Brzmienie: Przy komputerze
Tu system składał się ze stacjonarnego PC (pliki dyskowe, YouTube i TIDAL), konwertera Denafrips IRIS, przetwornika Gustard X30 oraz wzmacniacza słuchawkowego dual-mono Phasemation EPA-007.
Przyjeżdżające słuchawki zaanonsowano jako już dokumentnie ograne, a ja przeżyłem szok, a nawet dwa. Pierwszy od razu po podłączeniu, gdy okazało się, że są sopranowo szalejące, poprzez co skrajnie analityczne, jak również skrajnie żywe, co stało w jaskrawej sprzeczności z opiniami o niedostatkach tego. Kolejny szok w dniu następnym, gdy okazało się, że miejsce sopranowego wyżyłowania zajęła elegancja; od czasów tak zamierzchłych, jak debiut Grado GS1000 z 2006 roku, nie spotkałem się z tak gwałtownym przeistoczeniem brzmienia w tak radykalnie krótkim czasie. Jednakże wtedy miałem do czynienia ze słuchawkami surowymi, gdy teraz ponoć dotartymi, dotartymi nawet do końca…
Heh. Nie chce mi się, toteż nie będę wnikał w ewentualne przyczyny, poza tym nic by to nie dało. Być może to, a może tamto, a może jeszcze coś innego, spowodowało przejście od stanu sopranowości szalejącej do kulturowo obytej, pozostaje mieć to za fakt. Tym bardziej nie było czasu na ewentualne deliberacje i próby zgłębiania tego, że czas naglił, słuchawki zawitały na góra tydzień. A w takim razie…
Vs Dan Clark Audio STEALTH
Flagowe planary Dana Clarka to przeszło o połowę niższa cena (aktualnie 17 tysięcy), ale konstrukcja też zamknięta i technicznie wyżyłowana, tyle że skonfigurowana na bazie przetworników planarnych. W porównaniu do nich brzmienie z DX10000 było bliższe i gładsze. Gdy tamto plasowane na scenie mającej widoczną pod artystami podłogę i pewną perspektywę, to z nowych Final zawieszane w powietrzu na pułapie płaszczyzny wzroku, też bliższe i bardziej skupione na dźwiękach, a mniej na teatrum. W tym skupieniu nie tylko gładsze, ale też bardziej spoiste, a mniej poróżnicowane; tam gdzie DCA pokazywały szorstkości i chropawości tekstur (w tym też w utworach na to nie nastawionych), u DX10000 było mniej chrypek, szorstkawości i pogłosowej oprawy, a więcej melodyki i większe, bliższe dźwięki. Przy tym u jednych i drugich czernie tła bardzo gęste i dynamiki ekstremalne, a brzmienia całościowo realistyczne, ale w tych ramach na co innego kładące główne akcenty. W przypadku utworów wielkoscenicznych i wieloinstrumentowych rozchodzenie się dźwięku u STEALTH okazało się rozleglejsze, a soprany jaśniejsze, rzewniejsze oraz lżejsze wagowo. Dalekie źródła sytuowane dalej i lokalizowane precyzyjniej, natomiast siła dźwięków (tj. niesiona nimi energia) mniejsza, też nie tak gęsta sama substancja, poprzez co sopran DX10000 sprawiający mylne wrażenie nie dochodzenia tak wysoko, podczas gdy tak nie było. (W sumie to z mojej strony grymas, ponieważ w to się trzeba wsłuchać, a przecież przy normalnym muzycznym odbiorze takie dzielenie włosa na czworo jest bez sensu.)
Ogólnie biorąc (co już niepomijalne), brzmienie DCA STEALTH było mniej ciepłe, mniej potężne i w większym stopniu niż to z DX10000 skoncentrowane na przekazywaniu informacji o aranżacji scenicznej.
Brzmienie pierwszych w historii diamentowych przetworników w słuchawkach wokółusznych jawiło się zaś jako cieplejsze, bardziej gęste, bardziej przed twarzą, masywniejsze i silniej zintegrowane wyrazowo, w ramach czego bas potężniejszy, soprany mniej krzykliwe, wokaliści bliżsi oraz z głosami mniej analitycznie traktowanymi, a całościowy przekaz bardziej oddziałujący na emocje, jako mniej uwikłany w kwestie techniczne i sceniczne. Zarazem do każdego z tych sposobów w try miga można było całkowicie przywyknąć, oba umiały zaimponować. Co ja mówię – musiały!
Vs Focal Utopia (pierwotna wersja, jeszcze bez użycia ekologicznych surowców wtórnych)
Teraz porównanie ze słuchawkami spadłymi już z agendy rynkowej, mającymi swą nowszą wersję. Czy lepszą, dyskusyjna sprawa – to pomijając słuchawki bez wątpienia referencyjnej klasy; w odniesieniu do nowszych (2022) z oficjalną wyceną 22,5 tys. złotych, także więc radykalnie tańsze. A w nich membrany berylowe, a więc z najtwardszego metalu, ale zarazem dużo mniej twardego niż krystaliczny węgiel. Za to lżejszego, co też znaczące, bo łatwiej takie napędzać. Jak się okazało, u nich też brzmienie lżejsze i o włos, ale wyczuwalnie, mniej bezpośrednio działające. Z basem (czy w konsekwencji tego, czy w następstwie – kolejność bez znaczenia) nie tak potężnym, sopranami lżejszymi i bardziej przeziernymi, oraz tak samo jak u STEALTH większym obszarem rozgrywki dźwiękowej. Wnikanie w dźwięki i tu głębsze, ale znów kosztem siły i jednolitości muzycznego wyrazu – aż je musiałem porównać do STEALTH, u których brzmienie okazało się jednak bardziej bezpośrednie, a odnośnie ciężaru właściwego u instrumentów perkusyjnych cięższe, podczas gdy lżejsze (bardziej analitycznie prześwietlone) u wokali. To od STEALTH przy tym z wszystkich trzech najsmutniejsze, poprzez najmniejszą dozę ciepła, a scena minimalnie, ale jednak, silniej uobecniana niż w Utopiach. Przejście na DX10000 po jednych i po drugich oznaczało skok w świat zauważalnie większej brzmieniowej gęstości i większego rozrzutu stereofonii na scenach mniej głębokich. (Silniejsza rozrzutowo stereofonia poprzeczna, a mniej głęboka na głębię.) Warto do tego dorzucić, że perspektywy DX10000 i Utopii były jednako z horyzontem na wysokości oczu, podczas gdy STEALTH wykazywały z lekka ptasią.
Vs HiFiMAN Susvara Unveiled
Na koniec tego etapu słuchawki równe cenowo, kiedy doliczać cenę kabla droższe. Otwarte i planarne, o ultracienkich mylarowych membranach z wtopionymi nitkami srebrnych cewek. Od nich dźwięk bardziej złożony i sopranowo przeniliwszy. Bardziej rozwarstwiający się przestrzennie, precyzyjniej oraz na większej scenie umiejscawiający miejsca narodzin, mający też w sobie coś takiego, co trudno mi opisać, a co najlepiej chyba będzie scharakteryzować jako pewną dobrze wyczuwalną odrębność przestrzeni jako takiej i obecnych w niej dźwięków. Kiedy u DX10000 przestrzeń i dźwięki były jednością – one i tylko one ją kreowały – u Unveiled sama przestrzeń jawiła się jako osobna istność, dźwięki były u niej w gościnie. Co było mocno różnicujące, podobnie jak też to, że sopranowe chmury tworzone przez czynele u Susvar były obszerniejsze i z mniejszych drobin złożone. Jak również wokal u Susvar był delikatniej podawany i mniej energetyczny; przy wyczuwalnej dozie ciepła sopranami mocniej sycony, zdawał się nie tyko delikatniejszy, ale też mniej spontaniczny, cokolwiek bardziej zamyślony.
Całe brzmienie od DX10000 było bardziej energetyczne, żywsze i nastawione bardziej optymistycznie, dużo mniej naznaczane czynnikami refleksji, zadumy, namysłu i nostalgii. Takie rewelacyjne jakościowo ale brane bardziej po prostu, nastawione na uderzanie jakością i energią bez wnikania się w sprawy poboczne i bez tworzenia własnej atmosfery oswajania nicości (o której to nicości być może w listopadzie ukaże się nareszcie obszerny tekst filozoficzny).
Final DX10000 CL to kwintesencja realizmu maszerującego prosto bez rozglądania się na boki. Dźwięk mocny, spójny, bezpośredni, super wyraźny i super szczegółowy, ciążący raczej ku dołowi pasma niż górze, wchodzący prosto w emocje słuchacza bez żadnego kombinowania z komplikowaniem przedstawień. A jeszcze jedną mocną stroną – im dłużej słuchasz, tym ciekawiej i bardziej bezpośrednio. Taka super złożoność na bazie podstawowej prostoty, która podobno jest diamentem. Która, niezależnie od tego jakimi środkami stworzona, odsuwa słuchacza daleko od zniekształceń i udziwnień, lokuje go w samej muzyce.












