Recenzja: Aurorasound HEADA

   Brnijmy w domenę słuchawkową, kolejny słuchawkowy wzmacniacz. Dla odmiany japoński, co dobrze wróży sprawie. Albowiem ta Japonia jest dla słuchawek ostoją: tam ich największy wybór, tam najwięcej sprzedają, tam najwięcej powstaje, tam je noszą najczęściej. Tam także najwięcej wystaw, stamtąd pochodzą najlepsze. Stax, Audio-Technica, Final, Sony, Fostex, Denon, Technics, Pioneer, Crosszone, Onkyo, JVC… iluż tam producentów. A od każdego z wymienionych prawdziwe słuchawkowe orły. To samo tyczy słuchawkowych wzmacniaczy, wśród których także nasz.

Aurora Sound Co., Ltd. to firma powstała w 2010 roku i należąca do Shinobu Karaki – urodzonego w Osace inżyniera, pracującego w latach 1980-2009 dla Texas Instruments. Prócz rozwijania cyfrowego audio i cyfrowego video, zajmował się prywatnie tworzeniem analogowych wzmacniaczy, co zaowocowało własnym biznesem na bazie pierwszego komercyjnego produktu. Był nim Aurorasound CADA – analogowy przedwzmacniacz lampowy z przetwornikiem; urządzenie zyskało wysokie oceny i znalazło ogólnokrajowego sprzedawcę, interes się zaczął rozkręcać.  A wszystko miało głębszy korzeń, bo Shinobu Karaki był już na studiach entuzjastą analogowych wzmacniaczy, potem należał do klubowego towarzystwa twórców i miłośników audio w Jokohamie.

Ten pierwszy produkt był wyjątkowy, bowiem jako jedyny łączył światy analogowy z cyfrowym; poczynając od następnego firma skupiła się na analogowych wzmacniaczach i przedwzmacniaczach, nie przeoczając w perspektywie faktu nawrotu do winyli. Źródła cyfrowe są teraz wprawdzie częstsze, ale najlepsze efekty osiąga się w domenie od A do Z analogowej; i to się raczej nie zmieni, wiedza i wyobraźnia nie podsuwają innej przyszłości w dającej się prognozować perspektywie. (Aczkolwiek pliki MQA to już realna konkurencja.) Dlatego pełnię możliwości wzmacniacze Aurorasound pokazują przy gramofonach, co tu zostanie uwzględnione, tak też będziemy słuchać. Ale najpierw budowa, wygląd i te rzeczy, jeszcze wcześniej o cenie. Ona wszystko ustawia, dlatego przed pisaniem zawsze się jeszcze raz upewniam, czy na pewno jest właśnie taka; i różnie z tym bywa, bo czasem dystrybutor albo wytwórca z ceny tuż po debiucie schodzi – i zaraz wszystko wygląda lepiej, a czasem zamiast tego wzrost, kiedy oszacowanie za niskie, albo jakieś zawirowania rynkowe; i nie daj Boże mieć wtedy już coś napisane, wszystko trzeba przerabiać.

W przypadku Aurorasound HEADA cena stoi jak wbita i wnosi 14 490 PLN. To nam wyjaśnia sprawę, to wzmacniacz ekskluzywny. Nie któryś z szalenie drogich, ale ponadprzeciętny. Nie jest to też konstrukcja nowa, pochodzi z 2013 roku. Ale dopiero teraz zjawił się polski dystrybutor, wraz z nim możliwość słuchania.

A zatem mamy cenę, z nią określone oczekiwania. Wzmacniacz musi dobrze się prezentować i przede wszystkim obdarzać ekskluzywnym brzmieniem – inaczej sens się rozpełza. Liczne nagrody typu „Best Sound of the Show”, „Most Wanted Product” czy „Analog Grand Prix” każą myśleć, że tym razem tak nie będzie.

Konstrukcja

Klasyk.

  Wzmacniacz jest stosunkowo niewielki, z powierzchownością w stylu retro. Na poły także profesjonalną, cechującą high-end sprzed lat. Coś jakbym sięgnął po numer „Playboya” z końca 60-tych, w którym oprócz wywiadu z Woody Allenem i kończącego rok rankingu artystów w kategoriach wokalista, gitarzysta, perkusista, rock-kapela, jazzband itd., na jednej ze stron prezentacja wzmacniacza tak właśnie wyglądającego. („Playboy” w tamtych czasach to nie same roznegliżowane panienki; też między jedną a drugą całkiem poważne artykuły i ogólnie ciekawe pismo.)

Aurorasound HEADA Headphone Amplifier ma w ramach bycia retro charakterystyczne dla tamtych czasów proporcje, to znaczy jest stosunkowo wysoki i głęboki. Nie jak dzisiejsze naleśniki, że im który bardziej rozjechany, tym lepszy, ale solidne przejawia istnienie we wszystkich trzech wymiarach.  Dokładnie jest to 26 x 25 x 10 centymetrów korpusu z aluminium włożonego w ozdobny rękaw z orzechowego drzewa. Panele przedni i tylny to zatem aluminiowe blachy z bardzo nieznacznym szczotkowaniem, a góra, spód i boki pozostają ukryte za drewnianym zdobieniem. Podwójna skrzynka ma według producenta znaczenie też izolacyjne – i rzeczywiście, trzeba przyznać, wzmacniacz jest wyjątkowo cichy. Szalenie czułe, wychwytujące najmniejsze szumy własne urządzeń słuchawki Ultrasona – topowe Tribute 7 i Edition 15 – częstowały zupełną ciszą nawet przy wyższym ustawieniu mocy. Bo trzeba też zaznaczyć, że wzmacniacz oferuje dwa zakresy wzmocnienia, z których wyższy to 2 x 2000 mW/40 Ω dla wyjść zbalansowanych i 1000 mW/40 Ω dla niezbalansowanego, a niższy coś koło pół z tego – dokładnych wartości nie podają. Dwie moce to zarazem przystosowanie do słuchawek mniej oraz bardziej czułych; przystosowanie jedyne – nie ma regulatora impedancji.

Wracając do wyglądu. Profesjonalność retro oznacza też prostotę – poza drewnianą oprawą brak zdobników. Co nie oznacza panowania estetycznej posuchy – to drewno jest szlachetnego gatunku i perfekcyjnie obrobione, aluminiowe panele prezentują się bez zarzutu, a też obdarzające srebrnym połyskiem stalowe walce nóżek dodają całości urody. Aluminiowe blachy nie należą przy tym do papierowo cienkich, przydając i bez tego masywnej skrzynce solidności. Na przedniej dominuje precyzyjnie wyfrezowany w aluminium potencjometr; to znaczy gałka jest aluminiowa (tytułem kontrastu i lepszej widoczności na czerń anodyzowana) za nią kolejny po podwójnej obudowie techniczny atut – profesjonalny mechanizm kontroli głosu od  Tokyo Ko-on Denpa. Należący do szczytowych rozwiązań tego typu, więc niech nikogo nie zmyli pisanie o nim „plastikowy”, bo znaczy w tym wypadku nie lichość a najwyższą jakość. Japoński potencjometr zapewnia doskonałą separację i wyważenie kanałów, także precyzję regulacji i bardzo dobrze wyskalowaną krzywiznę narastania. Na kluczowej wagi dodatek dzięki tej separacji, poczynając od niego, ścieżka sygnału zmienia się w dual mono, co podtrzymuje skuteczność rozdzielenia i przynosi brzmieniu poprawę. Urządzenie oferuje zatem częściową symetryzację i na rzecz tego ma symetryczne wejście oraz dwa symetryczne wyjścia.

Oprawiony w drzewo.

Z tyłu oprócz dwóch wejść RCA jest jedno XLR, a także wyjście RCA omijające potencjometr z myślą o innych przedwzmacniaczach. Też oczywiście trójbolcowe gniazdo zasilania, ale pozbawione kieszonki bezpiecznika, którego chęć wymiany wymuszać będzie zdjęcie obudowy. Wewnątrz toroidalne trafo w osłonie niebieskiego pancerza, wspierane przez sześć markowych kondensatorów o średniej pojemności. W ścieżce sygnału bufor wejściowy, dwa wzmacniacze operacyjne, selektor ścieżek, wspomniany super potencjometr będący równocześnie symetryzatorem, dwa za nim bufory wyjściowe i cztery na osobnych płytkach sekcje wzmocnienia w oparciu o złączowe tranzystory polowe JFET (Junction Field-Effect Transistor). Na finalnym etapie dwie sekcje ochrony słuchawek i trzy słuchawkowe wyjścia.

Wyrzucają na panel przedni, gdzie z lewej ta aluminiowa gałka i nad nią napis HEADA (skrót od head-amplifier), idąc ku prawej jeden nad drugim skobelkowy wybierak gniazd wyjściowych i taki sam przełącznik wzmocnienia; dalej jedno za drugim gniazda na duży jacki, 4-pin i dwa n 3-piny alternatywnego wyjścia symetrycznego; całkiem po prawej znaczek firmowy, pod nim karminowo świecący indykator włączenia i jeszcze niżej skobelkowy pstryczek – włącznik główny. Całość prosta i wysmakowana zarazem, wg zasad: „mniej znaczy więcej” i „dawne znaczy lepsze”. Z wyraźnym nawiązaniem do klasyki, kręcąca wspomnieniową łezkę, ważąca trzy i pół kilograma.

Nieduża stosunkowo waga to następstwo zastosowania pojedynczego średniej wielkości transformatora, a czy taki wraz z opisanymi dodatkami wysokim oczekiwaniom sprosta, o tym się pora przekonać.

Brzmienie

Za tą niewielką regulacyjną gałką wysokiej klasy potencjometr.

  Op-ampy, bufory i pojedyncze średnie trafo, nawet jeżeli wspierane tranzystorami, kondensatorami oraz potencjometrem z wysokich półek – czy tak zaprojektowany tor może zaoferować brzmienie naprawdę szczytowej klasy? Bo gorszej nas nie zadowoli przy takiej cenie, rekomendacjach i obsypaniu nagrodami. Tymczasem firma Burson niemało na rynku zwojowała pod  hasłem: „W naszych słuchawkowych wzmacniaczach nie ma op-ampów, one psują”. I trafa większe dają, i masywniejsze obudowy, a ceny wyższe nie są. W dodatku to urządzenia z Australii, gdzie szczególnie o klimat dbają, że każdy kangur skacze z przeciwociepleniową torbą… Nie, zdaje się – jeszcze nie, ale naprawdę dbają. Tak więc uznana konkurencja z przodującego kraju takie coś krytykuje, a tu inżynier z Japonii, czyli zza pacyficznej miedzy, okazuje się mieć inne zdanie. Po czyjej stronie racja?

Przekonywanie się o tym zwyczajowo zacząłem od komputera, który najczęstszym teraz źródłem wszelakich, w tym muzycznych uniesień. Podumawszy nad sprawą doszedłem też do wniosku, że na okoliczność wzmacniacza słuchawkowego o takich aspiracjach nie od rzeczy będzie sięgnąć po szczytowej klasy przetwornik. Naszedłem w tej sprawie Nautilusa, gdzie takie na półkach się nudzą, i prośbą, groźbą, szantażem wymusiłem Ayona Stratos. (Nie dawajcie tym słowom wiary – wystarczyło poprosić.) W ruch poszło drogie okablowanie, a jako punkt odniesienia został równolegle podpięty wzmacniacz słuchawkowy Ayona, który w tej chwili ceni siebie na 16 900 PLN, jest zatem droższy niż w momencie debiutu i od testowanego. Lampowy w całej krasie odnośnie stopnia mocy; oryginalnie z dużymi triodami 45᾽ w układzie single-ended, których używałem zamiennie z 2A3 Western Electric Replica by Psvane. W tej sytuacji  porównanie zbliżonej cenowo konstrukcji lampowej  z tranzystorową recenzowaną – ciekawe, czego się dowiemy.

Z Sennheiser HD 800

Na początek słuchawki Sennheiser HD 800 wspierane kablem Tonalim-Metrum Lab; takim dodatkowo podrasowanym grubą otuliną przeciwdrganiową oraz mocniejszą izolacją. (Jedno i drugie robi swoje, ale podnosi cenę.) Dodatkowa uwaga z gatunku wciąż powtarzanych: Aurorasound, podobnie jak inne tak wyposażone wzmacniacze słuchawkowe, powinien w miarę możności korzystać z wyjścia symetrycznego 2 x 3-pin, z reguły lepszego od 4-pinu. Tym razem podobnie się działo – po sprawdzającym porównaniu przejściówka poszła w ruch. I jeszcze jedno odnośnie – najbardziej podobał mi się postawiony na podstawkach Synergistic Research MiG, nawet tych wielokrotnie tańszych 2.0, a nie topowych SX. (Tych za tysiąc sto, a nie ponad cztery). Jedne i drugie z niespecjalną ilościową różnicą dodawały brzmieniu przyjemnej chropowatości i nieznacznie je obniżały, czyniąc bogatszym i dostojniejszym.

Dwa wyjścia zbalansowane i jedno zwykłe. Wszystkie z dwuzakresową regulacją mocy.

Zacznę od dźwięku Aurory, o porównaniu później. Choćby od tego zależało moje życie, nie zgadłbym słuchając z zawiązanymi oczyma, jakiej konstrukcji gra wzmacniacz. Żadnych naleciałości pozwalających identyfikować konstrukt tranzystorowy – zero ubytków melodyjności, gładkich przejść między frazami, żadnej także skłonności do uwypuklania szczegółów kosztem jednolitości wyrazowej. Żadnej od drugiej strony przesady z ocieplaniem, łaszeniem się, topieniem szczegółów w brzmieniowym śluzie, grania na kameralny format czy łagodzeniem górnych rejestrów.

Flagowiec Sennheisera nie czyni brzmień tak pełnymi, dźwięcznymi, krągłymi i barwnymi jak najlepsze słuchawki planarne, ale daje uwodzicielską długość wybrzmień, ponadprzeciętne napowietrzenie i całkowitą otwartość. Daje też przywołującą autentyzm żywość, a także – jako rzecz wyjątkowo cenną – umiejętność oddania indywidualizmu dźwięków. W połączeniu z wielką, planami porządkowaną sceną, całkowitą transparentnością i jasnym oświetleniem w neutralnych najczęściej bielach, daje to w pełni satysfakcjonującą mieszankę pod warunkiem użycia pasującego wzmacniacza. Takich nie brak, między którymi te przywołane od Bursona, ale nieliczne pasują jeszcze lepiej. Tu można wymienić dzieło inżynierów japońsko-koreańskiej marki Bakoon, których wzmacniacz pasuje do tych słuchawek więcej niż dobrze. Ale wybredny jest dla interkonektów; pełną synergię pokazał dopiero z wysokimi Transparent Audio. Czysto japoński Aurorasound okazał się dla okablowania łaskawszy, ale nie zupełnie łaskawy, co tyczy zwłaszcza zasilania. Niemniej nie domagał się samych referencyjnych kabli – próbowany z niższymi jakościowo nie robił żadnych grymasów. Bakoona z takimi słuchało się ciężko, Aurorasound z przyjemnością. Jeszcze przyjemniejsze to, że okazał się pasować co najmniej równie dobrze do próbowanych z nim w tym podrozdziale najpopularniejszych high-endowych słuchawek.  Od pierwszej chwili jasnym było, że pasowanie do HD 800 jest wyjątkowe i odnosi się zarówno do jakości poszczególnych parametrów, jak i całościowego stylu.

To pierwsze nie wymaga całego kałamarza na epistołę – wdrożonym w audiofilizm wiadomo: przejrzystość, szczegółowość, precyzja rysunku, melodyjność, wielka scena, holografia, żywiołowość – et cetera. Wszystko to na poziomie high-endu, rozparte niczym król na tronie, że oczywiście da się lepiej, ale za astronomiczne pieniądze. Styl natomiast obecny był pod postacią jednolitości wyrazowej przywołującej realizm. Przede wszystkim za sprawą szybkości narastania, dużej kulminacyjnej dawki energii i zwłaszcza długiego finiszu brzmień pięknych samych w sobie i pięknie zawieszanych w pięknie rozpościeranej przestrzeni. Wypełnionej medium ciśnieniowo obecnym, ale całkowicie przejrzystym i jednolicie oświetlanym naturalnym, mało uciekającym się do sztuczek ze światłocieniami światłem. Typowa w tej sytuacji „muzyka dnia”, a nie „zmierzchu” czy „nocy” – z ich cienistością i szafowaniem czerniami. Doświetlenie, ożywienie, ekspresja, wyraźnie wyczuwalny udział okablowania Tonalium, poprzez sopranowe srebrzenia; równie wyraźna obecność przetwornika Ayona – z jego wyraziście kreślonymi konturami i odchodzeniem (pomimo że lampowy) od gładkości na rzecz strzępienia obrysów i chropawości tekstur.

W tej sytuacji z tyłu gniazda nie tylko RCA, ale i XLR.

Tego nie było z przetwornikiem Phasemation, z którym wzmacniacz grał gładszym i delikatniejszym dźwiękiem. Tyle że była to delikatność z gatunku samych najlepszych, oparta o wyjątkową (zwłaszcza jak na konstrukcję tranzystorową) subtelność. Gdybym tylko z tym przetwornikiem słuchał, subtelność byłaby tej recenzji osią, a jakości wzmacniacza Aurorasound miernikiem stwierdzenie, że okazała się wyższej próby niż prezentowana przez wzmacniacz słuchawkowy samego Phasemation. Bardziej z tym przetwornikiem podobała mi się również Aurora od wzmacniacza słuchawkowego Ayona, też zresztą poprzez subtelność. Ayon z Ayonem to jednak synergia firmowa i tym samym większe wyzwanie. Jemu Aurorasound też podołał, ale już na zasadzie remisu bez wskazania. Ogólny poziom okazał się aptekarsko wyrównany, różnice dotyczyły jedynie stylu. I tak (cały czas jesteśmy przy Sennheiser HD 800, o pozostałych w ich rozdziałach) Aurora za też bliskim pierwszym planem budowała większą i bardziej ujętą w perspektywę przestrzeń zalaną jaśniejszym światłem. Ayon z kolei same dźwięki czynił bardziej trójwymiarowymi i bardziej chropawymi, nasycając je też bardziej kolorem – ale po części dlatego, że jego barwy miały przymieszkę czerni do właściwego pigmentu. To efektowne, to się może podobać, ale w kategoriach czystego realizmu odsyła do muzyki wieczoru albo nocy, a nie jasnego nad nią nieba. Muzyka Aurorasound była też bardziej w całościowym wyrazie jednorodna – przynależąca do jednego obrazu, jednej wizji. Nie stwarzająca w najmniejszym nawet stopniu wrażenia rozchodzenia się składników, a tym bardziej patchworku. Ayon w aż tak jednorodną całość jej nie składał, bardziej dbając o indywidualizmy niż współbrzmienie. Przekaz Aurorasound bardziej też od słuchacza odchodził – w bardzo efektowny czyniąc to sposób; dźwięk Ayona szedł w drugą stronę –  zmierzał ku słuchaczowi, bardziej na niego cisnął i nie kazał za sobą tęsknić.

Z Ultrasone Tribute 7  

Podpięte identycznym kablem Tonalium-Metrum Lab pokazały flagowe kiedyś Ultrasone (tu w przypomnieniowo-rocznicowym wydaniu) brzmienie cieplejsze, pełniejsze i bardziej nasączonymi barwami kładzione na ciemniejsze tła. Jednocześnie mniej pozostające w ekspansji, słabiej zatem obrazujące efekty czasowo-przestrzenne. Rzecz jasna było to również brzmienie bardziej ciśnieniowe, jako że żadne słuchawki nie generują takich ciśnień. Mimo to medium te ciśnienia tworzące pozostawało całkowicie przejrzyste, nie mniej niż Sennheiserów. Dominowało jednak wrażenie „pozostawania dźwięków przy sobie” – słabszego niesienia się i w mniej naruszanych ekspansją granicach ich większej gęstości.

Oprócz tego wyjście liniowe.

Kilkakrotne przejście z Sennheiserów na Ultrasone uświadomiło mi, jak bardzo są różne i w tej różności atrakcyjne. Zupełnie inne formy prezentacji, obie do słuchania przykuwające. Ta Sennheiserów bardziej nakierowana na ukazanie muzyki jako czegoś w działaniu – zmian gęstości i objętości; u Ultrasone bardziej jako buzowanie gęstszej muzycznej substancji o bardziej stacjonarnym charakterze. Ale jedynie w odniesieniu do utworów kameralnych, wokalnych i jazzowych, natomiast w przypadku muzyki rozpostartej na większych obszarach – symfonicznej, operowej, elektronicznej, nawet rockowej – z Ultrasonami niesienie się dźwięku było równie widoczne i dodatkowo potęgowane jedynie tym słuchawkom daną w takim stopniu energią akustyczną. Pomimo tego u Sennheiserów czucie przestrzeni wyraźniejsze, jako bardziej wrażliwa dotykowo brzmieniowa całość – wyraźniej ujmowana w perspektywę o dobrze wyczuwalnym podłożu i bezmiarze nad głową. Leciutki szum tej przestrzeni i jaśniejsze omiatające ją światło wystarczały, by zaistniała bardziej – mocniej oddziałała na zmysły i wyobraźnię. Natomiast w porównaniu z Ultrasone zero efektów ciśnieniowych – samo tylko „widzenie” dźwięków.

Za dużo piszę o słuchawkach, za mało o wzmacniaczu. Podkreślić trzeba, że okazał się tak samo dobrze pasować do słuchawek o wysokiej (HD 800 – 300 Ω), jak niskiej (T7 – 30 Ω) impedancji; pod tym względem pobił Ayona, który do Ultrasone pasował mniej. Niby wszystko z tym duetem w porządku, ale na tle Aurorasound dźwięk się nieprzyjemnie kotłował: za bardzo zbijał w brzmieniowe grudy, za mało był ruchomy. Zamiast klasycznej propagacji zaczynał bawić się w sztuczne pogłosy – i co z tego, że bardziej był gęsty z mocniej nasyconymi barwami, skoro ocierał się o sztuczność i lekkie zniekształcenia. Można powiedzieć, że przesadzał z tym nadzwyczajnym wypełnieniem, a nie dość dbał o propagację – w efekcie stawał się dudniący. Tego nie znoszę, podobnie jak wrażenia, że brzmienie zostało w czymś zamknięte, jakimś nienaturalnym słoju. Tego z Aurorasound nie było, prezentacja była wzorcowa. Fakt – nie aż tak nabita treścią, w sensie ciężaru i nieprzenikliwości substancji, ale odnośnie cech motorycznych zdecydowanie lepsza. Dobra do tego stopnia, że stała się rzecz rzadko spotykana – wzmacniacz okazał się do tych słuchawek bardzo dobrze pasować. Co jest naprawdę nieczęste: Ultrasone Tribute 7 i ich pierwowzory – Edition 7 & 9 – to konstrukcje szczególnie rzadko spotykające dobrze pasujący do ich charakteru wzmacniacz. Toteż się ucieszyłem, bo często czytam o tych T7, że komuś się nie spodobały, głównie pewnie za sprawą złej jakości kabla, ale też niepasującego wzmacniacza. Tymczasem tu, z lepszym przypiętym do nich kablem i dobrze pasującym wzmacniaczem, dawały popis brzmienia.

Brzmienie: Z HEDDphone

Kolorystycznie nie bardzo, ale brzmieniowo Ultrasone T7 pasowały wybornie.

   Zróbmy tym razem Aurorasound HEADA krzywdę, użyjmy kabla słuchawkowego Sulka. Nie dlatego zdolnego drasnąć, że odmienny prezentacyjnie, ale wbrew moim sugestiom wykonany w wersji niesymetrycznej, co oznaczało tutaj redukcję mocy o połowę słuchawkom na tę moc bardzo nastawionym. Jak wiele razy pisałem: tym one grają lepiej, im mocy dostają więcej. Potem to nadrobimy z symetrycznym Tonalium, na razie Sulek.

Krzywda krzywdą, jakość jakością. Aurorasound krzywdy sobie zrobić nie dał, w czym jakość Sulka mu pomogła, podobnie jak jakość słuchawek. W dodatku stało się tak przewrotnie – jako że wyższe ustawienie mocy, zdające się w tej sytuacji koniecznością, lepiej wprawdzie nasycało barwami i dostawało krzepkości, ale to kosztem niezdrowego nalotu sztucznej pogłosowości. Wolałem zatem ustawienie na pół gwizdka, mimo iż wcześniej moc redukowana była użyciem niesymetrycznego wyjścia. W tych ustawieniach (na pół mocy i z jeszcze ją osłabiającym wyjściem niesymetrycznym) słuchawki nie pokazywały wprawdzie pełni swych możliwości, ale i tak znakomita ich jakość w połączeniu z jakością wzmacniacza i okablowania dawały efekt popisowy. Zarazem starły się dwa style – styl kabla słuchawkowego Sulek (opisany w jego recenzji) ze stylem słuchawkowego wzmacniacza. Powiedziałbym, że styl wzmacniacza przeważył – brzmienie zjawiło się nie aż w miejsce złotawego srebrzyste (pod tym względem na neutralny remis), natomiast więcej było objętości i propagacji niż wypełnienia. Ale i wypełnienia było dużo, dzięki czemu trójwymiarowy obraz miał mocne oparcie w treści i nie sprawiał wrażenia czegoś w rodzaju samego pchanego muzyką powietrza. Tę substancjalność wzmagał fakt, że brzmienie zjawiło się z dotychczasowych najciemniejsze – czernią tła dodatkowo obraz dociążające. Obraz trójwymiarowy i ruchomy, pod jednym i drugim względem wyjątkowy. Pudła rezonansowe, ściany pomieszczeń, powierzchnie dźwięków – to wszystko zyskało dobitniejsze istnienie, mocniejszy teraz miało udział. Holografia wraz z tym podobnie zyskała, bo każdy dźwięk w jej ramach miał bardziej trójwymiarową postać. Ogólne czucie otoczenia skutkiem wydarzeń akustycznych stało się dużo wyraźniejsze, co jest szczególną umiejętnością tych słuchawek, dlatego tak je cenię.

O ile z Sennheiserami przestrzeń istniała głównie dzięki lekkiemu poszumowi, mocnemu światłu i przede wszystkim niesieniu się przez nią dźwięków, a z Ultrasonami mniej dzięki tamtym rzeczom, a bardziej dzięki ciśnieniu, o tyle z HEDDphone trzeci wymiar miał charakter autonomiczny – jego samego było znać, stanowił wręcz istotę wizji. Nie przeszkodziła temu ani niedostateczna moc wzmacniacza, ani okablowanie słuchawek kładące nacisk bardziej na substancjalność niż przestrzeń – i było to granie popisowe, wydarzenie na miarę zjawiska.

Także w odniesieniu do tych słuchawek (o impedancji  42 Ω), prezentacja Aurorasound wypadła lepiej niż konkurencyjnego Ayona, za czym stały  dłuższe wybrzmienia, więcej romantyki i lepsza całościowa melodyjność. W nie mniejszym też stopniu ponownie lepsze obrazowanie całościowe na bazie jednolitego malarsko stylu. Znów zatem gratulacje i już wydaje się regułą, że Aurorasound wypada od Ayona lepiej przy niskiej impedancji.

Nie gorzej Sennheiser HD 800. (Jedne i drugie z kablami od oryginalnych lepszymi o całe niebo.)

Na koniec przykomputerowego etapu sprawiedliwsze dla mocy Tonalium, pozwalające wykorzystać wzmacniaczowi cały jej zasób. Z miejsca jasnym się stało, że tej jest dosyć nawet przy ustawieniu „LOW”; skok dynamiki i żywości oraz głębsze wnikanie w materię brzmienia szły z tą mocą pod rękę, jednak sam tego brzmienia wyraz, o dziwo, okazał się zaskakująco podobny do prezentacji z Sulkiem. Też wyczuwalne ciepło i tylko odrobinę więcej srebrzeń w miejsce wcześniej przeważających złoceń. Więcej także świeżości i przezierności, mniej dojrzałości i dociążania. Wszystko jednak o mały ruch wskazówką na umownych miernikach poszczególnych cech, że niemało byłem zdziwiony. Najwyraźniej wzmacniacz i same słuchawki przydusiły kablowe różnice, co nie znaczy, że ich nie było. Stonowane wciąż pozostały. Sulek wciąż dawał więcej ciepła, pełności, melodyjności, barwy i brzmieniowej słodyczy, Tonalium napowietrzenia, srebrzenia i sopranowej tęsknoty.

Popatrzmy jeszcze na to wszystko z szerszego punktu widzenia. Proszę zwrócić uwagę na nakładanie się cech: różnice między słuchawkami Sennheisera i Ultrasona (HEDDphone bardziej wypośrodkowane) do pewnego stopnia okazały się zbieżne, jak między Aurorasound a Ayonem i niemało podobne, jak między kablami słuchawkowymi od Tonalium i Sulka. Przy niewątpliwych odmiennościach odnośnie każdej z par, cechy stylistyczne w dużym stopniu się pokrywały. Wzmacniacz Aurorasound na pewno bliżej było stylistycznie do kabla Tonalium i słuchawek Sennheiser HD 800, niż do okablowania Sulka i słuchawek Ultrasone Tribute 7. Delikatność, zjawiskowa subtelność, wielkie przestrzenie, pewna przymieszka tęsknoty, przewaga ekstensji nad statyką; to wszystko w dużej mierze dzięki nośnym, długo wybrzmiewającym i świetlistym sopranom. Przy oczywiście wysokiej klasie wszystkich pozostałych cech, bez których o high-endzie, zwłaszcza takim rozpartym, nie mogłoby być mowy.

Przy gramofonie

Tu też zjawiło się zaskoczenie, lecz na innej zasadzie przewrotnej – zaskoczeniem brak zaskoczenia. Po kilku poprzednich zwrotach akcji, spodziewałem się i teraaz czegoś nieoczekiwanego; tymczasem nic zaskakującego nie zaszło ani w odniesieniu do kabli, ani słuchawek, ani recenzowanego wzmacniacza. Można powiedzieć, że topowy gramofon obsługiwany topowym przedwzmacniaczem wszystkim wyrównał szanse, jeszcze bardziej przegnał różnice. W każdym przypadku, przy wszystkich kilkunastu próbach, zjawiało się brzmienie analogowe, subtelne i przestrzenne, ani trochę tą subtelnością nie osłabiające mocy, żywości i dynamiki. Jeżeli przyjąć, że istnieje coś takiego, jak audiofilski złoty środek odniesiony do wszystkich cech, to tak Aurorasound HEADA grał z gramofonem i jednymi po drugich high-endowymi  słuchawkami. Z zachowaniem ich stylistycznych różnic, lecz bez nacisku na nie. Dźwięk wciąż najbardziej niósł się w Sennheiserach, najgęstszy był z Ultrasonami, najbardziej trójwymiarowy u HEDDphone. Ale wszystkich słuchało się równie dobrze, po chwili zapominając o różnicach. Co tylko udobitnia przekonanie o uniwersalności wzmacniacza, który gra znakomicie z każdymi słuchawkami i każdym na wyjściach symetrycznych gwarantuje dostatek mocy przy wszystkich najwyższych jakościach, że bardzo wysoki poziom. Ale największy nacisk kładzie na wyrafinowanie, żywość i stylistyczną jedność spójnej palety barwnej operującej na dużej przestrzeni. To spójne światło jeszcze powiększa scenę, którą tym łatwiej przemierzać wzrokiem; brak dysonansów nie zmusza do zatrzymywania się i konstatowania źle zobrazowanych kontrastów.

Gramofon miał być i był.

Kompozycyjna jedność to niewątpliwie jeden z głównych atutów Aurorasound w konfrontacji ze wzmacniaczami o podobnej jakości. Większość z nich kładzie nacisk właśnie na kontrastowość i większość z nią sobie nie radzi. Używa za dużo czerni, która się staje męcząca; tu czegoś nie doświetli, tam z kolei coś przejaskrawi – chęć nadmiernego zabłyśnięcia jakąś cechą przypłaca jej przerostem i na koniec zniekształceniami. Z moich doświadczeń wynika, że dopiero wzmacniacze kosztujące ponad trzydzieści tysięcy (cena zakupowa może być niższa, ale trzeba dać drogie lampy) są w stanie operować swobodnie na kontrastach, wcześniej je lepiej łagodzić. Aurorasound robi to znakomicie, zamienia jedność w świetny styl. Nie taki, że pokiwasz głową i powiesz: „– No nieźle, całkiem nieźle” – i pójdziesz sobie dalej, tylko z zapałem będziesz słuchał, aż uszy ci się będą trzęsły.

Podsumowanie

   Wzmacniaczy słuchawkowych ławice teraz krążą, niełatwo się w tym rozeznać nawet drążącym temat. Kiedyś nie było ich wcale – same słuchawki Staksa z własnymi energizerami i dziurki w integrach albo pre. Potem zjawiło się parę, w tym modularny Naim, mający kilka zewnętrznych zasilaczy o bardzo różnych cenach, sławny Melos SHA-1 i zjawiskowa Zana Deux. A potem poszło z górki i teraz nikt nie zliczy, ile tych słuchawkowych wzmacniaczy w aktualnej ofercie jest. Poczynając od tych w smartfonach, po monobloki Woo Audio i zestawy obsługi elektrostatów od HiFiMAN-a, Sennheisera i MBL-a, gdzie ceny wbijają w fotel niczym przyspieszenie 12 G. Efektem zamęt w głowie na wypadek potrzeby kupna – na każdym poziomie cenowo-jakościowym aż duszno od powikłań. Czy recenzowany Aurorasound HEADA upraszcza sytuację w przedziale do piętnastu tysięcy? Poniekąd tak, poniekąd nie… Nie, ponieważ nie znam wszystkich wzmacniaczy w tym przedziale cenowym; tak, ponieważ jest bardzo dobry. Na dodatek uniwersalny zarówno jakością jak mocą. Każde słuchawki z wielu wypróbowanych (nie samych tych z recenzji) grały z nim bardzo dobrze, łącząc brzmieniową wszechstronność z jasno określonym kompozycyjnym stylem. Stylem opartym z jednej strony na żywości, z drugiej na wyrafinowaniu; mimo to potrafiącym łączyć te przeciwstawne parametry w jedność kolorystyczno-obrazową. Podobnie jak też japoński i też wszechstronny Phasemation, ale na wyższym trochę pułapie, potrafi Aurorasound zaoferować brzmieniowy spektakl pod czujną kontrolą reżysera i scenografa. Tu nie ma przypadkowych efektów i nie ma bałaganu. Ktoś dysponujący świetnym słuchem i dużym wyczuciem stylu oraz potrafiący te walory przekładać na język inżynierii dźwięku, tak zestroił komponenty wewnętrzne i wcześniej tak je dobrał, że mamy do czynienia z dziełem inżyniersko i akustycznie skończonym w rozumieniu greckiej filozofii klasycznej. Dla której to skończoność była areną ideału, nieskończoność chaosem. W tym ujęciu to stawianie właściwych granic okazuje się być największą sztuką; ich brak pozostawianiem spraw przypadkowi na nieuchronną klęskę. Jak mało które audiofilskie precjozum Aurorasound HEADA spełnia powyższe kryterium, dźwięk dając określony w sensie stylistyczno-kompozycyjnym.

 

W punktach

Zalety

  • Całościowo high-endowy, wręcz wyszukany poziom.
  • Jednolita maniera stylistyczna.
  • W tym rzadko spotykana subtelność.
  • Niczym jednak nie naruszająca żywości i dynamiki.
  • Muzykalność lampowej miary w konstrukcji tranzystorowej.
  • Naturalne, malarsko ujednolicone światło, jeszcze powiększa dużą scenę.
  • Pełna kontrola dźwięku, chroniąca przed przerysowanymi kontrastami i zniekształceniami.
  • W ramach poprawnie dozowane pogłosy i prawidłowo eksponowane szczegóły.
  • Całościowa trójwymiarowość.
  • Piękne złączenie delikatności z mocą.
  • Pełne rozwarcie pasma.
  • Całkowita przejrzystość.
  • Świetnie skonstruowana scena.
  • Podtrzymywanie stylu danych słuchawek bez pozwalania im na dominację.
  • Dobitna uczuciowość.
  • O wiele więcej niż tylko sprawność techniczna.
  • Zapas mocy pozwalający koncertowo wysterować nawet trudne słuchawki.
  • Pasowanie do każdych niezależnie od impedancji.
  • W tym tak trudnych, tak rzadko spotykających pełną synergię, jak tu próbowane.
  • Zupełny brak szumów własnych.
  • Symetryczność.
  • Wysokiej klasy potencjometr. (Co wcale nie jest częste nawet u drogich wzmacniaczy.)
  • Stylowy wygląd, utrzymany w manierze retro.
  • Oprawa ze szlachetnego drzewa.
  • Masa nagród.
  • Same pochwały.
  • Uznany producent.
  • Made in Japan.
  • Polski dystrybutor.
  • Prawidłowy stosunek jakości do ceny.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Mało znana poza Japonią, wymagająca wylansowania marka.
  • Brak pilota (ale wysokiej klasy potencjometry raczej je wykluczają).
  • Indykator włączenia mógłby świecić łagodniej.

 

Dane techniczne:

  • Wzmacniacz słuchawkowy zbalansowany z separacją kanałów.
  • Impedancja wejściowa: 1 Vrms
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 120 kHz
  • Moc wyjściowa:
  • wyjścia zbalansowane: 2 x 2,000 mW/40 Ω; 2 x 800 mWx2/600 Ω
  • wyjście niezbalansowane:  1,000 mW/40 Ω; 240 mW/600 Ω
  • Współczynnik THD: 0,004%  dla 1 kHz (wyjścia zbalansowane i niezbalansowane)
  • Pąd zasilania: AC 220V – 240V
  • Pobór mocy: 40 W
  • Wymiary: 260 x 250 x 100 mm
  • Waga: 3,5 kg

 

Cena: 14 490 PLN

Właściwości ogólne

  • Spotęgowane możliwości napędzania dzięki zbalansowanej konfiguracji przemiennika BTL
  • Częściowe dual mono. Niezależne bloki L i R z 4-przewodowym obwodem zapewniającym doskonałą scenę dźwiękową i pozycjonowanie.
  • 4-pinowe XLR i 3-pinowe XLR oraz standardowe gniazdo słuchawkowe ¼ ”z asymetrią umożliwiają uniwersalne zastosowanie.
  • Zdolność do obsługi różnych typów słuchawek obejmujących szeroki zakres czułości i impedancji, dzięki dwóm zakresom wzmocnienia.
  • Cztery dyskretne, specjalnie zaprojektowane moduły wzmacniacza Aurora wykorzystują najlepsze cechy tranzystorów FET i zapobiegają przenikaniom zakłóceń, co zapewnia bardzo wysoki zakres dynamiczny z bardzo niskie zniekształcenia oraz poziom szumu.
  • Niezwykle stabilne zasilanie dzięki zastosowaniu regulatora o ultra niskim poziomie szumów w połączeniu z     transformator toroidalnym.
  • Wyjątkowej jakości potencjometr produkcji Tokyo Ko-on Denpa zapewnia profesjonalne właściwości, w tym przebieg krzywej wzmocnienia, precyzję ustawień i idealne wyważenie balansu.
  • Aluminiowa obudowa zamknięta w drewnianej obudowie emanuje aurą godności rodem z połowy stulecia.
  • Obrabiane maszynowo i rodowane gniazda RCA, złącza Neutrik XLR, metalowe walce podstawy i aluminiowa  gałka potencjometru składają się na elegancki wygląd.

 

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-10 II Signature, CSPort TAT2.
  • Wkładki: Ortofon Cadenza Black, ZYX Ultimate DYNAMIC.
  • Kabel ramię-przedwzmacniacz: Siltechem Signature Avondale II.
  • Docisk płyty: Synergistic Research MiG UEF Record Weight.
  • Przedwzmacniacze gramofonowe: Ancient Audio Silver Stage, Ayon Spheris Phono.Przetworniki: Ayon Stratos, Phasemation HD-7A192.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: Aurorasound HEADA, Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: HEDDphone (kabel Tonalium-Metrum Lab i Sulek), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Kabel USB: iFi Gemini + iUSB3.0
  • Kabel LAN: Fidata LAN HFCL Series.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Konwerter: iFi iOne.
  • Interkonekty analogowe: Acoustic Zen Absolute Cooper, Sulek Edia & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Edia, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy