulek wykazał się przewagą melodyjności i jeszcze bardziej pietystyczno-holograficznym podejściem do ukazania każdego dźwięku, więcej też umiał przepuścić przez siebie basu. Wraz z tym jeszcze więcej tchnął życia w muzykę, jeszcze wszystko się lepiej zobrazowało, ale nie było tego aż tyle, żebym w razie konieczności posiadania zamiast niego Nagomi musiał zaraz się zabić. Różnica była, jak to się mówi „wyczuwalna”, lecz nic ponad to.  Przy czym styl brzmieniowy jednaki,  mocno utrudniający przejście ślepej próby, która na pewno nie byłaby banalnie prosta. (Ten test odbył się już ze słuchawkami; oba kable pracowały w Twin-Head jako słuchawkowym wzmacniaczu napędzającym Ultrasone Tribute 7, ponieważ małe wtyki sprzętowe, używane przez Sulka, jako jedyne wchodzą do końcówki mocy Crofta bez wyginania interkonektów, których wtyki leżą za blisko.)

Podsumowanie

W sumie trochę żałuję, że dobrze znany dystrybutor tak długo chował się z tym kablem, choć z drugiej strony tyle jest wciąż do opisania, że niepodobna wszystkiemu podołać. Samych najlepszych rzeczy jest taki teraz  zalew, że szans najmniejszych nie ma na wszystkich promowanie. Dochodzą do tego rzeczy znane, robiące szum na rynku, które nie w każdym przypadku są godne towarzyszącej wrzawy, ale które w tej sytuacji poddane ocenie być muszą. Mimo to dobrze, że granatowo-czarny przewód do mojego systemu trafił, bo mnie zaskoczył jakością, wypadł dużo nad spodziewanie. (Prawdę rzekłszy, byłem niemalże pewny, że żółto-czarny stary okaże się lepszy.) Toteż żadnego zdziwienia faktem, że się świetnie sprzedaje, a przede wszystkim się nie dziwię, że używany jest do masteringu nagrań i do pokazów sprzętowych. Po co komu mistrzowskie rzemiosło Takumi, albo mistrzostwo absolutne Million Kiwami, gdy już Nagomi daje spokój? Ściśle biorąc mistrz Kiuchi widzi sprawę istnienia trzech przewodów zasilających w rodzinie Hijiri bardziej jako trzy komplementarne brzmienia, pozwalające zawsze odnaleźć to właściwe, a nie jako jakościową stratyfikację. Duże różnice cenowe są tu przede wszystkim wykładnią różnych baz surowcowych, a to, że „Brzmienie Spokoju” od Nagomi udało się uzyskać stosunkowo niedrogo, to chyba dobrze, nie? Nic zatem zaskakującego w tym, że tu i tam okaże się grać w taki sposób, że faktycznie ten spokój przyniesie; będziecie spokojni ci, którzy go kupicie – spokojni jakościowym spełnieniem. I w takim razie znów rekomendacja. To już trzeci raz z rzędu i czwarta przy pięciu ostatnich testach. Niespotykana passa.

 

W punktach

Zalety

  • Ogólnie biorąc brzmienie z najwyższej półki. (Rzeczywiście dające poczucie spokoju i jakościowego spełnienia.)
  • Zmienne interpretacyjnie w zależności od toru, ale zawsze przynoszące satysfakcję.
  • Duży plan pierwszy, w oparciu o duże, masywne, majestatyczne nawet, w przypadku muzyki symfonicznej, dźwięki.
  • Dźwięki zawsze głębokie.
  • Zawsze natlenione.
  • Zawsze wilgotne.
  • Zawsze żywo oddające emocje.
  • Podnoszące na wyższy poziom trójwymiarowość ich samych i sceny.
  • W efekcie także lepsza holografia, a przede wszystkim większe całe widowisko.
  • Dość mocno zaznaczający się pogłos, ale świetnie wkomponowany w brzmieniową strukturę.
  • W przypadku wysokiej klasy toru niejednokrotnie odczuwalna poprawa względem przewodów już uchodzących za bardzo dobre, ale nie tych paru najlepszych. (Entreq Atlantis, Sulek 9×9, Siltech Triple Crown.)
  • Miedź PCOCC. (?)
  • Wtyki Wattgate.
  • Stosunkowo giętki i lekki.
  • Z samego topu producent.
  • Przytomna cena.
  • Bardzo dobry stosunek tej ceny do jakości.
  • Polska dystrybucja.
  • Liczne grono zadowolonych użytkowników. (W samej Polsce sprzedano kilkaset sztuk.)

 

Wady i zastrzeżenia

  • Spokojna kolorystyka oplotu i matowo czarne wtyki nie rzucają się w oczy, nie są więc dla tych, którzy lubią się popisywać wyglądem posiadanych przedmiotów.
  • Kabel jest stosunkowo cienki, aż dziw, że tyle potrafi.

 

Cena: 6790 PLN (1,5 m)

 

System:

  • Źródła: PC z Ayon Sigma, Ayon CD-T2/Ayon Stratos.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali 3.15.
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Hijiri X-DCH Nagomi, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Dociski antywibracyjne: Entreq Mouse (kolumny), Avatar Audio (końcówka mocy).
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

9 komentarzy w “Recenzja: Hijiri X-DCH Nagomi

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Do mojego toru odsluchowego wszystkie kable firmy (Duelda)glosnikowe,interkonekty i kable zasilajace zrobilem sam a przyznam ze jestem calkowita noga z operowaniem lutownica itd.
    Akurat tor mam analogowy i wzm SET lampa,kabli tych nie pokonaja ani te ani inne za parokrotnie wieksze pieniadze,tak ze do anlogowego lampowego toru to zapomniec o takich wydatkach,moje kable zrobione kosztowaly grosze….

    1. Pawcio pisze:

      Panie Mirosławie a słuchał ich Pan w swoim systemie. Czy ktoś z lepszym systemem słuchał Pana systemu, czy jest on w stanie pokazać ròżnice między kablami tej klasy?
      Akurat w moim systemie słychać różnice między identycznymi kablami jednego producenta różniącymi się wtykiem a oba są w tym samym czasie wyprodukowane przed tego producenta.
      W moim systemie z pewnością usłyszałby Pan różnice.
      Jeśli złożone przez Pana kable wpasowały się w system i jest synergia to tylko się cieszyć pozostaje, że audiofila nervosa została zaspokojona.

      1. miroslaw frackowiak pisze:

        Odnoslem sie tylko do wszelkich kabli(silowych,glosnikowych i interkonektow)stosowanych w polaczeniu w torze odsluchowym analogowym w ktorym graja wzm lampowe SET+wysokoskuteczne kolumny+gramofon..magnetofon szpulowy itd. inne tory mnie nie obchodza,tylko podobne do mojego.Stwierdzam ze przerobilem wiekszosc kabli i koniec poszukiwan,najlepsze i najtansze sa kable (Dueluda )jesli sa kable inne niz tej firmy a zagraly podobnie to kosztowaly majatek,tak ze kupic na metry,kupic wtyki,wziasc lutownice i macie najlepsze kable”swiata” jakosc – cena powala.
        https://www.hificollective.co.uk/wire/duelund.html

  2. jafi pisze:

    Japoński mistrz oznaczył kropką na wtyku męskim jak podłączyć kabel względem fazy w gniazdku.
    I takie oznaczenie ma sens. Ale tylko dla tej części urządzeń, czyli tych, które „chcą grać” po tej stronie.
    Statystycznie jednakowa jest ilość urządzeń, które „wolą” fazę po drugiej stronie. I tu już może być problem. Polega to na tym, że urządzenie wciąż będzie grać – nie ma żadnego zagrożenia, ale jakość dźwięku, potencjał dźwiękowy zmniejszony nieodpowiednio wpiętym kablem. System kabel/urządzenie obarczony „grzechem pierworodnym”, bo konstruktor przewidział tylko wpięcie urządzeń, które preferują fazę z jednej strony.
    Przywołany w teście produkty innego konstruktora – mowa o Sulek Audio – rozwiązuje problem podpięcia sieciówek względem urządzeń o różnej polaryzacji. Sulek ma w swojej ofercie zarówno kable „lewe” i „prawe”. Oznacza to, że w zależności od preferencji polaryzacji urządzenia można stworzyć perfekcyjny układ kabel sieciowy/urządzenie.

    1. Pawcio pisze:

      Ja mam na szczęście końcówkę mocy tego samego producenta i zgodność jest zachowana. Potwierdzam, że u niektórych producentów nie ma nawet standardu produkcyjnego i np. każdy egzemplarz firmy Leben to loteria jak gniazdko jest wewnątrz podłączone. Kiedyś Ayon miał lampkę, która pokazywała czy kabel zasilający jest zgodny ale durni urzędnicy UE wprowadzili zakaz takich rozwiązań ze względu na bezpieczeństwo.

  3. jafi pisze:

    Przykro mi, ale lampka jako detektor właściwej polaryzacji urządzenia jest mało wiarygodna.
    Mało tego, spotkałem urządzenia, które miały oznaczenie fazy przy gnieździe zasilającym i było to błędne oznaczenie. Tym niemniej jestem w posiadaniu niemieckiego detektora fazy urządzeń i … jemu też nie wierzę.
    Praktyka pokazuje, że tylko empiryczne ustalenie polaryzacji urządzeń jest najlepszą drogą.

    1. Ed pisze:

      Empiria jest najwyższą formą poznania

      1. Piotr Ryka pisze:

        Ośmielę się zauważyć, że każde potoczne poznawanie ma charakter empiryczny, trudno więc mówić o wyższości. Za wyższą formę możemy uznać dopiero eksperyment, a ściślej serię eksperymentów. Z tym, że i one bez teoretycznego zaplecza wyjaśniającego (teorii) nic nie znaczą, bo jak słusznie zauważył David Hume – fakt, że przesunięta za krawędź stołu kulka spadła tysiąc razy, ani o jotę nie zwiększa prawdopodobieństwa, iż stanie się tak za tysiąc pierwszym.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Przepraszam za dużą lukę między recenzjami; ta Mysphere jest już gotowa od kilku dni, ale są kłopoty z materiałem fotograficznym i dlatego ukaże się prawdopodobnie dopiero jutro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy