Recenzja: Avatar Audio Holophony №1

      Podbiałostockie Avatar Audio działa nieustająco, co rusz wychodząc z nowym produktem. Dopiero co badałem możliwości ich najnowszej wersji podstawek Receptor, już wpadli z nową wersją szczytowych kolumn Holophony №1. Którym nie przypisali żadnego Mk-ileś, ponieważ ma to być (ściślej jest) produkt nie ciągnący za sobą ogona poprzedników, tylko najdoskonalszy tak po prostu – najlepsze kolumny od Avatar Audio. Kropka. Wolne od ciężaru dziedzictwa, samorodne – samym swym brzmieniem i wyglądem tłumaczące wszystko bez odwołań do osiągnięć poprzednich wersji, co wobec wieloletniego i wielo-wcieleniowego ich istnienia w mojej opinii mrzonką, w każdym razie odnośnie tych, którzy tamte poznali.

      Nie mnie jednak wnikać w heraldykę, nic mi do niej, niech nazywają jak chcą. Tym bardziej, że dawniejszych №1 słuchałem wyłącznie na AVS, u siebie miałem oczko niższe Avatar Audio Holophony №2 MkII[1], co miało miejsce równe pięć lat temu, w sierpniu 2020. Tamte były bardzo podobne, z wyglądu całkiem identyczne – jedyna zauważalna różnica to subwoofer, którego w nowych Holophony №1 nie ma.

      Szczegóły konstrukcyjne przedmiotem następnego rozdziału, wpierw trochę ogólników. Nazwa firmy „Avatar” nie jest wyłącznie ładnie brzmiącym i dobrze się kojarzącym słowem-znakiem wybranym na użytek reklamy. W sensie marketingowym ma w tym wypadku szersze znaczenie, a dokładniej właściwe, albowiem idée fixe twórcy Avatar Audio przywołanie awatarów. Wokaliści i instrumenty mają się zjawiać z realnością nieodróżnialną od koncertowej; temu i tylko temu ma służyć wdrażana technologia, nic prócz tego nie wchodzi w rachubę.

     Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Czariusz Andrejczuk, spiritus movens wizji muzycznych awatarów, wspomina:

      Holophony №1 to zwieńczenie 15 lat mojej pracy nad kolumnami głośnikowymi zdolnymi stworzyć iluzję koncertu w domowym pokoju, pokazać akustyczne awatary muzyków.

W 2010 roku pisałem: „Od parudziesięciu lat, odkąd większość czasu w domu poświęcałem na słuchanie muzyki, moim marzeniem był dźwięk całkowicie oderwany od kolumn, z pełną iluzją „żywych” głosów i instrumentów zawieszonych w przestrzeni przed słuchaczem, z emocjami muzyków, z wibracjami strun i membran, których doświadczałem na  koncertach. Jednak po wielu latach nieustannych zakupów, testów i wydaniu ogromnych kwot wciąż zamiast muzyki słyszałem tylko lepszy lub gorszy sprzęt (…) Pragnąłem, aby sprzęt grający był tak przezroczysty i „niesłyszalny”, że pojęcia stereofonii czy  tonów niskich lub wysokich tracą rację bytu, a słuchacze są wirtualnie przenoszeni do pomieszczenia, w którym dokonano nagrania.”

      Rozpocząłem więc prace konstrukcyjne, nieświadomy, jak tytaniczna praca mnie czeka. W ciągu tych 15 lat musiałem stworzyć i przetestować ponad 20 tysięcy wariantów zwrotnicy aby sprawić, że trzy głośniki są słyszalne jak jeden – koherentne, pojedyncze źródło dźwięku – tak jak instrument akustyczny…

     Twórca jest najwyraźniej zadowolony, nakładem pracy i środków cel został osiągnięty. Czy jest to cel chwilowy i za czas jakiś kolejne №1 staną do testów z bagażem przeszłości branym w nawias bądź nie? Póki co nie musimy zaprzątać sobie tym głowy, znając realia pewnie tak. Naszym zadaniem przetestować, co z obiecywanymi awatarami hic et nunc się podziało – ziściły się czy też nie?

 

[1] Też jeszcze wcześniejsze MkI (2018).

Z czego powstają Avatary tworzące awatary?

      Teraz też nie będę udawał, że szczytowe Avatar Audio wyszły jak Wenus z morskiej piany, a wcześniej ich nie było. Widziałem poprzedniczki, coś trzeba wspomnieniowo o nich. Starsze były zdecydowanie droższe, podchodziły pod 100 tysięcy, czy może nawet przekraczały, nowe to ledwie 59 700 PLN, głównie za sprawą tego, że sprzedaż bezpośrednia, zrezygnowano z dystrybutorów. Obudowy były tam inne: część dolna wyoblona półłukowym od frontu sklepieniem, obydwie sekcje sfazowane na wszystkich krawędziach i narożach, surowcem drewno merbau grubości 30 mm, nie bambusowe płyty. (Te starsze obudowy można nadal zamawiać.)

      Nowe Holophony próbują dorównać brzmieniowo przy znacznie obniżonych kosztach, gabarytach i wadze[2]: profilowanie mają inne, poskładane ze skośnych płaszczyzn w ujmujące złożonym kształtem kubatury, powtarzające 1:1 bryły opisywanych pięć lat temu Holophony №2. (Minus wspomniany bass-refleks.) Ale jest jeszcze jedna zmiana oprócz tych oczywistych, tyczących rodzaju głośników i wewnętrznego okablowania.[3] Poprzednie miały za element nośny podstawki magnetyczne na łożyskach kulkowych, obecnie, zarówno przy podstawie, jak i między sekcjami, są to testowane niedawno nowe Receptor №1. Podobno lepiej się spisują – zostałem zapewniony – co przy ich faktycznie dużych możliwościach niewykluczone, że jest prawdą. Odnośnie powierzchowności jeszcze jedna uwaga – nowe wcielenie №1 pociągnięto lakierem na kasztanowy kolor, przydając wygląd bardziej meblowy w sensie tradycyjnego meblarstwa. Prezentują się więcej niż dobrze, nawet żonie się spodobały, a kot miał dużą chrapkę na ich duże membrany. Przesadzam, wcale nie miał, tylko się przy nich wywalił i lizał sobie łapę, lecz ocalałym membranom trzeba chwilę poświęcić. To ciągle główna broń przeciwko złemu światu, który muzyki nie chce dawać w postaci awatarów. Avatar Audio ma je za narzędzie temu potrafiące zaradzić, a jest to narzędzie stare, z innej audiofilskiej epoki. W dawniejszych czasach, będzie tego tak półwiecze z okładem, szczytowej klasy audio bazowało na wzmacniaczach SET i głośnikach o papierowych membranach. Żadne beryle czy karbony, żadne tworzywa sztuczne i paki tranzystorów. Cieniuteńkie papierowe membrany od tweetera po woofer – a dotknij sobie taką przy najbliższej okazji, przekonasz się jak czułe. Jak mocnym reagują szmerem, jak głośno odpowiedzą – to dlatego wzmacniacze SET mogły sobie z nimi poradzić. Mogły bez potęgowych triod 211’ czy 845’, mogły na starym radiowym szlaku klasycznych 45’, 2A3, 300B. Na moje pytanie o membrany padła odpowiedź: Przetworniki to oryginalne niemieckie produkty z lat 50 i 60-tych XX wieku. O średnicach ø10, ø20 i ø30 cm, ich materiał to czysty papier pobudzany magnesami AlNiCo. Masa 20-centymetrowej membrany średniotonowej wynosi tu ledwie 4 g – niepobity do dziś rekord świata. Dzięki temu to najszybszy i najbardziej rozdzielczy głośnik średniotonowy w całej historii przemysłu audio. A papierowe tweetery wyszły z użycia wiele dziesięcioleci temu, Holophony to dziś jedyna kolumna na rynku światowym z papierowym tweeterem.

     Holophony №1, podobnie jak №2, to konstrukcja podwójna, podłogowa, trójdrożna. Podwójna jako dwuczęściowa, co jest sporą osobliwością, aczkolwiek nie ewenementem. Podobnie jak u sławnych Vox Olympian (choć bez osobno stojącego basowca), moduł wysokotonowy to osobna konstrukcja, a ściślej wysokotonowy pospołu ze średniotonowym, których wspólną obudowę stawia się na wyosobnionej głośnika niskotonowego. Stawia nie tak po prostu, tylko od teraz na nowych Receptor №1 o ø50 mm kulkach pochłaniających drgania. Analogicznie dzieje się na spodzie – moduł niskotonowy oddziela od podłogi taki sam zestaw antywibracyjnych podkładek. Wszystkie one, podobnie jak zwory i uziemiające okablowanie, stanowią integralną część zestawu, nie trzeba osobno płacić.  

      Kolumny nominalnie są 4-ohmowe, a zwrotnica pierwszego rzędu, co przy realistycznym wyznaczniku wydaje się oczywistością. Efektywność osiąga tutaj aż 98 dB, dlatego wzmacniacze typu „wielki piec” nie wchodzą raczej w rachubę. Można zastosować bi-wiring, nawet jest zalecany, nie od rzeczy też będzie każdą kolumnę uziemić, chociaż to niekonieczne. Wymiary całościowe to 1160 x 350 x 480 mm, waga 40 kg/szt. Pasmo przenoszenia oszacowano na 27 Hz – 20 kHz (co nie jest prawdą, ale niech będzie[4]), moc nominalną na 20 W. Wykończenie może być naturalnie jasne lub tak jak na zdjęciach kasztanowo ciemniejsze, po zmianie obudowy od Holophony №2 model flagowy odróżniają już tylko inne (ale o tych samych średnicach) głośniki, lepsze materiałowo zwrotnice i wyższej klasy okablowanie zastosowane wewnątrz.

 

[2] Z 50 na 40 kg.

[3] Inaczej byłby Avatar №2.

[4] Oszacowanie pasma przenoszenia to w całej branży audio jedno wielkie oszustwo; nikt, albo prawie nikt, nie dysponuje aparaturą zdolną oszacowywać je realnie. Przy tej okazji warto wspomnieć, że nieprawdziwe jest twierdzenie, iż pasmo akustyczne ludzkiego przyswajania dźwięków (więc nie samego słyszenia podstawowych uszami) to 20 Hz – 20 kHz; laboratorium AKG oszacowało kiedyś górny zakres na dochodzący do 2 MHz. (Słyszenie twarzą i resztą ciała, oddziałujące na całościowy odbiór kształtowanie nominalnie poza słyszalnym pasmem rewerbów oraz formujące dźwiękowe widmo (aurę) najwyższe harmoniczne.)

Brzmienie

      Trzeba zacząć od tego, że to kolumny wrażliwe. Tak było pięć lat temu z Holophony №2 MkII i nie inaczej z dzisiejszymi Holophony №1. Ale jednak inaczej. Odmienność membran głośników i pewna inność zwrotnicy, też nieobecność bass-refleksu i nowe pochłaniacze drgań, wszystko to postawiło odmienne wymagania odnośnie ustawienia pod względem dwóch czynników. Pierwszym stopień odgięcia. Najczęściej u mnie to odgięcie powinno być niewielkie, czasami nieomal żadne. Kolumn chcących dużego niemalże nie notuję, nie wyłączając moich Audioform. Tymczasem Holophony №1 życzyły sobie tak dużego, że spojrzenia głośników skrzyżowały się przed słuchaczem, co sytuacją wyjątkową. Lecz musiało tak być; inaczej topniało piękno sceny, a ono było takie, że w żadnym razie, bez dyskusji. Poodginawszy w te i wewte i nabrawszy pewności, że inaczej optimum nie będzie, przeszedłem do suwania sobą do przodu i do tyłu, by na koniec ustalić, że dla Holophony №1 optymalne nie będzie oddalenie maksymalnie dalekie, takie na ile pomieszczenie pozwala, a siedzenie nie za daleko od miejsca skrzyżowania, ale jednak kawałek. Granie wprost na słuchacza, głośnikami wpatrzonymi wprost w niego, degradowało scenę; a zatem krzyżak przed nim i siedzenie tuż za nim, albo niewiele dalej, a wtedy gigantyczna scena i bezpośredni kontakt z uczestnikami zdarzeń.

    Na tej kanwie uwaga, iż dość to było dziwne, bo identyczne kształtem obudowy i średnice głośników u Holophony №2 MkII chciały typowo niewielkiego odgięcia i preferowały większy dystans, ale widać tak to już bywa i nie ma ścisłych reguł – mała zmiana potrafi skutkować nieproporcjonalnie dużym efektem. Nie zmieniło się natomiast to, że dystans od ściany tylnej musiał być przeszło metrowy, bodaj tylko głośniki tubowe nie stawiają takich wymagań. (Chociaż to też zależy.)  

    To siedzenie zaraz za skrzyżowaniem miało ważki efekt uboczny, mianowicie prawidłowa stereofonia okazała się wąska, właściwie jednoosobowa. Fakt, sadowiąc się w dowolnym miejscu przed kolumnami (choćby i w bok od obu) można było podziwiać niezwykłość dźwięku i daleko, daleko za nimi rozbudowującą się scenę, ale stereofoniczne optimum było tak z półmetrowe do góra metra szerokości; wystarczyło przechylić głowę, by wyważenie się rozjeżdżało. Lecz za to w miejscu wyważenia… Ale nie, wpierw jeszcze o warunkach, tym razem o sprzętowych. Pobawiłem się przetwornikami: tym zaszytym w CD Cairna i zewnętrznym od Phasemation. Zwykle ten z Phasemation spisuje się via optyczny przewód lepiej i zrazu przy Avatarach też tak się wydawało. Wszelako od początku zrobiły się mecyje, bo zdania podzielone: sam twórca – Czariusz Andrejczuk – optował za Cairnem solo, jako źródłem dającym lepsze barwy i całościowo lepszą melodykę, w zamian za pewną redukcję dokładności ogniskowania – bardziej ukonkretniającego wizyjnie dźwięki i ich korelacje wzajemne, za czym sam optowałem. Ale tak było w stanie lamp dopiero co uruchomionych i całej reszty z nimi, a jak już wiele razy pisałem, przed upływem czterdziestu pięciu minut w ogóle nie ma co słuchać, chyba żeby ktoś chciał się najeść nieprawdy brzmieniowej, bądź podłapać muzykę jaką by ona nie była.  

    Producent musiał ruszać ku swym innym krakowskim sprawom, a ja musiałem zostać sam na sam z jego dźwiękiem, który wraz z rozgrzewaniem lamp i tranzystorów coraz bardziej się zmieniał. Na serio za słuchanie zabrałem się wieczorem, po przeszło ośmiu godzinach grania tak mimo uszu, a pewnym będąc swego, zacząłem od stanu z Phasemation, który z pewnością bardziej odpowiada większości kolumn i słuchawek. Zabrałem się i słucham – brzmienie fascynujące. Bezdyskusyjny, natychmiastowy, dojmujący realizm. Od razu przy tym zaskoczenie, bowiem dla papierowych membran najbardziej charakterystyczną cechą wzmiankowana szmerowość – łapanie najdrobniejszych pyłków, najmniejszych śladów aury, pogłosu, westchnień, szeptów. Co buduje niezwykły nastrój, właśnie dający realizm, a gdy do tego dochodzi ponadprzeciętne oddanie barwy i całej reszty rozwiniętej w interwale harmonicznej poezji, a jeszcze gdy to wszystko zjawia się w holograficznym układzie wyjątkowo głębokiej sceny, to magia poprzez niecodzienny realizm doznaje całkowitego spełnienia i właśnie za to tak lubię papierowe membrany.[5] Tymczasem tutaj pierwszym spostrzeżeniem była energia dźwięku – zaskakująco wysokie ciśnienia akustyczne na skórze i klatce piersiowej. Dopiero w tle tego barwa i cały pozostały high-end wplatany w dynamikę; i jako wypadkowa faktyczne zatopienie w autentycznej muzyce – a zatem to, o co szło, co tu narzuca sama nazwa. Awatar koncertowo-nagraniowy, jakbyśmy byli przenoszeni w miejsca muzycznych narodzin…. ale po pewnym czasie, po dłuższym wsłuchiwaniu, wygramoliły się zza tego jakieś niedociągnięcia. Osłabła fascynacja zjawiskowo głęboką sceną i zjawiskową holografią z dbaniem o perspektywę, osłabło przytłoczenie tą nadzwyczajną szmerowością i nawet zaskoczenie niespodziewaną dynamiką….  Albowiem okazało się przy wspomnieniowych odwołaniach, że czegoś tu brakuje, zwłaszcza kiedy pod odsłuchowym nożem znalazły się nagrania kładące nacisk na miąższość basu oraz głębokość dźwięków. Pomimo zachowania w słuchanym brzmieniu waloru tajemniczości, bazującego przecież w głównej mierze na głębokości dźwięków i czerni tła za nimi, głębokość u wiolonczel czy organów, jak również rockowego, elektronicznego i symfonicznego basu, nie były dość pokaźne, nie takie jak powinny dla pełnej gamy wrażeń. No ale zaraz – pomyślałem – przecież głównie z tego powodu nie zastąpiłem Cairna innym drogaśnym odtwarzaczem, że owe droższe inne bas miały regularnie szczuplejszy, a głębię brzmienia płytszą.

     – A w takim razie co?
     – Nie ma się nad czym zastanawiać, wracamy do Cairna solo!

      To zdarzyło się po raz pierwszy, taka konieczność powrotu. Być może z mojej winy – przy poprzednich tego rodzaju przejściach za mało na głębi się skupiałem? Nie umiem odpowiedzieć, wspomnień do tego nagiąć, tu jednak sytuacja była z rodzaju oczywistych. Z Cairnem jako dawcą źródła bas, wypełnienie i brzmieniowa głębia nie budziły już najmniejszych zastrzeżeń, gama wrażeń się dopełniła; dopełniła tym bardziej, że przy przetworniku Phasemation kolumny przy najniższym basie popadały w pasożytniczy rezonans, a teraz tego nie było. Jednocześnie – co też istotne – nie powróciło po rozgrzaniu toru owo mniej skupione w pierwszych chwilach na tle Phasemation ogniskowanie dźwięków i nie tak dobra koordynacja ich relacji wzajemnych. Koncentracja na wyraźności i dokładności splotła się z głębią i kolorytem w jeszcze silniejszą realizmem całość, teraz już w ogóle nie było do czego się przyczepić nawet przy najuważniejszym wsłuchiwaniu. Są oczywista pewne aspekty, które inne głośniki realizują lepiej. Tuby, przykładowo, potrafią dawać jeszcze wyższą trójwymiarowość i doskonalsze rozpraszanie na przestrzeń sopranów, a diamentowe membrany Raidho jeszcze silniej potrafią rozwibrowywać medium, że całe aż się jarzy. Ale to są niuanse z zakresu partii szczytowych w ramach budżetów setek tysięcy, poza tym ta szmerowość papieru to z kolei broń przeciw tamtym.

     Skupmy się na stanie bieżącym. Muzyka pojawiała się tak mniej więcej sześć metrów przed słuchaczem i niekoniecznie miała ochotę zagarniać go w siebie – wolała pozostawać „tam”, mimo wspomnianych wysokich ciśnień. Nie pojawiało się wrażenie wejścia pomiędzy orkiestrę, ansambl jazzowy czy rockowy zespół, widz pozostawał widzem. Ale ta wałkowana nieustająco w tym tekście realność zjawiająca się „tam” – ta była nadzwyczajna, oszałamiała sobą. Zwłaszcza po przejściu na Cairna solo, kiedy bas stał się dwakroć mocniejszy (nie przesadzam) i wypełnienie poprawiło do zupełności bez zastrzeżeń. Słuchałem i słuchałem, i narastał entuzjazm. – Kolejne nagrania dowodziły, że to brzmienie kompletne, ziszczające do formy zupełnej fantomy awatarów. Zjawił się prawdziwy fortepian, pojawiły kościelne chóry i klubowe składy jazzowe. Cała przestrzeń tętniła, artyści jeden po drugim wchodzili i schodzili ze sceny zawsze we własnych osobach. Realność niczym z wizji paraliżującej swą prawdziwością, i nawet najtrudniejszy dla tych kolumn repertuar, jak ciężki rock symfoniczny i syntezatorowa elektronika ani trochę nie zawiódł odnośnie postaci. A w takim razie kwintesencja audiofilskiego dążenia na kierunku realność.  

     Sumując te wrażenia. Jeśli gdzieś może być realniej, to góra o włos prawdziwiej i wielki stos pieniędzy za to.

 

[5] Przypominam, bardzo specjalne, ale właśnie celulozowe, miały magiczne jak żadne inne słuchawki Sony MDR-R10 – pomnikowy przykład sztuki odtwórczej, przywoływania awatarów.

Podsumowanie

      Co ja się będę bawił w jakieś mądre opinie poparte tym czy tamtym obiektywizującym argumentem i tą czy tamtą we wspomnieniach nurzaną retrospektywą. Te kolumny – zwyczajnie, po prostu – chciałbym mieć za narzędzie, móc je stale przymierzać i odnosić do innych. Nie kokietuję tym stwierdzeniem, do producenta nie przymawiam, dobrze wiem, że go nie stać na wieloletnie użyczenie, nie ten kaliber firmy. Tak więc piszę to szczerze, bez najmniejszego podtekstu. Powiem więcej – nawet się z panem Czariuszem jakoś specjalnie nie lubimy, obaj w opiniach arbitralni pozostajemy przy swoich zdaniach, które nie zawsze są zbieżne. Ale akurat odnośnie Holophony №1 szacujemy jednako, tutaj panuje pełna zgoda. To są kolumny jak marzenie, aczkolwiek nie dam głowy, czy wersja z drzewa merbau nie była jeszcze lepsza. Na pewno była droższa, jakość zostawiam w zawieszeniu; z uwagi na nią te najnowsze są zasadniczym postępem w świetle relacji cena/jakość. Zarazem są efektowne wizualnie – bez tweetera jak gwizdek, w meblowej szacie kolorystyczno-materiałowej, prezentują się ekskluzywnie, ciekawie, nieszablonowo. Podzielone na dwie obszerne sekcje, fabrycznie uziemione, opatrzone bez dopłat w wysokiej jakości zwory, z głośnikami vintage o nadzwyczajnej czułości i rygorystycznie realistycznym sposobie oddania brzmienia, do tego zabezpieczone przed wibracjami świetnym systemem resorującym, tylko czekają na sygnał, żeby móc się wykazać. Oferują typ realizacyjny, który najbardziej lubię: perfekcyjne obrazowanie – przeszywające i magiczne mocą swych awatarów. Do tego scenę jak ze snu, dla której imaginacyjne oddzielenie źródeł od membran to dopiero początek pokazu. Zarazem nie są to kolumny łatwe w stylu: postawiliśmy byle jak, podpięli do byle czego – i jazda, mamy to! Trzeba się nieco przyłożyć, trzeba nad nimi popracować – starannie je ustawić, rozpatrzyć różne możliwości odgięcia i podpięcia. Ta wiedza to nie tajne akta, po które trzeba się włamywać, każdy audiofil ją posiada, wystarczy by jej użył. Rezultat będzie arcy, sam w każdym razie otrzymałem. Na koniec jedna uwaga – to nie kolumny dla lubiących łubu-dubu w stylu kozackie audio z mojej czarnej beemki. Bas mogą dać potężny, ale nie w typie subwoofera, co był okazją na Allegro.

 

W punktach

Zalety

  • Realizm.
  • I jeszcze raz realizm.
  • Realizm rzeczywiście na miarę awatarów.
  • Subtelność dźwięku sięga szczytów.
  • A jednocześnie nie jest blado.
  • Koloryt w pełnym rozkwicie, a moc oddziałuje ciśnieniami.
  • Jeśli cenicie szczegółowość, to lepszej nie znajdzie.
  • Duży format brzmieniowy, żaden tam kameralizm.
  • Scena to tu osobna baśń.
  • Przepastna.
  • Holograficzna.
  • Bardzo dbała o perspektywę.
  • Oderwanie źródeł pozornych? Aż wstyd o tym wspominać, tak oczywiste i dobitne.
  • Dalekie rozsunięcie źródeł nie przeszkadza im w nawiązaniu znakomitej kooperacji.
  • Tak więc nie tylko żywi ludzie i ich prawdziwe ich instrumenty, też i świetne relacje.
  • Widownia? Prawdziwszych oklasków nie słyszałeś.
  • To tchnienie autentyzmem warte jest tych pieniędzy.
  • Elegancko się prezentują.
  • Wyszukany kształt bryły.
  • I należyte wykończenie.
  • Papierowe membrany to kwintesencja high-endu.
  • Tutaj w wersji vintage – najlepsze jakie były.
  • Wysoka czułość – łatwo napędzić.
  • Nadają się do wzmacniaczy SET, a mało które się nadają.
  • Z niezwykłą pieczołowitością skalibrowana zwrotnica.
  • Separowane od wibracji nowymi separatorami.
  • W komplecie zwory, podstawki i okablowanie uziemienia.
  • Zadbano o bi-wiring.
  • O wiele lepszy od poprzedniego stosunek jakości do ceny dzięki sprzedaży bezpośredniej.
  • Producent z tradycjami.
  • Made in Poland.
  • „Ryka Approved!”

 

Wady i zastrzeżenia

  • Dobrze ustawić i dobrze napędzić to tutaj nie przelewki.
  • Weź, miłośniku łubu-dubu, idź poszukać czegoś innego.

 

Dane techniczne

  • Typ: kolumna podłogowa, dwusegmentowa, trójdrożna
  • Średnice głośników: ø100, ø200, ø300 mm
  • Rodzaj głośników: vintage z papierowymi membranami na magnesach AlNiCo (producenci niemieccy, lata 50-te i 60-te)
  • Materiał obudowy: płyty bambusowe
  • Wykończenie: meblowe
  • Szacunkowe pasmo przenoszenia: 27 Hz – 20 kHz
  • Impedancja: 4 Ω
  • Skuteczność: 98 dB
  • Wymiary: 1160 x 350 x 480 mm
  • Waga: 40 kg/szt.
  • W zestawie zwory, osprzęt uziemiający i cztery komplety podstawek

Cena kompletu: 59 700 PLN

 

System

  • Źródło: Cairn Soft Fog V2 z przetwornikiem Phasemation HD-7A 192 K2 i solo
  • Kabel optyczny: WireWorld Supernova 7 Glass Toslink
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1
  • Kolumny: Avatar Audio Holophony №1
  • Interkonekty: Next Level TechETHER, Sulek RED
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power
  • Listwa: Sulek Edia
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS
  • Kondycjoner masy: QAR-S15
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”
  • Ustroje akustyczne: Audioform
Pokaż artykuł z podziałem na strony

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy