Recenzja: Aurorasound HEADA

Brzmienie

Za tą niewielką regulacyjną gałką wysokiej klasy potencjometr.

  Op-ampy, bufory i pojedyncze średnie trafo, nawet jeżeli wspierane tranzystorami, kondensatorami oraz potencjometrem z wysokich półek – czy tak zaprojektowany tor może zaoferować brzmienie naprawdę szczytowej klasy? Bo gorszej nas nie zadowoli przy takiej cenie, rekomendacjach i obsypaniu nagrodami. Tymczasem firma Burson niemało na rynku zwojowała pod  hasłem: „W naszych słuchawkowych wzmacniaczach nie ma op-ampów, one psują”. I trafa większe dają, i masywniejsze obudowy, a ceny wyższe nie są. W dodatku to urządzenia z Australii, gdzie szczególnie o klimat dbają, że każdy kangur skacze z przeciwociepleniową torbą… Nie, zdaje się – jeszcze nie, ale naprawdę dbają. Tak więc uznana konkurencja z przodującego kraju takie coś krytykuje, a tu inżynier z Japonii, czyli zza pacyficznej miedzy, okazuje się mieć inne zdanie. Po czyjej stronie racja?

Przekonywanie się o tym zwyczajowo zacząłem od komputera, który najczęstszym teraz źródłem wszelakich, w tym muzycznych uniesień. Podumawszy nad sprawą doszedłem też do wniosku, że na okoliczność wzmacniacza słuchawkowego o takich aspiracjach nie od rzeczy będzie sięgnąć po szczytowej klasy przetwornik. Naszedłem w tej sprawie Nautilusa, gdzie takie na półkach się nudzą, i prośbą, groźbą, szantażem wymusiłem Ayona Stratos. (Nie dawajcie tym słowom wiary – wystarczyło poprosić.) W ruch poszło drogie okablowanie, a jako punkt odniesienia został równolegle podpięty wzmacniacz słuchawkowy Ayona, który w tej chwili ceni siebie na 16 900 PLN, jest zatem droższy niż w momencie debiutu i od testowanego. Lampowy w całej krasie odnośnie stopnia mocy; oryginalnie z dużymi triodami 45᾽ w układzie single-ended, których używałem zamiennie z 2A3 Western Electric Replica by Psvane. W tej sytuacji  porównanie zbliżonej cenowo konstrukcji lampowej  z tranzystorową recenzowaną – ciekawe, czego się dowiemy.

Z Sennheiser HD 800

Na początek słuchawki Sennheiser HD 800 wspierane kablem Tonalim-Metrum Lab; takim dodatkowo podrasowanym grubą otuliną przeciwdrganiową oraz mocniejszą izolacją. (Jedno i drugie robi swoje, ale podnosi cenę.) Dodatkowa uwaga z gatunku wciąż powtarzanych: Aurorasound, podobnie jak inne tak wyposażone wzmacniacze słuchawkowe, powinien w miarę możności korzystać z wyjścia symetrycznego 2 x 3-pin, z reguły lepszego od 4-pinu. Tym razem podobnie się działo – po sprawdzającym porównaniu przejściówka poszła w ruch. I jeszcze jedno odnośnie – najbardziej podobał mi się postawiony na podstawkach Synergistic Research MiG, nawet tych wielokrotnie tańszych 2.0, a nie topowych SX. (Tych za tysiąc sto, a nie ponad cztery). Jedne i drugie z niespecjalną ilościową różnicą dodawały brzmieniu przyjemnej chropowatości i nieznacznie je obniżały, czyniąc bogatszym i dostojniejszym.

Dwa wyjścia zbalansowane i jedno zwykłe. Wszystkie z dwuzakresową regulacją mocy.

Zacznę od dźwięku Aurory, o porównaniu później. Choćby od tego zależało moje życie, nie zgadłbym słuchając z zawiązanymi oczyma, jakiej konstrukcji gra wzmacniacz. Żadnych naleciałości pozwalających identyfikować konstrukt tranzystorowy – zero ubytków melodyjności, gładkich przejść między frazami, żadnej także skłonności do uwypuklania szczegółów kosztem jednolitości wyrazowej. Żadnej od drugiej strony przesady z ocieplaniem, łaszeniem się, topieniem szczegółów w brzmieniowym śluzie, grania na kameralny format czy łagodzeniem górnych rejestrów.

Flagowiec Sennheisera nie czyni brzmień tak pełnymi, dźwięcznymi, krągłymi i barwnymi jak najlepsze słuchawki planarne, ale daje uwodzicielską długość wybrzmień, ponadprzeciętne napowietrzenie i całkowitą otwartość. Daje też przywołującą autentyzm żywość, a także – jako rzecz wyjątkowo cenną – umiejętność oddania indywidualizmu dźwięków. W połączeniu z wielką, planami porządkowaną sceną, całkowitą transparentnością i jasnym oświetleniem w neutralnych najczęściej bielach, daje to w pełni satysfakcjonującą mieszankę pod warunkiem użycia pasującego wzmacniacza. Takich nie brak, między którymi te przywołane od Bursona, ale nieliczne pasują jeszcze lepiej. Tu można wymienić dzieło inżynierów japońsko-koreańskiej marki Bakoon, których wzmacniacz pasuje do tych słuchawek więcej niż dobrze. Ale wybredny jest dla interkonektów; pełną synergię pokazał dopiero z wysokimi Transparent Audio. Czysto japoński Aurorasound okazał się dla okablowania łaskawszy, ale nie zupełnie łaskawy, co tyczy zwłaszcza zasilania. Niemniej nie domagał się samych referencyjnych kabli – próbowany z niższymi jakościowo nie robił żadnych grymasów. Bakoona z takimi słuchało się ciężko, Aurorasound z przyjemnością. Jeszcze przyjemniejsze to, że okazał się pasować co najmniej równie dobrze do próbowanych z nim w tym podrozdziale najpopularniejszych high-endowych słuchawek.  Od pierwszej chwili jasnym było, że pasowanie do HD 800 jest wyjątkowe i odnosi się zarówno do jakości poszczególnych parametrów, jak i całościowego stylu.

To pierwsze nie wymaga całego kałamarza na epistołę – wdrożonym w audiofilizm wiadomo: przejrzystość, szczegółowość, precyzja rysunku, melodyjność, wielka scena, holografia, żywiołowość – et cetera. Wszystko to na poziomie high-endu, rozparte niczym król na tronie, że oczywiście da się lepiej, ale za astronomiczne pieniądze. Styl natomiast obecny był pod postacią jednolitości wyrazowej przywołującej realizm. Przede wszystkim za sprawą szybkości narastania, dużej kulminacyjnej dawki energii i zwłaszcza długiego finiszu brzmień pięknych samych w sobie i pięknie zawieszanych w pięknie rozpościeranej przestrzeni. Wypełnionej medium ciśnieniowo obecnym, ale całkowicie przejrzystym i jednolicie oświetlanym naturalnym, mało uciekającym się do sztuczek ze światłocieniami światłem. Typowa w tej sytuacji „muzyka dnia”, a nie „zmierzchu” czy „nocy” – z ich cienistością i szafowaniem czerniami. Doświetlenie, ożywienie, ekspresja, wyraźnie wyczuwalny udział okablowania Tonalium, poprzez sopranowe srebrzenia; równie wyraźna obecność przetwornika Ayona – z jego wyraziście kreślonymi konturami i odchodzeniem (pomimo że lampowy) od gładkości na rzecz strzępienia obrysów i chropawości tekstur.

W tej sytuacji z tyłu gniazda nie tylko RCA, ale i XLR.

Tego nie było z przetwornikiem Phasemation, z którym wzmacniacz grał gładszym i delikatniejszym dźwiękiem. Tyle że była to delikatność z gatunku samych najlepszych, oparta o wyjątkową (zwłaszcza jak na konstrukcję tranzystorową) subtelność. Gdybym tylko z tym przetwornikiem słuchał, subtelność byłaby tej recenzji osią, a jakości wzmacniacza Aurorasound miernikiem stwierdzenie, że okazała się wyższej próby niż prezentowana przez wzmacniacz słuchawkowy samego Phasemation. Bardziej z tym przetwornikiem podobała mi się również Aurora od wzmacniacza słuchawkowego Ayona, też zresztą poprzez subtelność. Ayon z Ayonem to jednak synergia firmowa i tym samym większe wyzwanie. Jemu Aurorasound też podołał, ale już na zasadzie remisu bez wskazania. Ogólny poziom okazał się aptekarsko wyrównany, różnice dotyczyły jedynie stylu. I tak (cały czas jesteśmy przy Sennheiser HD 800, o pozostałych w ich rozdziałach) Aurora za też bliskim pierwszym planem budowała większą i bardziej ujętą w perspektywę przestrzeń zalaną jaśniejszym światłem. Ayon z kolei same dźwięki czynił bardziej trójwymiarowymi i bardziej chropawymi, nasycając je też bardziej kolorem – ale po części dlatego, że jego barwy miały przymieszkę czerni do właściwego pigmentu. To efektowne, to się może podobać, ale w kategoriach czystego realizmu odsyła do muzyki wieczoru albo nocy, a nie jasnego nad nią nieba. Muzyka Aurorasound była też bardziej w całościowym wyrazie jednorodna – przynależąca do jednego obrazu, jednej wizji. Nie stwarzająca w najmniejszym nawet stopniu wrażenia rozchodzenia się składników, a tym bardziej patchworku. Ayon w aż tak jednorodną całość jej nie składał, bardziej dbając o indywidualizmy niż współbrzmienie. Przekaz Aurorasound bardziej też od słuchacza odchodził – w bardzo efektowny czyniąc to sposób; dźwięk Ayona szedł w drugą stronę –  zmierzał ku słuchaczowi, bardziej na niego cisnął i nie kazał za sobą tęsknić.

Z Ultrasone Tribute 7  

Podpięte identycznym kablem Tonalium-Metrum Lab pokazały flagowe kiedyś Ultrasone (tu w przypomnieniowo-rocznicowym wydaniu) brzmienie cieplejsze, pełniejsze i bardziej nasączonymi barwami kładzione na ciemniejsze tła. Jednocześnie mniej pozostające w ekspansji, słabiej zatem obrazujące efekty czasowo-przestrzenne. Rzecz jasna było to również brzmienie bardziej ciśnieniowe, jako że żadne słuchawki nie generują takich ciśnień. Mimo to medium te ciśnienia tworzące pozostawało całkowicie przejrzyste, nie mniej niż Sennheiserów. Dominowało jednak wrażenie „pozostawania dźwięków przy sobie” – słabszego niesienia się i w mniej naruszanych ekspansją granicach ich większej gęstości.

Oprócz tego wyjście liniowe.

Kilkakrotne przejście z Sennheiserów na Ultrasone uświadomiło mi, jak bardzo są różne i w tej różności atrakcyjne. Zupełnie inne formy prezentacji, obie do słuchania przykuwające. Ta Sennheiserów bardziej nakierowana na ukazanie muzyki jako czegoś w działaniu – zmian gęstości i objętości; u Ultrasone bardziej jako buzowanie gęstszej muzycznej substancji o bardziej stacjonarnym charakterze. Ale jedynie w odniesieniu do utworów kameralnych, wokalnych i jazzowych, natomiast w przypadku muzyki rozpostartej na większych obszarach – symfonicznej, operowej, elektronicznej, nawet rockowej – z Ultrasonami niesienie się dźwięku było równie widoczne i dodatkowo potęgowane jedynie tym słuchawkom daną w takim stopniu energią akustyczną. Pomimo tego u Sennheiserów czucie przestrzeni wyraźniejsze, jako bardziej wrażliwa dotykowo brzmieniowa całość – wyraźniej ujmowana w perspektywę o dobrze wyczuwalnym podłożu i bezmiarze nad głową. Leciutki szum tej przestrzeni i jaśniejsze omiatające ją światło wystarczały, by zaistniała bardziej – mocniej oddziałała na zmysły i wyobraźnię. Natomiast w porównaniu z Ultrasone zero efektów ciśnieniowych – samo tylko „widzenie” dźwięków.

Za dużo piszę o słuchawkach, za mało o wzmacniaczu. Podkreślić trzeba, że okazał się tak samo dobrze pasować do słuchawek o wysokiej (HD 800 – 300 Ω), jak niskiej (T7 – 30 Ω) impedancji; pod tym względem pobił Ayona, który do Ultrasone pasował mniej. Niby wszystko z tym duetem w porządku, ale na tle Aurorasound dźwięk się nieprzyjemnie kotłował: za bardzo zbijał w brzmieniowe grudy, za mało był ruchomy. Zamiast klasycznej propagacji zaczynał bawić się w sztuczne pogłosy – i co z tego, że bardziej był gęsty z mocniej nasyconymi barwami, skoro ocierał się o sztuczność i lekkie zniekształcenia. Można powiedzieć, że przesadzał z tym nadzwyczajnym wypełnieniem, a nie dość dbał o propagację – w efekcie stawał się dudniący. Tego nie znoszę, podobnie jak wrażenia, że brzmienie zostało w czymś zamknięte, jakimś nienaturalnym słoju. Tego z Aurorasound nie było, prezentacja była wzorcowa. Fakt – nie aż tak nabita treścią, w sensie ciężaru i nieprzenikliwości substancji, ale odnośnie cech motorycznych zdecydowanie lepsza. Dobra do tego stopnia, że stała się rzecz rzadko spotykana – wzmacniacz okazał się do tych słuchawek bardzo dobrze pasować. Co jest naprawdę nieczęste: Ultrasone Tribute 7 i ich pierwowzory – Edition 7 & 9 – to konstrukcje szczególnie rzadko spotykające dobrze pasujący do ich charakteru wzmacniacz. Toteż się ucieszyłem, bo często czytam o tych T7, że komuś się nie spodobały, głównie pewnie za sprawą złej jakości kabla, ale też niepasującego wzmacniacza. Tymczasem tu, z lepszym przypiętym do nich kablem i dobrze pasującym wzmacniaczem, dawały popis brzmienia.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy