Brzmienie
Trzeba zacząć od tego, że to kolumny wrażliwe. Tak było pięć lat temu z Holophony №2 MkII i nie inaczej z dzisiejszymi Holophony №1. Ale jednak inaczej. Odmienność membran głośników i pewna inność zwrotnicy, też nieobecność bass-refleksu i nowe pochłaniacze drgań, wszystko to postawiło odmienne wymagania odnośnie ustawienia pod względem dwóch czynników. Pierwszym stopień odgięcia. Najczęściej u mnie to odgięcie powinno być niewielkie, czasami nieomal żadne. Kolumn chcących dużego niemalże nie notuję, nie wyłączając moich Audioform. Tymczasem Holophony №1 życzyły sobie tak dużego, że spojrzenia głośników skrzyżowały się przed słuchaczem, co sytuacją wyjątkową. Lecz musiało tak być; inaczej topniało piękno sceny, a ono było takie, że w żadnym razie, bez dyskusji. Poodginawszy w te i wewte i nabrawszy pewności, że inaczej optimum nie będzie, przeszedłem do suwania sobą do przodu i do tyłu, by na koniec ustalić, że dla Holophony №1 optymalne nie będzie oddalenie maksymalnie dalekie, takie na ile pomieszczenie pozwala, a siedzenie nie za daleko od miejsca skrzyżowania, ale jednak kawałek. Granie wprost na słuchacza, głośnikami wpatrzonymi wprost w niego, degradowało scenę; a zatem krzyżak przed nim i siedzenie tuż za nim, albo niewiele dalej, a wtedy gigantyczna scena i bezpośredni kontakt z uczestnikami zdarzeń.
Na tej kanwie uwaga, iż dość to było dziwne, bo identyczne kształtem obudowy i średnice głośników u Holophony №2 MkII chciały typowo niewielkiego odgięcia i preferowały większy dystans, ale widać tak to już bywa i nie ma ścisłych reguł – mała zmiana potrafi skutkować nieproporcjonalnie dużym efektem. Nie zmieniło się natomiast to, że dystans od ściany tylnej musiał być przeszło metrowy, bodaj tylko głośniki tubowe nie stawiają takich wymagań. (Chociaż to też zależy.)
To siedzenie zaraz za skrzyżowaniem miało ważki efekt uboczny, mianowicie prawidłowa stereofonia okazała się wąska, właściwie jednoosobowa. Fakt, sadowiąc się w dowolnym miejscu przed kolumnami (choćby i w bok od obu) można było podziwiać niezwykłość dźwięku i daleko, daleko za nimi rozbudowującą się scenę, ale stereofoniczne optimum było tak z półmetrowe do góra metra szerokości; wystarczyło przechylić głowę, by wyważenie się rozjeżdżało. Lecz za to w miejscu wyważenia… Ale nie, wpierw jeszcze o warunkach, tym razem o sprzętowych. Pobawiłem się przetwornikami: tym zaszytym w CD Cairna i zewnętrznym od Phasemation. Zwykle ten z Phasemation spisuje się via optyczny przewód lepiej i zrazu przy Avatarach też tak się wydawało. Wszelako od początku zrobiły się mecyje, bo zdania podzielone: sam twórca – Czariusz Andrejczuk – optował za Cairnem solo, jako źródłem dającym lepsze barwy i całościowo lepszą melodykę, w zamian za pewną redukcję dokładności ogniskowania – bardziej ukonkretniającego wizyjnie dźwięki i ich korelacje wzajemne, za czym sam optowałem. Ale tak było w stanie lamp dopiero co uruchomionych i całej reszty z nimi, a jak już wiele razy pisałem, przed upływem czterdziestu pięciu minut w ogóle nie ma co słuchać, chyba żeby ktoś chciał się najeść nieprawdy brzmieniowej, bądź podłapać muzykę jaką by ona nie była.
Producent musiał ruszać ku swym innym krakowskim sprawom, a ja musiałem zostać sam na sam z jego dźwiękiem, który wraz z rozgrzewaniem lamp i tranzystorów coraz bardziej się zmieniał. Na serio za słuchanie zabrałem się wieczorem, po przeszło ośmiu godzinach grania tak mimo uszu, a pewnym będąc swego, zacząłem od stanu z Phasemation, który z pewnością bardziej odpowiada większości kolumn i słuchawek. Zabrałem się i słucham – brzmienie fascynujące. Bezdyskusyjny, natychmiastowy, dojmujący realizm. Od razu przy tym zaskoczenie, bowiem dla papierowych membran najbardziej charakterystyczną cechą wzmiankowana szmerowość – łapanie najdrobniejszych pyłków, najmniejszych śladów aury, pogłosu, westchnień, szeptów. Co buduje niezwykły nastrój, właśnie dający realizm, a gdy do tego dochodzi ponadprzeciętne oddanie barwy i całej reszty rozwiniętej w interwale harmonicznej poezji, a jeszcze gdy to wszystko zjawia się w holograficznym układzie wyjątkowo głębokiej sceny, to magia poprzez niecodzienny realizm doznaje całkowitego spełnienia i właśnie za to tak lubię papierowe membrany.[5] Tymczasem tutaj pierwszym spostrzeżeniem była energia dźwięku – zaskakująco wysokie ciśnienia akustyczne na skórze i klatce piersiowej. Dopiero w tle tego barwa i cały pozostały high-end wplatany w dynamikę; i jako wypadkowa faktyczne zatopienie w autentycznej muzyce – a zatem to, o co szło, co tu narzuca sama nazwa. Awatar koncertowo-nagraniowy, jakbyśmy byli przenoszeni w miejsca muzycznych narodzin…. ale po pewnym czasie, po dłuższym wsłuchiwaniu, wygramoliły się zza tego jakieś niedociągnięcia. Osłabła fascynacja zjawiskowo głęboką sceną i zjawiskową holografią z dbaniem o perspektywę, osłabło przytłoczenie tą nadzwyczajną szmerowością i nawet zaskoczenie niespodziewaną dynamiką…. Albowiem okazało się przy wspomnieniowych odwołaniach, że czegoś tu brakuje, zwłaszcza kiedy pod odsłuchowym nożem znalazły się nagrania kładące nacisk na miąższość basu oraz głębokość dźwięków. Pomimo zachowania w słuchanym brzmieniu waloru tajemniczości, bazującego przecież w głównej mierze na głębokości dźwięków i czerni tła za nimi, głębokość u wiolonczel czy organów, jak również rockowego, elektronicznego i symfonicznego basu, nie były dość pokaźne, nie takie jak powinny dla pełnej gamy wrażeń. No ale zaraz – pomyślałem – przecież głównie z tego powodu nie zastąpiłem Cairna innym drogaśnym odtwarzaczem, że owe droższe inne bas miały regularnie szczuplejszy, a głębię brzmienia płytszą.
– A w takim razie co?
– Nie ma się nad czym zastanawiać, wracamy do Cairna solo!
To zdarzyło się po raz pierwszy, taka konieczność powrotu. Być może z mojej winy – przy poprzednich tego rodzaju przejściach za mało na głębi się skupiałem? Nie umiem odpowiedzieć, wspomnień do tego nagiąć, tu jednak sytuacja była z rodzaju oczywistych. Z Cairnem jako dawcą źródła bas, wypełnienie i brzmieniowa głębia nie budziły już najmniejszych zastrzeżeń, gama wrażeń się dopełniła; dopełniła tym bardziej, że przy przetworniku Phasemation kolumny przy najniższym basie popadały w pasożytniczy rezonans, a teraz tego nie było. Jednocześnie – co też istotne – nie powróciło po rozgrzaniu toru owo mniej skupione w pierwszych chwilach na tle Phasemation ogniskowanie dźwięków i nie tak dobra koordynacja ich relacji wzajemnych. Koncentracja na wyraźności i dokładności splotła się z głębią i kolorytem w jeszcze silniejszą realizmem całość, teraz już w ogóle nie było do czego się przyczepić nawet przy najuważniejszym wsłuchiwaniu. Są oczywista pewne aspekty, które inne głośniki realizują lepiej. Tuby, przykładowo, potrafią dawać jeszcze wyższą trójwymiarowość i doskonalsze rozpraszanie na przestrzeń sopranów, a diamentowe membrany Raidho jeszcze silniej potrafią rozwibrowywać medium, że całe aż się jarzy. Ale to są niuanse z zakresu partii szczytowych w ramach budżetów setek tysięcy, poza tym ta szmerowość papieru to z kolei broń przeciw tamtym.
Skupmy się na stanie bieżącym. Muzyka pojawiała się tak mniej więcej sześć metrów przed słuchaczem i niekoniecznie miała ochotę zagarniać go w siebie – wolała pozostawać „tam”, mimo wspomnianych wysokich ciśnień. Nie pojawiało się wrażenie wejścia pomiędzy orkiestrę, ansambl jazzowy czy rockowy zespół, widz pozostawał widzem. Ale ta wałkowana nieustająco w tym tekście realność zjawiająca się „tam” – ta była nadzwyczajna, oszałamiała sobą. Zwłaszcza po przejściu na Cairna solo, kiedy bas stał się dwakroć mocniejszy (nie przesadzam) i wypełnienie poprawiło do zupełności bez zastrzeżeń. Słuchałem i słuchałem, i narastał entuzjazm. – Kolejne nagrania dowodziły, że to brzmienie kompletne, ziszczające do formy zupełnej fantomy awatarów. Zjawił się prawdziwy fortepian, pojawiły kościelne chóry i klubowe składy jazzowe. Cała przestrzeń tętniła, artyści jeden po drugim wchodzili i schodzili ze sceny zawsze we własnych osobach. Realność niczym z wizji paraliżującej swą prawdziwością, i nawet najtrudniejszy dla tych kolumn repertuar, jak ciężki rock symfoniczny i syntezatorowa elektronika ani trochę nie zawiódł odnośnie postaci. A w takim razie kwintesencja audiofilskiego dążenia na kierunku realność.
Sumując te wrażenia. Jeśli gdzieś może być realniej, to góra o włos prawdziwiej i wielki stos pieniędzy za to.
[5] Przypominam, bardzo specjalne, ale właśnie celulozowe, miały magiczne jak żadne inne słuchawki Sony MDR-R10 – pomnikowy przykład sztuki odtwórczej, przywoływania awatarów.








