Recenzja: HiFiMAN HE-5LE

Porównanie

Na koniec krótkie porównanie HE-5LE do słuchawek którymi dysponuję.

O AKG K1000 właściwie już napisałem. Prezentują większą kulturę, przenikliwość i wyrafinowanie. Ich wokale stoją na wyraźnie wyższym poziomie, w równej mierze dawkując naturalizm i powab. Nic w tym nie ma nadzwyczajnego, wszak to dawny flagowiec i klasyk gatunku. Jednak pod względem basu ustępujący nowym ortodynamikom bardzo wyraźnie.

Audio-Technika ATH-W5000 w bezpośrednim porównaniu wydaje się daleka od realizmu. O ile dawny flagowiec AKG udatnie balansuje pomiędzy naturalnością a brzmieniowym przepychem, podając dźwięk bezdyskusyjnie najwyższej klasy, flagowiec Audio-Techniki proponuje udziwnioną, na własną modłę zaaranżowaną scenę, czyniącą przekaz zdystansowanym i nieco tajemniczym. Bas, podobnie jaku u K1000, jest wyraźnie słabszy niż u ortodynamicznego konkurenta, a w zamian dostajemy całą masę powabu i zmysłowego brzmienia, ukazującego wokalizę w oparach słodyczy i namiętności. Różnica w tej mierze względem HE-5LE okazała się szokująca. Przy tym samym ustawieniu lampowym uzyskujemy z Twin-Heada dwa zupełnie różne przekazy, przy czym oba na bardzo wysokim poziomie. Dramatyzm przejścia od realizmu ortodynamików do bujnej zmysłowości Audio-Techniki robił piorunujące wrażenie. Chyba jeszcze nigdy nie doświadczyłem od tego samego toru tak odmiennych brzmień generowanych przez dwie pary wysokiej klasy słuchawek.

Na deser konfrontacja z tańszymi u nas o połowę, choć w USA zbliżonymi cenowo Sennheiserami HD-650. Ich sławetny bas jest dużo bardziej rozlany i miękki niż u HE-5LE, w efekcie czego pojedynek na skalę potęgi wygrywają ortodynamiki, aczkolwiek nie jest to zwycięstwo bezapelacyjne. W przekazie HD 650 obecny jest pogłos; nie aż tak rozbudowany jak u Audio-Techniki, ale wyraźny, podczas gdy HiFiMAN’y brzmią konkretnie jak wzorzec konkretności. Nie należy mylić tego ze studyjną neutralnością czy wyzbyciem się audiofilskich atutów. Mnie realistyczne ale nie pozbawione ekscytujących składników brzmienie HE-5LE podobało się bardziej.

Sytuując rzecz na nieco szerszym planie trzeba odnotować, że, jak to już kiedyś pisałem, styl HD 650 usiłuje nawiązywać do stylu ich firmowego wzorca – Orfeusza. Jednakże poza samym typem prezentacji z zachwycającego bogactwa pierwowzoru nie pozostało tu właściwie nic. Prawdą jest, że HD 650 grają z Twin-Headem jak na swe możliwości wybornie, niemniej dystans do Orfeusza i innych najwyższej klasy słuchawek wciąż okazuje się bardzo widoczny. Uwidacznia się on także w konfrontacji z bohaterem niniejszej recenzji, gdyż czarowanie – jeżeli już wybraliśmy taki styl – musi oferować czar autentyczny, a nie tylko erzac czaru. Oczywiście słuchanie HD 650 z ASL Twin-Head dla przeciętnego miłośnika tych słuchawek (a wielu jest takich) byłoby zapewne nie lada zaskoczeniem, gdyż usłyszałby rzeczy całkiem sobie nieznane a piękne. Jednakże dla kogoś znającego prawdziwego Orfeusza nie będzie to zbyt wiele warte, podczas gdy przekaz HE-5LE nawet jemu powinien wydać się autentyczny i zniewalający basowym łoskotem o wspaniałej konkretności. Rzecz jasna w skali absolutnej nie są to różnice przepastne, bo przecież HD 650 są w stanie wydobyć z nagrania naprawdę bardzo wiele i podać to na swój specyficzny, na pewno interesujący sposób. By zatem zobrazować taki nietrywialny estetyczny galimatias, pozwolę sobie sięgnąć po nietypowe porównanie. W porównaniu tym HD 650 będą analogiczne do bardzo dobrego szachisty, takiego powiedzmy mistrza międzynarodowego, z którym siadając do szachownicy z góry wiesz, że przegrasz, ale przynajmniej potrafisz śledzić jak zdobywa nad tobą przewagę. Tak właśnie wygląda konfrontacja HD 650 z przeciętnymi słuchawkami – łatwo wygrywają. Tymczasem Orfeusz to jeden z najznamienitszych szachistów w dziejach, i kiedy z nim grasz, dostajesz mata sam nawet nie wiesz kiedy, w momencie gdy wydaje ci się, że wszystko jest jeszcze w najlepszym porządku. HD 650 też wydają się mieć wszystko w najlepszym porządku, tylko że momentalnie dostają mata, a widzom szczęki opadają, jak wówczas gdy Kasparow zabił Karpowowi wieżę hetmanem i komentatorzy w pierwszej chwili myśleli, że zwariował, a on zakończył partię kilkoma posunięciami.

Tak właśnie Orfeusz kończy HD 650 – roznosi je, choć wydają się takie dobre. Drugie od góry ortodynamiki od dr Fang Bian Sennheiserów HD 650 na pewno nie roznoszą, ale odebrałem je jako ciekawsze, przynajmniej we własnym systemie. Jednocześnie nie miałbym pretensji do kogoś wyrażającego zdanie przeciwne, ponieważ łagodniejszy i bardziej po audiofilsku podany przekaz HD 650 może się bardziej podobać.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy