Recenzja: Circle Labs P300 i M200   

Odsłuch

      Odsłuch zacząłem od konfiguracji najprostszej, czyli dwóch interkonektów XLR zespalających w łańcuszek odtwarzacz, pre i końcówkę. Jednym był pożyczony Siltech Ruby Crown, drugim własny Tellurium Q Black Diamond. Zagrało pierwszorzędnie, zwłaszcza że przez trzy godziny system nabierał jakości, cichutko sobie mrucząc różne wiązanki jazzowe. A kiedy już zasiadłem i podkręciłem głośność, momentalnie wiedziałem, że mam do czynienia z systemem najłatwiejszym z możliwych. Zero kombinowania przy ustawianiu kolumn, jakichś prób z podstawkami, dociążnikami, chęci majstrowania przy lampach. Od startu to ruszyło całkowicie sycącą jakością, że najmniejszych zastrzeżeń i nimi powodowanych nerwowych prób ulepszenia. Każdy z aspektów na wysoką notę i cienia pejoratywu.

      Zrazu byłem w pełni zadowolony, a potem naszły mnie wątpliwości. Nie, wcale nie te z tych, że coś jednak nie tego, lecz dopiero zauważyłem, bo wciąż zero pejoratywów, żadnego się nie dopatrzyłem. Wszelako pomyślałem sobie, że może to grać jeszcze lepiej, bo znam takie jeszcze lepsze brzmienia i tu wydają się możliwe. Inaczej mówiąc, świąd audiofilski mnie dopadł i zaraz stałem przy urządzeniach, odłączając CD Cairna od pre i podpinając mu kablem optycznym przetwornik Phasemation z uaktywnionym procesorem K2, który musiałem podpiąć do P300 interkonektem RCA, bo on ma tylko takie wyjście. Użyłem najlepszego z dostępnych, Sulka Red, który jest dużo droższy od każdej części wzmacniacza, tańszy dopiero od ich sumy. Ale zostawmy ceny, bo teraz tak zagrało, że aż kręciłem głową z niekłamanego podziwu. I zaraz pomyślałem sobie, że na całe me audiofilskie szczęście znalazły się w tym dzielonym dwie lampy, bo inaczej musiałbym zwątpić w przydatność lampową. Zwątpić natomiast można było w sens poszukiwania jakichś NOS, nie wydawały się potrzebne. Ogólnie biorąc grało niemal tak samo jak mój system z lampowym przedwzmacniaczem i hybrydową końcówką mocy – jedyna wyczuwalna różnica tyczyła tego, że w moim większy nacisk na czarowność, a w tym na dynamikę. Ale żeby ktoś nie pomyślał, że w tym nie było kolorytu, liryki i czarowności, bo jak najbardziej były, i to na pełną skalę. Śladowo mniejsze rozwibrowanie i rozkołysanie melodyczne zastępowane były w pełni rewelacyjnym dynamizmem i fantastyczną organizację sceny. Sceny takiej zaczynającej się około metr za kolumnami i bezkreśnie sięgającej do tyłu, ale nie trzymającej się w tym obszarze, tylko atakującej słuchacza. To tam – ten metr za głośnikami i dalej – rozpoczynała się muzyka, ale tak samo jak u żywej: kiedy stoisz w pobliżu, ona ciebie ogarnia. Nie dzieje się „tam”, tylko wokół – i ta właśnie się działa. A jednocześnie super przyjemnie było widzieć, jak test stereofoniczny na bazie „Chung Kuo” Vangelisa nie przelatuje prosto albo łukiem z kolumny na kolumnę, a w pełni oderwany przemieszcza się sygnałem wyraźnie z tyłu za nimi  i pięknie pozwala trwać brzmieniom, niezależnie od tego, że miota się błyskawicami i z pełnym rozmachem.

     Imponująco to wypadło i zaraz wziąłem się do tego, żeby sprawdzić potęgę i przetestować naturalizm. Bębny taiko się rozszalały i chyba jeszcze nigdy nie puściłem ich aż tak głośno; też chyba jeszcze nigdy nie ukazały takiej brzmieniowej złożoności i takiego braku zniekształceń. Różnicowanie pałek, membran, kotłów, niemalże też słyszalne ćwieki trzymające membrany – wszystko to żyło szałem bicia i brzmieniowym ogromem o wielkiej komplikacji i mocy wyobrażeniowej.

      Zaraz od tego przeskoczyłem do Piotra Skrzyneckiego i Jana Nowickiego, by sprawdzić zwykłą mowę. Skrzynecki został tak nagrany, że głos wzbudza się sopranowo – i to wzbudzenie pomieszane z autentyzmem wypowiedzi oddane było perfekcyjnie. Nowickiego natomiast nagrano jak radiowego spikera, czyli bez żadnych zniekształceń – i on był całkiem jak prawdziwy, jakby tam stał przy kolumnach i wiersz swój recytował przy wtórze śpiewu innych.   

     O ty, wzmacniaczu dzielony z dwiema małymi lampkami, ty sobie urządzasz kpiny z kosztujących wielokroć więcej? Bo nie, żeby one w każdym przypadku miały być nie lepsze, a gorsze; ale wystarczy, że nie lepsze, aby całkiem poległy. A tym to właśnie pachniało i nie będę wskazywał marek, ale sami znajdziecie. Bo teraźniejszość aż się roi od wzmacniaczy dzielonych za sto, dwieście, trzysta i więcej tysięcy, a nie dostrzegam między nimi wielu, o których chciałbym powiedzieć, że są brzmieniowo jeszcze lepsze. Znajdą się bardziej dopieszczające i bardziej dynamiczne, ale tak całościowo nie miałem uwag, nie odczuwając pragnienia lepszości. Dzielony Circle Labs P300/M200 jest perfekcyjny w tym co robi, a jeszcze za te pieniądze… Tak, można go kontrować na przykład EAR Yoshino V12, ale on moc ma aż trzy razy mniejszą, a grzeje jak piekarnik. I tak, pozostaje faktem, że już mały dzielony HEED to jest nie byle co, ale  dalece nie tyle.

      Wszystko, co mi przychodzi do głowy jako przykład wyższości, kosztować będzie worek złota i grzać o wiele mocniej. (Te A-klasowe monobloki Accuphase, czy monobloki Audio Research na galeriach lampowych – rany boskie jak one grzeją.) Alternatywą niskie moce pojedynczych albo podwójnych dużych triod w kanale, ale do nich trzeba dobierać kolumny o dużej skuteczności, a o ceny lepiej nie pytać. To samo względem przedwzmacniacza.

    Szybko z opisem brzmienia tym razem się uwinąłem, ale co się będę rozwodził? Że była atmosfera prawdziwego koncertu, że można było się wsłuchiwać w najdrobniejsze niuanse, a głosy ludzi i instrumentów jawiły się jako zjawiskowe? Tak, wszystko to tam było, a każdy z was przecież słyszał znakomicie grający system i wie na czym rzecz polega. Tu miałem zaś do czynienia z jednym z takich i pozostawało sprawdzić, czy podmiana tych zwykłych Harmonix na jakościowo maksymalne Simens & Halske E88CCa przyda cośkolwiek jakości, oraz ewentualnie wypróbować końcówkę M200 z własnym przedwzmacniaczem, by rzecz trochę pokomplikować. Przyznam, że nie za bardzo mi się tego wszystkiego chciało w obliczu tak dobrego brzmienia, ale się jakoś przemogłem.

    Zacznijmy od tych CCa, którymi szybko i bez problemów końcówkę obsadziłem. (Mały problemik taki, że lampy zorientowano na płask z małą ilością miejsca przed nimi, a gniazda mają ciasne zaciski.) Złote bolce historycznych, drogocennych lamp, opisywanych jako „Najlepsze z najlepszych! Holy Grail!”, powoli i nie bez oporu wraziły się na swoje miejsca, aparatura została odpalona, półtorej godziny pomruczała (na więcej nie miałem cierpliwości), odsłuch ruszył. Zmiany? Tak, owszem, zmiany. Deklasacja? Nie, na to nie było miejsca. Jak mogłoby być tak fantastycznie wcześniej, a teraz doznać deklasacji. Nic zatem z deklasacyjnych smaków, ale na pewno inaczej. I w sumie w sposób łatwy do przewidzenia, ale trudniejszy do opisu. Pokazało się brzmienie gładsze, bardziej spójne i jednorodne wyrazowo, ale pomimo tej spójności… No właśnie, jak to nazwać? Jednym słowem się nie da, ewentualnie rzucając hasło „bardziej zróżnicowany naturalizm”.

    Zacznijmy od ludzkich głosów. Stały się spokojniejsze, zyskały głębszy namysł i jawiły się jako jeszcze bardziej czerpane wprost z życia. To podkręcenie sopranowe w głosie Skrzyneckiego prawie zupełnie znikło, okazując się czy to sztuczną próbą wzmożenia, czy może raczej następstwem wady; tak czy tak te Harmonix wyostrzały obrazowanie poprzez podbicie kontrastu poza realistyczny poziom, ażeby stało się nadrealnie ostro i przesadnie chropawo. Co mogło się w oderwaniu podobać, ale na tle naturalnego podejścia trochę raziło sztucznością, aczkolwiek słowo „razić” to epitet w tym wypadku nadmierny, poprzestańmy na „lekkiej przesadzie”. No, może nie do końca lekkiej, bo jednak ten Skrzynecki poprzednio trochę szczypał, a teraz prawie stuprocentowo płynnie się wypowiadał, ale to nie było o tyle za dużo, żeby aż stało się rażące. Spokojny natomiast już przy lampach Harmonix głos Jana Nowickiego też doznał przesunięcia, ale w stronę namysłu, z towarzyszeniem nastroju rezygnacji, świadomości prośby o niemożliwe. (Proszenia, żeby Skrzynecki choć na chwilę zmartwychwstał.)[1]. Ogólnie nabierania cech bycia czymś bardziej ludzkim niż samym obojętnym uczuciowo głosem; to samo odnosiło się do wszystkich innych głosów, i wszystkie one (rzecz niebagatelna) nie tylko były lepiej plasowane w spektrach audialnym i emocjonalnym, ale też doskonalej, bardziej uwidaczniająco, osadzane na scenach.

     Wypiękniała więc melodyka i pogłębiła się refleksyjność w splocie z aranżem scenicznym, ale zaszły też inne zmiany. Na skutek wzrostu koherentności (powodowanego tą lepszą melodyką), brzmieniowy atak, który już opisałem jako forsowny i startujący z o metr za głośnikami sceny, stał się atakiem bardziej zwartym i jednocześnie bardziej złożonym. Niby to sprzeczne wewnętrznie, ale takie miałem odczucie, i spróbuję to oddać przez analogię militarną. Otóż atakowany byłem przez bardziej zwarte formacje brzmieniowe, a jednocześnie te formacje były dokładniej opisane. Rozplanowanie przestrzenne jeszcze się poprawiło, a poszczególne dźwięki jeszcze lepiej wpisywały się w przestrzeń – szczególnie obraz symfonicznych orkiestr doznał poprawy widokowej. Lokalizacja instrumentów i wyważanie ich siły stały się jeszcze prawdziwsze – stały takie jak bardzo, ale to bardzo rzadko kiedy. Wrażenie bycia w filharmonii podczas słuchania płyt nagranych systemem Decca tree już było dojmująco prawdziwe, a tych nagranych binauralnie prawdziwe aż po zastyganie wobec niemożliwego.

     Cenne lampy z epoki trochę też do przekazu dopompowały powietrza i uczyniły bardziej namacalnym medium, jako ośrodek bardziej obecnego i mieniącego się światła; mniej kontrastowo, za to bardziej plastycznie wydobywającego kontury.  

      Ale to wszystko ani trochę nie podważyło opisów wcześniejszych, bo lampy Harmoniksa okazały się nadspodziewanie dobre; bez porównawczych przymiarek niemalże perfekcyjne, a po nich i tak świetne.    

     Pozostał do wypróbowania jeszcze własny przedwzmacniacz, jako osobliwa alternatywa, bo nigdy takiego nie było w sprzedaży i na pewno nie będzie. Trudno go też oszacować cenowo, ale tu wezmę miarę, że na pewno bym go nie sprzedał za mniej niż sześćdziesiąt tysięcy, możemy zatem przyjąć, że od recenzowanego był jakieś dwa i pół raza droższy, co już przed rozpoczęciem porównań dawało Circle Labs P300 znakomitą pozycję. (Tym bardziej jeszcze z ekskluzywnymi lampami CCa, które sklep TUBES-store.eu  wycenia na 2200 PLN.) To z nimi na pokładzie robiłem porównanie, ciesząc się z bycia posiadaczem dwóch par i martwiąc jednocześnie, że ten lampowy serwis wyżej ocenia i wycenia E188CC Siemens & Halske. (Miałem kiedyś E188CC Mullarda i one nie były lepsze ani gorsze, a tylko ciemniej grały; no, może jednak były odrobinę mniej finezyjne.)  

      To porównanie, co z nim? Dało się wyczuć kilka zmian, w tym między innymi tę, że linia horyzontu nieco się obniżyła, a horyzontalna płaszczyzna stała bardziej obecna. Do czego dołączyło cofnięcie pierwszego planu o jakiś jeszcze metr i dużo mocniej odczuwana przepastna głębia sceny. Mniej odczuwalna teraz była intensywność ataku, a bardziej magia przestrzeni, w tym obecność otchłani. Bardzo osobiście ją lubię i dawno temu pisałem, że Sennheiser Orfeusz (ten pierwotny) to jedyne słuchawki, potrafiące tym obdarować. Bo czucie ogromu, to jedno, a czucie przepastności, to trochę co innego – jego głównym motywem lęk. 

     Prócz tego zarysowała się jeszcze lepsza sceny tej kompozycja – brzmienia  efektowniej łączyły się w całość kompozycyjną i aurę nastrojową, też trochę bardziej były złożone, racząc słuchacza większą informacyjną obfitością. Ale to już nie była obiektywna zmiana obrazu, jedynie subiektywne odczucia.

    Ostatnia rzecz warta wzmianki to inne konstruowanie dźwięków, bardziej zróżnicowane. Przy przedwzmacniaczu P300 i z lampami Harmonix w M200 dźwięki były nie tylko wyraźne, ale też mocno kontrastowe. Zastosowanie lamp CCa minimalnie podniosło temperaturę, wygładziło powierzchnie i odjęło kontrastu, w sposób niezaprzeczalny wzbogacając też całość o refleksyjne bogactwo uczuć. Wraz z czym pojawiły się mniej poprzednio rozpoznawalne stany rezygnacji, zwątpienia czy zobojętnienia, zjawiło się też intensywniejsze przeżywanie, jak również refleksyjny dystans do własnego przekazu. Co razem składało się na wyższy poziom wyrazowy, ukazujący więcej emocji i szerszą gamę uczuć, przy jednoczesnym stonowaniu klimatu brakiem wszechobecnego czynnika ekscytacji.

      Przedwzmacniacz ASL Twin-Head (kompletnie przerobiony) jeszcze to trochę zmienił, mocniejszy kładąc akcent na składniki same już z siebie podkręcone, co jeszcze mocniej zróżnicowało całość. Z czego sumarycznie wynikał przekaz cokolwiek żywszy niż w kombinacji P300/M200 z lampami CCa, ale to była różnica taka dla poszukiwaczy różnic, a nie żadna niepomijalna.

     Finalnie całościowe odczucie zjawiło się takie, że przedwzmacniacz P300 spokojnie się obronił; galeria dziesięciu lamp w Twin-Head nie zdołała go skrzywdzić, jedynie ukazała go w pewnym odniesieniu.

 

[1] Wiersz Nowickiego powstał jako reakcja na śmierć Skrzyneckiego.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

16 komentarzy w “Recenzja: Circle Labs P300 i M200   ”

  1. Piotr+Ryka pisze:

    Na zdjęciach lampy CCa.

  2. Marek pisze:

    Panie Piotrze, Dariusz Fikus… nie Łukasz?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Łukasz, Łukasz. Przepraszam za błąd.

      1. Piotr+Ryka pisze:

        Poprawiłem.

        1. Marek pisze:

          dziękuję ☺️

  3. Adm961 pisze:

    Nie rozumiem dlaczego konstruktorzy zdecydowali się finalnie na słabe lampy Electro-Harmonix we wzmacniaczu wycenionym grubo ponad 30.000 PLN. Być może Simensy były awaryjne, ale spośród lamp ecc88 można wybrać znacznie lepiej. Chyba nie była to forma oszczędności producenta?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Tak jak napisałem w recenzji: producent w obliczu awaryjności Siemensów (których miał zgromadzony skrzyniowy zapas) zdecydował się przejść na któreś lampy z produkcji bieżącej i zorganizował ich zakrojone na jak najszerszą skalę porównanie. Z porównania tego – ku jego zaskoczeniu – zwycięsko wyszły zwykłe Harmonix, a zauważmy przy okazji, że wielokrotnie droższe wzmacniacze Kondo używają teraz zwykłych JJ. Nie chodzi tu o oszczędności, a o bezawaryjność w okresie gwarancji i brak różnic brzmieniowych między egzemplarzami. Nie jest przy tym winą Circle Labs czy Kondo, że nie ma w produkcji bieżącej lamp tej jakości co dawne CCa czy PQ, nie ma nawet takich jak te standardowe z epoki. I znów to nie jest wina dzisiejszych wytwórców lamp, tylko obowiązującego teraz zakazu używania toksycznych surowców przy ręcznej produkcji, które to surowce o wyższej jakości dawnych lamp decydowały. (Może nie tak do końca, ale w głównej mierze.)

  4. Piotr+Ryka pisze:

    Ktoś chyba przeszarżował lub się pogubił w tych czerwonych cyferkach, bo niemal milion za słuchawki to absurd, ale nawet dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy to już grubo za słono.

    O samych nowych Susvarach słyszałem przeszło miesiąc temu od mp3store. A te srebrne dekle do słuchania się ściąga i na tym wic polega.

    https://m.sklep.rms.pl/hifiman-susvara-unveiled-sluchawki-nauszne-otwarte-planarne-magnetostatyczne-klasy-total-hi-end

    1. Sławek pisze:

      Tutaj jest informacja, że mają kosztować 8000$. Czyli tyle samo co poprzednia wersja:

      https://www.head-fi.org/threads/introducing-hifiman-susvara-unveiled-elevating-audio-excellence.973091/

      A z tą ceną milionową to się chyba polskiemu dystrybutorowi something pojebałoś.

      1. Michal Pastuszak pisze:

        Na pewno nie beda kosztowac tyle samo. Susvara 2 jest juz oficjalnie wyceniona w UK na 7500£, podczas gdy Susvara 1 kosztuje 5700£, zatem blisko 10k PLN roznicy.

        1. Piotr+Ryka pisze:

          Sławek o tyle ma rację, że Susvary faktycznie kosztowały osiem tysięcy dolarów, ale ostatnio zaczęły gwałtownie tanieć. Niewątpliwie z uwagi na pojawienie się nowszej wersji, i teraz te relacje są takie jak przedstawiasz. A są już te nowe dostępne, czy tylko przedsprzedaż?

          1. Michał Pastuszak pisze:

            Nawet nie pamietam kiedy były one sprzedawane w tej wyjściowej cenie, bo ta pierwsze Susvara w cenie 5700 funtów jest za tyle dostępne w UK już od około 2 lat (wcześniej nie sprawdzałem). Natomiast Susvara 2 widnieje jako na stanie (cokolwiek to oznacza), rozumiem wiec ze musieli kilka sztuk uzyskać i można je mieć od reki. Jak będę mial możliwość to zobaczę czy jest egzemplarz odsłuchowy, w innym wypadku odwiedzę stoicko HFM na CANJAM w Londynie w lipcu.

            https://www.hifonix.co.uk/detail/hifiman-susvara

          2. Michał Pastuszak pisze:

            I jeszcze poprawna specyfikacja Susvar 2, bo widzę ze w wielu miejscach jest z błędami podawana:

            Susvara Unveiled Specifications:
            Frequency Response: 6Hz-75kHz
            Sensitivity: 86dB
            Impedance: 45Ω
            Weight: 430 grams/16.16 ounces

            Mnie akurat pasuje to 86dB, bo jakby nie patrzył będzie to poziom trudności napędzenia zbliżony do DCA Stealth i spora poprawa względem Susvar 1 (83dB). Co innego gdy ktoś buduje system od zera i tylko pod Susvary, wówczas może to mieć mniejsze znaczenie.

          3. Piotr+Ryka pisze:

            Może Michale byś wrzucił ten podesłany mi opis wzmacniacza Lucarto i zdjęcia pod jego recenzją?

          4. Michal Pastuszak pisze:

            Jak najbardziej, chociaz nie wiedzialem ze tu mozna zamiescic tez zdjecia w komentarzu (odnosnie Songolo).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy