Recenzja: ES Lab ES-R10

    Trochę to niefortunne, że litery ES w nazwie się powtarzają, ale to przecież błahostka. Trochę z kolei utrudniające pracę recenzentowi, że ES Lab nie mówi o sobie nic ponad to, że jest z Hongkongu i startowało od bycia słuchawkowym serwisem, a teraz replikuje najlepsze słuchawki historyczne, wciąż podtrzymując usługę regeneracji niektórych modeli Staksa i wszystkich pierwowzorów replik.

     Z czego to ES Lab jako serwis wykiełkowało i jakie osoby je stworzyły, tego się nie dowiadujemy, wiadomo natomiast, że replikowanie rozpoczęło się jakieś dwa lata temu od legendarnych Stax SR-Ω z 1993 roku, których kopię można było nabywać w cenie 15 900 HKD (dolarów hongkońskich), co na widok zielonkawego słowa „dolar” brzmiało w pierwszym momencie groźnie, ale po przeliczeniu na złotówki gubiło całą grozę, okazując się kwotą 8000 PLN. Kwota ta jeszcze się skurczyła, z uwagi na późniejszą obniżkę, i obecnie wynosi 7100 PLN, z małymi wahaniami kursowymi w zależności od dnia. W razie zamówienia trzeba poczekać, i raczej będzie to dłużej niż krócej, lecz nie ma żadnych skarg na ostateczną realizację – firma jest kontaktowa i uczciwa. Akcentuje przy tym szczególną dbałość o replikowanie, niemniej w oprawach muszli tych Omeg nie znajdziemy magnezu, siatki statorów nie są złocone, tylko całe z czerwonej miedzi, a odnośnie klejenia ich do podtrzymujących ram z promienistych szprosów nie pada jedno słowo, a przecież to klejenie stało się kiedyś zarzewiem buntu u samego Staksa, tak było uciążliwe. Dzisiejszy Stax w modelu flagowym SR-X9000 załatwia spajanie infuzyjnie, czyli bez ręcznej obsługi, a jak załatwia je ES Lab, tego klientom nie zdradza, ale jakoś załatwia. Musiała się natomiast ujawnić brzmieniowa jakość gotowych słuchawek, i oceniono ją wysoko, nie było rozczarowań. Tym bardziej, że prawdziwych SR-Ω niemalże już się nie spotyka, a ocalałe egzemplarze zachowują się różnie, bywa, że niżej oczekiwań.

      Kolejną do nabycia kopią stały się jeszcze starsze, pochodzące z 1977 i stanowiące naonczas sensację Stax Sigma, cenione zwłaszcza za wysoce ponadprzeciętne walory sceniczne. Te w wersji ES Lab możemy nabyć za 9100 HKD, a ostatnim z dotąd powstałych naśladownictwem nie były już słuchawki Staksa, ani nawet elektrostatyczne, tylko mające status nie mniejszej od SR-Ω legendy pamiętne Sony MRD-R10 o przetwornikach dynamicznych, ale jakich! Za słuchawek tych kopiowanie, w dwóch na dodatek wersjach, zabrał się trochę wcześniej chiński HiFiMAN, prowokując przesłanki sądzenia, że debiutujące pod koniec 1988 roku Sony stały się dla dzisiejszych producentów nemezis i obsesją. Obie kopie od HiFiMAN-a miałem okazję zrecenzować, a chociaż okazały się ciekawe, nie dorównały klasie oryginału. Przy tym o ile dynamiczna zjawiła się na rynku w akceptowalnych dla zwykłego klienta pieniądzach, to już planarna, zachowująca sam kształt muszli, okazała się bardzo droga; w drugiej, poprawiająco przerobionej wersji kosztuje dziś przeszło trzydzieści tysięcy. Próba naśladowcza z Hongkongu zjawiła się jako radykalnie tańsza, taka sama mniej więcej jak tamta dynamiczna, na korzystny dodatek jej możliwości brzmieniowe sklasyfikowane zostały od obu tamtych wyżej. ES Lab zrazu podało wycenę 14 400 HKD, a potem kwotę obniżyło do 12 900, chociaż podobno przejściowo. Tak czy tak rwania portfela na strzępy i włosów z głowy nie będzie, to 7300 bądź 6500 złotych. Okazja cenowa zatem, ale to pod warunkiem odpowiedniego brzmienia. Pod warunkiem także wyglądu i oryginalnej wygody, a więc pod trzema warunkami, którymi teraz się zajmiemy.

Technologia i ergonomia

    Najpierw zajmiemy się wyglądem. Nabywca otrzymuje słuchawki via kurier DHL w skrzyneczce z drewna paulownia, a więc jasnego i lekkiego. Skrzyneczki nie widziałem, słuchawki otrzymałem bez, ale na zdjęciach widać, że to skrzyneczka szykowna. Przy czym od innych producentów wiemy, że osłony z japońskiej paulowni cechuje pożyteczna własność chronienia przed wilgocią, co rodzi kolejny plus. Skrzyneczkę opatrują metalową plakietką anonsującą zawartość, po zdjęciu wieczka w piankowej formie ukazują się nam słuchawki. I tu kolejna miła rzecz – najbardziej rzucające się w oczy masywne muszle kopii R10 mają w wersji z Hongkongu ten sam drzewny surowiec. Nie jak u HiFiMAN-a, który swą replikę dynamiczną opatrzył muszlami z sośniny, a planarnej dał z wiśni, tylko to jest to samo co u prawdziwych R10 drewno Zelkova serrata, lub z japońska Aizu zelkova (pol. brzostownica japońska, ewentualnie buk tajwański); drewno wyszukane kiedyś przez Sony na finał długich poszukiwań i opatrzone komentarzem, że muszle z niego charakteryzuje bezcenny brak rezonansów. Prócz tego charakteryzuje je osobliwy, ledwie widoczny rysunek słojów oraz dotyk zupełnie jak nie drewna, za przyczyną którego pojawiło się określenie „drzewo maślane”. Ale to wszystko odnosiło się w większym stopniu do muszli oryginalnych Sony, dla których drewninę Aizu pozyskiwano z dwustuletnich pni, podczas gdy kopie z Hongkongu wykorzystują z konieczności pnie dużo mniej leciwe (i tak piekielnie trudne do zdobycia), dające nie aż tak osobliwy surowiec. Ale i tak muszle znakomicie się prezentują w swym przykuwającym wzrok uformowaniu, nad którym pracował dawno temu zespół uniwersyteckich akustyków z Kioto. W dotyku puszki naśladowcze bardziej przypominają drzewo, a słoje bardziej są widoczne, być może także skutkiem tego, że trochę inny podgatunek. (Zelkova oprócz Japonii rośnie w Chinach, na Tajwanie oraz w Korei, gdzie uchodzi za drzewo święte.)

      Dobrze więc – muszle niemal jak autentyczne; także z Aizu, też bez mocno akcentowanego rysunku słojów i poprzez znakomitą obróbkę formowane w ten sam kunsztowny kształt. Od strony ucha i tu zjawia się stożkowa kopułka filtrująca nad membraną (prawdopodobnie rodzaj dyfuzora), a pady są grube i obszyte delikatną skórką, tyle że bardziej miękkie i mniej wypukłe od oryginalnych. Poprzez to trochę wygodniejsze, ale podobno te oryginalne, jak wszystko w tamtych słuchawkach, były brzmieniowo dopieszczone, więc może i te winny być wypuklejsze i sztywniejsze, tymczasem takie nie są. Za to pałąk na oko identyczny, tyle że nic nie wspominają, aby chociaż po części był wykonany z magnezu, tak więc zapewne nie jest. Zadbano też o podobieństwo kabla, który ma zbliżoną grubość i giętkość, jednak to już nie miedź klasy 6N w silikonowej izolacji i jedwabnym oplocie z finalnym złoconym wtykiem z czystego rodu, a coś mniej wyżyłowanego. Na pociechę to kabel odpinany (oryginalny nie był), nic więc nie stoi na przeszkodzie zastępowania go lepszym w poszukiwaniu optimum, a przy okazji dobrym pociągnięciem będzie zastąpienie czymś solidniejszym starego typu drobniuteńkich złączek muszlowych od HiFiMAN-a, łatwo ulegających awariom.

      Słowa nie dane będzie nabywcy usłyszeć o rzeczy mającej znaczenie kluczowe – o surowcu membran. Które to membrany, tak samo jak w pierwowzorze, mają 50 mm średnicy, ale to już nie unikalna, jedyna taka w całej słuchawkowej historii super celuloza pozyskiwana z zawiesiny Acetobacter aceti, a coś przemysłowego, czego specyfiki nie podają, ale i tak źle nie jest. Substrat to bowiem jakieś wyjątkowo cienkie i elastyczne tworzywo o bardzo dobrym przewodnictwie akustycznym (prawdopodobnie któryś BoPET od DuPont, ale tylko zgaduję), inaczej dźwięk do oryginalnego nie mógłby się tak zbliżyć.
      O magnetycznej sekcji przetwornika też niczego się nie dowiemy; a o tej rzeczy również nie piszą, ale połączenie muszli z padami ma identyczne jak w oryginale mocowanie z dyfuzyjną szczeliną z zadaniem uzyskania większej otwartości brzmienia. Zbliżona okazuje się impedancja, u kopii wynosząca 36, u oryginału 40 Ω. Analogiczna także skuteczność, tam równe 100, tu 103 dB. Za całkiem identyczne można przyjmować obydwa pasma przenoszenia, ale wartość 20 Hz – 20 kHz była u historycznych Sony ściśle skorelowana z podawaną dla odtwarzaczy CD, które pod koniec lat 80-tych uchodziły za wzorzec jakościowy brzmienia. De facto ani ta wzorcowość nie było prawdą, ani to pasmo nie było takie, a tylko utrzymywano wówczas, że zakres powyżej 20 kHz nie ma wpływu na muzyczne doznania; co było i na zawsze zostanie kompletną bzdurą i co Sony usiłowało odszczekać w następnych słuchawkach flagowych Qualia, dla których oszacowano górny zakres na aż 120 kHz. Usiłowało także odkręcić tworząc odtwarzacze SACD, które teraz są na wymarciu, ale to inna historia, z domieszką wciąż dobrze prosperujących pokrewnych plików DSD.

      Z podawanych parametrów technicznych została nam moc robocza 300 mW i dopuszczalna moc wejściowa 1,0 W; obydwie takie same jak było u oryginalnych. Została także waga, bez kabla wynosząca około 400 g, w połączeniu z samodopasowującym pałąkiem i świetnym uformowaniem muszli dająca wygodę tak ekskluzywną, że nie można wymagać lepszej.

    Wszystko to razem zbierając, tym bardziej jeszcze przy tej cenie, daje słuchawki najwyższego dla dzisiejszych realiów poziomu, wymarzone zwłaszcza dla poszukiwaczy konstrukcji zamkniętej. Pod warunkiem jednakże, że za analogią wygody i wyglądu podąża także brzmienie, pomimo innych membran.

Brzmienie

    Od czego by tu zacząć, wiele jest możliwości. Może zacznę od tego, co sprawiło, że oryginalne Sony MDR-R10 ciągle nie pozwalają o sobie zapomnieć i jak żadne inne słuchawki wracają w powtórkowych wersjach. Po ich założeniu (a bajecznie wygodne były) i popłynięciu muzyki z dobrej aparatury, narzucały się momentalnie dwie cechy – przestrzenność i finezja. Na niezwykłe doznania przestrzenne składał się zarówno sam ogrom, jak i precyzja lokowania oraz holograficzne rozwarstwienie źródeł. Wszystko to budowało teatr o bardzo wyrafinowanej, wysoce niecodziennej scenerii, jedyny na dodatek taki, bowiem o żadnych słuchawkach dzisiejszych czy dawniejszych nie możemy powiedzieć, by formowały aranżację analogiczną do R10. Wprawdzie tej miary spektakularność sceniczna nie była jedyną taką – inne też zachwycały – lecz miała własny, niepowtarzalny nimb i należała do przestrzennej korony, współtworzonej przez sceny Staksa SR-Ω, Sennheisera Orfeusza, Grado GS1000 i AKG K1000. Każdą z owych najlepszych poza samą wielkością cechowały inne walory, a jakie, o tym można poczytać w odniesionych recenzjach. Odnośnie zaś samych R10 mogę skrótowo powiedzieć, że ogrom i holografię cały czas u nich się czuło, nie pozwalały o sobie zapomnieć. A równocześnie wyczuwało się towarzyszący temu niecodzienny smak brzmienia, jako że celulozowe membrany smakowo są specyficzne, i sam tę właśnie specyfikę najbardziej sobie cenię. Łączy pełnię i brzmieniowy koloryt z niezrównaną delikatnością i wrażliwością na poszmer; wydaje się, że najmniejszy dźwiękowy atom nie może przemknąć niezauważony. Nawet mrówki tu tupią, wiatrem się stają oddechy – dzieje się coś takiego, jakbyśmy bardzo długo nie słuchając mogli dowolnie rozciągać w czasie pierwsze sekundy kontaktu z dźwiękiem; jakby ta pierwsza, spotęgowana wrażliwość zupełnie nie ustępowała, nawet się jeszcze wzmagała. [1]

      Brzmienie tego samego typu potrafią produkować największe kolumny Avatar Audio, które też posiłkują się celulozowymi membranami (takimi z lat 70-tych, gdy były czymś powszechnym); słuchanie tego to audiofilskie święto, zupełna nadzwyczajność, sam zawsze to przeżywam. Ale na nadzwyczajność brzmienia R10 składał się jeszcze inny czynnik o takiej samej wadze; w nim przejawiało się coś, co było dane tym słuchawkom i żadnym innym, nie posiadało analogii. Tym czymś była melodyjność, którą chyba wypada nazwać aż „nadmelodyjnością”. – Nigdzie podobnej nie spotkałem, była niczym największy brylant. Nawet Sennheiser Orfeusz nie miał takiej, może najprędzej Stax SR-Ω w egzemplarzu który słyszałem.

     Muzykalność pozostałych słuchawek szczytowych oprócz R10 i Omegi to zawsze przeplot z dynamiką, czyli bardziej dosadne brzmienie, gdy u R10 niezmącone niczym falowanie krystalicznie czystego dźwięku z bogactwem kolorytu. I tak, rację mieli ci, którzy zwracali uwagę, że jest na tym muzycznym brylancie skaza – bas nie był dość potężny.

      Odnieśmy teraz to wszystko do kopii od ES Lab i zacznijmy od tego, że bas u niej jest potężny. Nie gorszy niż ten chwalony od HiFiMAN Susvara, nie mniej też precyzyjny niż u Dan Clark Audio STEALTH. To jest klasyczny kawał basu, który ponadklasycznie, wyższościowo, obrazuje fakturę i kubaturę bębnów, toteż słuchanie poprzez te słuchawki najcięższego rocka jest czystą przyjemnością. Trafiłem wprawdzie na opinie, że bas jest w nich za lekki, ale jest taki tylko przed wygrzaniem, które trwa circa dwieście godzin. Wcześniej słuchawki rzeczywiście produkują dźwięk delikatny, pozbawiony mocy zejściowej, ale po wygrzaniu potrafią szaleć i tylko skrajny przypadek tercetu Ultrasone E7, E9, T7 oferuje bas potężniejszy.
W tej sytuacji ważne techniczne dopełnienie: jedyny niedostatek czający się w oryginale udało się usunąć. Lecz co z tą nadzwyczajnością, którą oryginał zachwycał? Pod wszystkimi trzema względami, które wypunktowałem, nie ma pełnego powtórzenia, ale też nikt nie obiecywał, że będą to całkiem jak prawdziwe „R-dziesiątki”. Bo przecież inna membrana i parę innych różnic – nie do końca to samo drewno, inny kabel i inne wypełnienie padów, a muszle nie podtrzymywane magnezowymi uchwytami.

     Rzecz jasna nie ma też mowy o smaku celulozy, której najzwyczajniej tu nie ma, lecz mimo to pewne nawiązanie – dźwięk potrafi być delikatny w sposób wysoce nieprzeciętny i na dodatek potrafi być gładszy (zależeć będzie od toru) nawet od tego z HiFiMAN Susvara mających świetny kabel; a przecież tamtą gładkość uważa się za popisową. Tak więc jest nawiązanie – niepełne, ale jest. Melodyka okazuje się pierwszorzędna zarówno w odniesieniu do zewnętrznej, obrysowej formy dźwięków, jak i do zawartości. Nie tylko jest super gładko i super falująco, ale też mocny indywidualny smak brzmień, intensywne wibracje, czucie naturalności, personifikacja, konkretność. Soprany koloraturowe, te najtrudniejsze do oddania, nie tylko uciekają przed ostrością, ale ujawnia się w nich pełny brzmieniowy wachlarz wibracyjny o trójwymiarowej formie. To nie tylko brzmi jakoś, to się ucieleśnia i żyje. I teraz można już wiedzieć, dlaczego Luciano Pavarotti tak cenił Joan Sutherland, zwąc ją królową sopranu; w jej śpiewie zjawia się nie sama nadzwyczajna precyzja tonu, ale też liryzm głosu i trójwymiarowa głębia. To już nie same idealnie wyśpiewane nuty rejestrów niedostępnych zwykłym głosom, to smak autentycznej pieśni – smak poezji i życia.

     Dzięki temu, że właściciel ES Lab R10 jest także właścicielem wzmacniacza Wells Audio Headtrip (i to takiego rasowanego lepszymi kondensatorami i tranzystorami wyjściowymi), zyskałem możność szerszych porównań odnośnie toru z odtwarzaczem, na tym etapie się skupiając, zwłaszcza że na wyższym poziomie tylko powtarzał obserwacje z toru przy komputerze, niczego zasadniczego poza jakością nie dodając ani nie odbierając. Punkty odniesienia stanowiły Susvary i DCA STEALTH, jedne i drugie okablowane Tonalium-Metrum Lab.

      Na wstępie porównałem wzmacniacze. Headtrip względem ASL Twin-Head operował spokojniejszym dźwiękiem, nie próbującym podkręcać atmosfery dodatkowymi wibracjami. Też odrobinę mniej głębokim i nasyconym barwą, ale tu już różnice były śladowe, takie do automatycznego zapomnienia. Niepomijalne natomiast zjawiły się w prezentacjach słuchawek: STEALTH były najwyższe tonalnie i dzięki obfitości sopranów usiłujące coś za ich pośrednictwem ugrać w mierze wyraźności obrazu i wzrostu indywidualizacji, co, kiedy uznać za akceptowalne to podniesienie tonacji (a jeszcze bardziej gdy nim się cieszyć), można brać było za atuty, ale sam nie byłem w odniesieniu do tego entuzjastycznie nastawiony, mimo iż to sopranowe „przeczesywanie” muzyki i wyskakujące z niego „pchły” miało swoje zalety, przywołując inne wrażenia. (Cały czas rozmawiamy o graniu na najwyższym poziomie.) Na przeciwnym biegunie Susvary grały bez śladu sopranowych wtrętów i budowanych nimi podniet, prezentując spokojniejszą melodykę szczytowego poziomu jako sycące danie główne, w oprawie głębi brzmienia, pięknego kolorytu na czarnych teł podkładzie, także najlepszej spośród porównywanych holografii. Kiedy więc poszukiwać złotego brzmieniowego środka, takiego o szczytowej jakości bez indywidualnych odstępstw od wyważonego ideału, to HiFiMAN Susvara będzie tym, czego nam trzeba, a poszukiwanie wyższych jakościowo alternatyw będzie musiało się ograniczyć do słuchawek pod jakimś względem arcy wybitnych – jak te oryginalne R10, jak Orfeusz, jak AKG K1000 czy własnej firmy Shangri-La. To już musi być arcy-magia, bo zwykła nie wystarczy; dokładnie to samo okazało się odnosić do naśladowczych ES Lab ES-R10. One są podobne do Susvar, dzieląc z nimi te same zalety. Troszeczkę słabszą, ale dobrą, holografię i taką samą melodyjność, która w zależności od wzmacniacza, a nawet od nagrania, raz okaże się minimalnie lepsza, a kiedy indziej ciut słabsza. Analogiczne będą także bogactwo kolorytu oraz głębia brzmieniowa, podobny pietyzm i równie piękna prezentacja głosów.

      A przypomnijmy – to słuchawki prawie czterokroć tańsze i tu posiłkujące się własnym kablem, a nie takim za kolejne tysiące. Atmosfera muzyczna towarzysząca słuchaniu siłą rzeczy okazuje się więc zbliżona, aczkolwiek wyczuwa się w Susvarach, że to słuchawki otwarte, a ES Lab mają odnośnie tego małą skazę, która wydaje się do usunięcia. A mianowicie w sposób trudny do niezauważenia pojawia się u nich reverb rejestrów basowych, które nie ulatują swobodnie z pozostałością pasma, tylko do słuchającego w pewnym procencie wracają niskim echowym odbiciem. To wada, która znika, kiedy o milimetry zaledwie oddalić muszle od uszu – i teraz rozumiemy, dlaczego pady oryginalnych Sony były w sposób widoczny wypukłe; najprawdopodobniej to właśnie, a nie samo o większej gęstości drewno, o innej charakterystyce membrany, tłumiące rezonansy magnezowe uchwyty oraz bardzo specjalna, jak dyfuzor działająca tkanina wewnętrznych osłon przetwornika, powodowało całkowity brak takiego zjawiska w pierwowzorze, który zdawał się być całkowicie otwarty, oferując rozleglejszą scenerię i oszałamiającą holografię. Do czego dorzucić muszę, że śladu takiego odbicia nie stwierdziłem u całkowicie przecież zamkniętych Dan Clark Audio STEALTH, tak więc komora słuchawek zamkniętych może być od niego wolna bez użycia Aizu, a z kolei holograficzne szały odnośnie takiej też nie dotyczyły samych prawdziwych R10, zjawiły się lata temu u Audeze LCD-XC. Natomiast niemalże taka jak u oryginalnych R10 wrażliwość membran odnalazła się w Audio-Technice ATH-L5000, która niestety była limitowana, identycznie zresztą jak jeszcze chwilę temu dostępna Audio-Technica ATH-AWKG (za $4200) [2]. Zamknięte słuchawki Dana Clarka, Audio-Techniki i Audeze zbiorczo stanowią dowód, że powtórzenie Sony R10 – takie, że niemal, niemal – nie musi wiązać się z użyciem dwustuletnich Aizu i membran z celulozy produkowanej przez Acetobacter aceti. Z kolei przykłady HiFiMAN-a i ES Lab dowodzą, że tak ogólnie jest to trudne – że pomimo wysiłków nie zbiera się łatwo w całość.

      Na otarcie łez coś dla preferujących granie z urządzeń przenośnych, a więc dla najliczniejszej dzisiaj grupy. ES Lab ES-R10 okazały się rewelacyjnie współpracować z Astell & Kern KANN ULTRA; i całe szczęście, że zdążyłem to sprawdzić, bo pochłonięty porównaniami wzmacniaczy i słuchawek niemalże o tym zapomniałem. Czas naglił, słuchawki musiały wracać, w ostatniej chwili zdążyłem. A warto było, bo to brzmienie utkwiło mi w pamięci; utkwiło dzięki temu, że było perfekcyjne.

     Oczywista są różne perfekcje, i ta przy odtwarzaczu przenośnym nie dorównuje tej przy wielkim wzmacniaczu, ale perfekcyjne dla tej odnogi sprzętowej były wszystkie składowe brzmienia. Duża, wielkoobszarową poetyką znaczona przestrzeń, błogi powiew melodyjności wraz z pełną personifikacją, do tego potęgowy bas o znakomitej wyraźności. Mega potężne orkiestry, miażdżący ciężki rock, pieszcząca muzyka rozrywkowa, tajemnicza elektroniczna, jazz ze zjawiskowym saksofonem, i na finałową ozdobę misterium delikatnych wybrzmień w specjalnej, na to właśnie ukierunkowanej aranżacji kanonów. Dźwięczny również i harmonicznie rozbudowany fortepian, przytłaczająca potęga organów, najwięksi w historii wokaliści przywołani jak żywi. Prima sort takie słuchanie, naprawdę można było zwątpić w sens aparatury nieprzenośniej, przynajmniej do momentu, kiedy puszczana była w ruch…

[1] Biologicznym przystosowaniem, uformowanym przez ewolucję, jest fakt, że zmysły reagują mocniej w pierwszych sekundach kontaktu z bodźcem, formując ostrzeżenie, a zaraz potem ich aktywność spada na rzecz oszczędności energii i ewentualnego łatwiejszego znoszenia przykrych doznań.

[2] Najczęściej te limity wynikają z ograniczonej dostępności drewna, co zjawia się też u Grado.

Podsumowanie

     W podsumowaniu muszę ująć dwie rzeczy, składające się na przeciwieństwo. Muszę wyrazić zadowolenie, że tak znakomite słuchawki można nabywać relatywnie tanio, bo przecież te ze ścisłej czołówki nie schodzą dziś poniżej dziesięciu tysięcy, najczęściej i poniżej dwudziestu. Muszę jednocześnie wyrazić rozczarowanie faktem, że mimo upływu aż trzydziestu sześciu zim (których podobno wnet nie będzie) próba dorównania tak zaawansowanej wiekowo, zbliżającej się już do czterdziestki słuchawkowej legendzie nie powiodła się w całej pełni. Należy nawet powiedzieć więcej – to nie bliskie spotkanie trzeciego stopnia, ani nawet drugiego. Bardzo dobre słuchawki dzisiejsze, high-endowe w teraźniejszych kryteriach wyznaczanych przez współczesny rynek, bez obawy kolizji, nawet ze sporym dystansem, minęły wytyczony cel. Owo samorzutnie zjawiające się „Ach!”, towarzyszące pierwszym i kolejnym chwilom słuchania prawdziwych R10, tutaj się nie pojawia. Można się cieszyć z tego, że to prawie Susvary za o tyle mniejsze pieniądze, ale gdzie tam Susvarom do prawdziwych R10… To „gdzie tam” piszę wprawdzie w porywie irytacji, bo gdy wziąć aptekarską wagę, różnice wyjdą wprawdzie uchwytne, ale nie będą zasadnicze. Może jedynie ta szmerowość R10 była z innego świata, również ta holografia i nieustanne czucie ogromu. Razem składały się na to „Ach!”, które nie towarzyszy percypowaniu słuchawek dzisiejszych, a kiedy towarzyszy, zwykle odnosi się do cech dynamicznych, a nie do nadzwyczajnej finezji. Niemniej to „Ach!” i dziś się zjawia – doświadczyłem go przy Spirit Torino, przy Stax SR-X9000, przy HiFiMAN Shangri-La i nowym Orfeuszu. Także przy Audio-Technice L5000 i RAAL Requisite. Rewelacyjne z Olympusem Entreqa są również T+A Solitaire P, finezyjnością zbliżone do oryginalnych R10 (pod warunkiem maksymalnego napędu) Dan Clark Audio CORINA. Muszę też przyznać, że towarzyszyło mi to „Ach!” z dobrze napędzanymi Stax SR-009, u których transparentność była jedyna w swoim rodzaju. Czy można w tej sytuacji narzekać? Narzekać zawsze można i zawsze się narzeka, a faktem pozostaje, że ścisłego naśladownictwa Sony MDR-R10 jak nie było, tak nie ma.

 

W punktach

Zalety

  • Starano się skonstruować kopię klasycznych Sony MDR-R10 i nie do końca się udało, ale wyszły słuchawki bez dwóch zdań high-endowe.
  • Niemal identycznie wyglądające.
  • Z podobnym typem brzmienia.
  • Uwodzące melodyjnością.
  • Dające pełną personifikację instrumentom i głosom.
  • Oferujące duże sceny.
  • Bez zarzutu przejrzyste i znakomicie szczegółowe.
  • Przydające muzyce pełnego kolorytu.
  • Z maestrią formowania brzmień.
  • Nie tylko finezyjne, ale też mocne w wyrazie.
  • W odróżnieniu od oryginału dysponujące potężnym basem.
  • Doskonale współpracujące z każdym typem wzmocnienia, włącznie z odtwarzaczami przenośnymi.
  • Oferujące wspaniałą wygodę.
  • Oparte na gatunkowych surowcach, w tym autentycznym Aizu.
  • Elegancko opakowane.
  • Z odpinanym, a więc umożliwiającym poszukiwanie lepszego kablem.
  • Bardzo wysoko ocenione przez krąg słuchawkowych entuzjastów.
  • Przy wszystkich tych zaletach relatywnie tanie.
  • Stosunkiem ceny do jakości pogrążające większość konkurencji.
  • Znany i ceniony producent.
  • Żadnych skarg na realizację.
  • Made in Hongkong.

Wady i zastrzeżenia

  • Pytaniem pozostaje dostępność, ograniczana dostępnością Aizu.
  • Należy poszukiwać metody usuwającej reverb basowy. (Wypukłe pady?)
  • Warto poszukać lepszego kabla i przy okazji zmienić wtyki przy muszlach.
  • Trzeba się liczyć z tym, że ograniczenia surowcowe, zwłaszcza odnośnie membran, nie pozwalają na powtórzenie dźwięku autentycznych R10. (Mimo to są to świetne słuchawki zamknięte.)
  • Brak polskiego dystrybutora, sprzedaż wyłącznie wysyłkowa.
  • Długi okres oczekiwania.

 

Dane techniczne

  • Słuchawki dynamiczne o budowie zamkniętej.
  • Membrana: ø50 mm, prawdopodobnie polimerowa.
  • Komory z drzewa Aizu zelkova, identyczne jak u oryginalnych.
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (w rzeczywistości szersze)
  • Impedancja: 36 Ω
  • Czułość: 103 dB
  • Moc robocza: 300 mW
  • Maksymalna moc wejściowa: 1,0 W
  • Waga z kablem: 520 g
  • Długość kabla: 2,0 m
  • Połączenie: standardowo pozłacane złącze 6,35 mm (opcjonalnie dowolne)


Dane techniczne oryginału

  • Słuchawki dynamiczne o budowie zamkniętej.
  • Biocelulozowa membrana przetwornika o średnicy 50 mm i grubości 20 mikronów.
  • Komory głośnikowe z drzewa Aizu zelkova o komputerowo zoptymalizowanym kształcie akustycznym.
  • Impedancja: 40 Ω
  • Skuteczność: 100 dB
  • Maksymalna moc sygnału wejściowego 1,0 W
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (Prawdopodobnie w rzeczywistości znacznie szersze, sztucznie zaniżone do poziomu zgodności z formatem CD.)
  • Waga bez kabla: 400 g.
  • Kabel długości 3,0 m z długokrystalicznej miedzi beztlenowej 6N w silikonowej izolacji i jedwabnym oplocie.
  • Opakowanie w postaci skórzanej walizki wyścielonej atłasem z dołączonymi akcesoriami do konserwacji i książkową instrukcją.
  • Połączenie: złocony wtyk 6,35 mm z czystego rodu

 

System

  • Źródła: PC (pliki dyskowe, YouTube, TIDAL), Astell & Kern KANN ULTRA, Cairn Soft Fog V2.
  • Przetworniki: Audio Reveal Hercules, Phasemation HD-7A K2.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Phasemation EPA-007, Wells Audio Headtrip II.
  • Słuchawki: Dan Clark Audio STEALTH (kable VIVO Cables i Tonalium), ES Lab ES-R10, HiFiMAN Susvara (kabel Tonalium – Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium – Metrum Lab).
  • Kabel koaksjalny: Hijiri HDG-R Million.
  • Interkonekty: Sulek 6×9 RCA, Sulek Red RCA, Next Level Tech Flame RCA, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, GFmod, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Solid Tech „Disc of Silence.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

21 komentarzy w “Recenzja: ES Lab ES-R10

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Czyli kupic te sluchawki mozna tylko tu..
    https://www.eslabhk.com/product-page/es-r10-closed-back-dynamic-headphone
    Mozna wiedziec kto udostepnil i gdzie kupil sluchaki ktore opisywales…

    1. Piotr+Ryka pisze:

      W Polsce jest kilku właścicieli i kilku zainteresowanych, o których wiem. Były prezentowane na spotkaniu słuchawkowym we Wrocławiu, a właściciel tych dostarczonych do recenzji (dla którego podziękowania), jeżeli zechce to sam się przedstawi. Mnie nie upoważnił.

  2. miroslaw frackowiak pisze:

    Przy zamowieniu z tej podanej strony i zaznaczeniu wielkosci wtyku 6,5 i przesylka po przeliczeniu wychodzi 16140HKD a to juz jest 1640 funtow X 5zl to jest 8200zl duzo wiecej jednak!
    Podsumowanie zamowienia
    Suma częściowa
    15.460,00 HKD
    Dostawa
    England, United Kingdom
    680,00 HKD

    EMS – HK$680.00
    Całkowity
    16.140,00 HKD

    1. Michal Pastuszak pisze:

      Jeszcze sobie Mirek dolicz jakies 20% do tej sumy (czyli razem okolo 10k w PLN) bo zaplacisz tez podatek kupujac do UK.

  3. Miltoniusz pisze:

    Te 12900 HK$ to jest jakby cena bez kabla? Dostawa do Polski spowoduje chyba jeszcze konieczność zapłaty podatku vat i cła. Czy dobrze rozumiem? Pomimo to i tak byłaby to bardzo ciekawa propozycja.

  4. Piotr+Ryka pisze:

    ES Lab jakoś nie zainspirowały, ale może jeszcze dyskusja ruszy. Tymczasem przyjechały Austrian Audio „The Composer” i dedykowany im bardzo ciekawy wzmacniacz. Serial słuchawkowy się kręci, obecnie wokół spadkobierców po zmarłym AKG.

  5. Artur pisze:

    Panie Piotrze czy sprawdzał Pan je na jakimś lepszym kablu?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Nie było możliwości, nie mam żadnego kabla na mikro-wtykach HiFiMAN-a, a przerabianie nieswoich słuchawek nie wchodziło w rachubę.

      1. Artur pisze:

        Szkoda bardzo. Posiadam te słuchawki i na lepszym kablu (u mnie srebro 5N litz z wtykiem rodowanym) zyskują OGROMNIE. Właśnie wtedy pojawia się wyjątkowa trójwymiarowa przestrzeń (której nie doświadczyłem na żadnych innych słuchawkach) z bogactwem niuansów wyłaniających się z muzyki z niezwykłą subtelnością. Ze źródłem analogowym ta magia ma jeszcze więcej gęstości, namacalności i realizmu. Kabel fabryczny jest przeciętny, a wręcz słaby moim zdaniem.

        Niestety nie miałem okazji słuchać oryginału, ale spośród wielu topowych dostępnych na rynku słuchawek to od roku moje ulubione. A miałem większą bądź mniejszą styczność z większością flagowych planarów, dynamików, kilkoma elektrostatami i AMT z bieżącej produkcji. Wliczając w to Susvarę u zarówno u siebie w domu jak i na popisowych zestawach prezentacyjnych. Niezależnie od ceny wolę ESR10 na ten moment.

      2. Artur pisze:

        Dodam jeszcze w kwestii tych rewerbacji basowych. Na srebrnym kablu ja takiego zjawiska nie zauważyłem. Może dlatego, że bas zyskuje na szybkości i precyzji.

        1. Piotr+Ryka pisze:

          A zatem same dobre wiadomości. Nic, tylko kupować i zmieniać kabel.

  6. Artur pisze:

    https://www.headamp.com/products/es-lab-r10

    Z tego wynika, że przetwornik to jednak bioceluloza.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Dziękuję za bardzo cenne uzupełnienie opisowe, niemniej muszę podtrzymać swoje obiekcje dotyczące różnic między naśladownictwem a oryginałem. Pady na pewno nie są identyczne, w każdym razie nie względem dwóch oryginałów, z którymi miałem do czynienia, nie ma też takiej przestrzenności ani subtelności, a smak celulozowych membran nie został powtórzony; pod tym względem Kennerton Vali są bliższe oryginałowi. Szkoda.

      1. Piotr+Ryka pisze:

        Niemniej to są słuchawki na pewno GODNE POLECENIA.

      2. Artur pisze:

        Podejrzewam, że dobór innych padów może wynikać z większej ilości basu generowanej przez ESR10 względem oryginału. Jeżeli dokładnie się przyjrzeć pod światło to można dostrzec pod skórą pokrywającą nauszniki, że pianka wewnątrz ma nietypową strukturę, jest jakby perforowana (widać „oczka”). Powinno się to przekładać na mniejszą izolację i większą oddychalność tych padów. Stawiałbym, że stosując analogiczne do oryginału nauszniki to basu mogłoby być już zbyt wiele. I że to jest bardziej świadoma decyzja EsLab w celu uzyskania określonego brzmienia, a nie problem leżący w niemożliwości skopiowania oryginalnych padów.

        Do tego powtórzę, to co pisałem wyżej – bez dobrego kabla to one nie pokażą swoich możliwości. Oczywiście Panu nie trzeba tego tłumaczyć, ale skala zmian jest bardzo duża i idąca właśnie w kierunku tego co Panu brakowało względem oryginału w nich. Nie mam pojęcia jak bardzo się zbliżają (mam nadzieję, że kiedyś się uda to sprawdzić) ale z pewnością są bliżej legendarnych Sony.

        1. Piotr+Ryka pisze:

          A z jakim kablem ich Pan słuchał?

          1. Piotr+Ryka pisze:

            Aha, wyżej napisano. Czy to kabel od którejś marki, czy własne wykonanie? A może ma Pan swoją firmę kablową?

          2. Artur pisze:

            Od Teda Allena z Head-Fi, srebro 5N occ litz. Samodzielnie przelutowałem wtyk na z Neutrika XLR na dużego jacka rodowanego cyną Mundorf.

            Słuchałem ich też z Lavricables Ultimate oraz chińskim (Lunashops) srebro litz z domieszką złota i palladu. Każdy oczywiście wnosi dużą poprawę względem fabrycznego. U mnie finalnie najlepiej sprawdza się ten od Teda, ale to za sprawą wymiany wtyku i rezygnacji z przejściówki do dużego jacka (mimo, że ta była również ze srebra).

          3. Piotr+Ryka pisze:

            Dobrze, ale co ze złączami przy muszlach?

          4. Artur pisze:

            Należy szukać kabli z wtykami do starszych Hifiman (HE6, HE400 itd). Posiadając inny dowolny kabel też to nie problem nabyć takie wtyki i je wymienić.

            Dla przykładu tutaj jest takowy gotowy w ofercie Lavricables:
            https://www.lavricables.com/cables/ultimate-silver-hifiman-he400-he500-he5-he560-he6-upgrade-cable/

    2. Michal Pastuszak pisze:

      To jest przetwornik z biocelulozy w tej replice ale ten w Sony byl zrobiony z cienszej jej warstwy, co najwidoczniej mialo/ma decydujace przelozenie na lepsze przekazywanie niuansow dzwiekowych w oryginale.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy