Recenzja: SULEK kabel słuchawkowy

    Słuchawki nacierają, za nimi idą kable. To oczywiste i oczekiwane. Wszakże przy jednym założeniu, które zdążyło stać się pewnikiem – kable serwowane ze sprzętem są niewystarczającej jakości. Nie udawajmy Greków – to nie jest przejaw złośliwości czy nadmiernego skąpstwa; po prostu okazało się, że brzmienie można poprawiać, a nawet je kształtować, stosując kable bardziej zaawansowane niż te od suszarki czy żelazka. A takie niestety są drogie i dlatego do nabycia oddzielnie.

A propos rzucę niedowiarkom, że jest na sprawdzenie tego prosty sposób – użyjcie któregoś z wysokiej klasy audiofilskich kabli zasilających do telewizora lub monitora. (O ile oczywiście nie jest zasilany prądem stałym poprzez zewnętrzny zasilacz, co jest ostatnio coraz częstsze.) Nie gwarantuję, że obraz bardziej przypadnie do gustu, bo może stać się zbyt jaskrawy i trzeba będzie przeregulować ustawienia, ale na pewno się zmieni. (Z monitorami i niektórymi telewizorami będzie kłopot – nie da się w ich przypadku użyć kabli z dużymi wtykami, podejścia są za wąskie. Ale akurat firma Sulek, widniejąca w naszym tytule, stosuje małe, płaskie, które do gniazda bez względu na jego otoczenie i orientację wejdą. Sam więc użyłem ich zasilającego przewodu z serii Edia przy okazji nabycia nowego monitora (iiyama ProLite XB3288UHSU-B1 32″ 4K) – z dobrym skutkiem: obraz stał się cieplejszy, żywszy i bardziej nabłyszczony. Po czym kabel musiałem wypiąć, bo jest potrzebny w innym miejscu.)

W następstwie tej historii jakościowej powiązanej z kablami, audiofilizm do tego stopnia zrósł się z nimi, że one teraz go prowadzą, stając się niemal jego symbolem. Mój boże, jakież to dawne były czasy, kiedy o kable można było nie dbać. Tego już nikt prawie nie pamięta, tak samo jak wydarzeń z piosenki Koniecznego o krakowskim Placu na Groblach, gdzie w mieszkaniu Garyckiej balowała Piwnica pod Baranami.

Rzućmy okiem na zawiłości kablowe w domenie słuchawkowej, której dotyczy nasza sprawa. Słuchawki parę dekad temu były uważane za zło konieczne, ale na filmie „Miś” Stanisława Barei można zobaczyć autora tekstów piosenek, zamelinowanego w SB-ckim gabinecie, w najlepszych wówczas do kupienia słuchawkach SN HIFI UNITRA-TONSIL. Miałem je kiedyś na uszach i były całkiem, całkiem, a jednocześnie zwiastunem nadciągających zmian – wraz z nimi nowych czasów, w których słuchawki staną się czymś ważnym, nieraz też ekskluzywnym. Pierwsze takie, od razu skrajnie ekskluzywne, to rok 1988 (a więc osiem lat później) i legendarne, do dziś nie przebite jakościowo Sony MDR-R10. Już w ich przypadku producent podnosił kwestię okablowania – jego poprawionej jakości i rodowania wtyku. Nie był natomiast ów kabel odpinany, ponieważ nie istniały żadne, którymi mógłby być zastąpiony. (A przynajmniej nie z sensem.) Rewolucja interkonektów i kabli głośnikowych, rozciągnięta następnie na kable zasilające, musiała jednak sięgnąć z czasem i kabli słuchawkowych; na audiofilskich forach zaczęły mnożyć się doniesienia, o tym że ten i ów zrobił lub zafundował swoim słuchawkom lepszy kabel. Zjawiły się wyspecjalizowane firmy, w tym jako jedne z pierwszych amerykańskie Moon i Lawton Audio, a wyspecjalizowane w innych kablach zaczęły oferować też słuchawkowe – że wymienię Cardasa i Entreqa. Producenci słuchawek nie pozostali dłużni i przy okazji wyższych modeli też zaczęli wzmiankować o lepszych kablach własnych – że z miedzi beztlenowej o wysokiej czystości, że zaizolowane lepiej i ze specjalnym splotem… Takie tam dyrdymały, bo te ich własne kable niemalże bez wyjątku wciąż były bardzo liche. Wyjątki jednak zaczęły się zdarzać – i tak nowojorskie Grado samo zaczęło robić dobre, a Audeze przez moment flagowe LCD-4 wyposażało w błękitny – bardzo zacny – od zewnętrznego producenta. Nie utrzymało się to długo, chęć większych zysków zwyciężyła, bo dobry kabel od zewnętrznego dostawcy to nie jest rzecz groszowa. Jedno wszakże zawitało na dobre – słuchawki z odpinanymi kablami. Wraz z tęsknie wypatrywanym flagowcem Sennheisera, modelem HD 800 (premiera 2009), odpinany kabel stał się rutyną, a na zastępowanie oryginalnych zapanowała moda. Dzisiaj to wszystko już za nami, ta cała rewolucja – jedyne, co się nie zdarzyło, to przebicie jakością owych pamiętnych Sony. Natomiast słuchawki, tak w ogóle, stały się popularne; ba, najpopularniejsze nawet, a podmiana w nich kabla czymś całkiem oczywistym.

Przypatrzmy się rynkowi – wybiórczo, ale trochę. Firm oferujących dobrej jakości słuchawkowe kable w ramach przyjaznych w miarę cen mamy trochę, w tym bardzo znane polskie FAW. Także wspomniane firmy amerykańskie – Moon Audio (kable Dragon)  i Cardas, ze swoimi dla Sennheisera – z cenami nie szaleją, i nie szaleje z nimi szkocki Atlas, ale inni szaleją. O dziwo, w zbliżonej cenie koło trzech tysięcy złotych oferowany jest najdroższy z kabli słuchawkowych Nordosta – Heimdall 2, mimo że sama firma znana jest z cen niejednokrotnie zdolnych oszołomić. Ale powracający po przerwie do produkcji słuchawkowego okablowania szwedzki Entreq wystartował z nowym modelem szczytowym Olympus już za circa osiem tysięcy. To jednak dopiero uwertura, bo teraz cięższe sztuki. Aż dwa tysiące trzysta euro kosztuje słuchawkowy Transparent Ultra, jeszcze drożej, bo dwa dziewięćset euro, JPS Lab Superconductor for Abyss 1266. A najdroższy z najdroższych, Kimber Axios Pure Silver, ponad sześć tysięcy dolarów. Pewnie zjawią się jeszcze droższe, może już się zjawiły, lecz i bez tego trzeba przyznać, że tu i tam tanio nie jest.

Teraz rzucę od swojej strony. Nie maczałem w tym palców, nikogo nie namawiałem, ale popularyzując słuchawki sprawiłem, że powstały już dwie wytwórnie. W jednej powstają kable Tonalium, kosztujące trzy tysiące około, drugą nasz tytułowy Sulek. Tonalium to pokłosie chęci dorównania kablom Entreq Atlantis dla AKG K1000, czego ktoś (nie ja) bardzo pragnął, a Sulek wyszedł z inicjatywą własną, nawet o nic nie pytał. Pomogłem mu jedynie, podsyłając na czas powstawania przewodu słuchawki Meze Empyrean i wzmacniacz słuchawkowy Phasemation; ale się nie konsultowali, tylko prosili o techniczne wsparcie w postaci słuchawkowego zaplecza. Kabel rodził się kilka miesięcy i nic o szczegółach nie wiem, podobnie jak nikt ze mną nie konsultował ceny. Gotowy przybył z adnotacją, że wymaga jeszcze wygrzania i ustaloną ceną – osiem tysięcy złotych. Takiego polskiego jeszcze nie było i nie chce mi się zabierać głosu w sprawie powiązań tego z rynkiem. Nie znam się, niczym nie handluję, nie orientuję się w upodobaniach klientów. Nie znam też oczekiwań Sulka – czy liczą na zainteresowanie, czy to jedynie popis? Sam rzecz przedstawię odnośnie brzmienia, użyteczności i wyglądu, oczywiście odnosząc się do ceny, ale z pozycji recenzenta, a nie kogoś planującego biznes. Nie mój to bowiem interes, sam nie będę sprzedawał; a czy wysoka cena oprócz bycia straszakiem może też być katalizatorem – to nie ulega wątpliwości. Ale to nie jest takie proste, bo nie dotyczy wszystkich. Bardzo nielicznych nawet po obu stronach lady: tych nie biorących do ręki niczego, co jest tanie; i tych, od których się wymaga dyktowania wysokich cen, należących do ich legendy.

Wygląd i funkcjonalność

Czerwony kabel w purpurowym pokrowcu.

   Sprawę ceny już napocząłem, jeszcze do niej wrócimy, a teraz do przedmiotu. Kabel wygląda inaczej niż te, do których przywykliśmy, zwłaszcza odnośnie tych dawanych ze słuchawkami, albowiem jest czerwony. To żaden ewenement – czerwony jest droższy Nordost i wyższe modele Atlasa. Tu jednak mamy do czynienia z bardzo wyraźną plecionką, podczas gdy tam z oplotami. Oprócz faktu bycia plecionym z czerwono zaizolowanych – na odcinku łączonym sześciu, a na dzielonych trzech nitek – faktami duża giętkość z lekkim sprężynowaniem, duża twardość (ale nie sztywność) pojedynczych przewodów; prawdopodobnie bardzo odpornych na uszkodzenia przy jednocześnie niewielkim przekroju, co czyni kabel lekkim. Położony na wadze trzymetrowy z końcówką duży jack, okazał się Sulek ważyć 135 gramów; pół metra krótszy i też będący plecionką, ale bardziej lejący produkt Meze z końcówką 4-pin ważył 107 gramów; a też dwu i pół metrowy, zdecydowanie sztywniejszy i w oplocie Tonalium z 4-pinem – 190 gramów. Wszystkie zatem niespecjalnie ciążące, sławny Entreq Atlantis z pewnością cięższy. Wtyki przy muszlach dobrze oznakowano – cała jedna końcówka jest czerwona, druga czarna. Na obu logo SULEK, podobnie jak na sztywnej obejmie poprzedzającej rozwidlenie. Życzyłem sobie kabla symetrycznego zakończonego 4-pinem z przejściówką na duży jack, co zostało zlekceważone; uwzględniono jedynie prośbę o złącza przy muszlach mini-XLR, co wobec użytych przy konstruowaniu słuchawek Meze Empyrean było oczywistością. Kabel zapewne jest miedziany, bo firma stawia na miedź kutą – co moim zdaniem jest słuszne. Dowiódł tego użyty w teście słuchawkowy wzmacniacz Aurorasound, który wyraźnie preferował kabel zasilający Sulka i jego interkonekty; po nich z alternatywami nie chciało się go słuchać, mimo iż kable sławne, gatunkowe. O wtyku duży jack nic nie mam do powiedzenia poza tym, że został obleczony firmową izolacją, też oczywiście z logo firmy, a sam odcinek łączący nie został wybrany któryś z pozłotką, ani niestety wykuty z miedzi (szkoda, ale to byłoby trudne), tylko srebrzyście połyskujący wtykiem nieznanej firmy.

Stronicowanie wtyków dobrze oznaczone.

Kabel, zgodnie z tradycją, dostarczono w ekologicznym pudełku z nielakierowanej tektury (pod względem tego gdański Sulek wraz z nowojorskim Grado okazał się trendseterem), wewnątrz elegancki pokrowiec z purpurowego weluru w ozdobie złocistego loga. (Do pełni królewskości brak zatem gronostajów, ale to nie te czasy.) Cenę już wymieniłem i każe oczekiwać naprawdę mocnych wrażeń – inaczej to bez sensu. W razie gdyby tak się nie działo, proszę na mnie nie krzyczeć, bo to nie był mój pomysł.

 

 

Brzmienie: z Meze Empyrean

Ich pochodzenie nieznane.

   Kabel powstał z udziałem słuchawek Meze Empyrean – jedynych temu towarzyszących. Siłą rzeczy odnoszony był zatem do ich kabla wyposażeniowego, który maestro Sulek określił mianem „denny”. Nie aż do tego stopnia byłbym krytyczny, niemniej generalnie muszę się zgodzić – to nie był dobry kabel. Samo Meze najwyraźniej doszło do podobnego wniosku, bo na użytek obecnego testu dostałem nowszy egzemplarz, wyposażonym w inny kabel. Oznakowany na poprzedzającej rozwidlenie przewiązce oraz na wtykach logiem Meze, na oko jednak kojarzący się z kablami polskiej Forzy. Wykonałem telefon, aby wyjaśnić sprawę – i okazało się że to kabel samego Meze. Zdecydowanie lepszy od poprzedniego w gładkim oplocie, a w takim razie gratulacje dla producenta , który podważył mą opinię o marności przewodów w kompletach. Tym bardziej wyposażeniowy musiał wejść do porównań, dołączając do zdecydowanie droższych Tonalium  oraz Sulka. Porównywane kable nie będą próbowane tylko z Meze, abyśmy uniknęli wrażenia, że Sulek to kabel dla nich. Zjawią się jako alternatywy mające już swoje recenzje, bardzo cenione przeze mnie Erzetich Phobos i HEDDphone. Wobec tego słuchawki trzech typów, jako że Meze określają siebie mianem izodynamicznych, Phobos to klasyczne planary, a HEDDphone są AMT. W zestawieniu zabrakło konstrukcji dynamicznych, ale takich dla złącz mini-XLR nie miałem. Nadawałyby się przykładowo Kennerton Vali – i mogłem o nie poprosić, ale gapa, przespałem. Test odbył się przy kilku wzmacniaczach: dla komputerowego źródła były to Aurorasound HEADA i Ayon HA-3, dla gramofonu ASL Twin-Head, z którego oryginalnej wersji została obudowa. Źródeł oraz wzmacniaczy nie będę już rozbijał, starczy sam podział na słuchawki. Ewentualnie coś odnośnie w razie potrzeby będę wzmiankował. (I przepraszam za zdjęcia z innymi wzmacniaczami, warunki życiowe wymogły sesję fotograficzną nie u mnie.)

z kablem oryginalnym

Z tym kablem, obecnie poprawionym, flagowe Meze zagrały na samej granicy między brzmieniem ciepłym a neutralnym. Ślad ocieplenia, przy chłodniejszych nagraniach, przechodzącego w neutralność. Całkowicie przy tym przejrzyście, natomiast z wyczuwalnym deficytem koloru. Niewielkim, polegającym na przybrudzeniu palety szarościami, ale nie na zasadzie całościowej maniery stylistycznej, która może być efektowna i którą osobiście lubię, tylko nie dość głębokim wybarwieniu oraz burawym nalocie, nie dość też mocnym oświetleniu. Gęstość pigmentów coś zostawiały do życzenia, a tło nie było ani smoliście czarne, ani całe z powietrza, czyli żadne z najlepszych. Niemniej o kroczek tylko od powietrznej magii i dzięki złączeniu z przejrzystością oraz tym minimalnym ciepłem, całość prezentowała wysoki poziom. Bez wątpienia był to high-end i zaawansowany naturalizm – w przypadku słuchawek nie tak udanych, albo udanych, ale nie dysponujących gatunkowym kablem, nie tylko niemożliwy do osiągnięcia, ale nawet do przybliżenia.

z kablem Tonalium

Pudełko tradycyjne – ekologiczne, z surowej tektury.

Tyle razy chwalony i używany przeze mnie z wieloma testowanymi oraz posiadanymi słuchawkami kabel, wytyczał w teście barierę high-endu w rozumieniu najwyższym. Trzy razy droższy od poprzedniego i w przypadku wzmacniacza Ayona także używający przejściówki z 4-pin na duży jack, ale własnej, był grubszy, nie miękki a sztywnawy – mniej ładny, ale budzący większy respekt. W kategoriach relacji jakości do ceny nie da się tego obiektywnie wyważyć, już choćby z tej przyczyny, że każdy z nas ma inne możliwości słuchowe oraz inne oczekiwania, niemniej skok jakościowy nie budził wątpliwości. Nie stały za tym identyczna temperatura i nieznacznie tylko głębszy koloryt, podobnie jak tendencja do tworzenia tła przy pomocy powietrznego rozmiaru, a nie gęstej czarnej zasłony. Niemniej już na płaszczyźnie kreowania sceny zaszły pozytywne przeobrażenia: źródła zyskały dokładniejszą lokalizację, bardziej obecna stała się holografia, wyraźnie lepiej zawieszone zostały dźwięki. Mocniejszą zmianą była jednak większa żywość, zarówno w wymiarze całościowym, jak i zachowań indywidualnych – przejawiająca się większym natężeniem całościowej energii oraz zwiększeniem rozpiętości głośnościowej poszczególnych źródeł. Przekaz zdecydowanie bardziej energetyczny, żywy, lepiej oświetlony i pulsujący muzyką. Zarazem subtelniejszy w kreowaniu delikatności i mienienia się dźwięków. W barwach więcej półtonów, więcej na nich połysku, lepiej też stopniowanego; także ciekawszy, bardziej na krańcach skali kontrastowy i szerszą gamą operujący światłocień. Większa nośność, więcej powietrza i więcej brzmieniowej otwartości – (nie w sensie, że tu była, a tam nie albo mniej, tylko bardziej narzucająca). Mocniejsze także wydobywanie się dźwięków z tła i większa różnorodność ich samych. Więcej również tajemniczości – i pod tym jednym względem różnica naprawdę duża. Albowiem generalnie nie były to dwa różne światy, tylko więcej podobieństw niż różnic. Mimo to inny całościowo wyraz i na pewno bym nie chciał słuchać tych Meze z ich kablem dysponując Tonalium. Za cholerę, że bez ogródek powiem.

z kablem Sulek

Sulek to jeszcze inny świat, inny styl niż Tonalium. Jednocześnie pospołu z nim zdecydowanie wyższy poziom od prezentowanego przez poprawiony oryginalny. Sulek to brzmienie gramofonu. Po dokładnym wsłuchaniu się nie cieplejszy od poprzedników, lecz sprawiający wrażenie cieplejszego. Bardziej miły w brzmieniowym dotyku – gładszy, z dźwiękiem prowadzonym po bardziej łukowato gnących się i układających w esowate wzory liniach. Melodyka i organiczność w jego przypadku na pierwszych miejscach, mniejszy zaś nacisk na napowietrzanie, sopranowe srebrzenie, szczegóły. Te wcale nie mniej liczne, ale całkowicie wkomponowane w całość – jedność z nią całkowitą tworzące; jedność bardziej złocistą,  spowitą światłocieniem, sprawiającą wrażenie gęstszej, bardziej spójnej i bardziej naturalnej w sensie biologiczności. Jednak z tym światłocieniem ostrożnie, gdyż może nieprawdziwie sugerować, że obraz staje się za ciemny, albo przesadnie cienisty. Tymczasem nic z tych rzeczy: oświetlenie zupełne, wszystko doświetlającym, przyjemnym, naturalnym światłem bez śladu jaskrawości, a tylko więcej złoceń przy jednoczesnej redukcji srebrzeń dociąża, łagodzi wyrazowo oraz tonuje jasne miejsca. Z tym złotem trochę tu przesadzam, bo brzmienie bez odejść od naturalności, a tylko zaraz po Tonalium, na tle jego bardziej akcentujących się sopranów, powstaje wrażenie pewnej złocistości wchodzącej na miejsce ich srebrzeń. Szybko mija, mózg to gasi, obraz staje się naturalny. Aż nie do wiary przy tym, jak bardzo jest analogowy, pomimo cyfrowego dźwięku z komputera. Do tego stopnia, że w porównaniu z prawdziwym gramofonem większy okazuje się deficyt trójwymiarowości i energii niż samej melodyjności. Co nie oznacza, że dźwięk nie-energetyczny i nie-trójwymiarowy, no ale po coś do tych gramofonów wracamy – i nie tylko po to, żeby czyścić winyle z elektrostatycznego kurzu. A wobec tej zamiany srebra w złoto diagnozujemy inny sopran, bardziej komponujący się z resztą i nie tak przeszywający srebrzystą przenikliwością, zarówno skutkiem  srebra w przewodniku, jak i cyfrowych przeinaczeń. Te bowiem kabel Sulka okazał się wymiatać o wiele większą miotłą.

Kolorystyka zabezpiecza przed przypadkowym podeptaniem.

Przyjrzyjmy się temu dokładniej. U Tonalim soprany to bardziej jak wrzeciona – jaśniejsze, bardziej wydłużone, ostrzejsze w pikach i bardziej z całości wyodrębnione, aż po stawanie się dominantą. Budujące misterium kruchej, przeszywającej przenikliwości – przed staniem się nazbyt przeszywającą chronionej trójwymiarowością. Wraz z tym od razu więcej smutku w smutnych utworach, posępności w posępnych, kruchej delikatności w delikatnych. W palecie barwnej dominacja kontrastu srebro-czerń, na obszarze wokalu głosy młodsze i świeższe, mniej dociążone, nie tak pełne, nie całkowicie dojrzałe. Minimalnie więcej wraz z tą sopranową srebrnością pogłosu, ale nie zamieniającego się ani trochę we wrogie poczucie obcości, tylko całego wiążącego się z niezwykłą u tego kabla żywością i większym podekscytowaniem. Obraz brzmieniowy z Tonalium bliższy też całościowo produkcjom wysokiej klasy źródeł cyfrowych niż analogowych, rodzący inne fascynacje i na co innego kładący akcenty te fascynacje rodzące. Odnosząc to do instrumentów: coś niczym ta sama melodia grana przez skrzypce a nie fortepian. Porównanie oczywiście ułomne, jak wszystkie porównania, ale dość dobrze oddające ducha różnic. Tonalium bardziej rzewne i tę rzewność oraz towarzyszące jej uczucia potrafiące sprzedawać lepiej, podczas gdy Sulek bardziej skupiony na średnicy, pokazujący wyższą analogowość, nieco trafniejszy tonacyjnie i bardziej wypośrodkowany uczuciowo. Nie przede wszystkim rzewny, ale jak trzeba – bardzo proszę. Także nie wzdłuż tak smukłych sopranowych wrzecion, ale w zamian płynniejszy, lepiej dociążony, z większą słodyczą w brzmieniu i bliższy tonalnego centrum przy stanie większej równowagi. Trochę jak miedź przeciwko srebru, co każdy audiofil zna i co tutaj ma odniesienie także do samych drutów, albowiem Tonalium jedną żyłę faktycznie ma z litego srebra. Jedno i drugie – i srebro Tonalium, i analogowa miedź Sulka – w high-endowym wydaniu; teraz można wybierać, czego się bardziej chce. Odnośnie dwie uwagi. Wiele razy poprzednio porównywałem Tonalium z innymi słuchawkowymi kablami i tylko przymierzany kiedyś Entreq Atlantis (ze słuchawkami AKG K1000 i Sennheiser HD 800) okazywał się lepszy. Natomiast Sulek to inny styl – na pewno bardziej analogowy i na pewno w odbiorze łatwiejszy; pytaniem pozostaje: mniej, równie, a może bardziej ciekawy? Wracać będziemy do tego przy kolejnych słuchawkach.

Brzmienie: z Erzetich Phobos

Wielożyłowa plecionka, prawdopodobnie z miedzi.

   Skoro rozpoczęliśmy od najdroższych, to schodźmy w dół za koleją. I darujmy już sobie kabel oryginalny Meze – dobry, ale wyraźnie słabszy.

z kablem Tonalium

Phobos to słuchawki o brzmieniu od Meze nieco niższym, ciemniejszym, mniej podkreślającym różnice pomiędzy zakresami pasma i mimo lekkiego obniżenia oraz przyciemnienia bardziej obdarzające wokale (oczywiście nie tylko) sopranowym podszerstkiem. Na tyle to nieznaczne, by głosy śpiewających nie zaczęły należeć do młodszych osób, na tyle jednak wyraźne, by dać im większą ekscytację. Do pewnego stopnia różnica więc analogiczna jak między kablami Tonalium i Sulek, mniej jednak skomplikowana. Ale Meze wchodzą tu w skórę Sulka, a Erzetich w Tonalium – tyle że z poprawkami na bycie ciemniejszym oraz ogólnie niżej brzmiącym, co w odniesieniu do kabli miejsca nie miało.

Może za bardzo komplikuję, wtrącając tę uwagę, zatem trzymajmy się od teraz systematyki opisowej – jedne słuchawki, jeden kabel. Podążając w ślad za tym muszę stwierdzić, że nie dość dokładnie przedstawiłem kwestię kolorytu brzmienia, bo powinienem był napisać, że Erzetich Phobos z kablem Tonalium dają jaśniejsze, bardziej srebrzące się dźwięki i dopiero za nimi ciemniejsze tła. Tak więc raz jeszcze styl taki odnotowujemy z kablem Tonalium, tylko tym razem przejawiony mocniej. Bardzo ciekawe też w tym kontekście ponowne zaistnienie kontrastu między ekspresją i żywiołowością sopranów a melodyjnością. Trójwymiarowe obrazowanie z całkowicie wystarczającym zapasem, by nie zjawiła się sopranowa cienkość, a jednocześnie tymi sopranami wszystko podszyte: podkręcane, ożywiane, szeleszczące, szumiące. Bardzo też skutkiem tego rozległe rozchodzenie się dźwięku, z czytelnym obrazowaniem tego rozchodzenia. I bardzo ożywiająca się przestrzeń, z poczuciem jej ogromu przy braku jakichkolwiek barier – ani na wprost, ani ku górze. Całkowita także otwartość i przejrzystość oraz wspomniany udział sopranów nawet w rewirze basu – gęstego, czarnego i nisko schodzącego, ale mającego powierzchniowe sopranowe jarzenie, czyniące go także  „crisp”, a nie tylko „bum!”. Śmiało można więc orzec, że kontrasty oferowane przez Tonalium przejawiały charakter skrajny, a przy tym popisowy. Wyliczmy najważniejsze: bliskość pierwszego planu i całościowa rozległość sceny; nasycenie sopranowym szelestem i muzykalność zarazem; srebrzyste sopranowe wzloty i zejścia basowe w czarne czeluście, miłe ciepło wokali i jednoczesna ich sopranowa podnieta; przyjazność mieszająca się z tajemniczością; wrażenie naturalizmu i niezwykłości zarazem. A wszystko wyraziste, mocne, fascynujące; i zarazem realistyczne – nie stwarzające wrażenia, że coś tu udziwniono. Wyrażając sprawę na sposób szkolny: trzeźwy brzmieniowy pozytywizm mimo wszystko mocniejszy niż odrealniający romantyzm.

z kablem Sulek

Produkt rzuca się w oczy, a zatem nie jest skromny.

Chcesz, żeby soprany przestały tak intensywnie mieszać się do wszystkiego i część swojej smukłości oddały za objętość? By poczucie trafności tonalnej wzrosło, a spadło niezwykłości? Żeby obraz stał się mieszanką złota i czerni, a nie czerni i srebra? By głosy utraciły sopranową podnietę i zamiast tego stały się pełniejsze, dojrzalsze, bardziej krągłe? By przejawiła się w nich większa słodycz, melodyjność, naturalniejszy tembr i giętsze linie melodyczne? Ale żeby straciły przymieszkę tajemniczości, rzewności, egzystencjalnej skargi? By świat stał się bardziej takim, jakim go widzisz wokół, a mniej niczym ze snu? Bas żeby schodził jeszcze niżej i był jeszcze masywniejszy, ale bez sopranowej poświaty i srebrnych gwoździ? Żeby muzyka stała się podobniejsza do podświetlanej słońcem strugi, niż do księżycowego blasku? Żeby zachowała się cała przejrzystość i otwartość, ale muzyka pozostawała bardziej przy tobie, niż odsyłała twoje myśli gdzieś hen, tęsknym zewem przestrzeni? Żeby szczegóły weszły głębiej w substancję i bardziej stały się jej częścią, zamiast szorstkawą swą przymieszką chropowacić powierzchnie? Żeby medium było obecne bardziej gęstością niż szumu mżawką? Żeby muzyka nabrała ciała – gęstej energetycznej mocy – ale latała niżej?

Wszystko to poetyckie odwołania, dla wielu nazbyt wzniosłe, ale muzyka jest poezją – czy to się komuś podoba i czy jest tego świadom. Porównania mające pełną moc opisową tylko w przypadku natychmiastowych przejść porównawczych, bo dłuższe słuchanie z którymś kablem powoduje, że mózg uzupełnia jego cechy branymi od drugiego. Złocistość Sulka zaczyna się miejscami srebrzyć, podobnie złocić srebrność Tonalim. Stopnie wypełnienia się zbliżać, rozmiary przestrzenne wyrównywać. Ale różnice są zbyt duże, by jedno mogło przejść w drugie, zwłaszcza na obszarze traktowania melodyjności. Tam Sulek zawsze będzie pełniejszy, krąglejszy, gęstszy i bardziej zwinny; Tonalium przezierniejsze, rzewniejsze, odsyłające w dal bezkresu i przenikliwiej wibrujące.

Brzmienie: z HEDDphone

To nie jest ewenement, świat widział inne czerwone.

   Tych słuchawek najbardziej byłem ciekaw, są najbardziej niezwykłe. Najtańsze z tu obecnych, mimo tego najbardziej przestrzenne, także  w sensie trójwymiarowe. Nie zawiodłem się – oto synteza poprzednich z własnymi dodatkami. Takim największym dodatkiem, jednocześnie atutem, umiejętność wstawiania dźwiękowego planu w bardziej wyraźną perspektywę. Wiele słuchawek chwali się umiejętnością naśladowania prezentacji głośnikowych – wyrywania słuchacza z musu prezentacji wciskającej całą scenę do głowy ze ścisłym, bez najmniejszego mieszania kanałów, podzieleniem stronami. Wielu ludzi tego nie znosi, skutkiem słuchawek nie używa; albo dlatego, że nie chce, albo nawet nie może, gdyż to wywołuje mdłości. Nie będę wracał do wiele razy wałkowanej sprawy radzenia sobie z tym problemem – czy to konstrukcją samych słuchawek, czy specjalnym wzmacniaczem, czy specjalnymi nagraniami. HEDDphone nie atakują marketingiem obiecującym wybrnięcie z tego, lecz w odróżnieniu od wielu – na przykład polityków – robią coś, czego nie obiecują. Ani zawczasu się nie chwalą, ani nawet po fakcie, tymczasem muzyczne ich obrazowanie okazuje się bardziej przestrzenne, na dodatek w dwójnasób – i skutkiem ujmowania całości w scenariusz perspektywy, i produkcji każdego dźwięku jako bardziej trójwymiarowego. Dzięki temu zyskujemy poczucie kolumnowego stylu bez reklamowego hałasu i zapewnień o nadzwyczajnych rozwiązaniach – samą siłą sposobu grania przez przetworniki AMT. Ta ujęciowa inność nie musi być dla kogoś obytego ze słuchawkami czymś jednoznacznie lepszym. Przyzwyczajeni do grania w głowie i braku, bądź śladowej, perspektywy, mogą się nawet poczuć nieswojo – wyrzuceni ze swego świata. Sam tak się nie poczułem, od razu przyjąłem do wiadomości wyższość takiego stylu. Tu jednak nie o niego chodzi, bo ani testowany kabel, ani przymierzany konkurent, nie mieli wiele do powiedzenia w sensie stwórczym odnośnie tego zagadnienia. Ich wkład do poprawy brzmienia (w obu wypadkach bezdyskusyjny) wciąż oscylował wokół kwestii podejścia do melodyjności i  brzmieniowego kolorytu skutkiem różnej reprodukcji sopranów. Pod tym względem nic nie uległo zmianie, natomiast trzeba wrócić do początkowej wzmianki o syntetycznym charakterze HEDDphone. Od Meze Empyrean czerpały spokojniejszą melodyjność, od Erzetich Phobos większą ekspansywność przestrzenną. Jedno i drugie także jako pochodne podejścia do sopranów, przejawianego też przez kable: – albo wysmuklającego z rzewnością przechodzącą w większą przestrzeń; – albo pełniejszego, radośniejszego, przechodzącego w analogowość i mocniejszy konkret. Jedynie w tych HEDDphone takiego i takiego: – płynnie melodyjnego bez sopranowej ekscytacji odnośnie ludzkich głosów i brzmienia instrumentów w polu bliskim słuchacza; – niespodziewanie przejawiającego sopranową podnietę na obszarze dalekich planów. Jak w tym się odnajdywało porównywane okablowanie, a zwłaszcza kabel Sulka? Przepatrzmy po kolei.

z kablem Tonalium

Zastosowany wtyk w sam raz dla FIDELICE by Rupert Neve.

No jasne, że ten kabel cisnął na wielkość przestrzenną. Podwajał przecież zdolność samych słuchawek do jej rozdmuchiwania. Przenikliwe sopranowe wrzeciona słały w dal nieskończoną – wciąż nie pozbawione trójwymiarowości na tyle, by stało się za ostro. (Odnośnie tego – ani śladu.) Tym bardziej teraz, u najbardziej trójwymiarowych słuchawek. Mieszanie czerni i srebra odnośnie kolorytu też było dobrze widoczne na obszarach dalekich, natomiast zanikało całkowicie na bliskich. W zależności od temperatury nagrania ciepłe lub neutralne ludzkie głosy i takie same instrumenty więcej aniżeli poprzednio miały ze złocistości i tła malowały mieszaniną powietrza z miękko kładzionymi cieniami, a nie czernią podkładu. Bardzo więc ciekawa mieszanka, jedyna w swoim rodzaju, czyniąca właśnie te słuchawki tak dalekimi od przeciętnych. Z kablem Tonalium był to całościowy realizm o śladowym posmaku sopranowej podniety; wyjątkowo nęcący, wyjątkowo szlachetny. Nie uciekający się do atakowania wysokimi ciśnieniami i maksymalną dynamiką; także nie gramofonowy w wyrazie, ani nie przepojony słodyczą – ale szczególnie objętościowy, napowietrzony, holograficzny, precyzyjny i czysty. Oddychający muzyką, bardzo przyjemnie chropawy i dojmująco realistyczny, bez złagodzeń. Jeżeli coś mu wytykać, to chyba jedynie to, że ta wszechobecna perspektywa odsuwała plan pierwszy, czyniąc postaci na nim mniejszymi niż na przykład u Sennheiser HD 800. Ewentualnie jeszcze brak ocieplenia, jeżeli ktoś takowe ceni.

z kablem Sulek

Pierwsze wrażenia po przejściu na Sulka? Nieco  mocniej odczuwana ciepłota, bardziej analogowe brzmienie, i przede wszystkim głębsze. Lepsze także ogniskowanie źródeł i precyzyjniejsze ukazanie odległości dzielących od słuchacza. Lepsza w takim razie organizacja sceny, a dźwiękowe obrysy mniej postrzępione i nie pozostawione trochę w domyśle, jako coś mniej ważnego od propagacji. Krawędzie i powierzchnie dobrze uwidocznione, elegancko falującymi liniami otaczające bardziej trójwymiarowe kształty. Więcej także energii, mocniejsza postura wszystkiego, bardziej przytłaczający bas. Jak również nacisk na sprawy dziejące się na pierwszym planie, ale tak samo wielka i przejrzysta aż po horyzont przestrzeń, tyle że bez tęsknego zewu dali. Fantastyczna wygoda brzmieniowa – że użyję nowego określenia. Słuchacz znakomicie pośród tego się czuje, bez najmniejszego wysiłku przyswaja najskomplikowańsze brzmieniowe figury i układy. Wszystko klarowne, doskonale czytelne, znakomicie komponujące się w całość i całkowicie analogowe nawet w przypadku zwykłych plików z Internetu. (Ewenement.) Muzyka tańczy wokół, otacza ciepłem, kolorytem, ale ani troszeczkę nie wydaje się sztucznie umilona. Najczystszy naturalizm – żadnych uproszczeń, łaszenia się i grania dla efektu innego niż realizm. Realizm gramofonowy, z zachowaną jego wyższą energią; i tylko ona może zmęczyć, gdyby ktoś długo słuchał samych wysokoenergetycznych utworów. HEDDphone wprawdzie to nie Ultrasone Tribute 7, z ich miażdżącym ciśnieniem, ale nacisnąć ucho też potrafią, że para pójdzie ustami.

Te z drugiej strony dla planarów.

Rzecz ujmę na koniec dygresyjnie: Tonalium czerpie z poetyki obrazów czarno-białych. Daje wprawdzie kolory, nawet je mocno nasyca, lecz sama atmosfera bierze coś z tamtych wizji – z widzenia świata nie do końca przyjaznym i nie bezrefleksyjnym. Mocno uderza w duszy struny, które rodzą zadumę i każą patrzyć na wszystko inaczej. Naprzeciw tego Sulek daje muzykę w pełnym rozkwicie i całkowicie poddaje się jej narracji. W przypadku radosnej radość, w przypadku smutnej smutek, wyraźną refleksję daje dopiero w refleksyjnej. Dwa różne więc obrazowania, dwa różne realizmy. Jeden z przynoszoną refleksją własną, drugi zdający się na muzykę. Cały będący muzycznym żywiołem, zdolny przekazywać całe jej dane bogactwo i całą eksplozyjność. Też przy okazji pełną melodykę, głębię i moc brzmieniową; w razie dobrego toru muzyka staje przed nami jak żywa. Największa różnica między porównywanymi dotyczy traktowania przestrzeni. Z Tonalium będzie miała swą własną tajemnicę, żyć będzie trochę własnym życiem. Z Sulkiem zaś lepiej zorganizowana i tylko na usługach pojawiających się w niej dźwięków.

Podsumowanie

   Za dużo napisałem, wbrew danej kiedyś obietnicy. Za bardzo temat mnie pociągnął, za dużo sam dyktował. To miała być recenzja kabla, zmieniła się w recenzję trzech. Na dodatek trzech par słuchawek. Przepraszam, jeśli się ktoś pogubił, albo się poczuł znużony. Na koniec zatem o jednym.

Okablowanie Sulka dla słuchawek daje najlepszą analogowość spośród wszystkich mi znanych. Jeżeli kogoś stać i na ten aspekt kładzie nacisk, wybór staje się prosty. Nieprosta natomiast jest cena, wysoce zaskakująca. Można powiedzieć, że Sulek rzuca wyzwanie i przeczy stereotypom. Przyjmowanemu za rzecz zrozumiałą samą przez się przekonaniu o konieczności niższych cen produktów polskich, jako mających gorszą jakość, w dodatku bytujących w otoczeniu słabszych ekonomicznie konsumentów. Gdyby to był kabel japoński, niemiecki czy amerykański… – Aaaa, inna wtedy sprawa, do tego przywykliśmy. Sulek na to: – Wypchajcie się! – Chcecie dać swym słuchawkom kabel analogowy – analogowy jak żaden inny? – Płaćcie! – Inaczej nie będziecie mieli.

Można powiedzieć, że jest w tym słuszna duma, bo niby dlaczego nie? Dlaczego nasze ma być gorsze, z jakiego niby nadania? Przecież przez kabel znad Wisły płynie ta sama muzyka co przez kable znad innych rzek. Muzyka jest uniwersalna, słuchacze uniwersalni z grubsza, prąd uniwersalny też całkiem. Sulek dyktuje uniwersalne ceny, które uniwersalnie rosną i uniwersalnie dywersyfikują. Do mnie zaś kabel trafił darmo i go na pewno nie oddam.

 

W punktach:

Zalety

  • Najbardziej analogowy słuchawkowy kabel.
  • Do tego stopnia analogowy, że niemal winylowe stają się zwykłe pliki z YouTube.
  • Przekazujący, tak jak gramofon, więcej od innych energii.
  • Maksymalnie perliste brzmienie przy całkowitej jego otwartości i niezaburzonym rozchodzeniu, a więc łączenie przeciwieństw.
  • Bogata i nasycona paleta barw.
  • Tło ciemne, ale nie stawiające bariery; z powietrza, a nie nieprzenikliwe.
  • Naturalne ciepło.
  • Trójwymiarowość dźwięków i sceny.
  • Dźwiękowy obraz ujęty w perspektywę i z dobrze wyczuwalnym podłożem.
  • Wyjątkowo precyzyjna lokalizacja źródeł.
  • Brzmieniowa koherencja.
  • Równo, bez dziur przez całe pasmo.
  • Trafność tonalna.
  • Żadnej sopranowej wyrywności przy pełnym wolumenie sopranów.
  • Niespotykana przestrzenność dźwięków na skrajach pasma.
  • Analogowa giętkość.
  • Mienienie się dźwięku.
  • Słodycz.
  • Drajw.
  • Stuprocentowe wypełnienie.
  • Moc całościowa brzmienia.
  • Poczucie autentyzmu.
  • Najwyższej miary żywiołowość..
  • Zarazem brak sztucznego podkręcania.
  • Neutralność emocjonalna z minimalnym dodatkiem budzącego zadowolenie ciepła.
  • Szczegóły tylko dla muzyki, a nie muzyka dla szczegółów.
  • Efektowny, pozbawiony przerostów światłocień.
  • Dobrze oświetlające, pozbawione śladu jaskrawości światło.
  • Pełna kontrola pogłosów.
  • Perfekcyjna dykcja.
  • Mimo najwyższej klasy brzmieniowej wyjątkowa łatwość słuchania.
  • Lekki.
  • Giętki.
  • Długi.
  • Mało sprężynujący.
  • Odporny na uszkodzenia.
  • Ekologiczne opakowanie, (O ile to dla kogoś ważne.)
  • Znany producent.
  • Made in Poland.
  • Ryka approved.
  • Referencja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Bardzo drogi.
  • A więc kolejny przyczynek do ogólnego wzrostu cen.
  • Czerwony kolor rzuca się w oczy – dla jednych plus, dla drugich minus.
  • Ani słowa o technologii. (Poza tym, co widoczne, i że miedź przewodnikiem.)
  • Ciekawe, jakby to było, gdyby złącza były miedziane.
  • Opakowanie z surowej tektury – według jednych tak trzeba i zaleta, dla innych tandeta i wada.

 

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-10 II Signature CSPort TAT2.
  • Przetworniki: Ayon Sigma.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Ayon Spheris.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Aurorasound HEADA, Ayon HA-3.
  • Słuchawki: Erzetich Phobos, HEDDphone, Meze Empyrean.
  • Kable słuchawkowe: Meze, Sulek, Tonalium.
  • Kabel USB: iFi Gemini + iUSB3.0
  • Kabel LAN: Fidata LAN HFCL Series.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Konwerter: iFi iOne.
  • Interkonekty analogowe: Acoustic Zen Absolute Cooper, Sulek Edia & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Edia, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Synergistic Research MiG SX.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

28 komentarzy w “Recenzja: SULEK kabel słuchawkowy

  1. Sławek pisze:

    Fajna recenzja.
    Analogowość – ale to nie tylko gramofon i winyle, to jest druga kopia analogowości, a zasadniczo to magnetofon studyjny i taśma matka jako kopia pierwsza (oryginał wiadomo – granie na żywo). I ta właśnie analogowość jest dla większości audiofili nieosiągalna, podczas gdy ta winylowa jak najbardziej, też mam gramofon.
    Co zaś do kabli samych, to posiadam 3 – FAW Noir Hybrid (wtyk 4pinXLR), Lavricables Ultimate (wtyki 2x3pinXLR) i Tonalium (wtyki 2x3pinXLR). I jako posiadacz Tonalium zgadzam się opisem ich brzmienia w recenzji opisanym i uważam je za referencyjne. Lavricables – te są dopiero sopranowe i przestrzenne, ale nie są neutralne choć przyjemne. Trzeba było dopiero Tonalium posłuchać, by odnieść się do tych Lavricables, które na dodatek są łamliwe jak to solid core… FAW dużo lepsze niż tzw. kabel oryginalny, ale do Lavricables i Tonalium startu nie mają poprzez przytłumione – w porównaniu – wysokie tony. A to wszystko z HiFiMan HE-6, które bardzo lubię i elektroniką Audio-gd, a więc system inny – a jak widać wnioski co Tonalium podobne. Natomiast z opisu z recenzji to nie wiem czy ten Sulek by mi się spodobał, tym bardziej, że cena jest no cóż – prezesowska. Pewnie jak bym nie miał ograniczeń finansowych to najpierw bym nabył HiFiMan Susvara, i Sulka do nich potem też, a tak to mogę słuchać spokojnie tego co mam i cieszyć się muzyką.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Analogowość magnetofonów jest jeszcze inna i w przypadku poziomu naprawdę studyjnego najlepsza. Próbuje się ją przywracać, ale ceny studyjnych taśm są bardzo wysokie, a repertuar na nich bardzo ograniczony. Pociechę dają magnetofony kasetowe, których popularność w USA gwałtownie rośnie. Zachowały się na szczęście biblioteki analogowych nagrań do powielania na kasetach, ktoś przewidujący, a może tylko sentymentalny? – ich nie wyrzucił. Ma do mnie trafić wysokiej klasy kasetowy magnetofon, jeżeli tak się stanie, będzie okazja porównawczo przeanalizować to brzmienie i coś o tym szerzej napisać.

  2. Adam K. pisze:

    Panie Piotrze, mam pytanie i jednocześnie propozycję. Czy nie zechciałby Pan zrecenzować wzmacniacza słuchawkowego firmy Riviera Audio? Mają go chłopaki w Audio Connect i znając ich życzliwość, na pewno chętnie by wypożyczyli sprzęt do testu. Podobno to wzmacniacz z absolutnie najwyższej półki. Miał Pan okazję coś o tym sprzęcie słyszeć? Gdyby zdecydował się Pan na recenzję byłaby ona pierwsza w Polsce. Myślę, że warto!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wypada odpowiedzieć, zatem powiem, że moje doświadczenia z „chłopakami” z Audio Connect nie są za specjalne. Ale jeżeli przyślą wzmacniacz, to go zrecenzuję. Nie zamierzam jednak o to prosić.

  3. Adam K. pisze:

    Przyznam, że jestem zdziwiony. Recenzował Pan przecież Wells Audio Milo i Headtrip. Myślałem, że współpraca układała się dobrze.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Życie to kręta ścieżka, pełna niespodzianek. I lepiej nie pytać, dokąd prowadzi.

    2. Piotr Ryka pisze:

      Tak jeszcze może dla poluzowania atmosfery: wzmacniacz jest zapewne bardzo dobry i bardzo chętnie bym go przetestował, ale pewne zasady, nawet jeżeli nieumowne, obowiązują. Przynajmniej moim zdaniem.

  4. jafi pisze:

    Zgłaszam wzmacniacz słuchawkowy EAR HP4 EAR Yoshino Tima de Paravicini do testu.
    Dostarczyłem kabel słuchawkowy Sulek (bardzo dobrze napisana recenzja), doślę i ten wzmacniacz.
    Pod hajrem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Klasyk. Jeden z największych.

  5. miroslaw frackowiak pisze:

    Panie Piotrze z calym szacunkiem ,ale 8000zl… zycze powodzenia producentowi sprzedazy tego kabla.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Taka cena nie jest skierowana do przeciętnego konsumenta. We wszystkich kategoriach produktów rynkowych znajdujemy przykłady tego rodzaju wycen. Odnośnie sfery audio – słyszałem o płytach CD kosztujących tyle za sztukę. – Luksus. Poświęciłem mu kiedyś obszerny esej.

      1. miroslaw frackowiak pisze:

        Tacy producenci to mistrzowie ! Taki dowcip radiowy kiedyś był „….. Halo czy to zakład ciągnięcia druta …” No ale tu ze srebra , to inna bajka ha ha

        1. Piotr Ryka pisze:

          Każdy orze jak może, panie dyrektorze…

        2. jafi pisze:

          Nie doczytałeś:
          Przewód nie jest ze srebra!

  6. Tichy62 pisze:

    Najlepsza ta wtyczka (jack). Wygląda jak ze starych zapasów ZURiT, z lat 70-tych.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Z rozmów już po recenzji dowiedziałem się, że testowanych było wiele wtyków, w tym ten najdroższy Furutecha, który odpadł, i to z dość nieprzychylnym komentarzem. Sam nie produkuję kabli, toteż nie mam rozeznania odnośnie wtyków, ale opinie są tu różne. Niektórzy na przykład utrzymują, że rodowanie to katastrofa, tymczasem najpiękniej grające słuchawki w historii, Sony MDR-R10 – miały wtyk rodowany. I bądź tu mądry. Jako przejściówkę z małego na duży jack mogę polecić tę AudioQuesta (o ile jest jeszcze dostępna). Nie jest idealna dla wszystkich słuchawek, ale przeważnie lepsza od złoconych. Odnośnie wtyku użytego w kablu recenzowanym, może coś powie sam Sulek. A może nie. W końcu dobór właściwych części to praca, a pracy darmo nie rozdają.

    2. jafi pisze:

      Zurit to moje dzieciństwo, ferie spędzane w miejscu pracy ojca. Pamiętacie jeszcze syna milicjanta z „Nie lubię poniedziałku”? Jak widać można mieć różne skojarzenia.

      Ale to miała być zaczepka, prawda?

      Wtyk jest funkcją celu i to zadanie spełnia znakomicie: całość gra tak jak opisał Piotr.
      Bynajmniej starannie dobrany spośród wielu ze względu na dźwięk.
      Sulek nie jest zainteresowany podejściem biżuteryjnym do swoich produktów. Jest wystarczająco wiele kabli audio na rynku, które bardziej wyglądają niż grają.

      On szuka i znajduje najlepszy dźwięk.

      Produkty są trwałe i można je wielokrotnie wpinać i wypinać bez obawy o uszkodzenie.

  7. Marcin pisze:

    Z opisu tego kabla wynika, że może doskonale pasować do K1000. Szkoda tylko że jest tak drogi… Ciekawe czy p. Sulek zgodziłby na jakieś ustępstwa w tym temacie?

    Przymierzam się już od dłuższego czasu do Tonalium, ale po tym co tu przeczytałem myślę, że akurat z K1000 może nie pasować tak jak bym chciał (a w K1000 brakuje mi dociążenia dźwięku i nieco bardziej zaznaczonego basu; mam wersję o nr 51xx, a więc „Bass Heavy”).

    Z góry dziękuję za komentarz do powyższego.

    Pozdrawiam

    1. jafi pisze:

      Może gospodarz tego miejsca, czyli Piotr zgodzi się na krótkie użyczenie dla próby.
      Kiedy stanie się jasne, że to TEN kabel zapraszam do rozmowy przez moją pocztę internetową.

      pozdrawiam

  8. Colorfort pisze:

    Trochę ubolewam, że do porównań pan Piotr nie użył swojego sztandarowego/referencyjnego kabla (Enteq Atlantis). – Cena jest porównywalna z Sulkiem. Uroda również – pod pewnymi względami, choć Entreq ma swoją szwedzką wyrafinowaną „ekourodę”. Od wiosny jestem szczęśliwym posiadaczem Entreq Atlantis i Entreq Olympus (szczytowy model kabla słuchawkowego Entreq). Nie słuchałem Sulka słuchawkowego ale słuchałem innych. – Wszystkich tu recenzowanych Sulków. Wiem co wnoszą do toru. Obawiam się, że brak takiego zestawienia w tym teście/recenzji nie jest przypadkowy {tzn. my, stali bywalcy tego salonu, trochę przecież znamy preferencje i dociekliwość pana Piotra).
    „Analogowość” i poukładana przestrzeń w słuchawkowym Sulku to cenne przymioty, ale… Entreq ma to samo i znacznie, znacznie więcej.
    Pozdrawiam wszystkich;-)

    1. Piotr Ryka pisze:

      Brak w teście kabla Entreq Atlantis (który faktycznie posiadam) jest rzeczywiście nieprzypadkowy. Posiadam bowiem trzymetrowy taki na stałe przytwierdzony do słuchawek AKG K1000 i zakończony przyłączami głośnikowymi. Z tej przyczyny podpięcie go do którychś ze słuchawek użytych w teście było równie niewykonalne, co użycie Sulka z tymi AKG. Bardzo chętnie natomiast dokonam porównania Atlantisa bądź Olympusa z Sulkiem (lub obydwu), o ile tylko dostanę któryś z wtykami mini-XLR przy słuchawkach. Jestem gotów przystąpić do takiego porównania na drugi dzień po otrzymaniu i w krótkim czasie przedłożyć obszerną relację. Ale nie wcześniej. Zamieszczoną w poście uwagę o umyślności z mojej strony uniku uważam za niegrzeczną, toteż pozdrowień nie przyjmuję.

    2. jafi pisze:

      Sugeruje pan, że Entreq jest lepszym kablem od Sulka, chociaż nie słuchał pan słuchawkowego Sulka.
      Nie wiem co powiedzieć: piaskownica?

      Ale to nie wszystko: swoją opinię opiera pan na doświadczeniu z innymi tutaj opisywanymi „wszystkimi” kablami Sulek.
      O ile mogę sobie wyobrazić, że gdzieś u kogoś słuchał pan kabli Sulek z podstawowej serii EDIA (całkiem pokaźna liczba użytkowników), o tyle seria 6×9, a tym bardziej 9×9 są elitarne i użytkują je ludzie, których znam. Pan do nich nie należy.

      Myślę, że pańska opinia jest bezwartościowa, tak jak pańska wiarygodność.

  9. Colorfort pisze:

    Panie Piotrze.
    Mam dla pańskiej pracy wiele szacunku. W moim poprzednim wpisie nie było cienia zlośliwości. Jednak, jeśli poczuł się Pan urażony, przepraszam. – Wielokrotnie Pan pisał, więc wiem jak podłącza Pan Atlantis do pańskiego wzmacniacza. Pomimo tego cena obu kabli prosi się o ich porównanie.
    Żałuję ale interface obu moich kabli jest inny niż mini XLR. To Lemo. Miałem okazję posłuchać Atlantisa wielokrotnie przed kupnem, dlatego nie było dla mnie niespodzianki w zestawie słuchawki/kabel. Interface został wykonany fabrycznie pod zamówienie. Olympusa kupiłem trochę przypadkowo bezpośrednio u producenta. – Kupiłem w czasie początkowej produkcji tego kabla i nie mogłem z nikim wymienić doświadczeń. Teraz nie jest już tak źle. – Są inni użytkownicy, równie zadowoleni jak ja.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Prosiłem polskiego dystrybutora o udostępnienie Entreq Olympusa, na razie bez efektu. Czy pańskie Lemo odnosi się do Sennheiser HD 800, czy Focal Utopii? Jeżeli to pierwsze, mogę w razie udostępnienia porównać do Tonalium. Jeżeli drugie, wówczas Sulek musiałby wykonać taki kabel. Sam mogę służyć jedynie gotowością opisu. Mógłbym na przykład opisać Olympusa w odniesieniu do oryginalnego kabla Focali, albo porównać z Atlantisem. Nic ponad to, bo ładnie bym wyglądał, gdybym kable do testowania musiał sam kupować.

  10. Colorfort pisze:

    Teraz slucham Entreq’ów z Focal Utopia. To dla mnie docelowy zestaw. Oczywiście zawsze możebyć lepiej, ale na razie się nie zanosi. Ze srebrnym Axios było 2 x drożej i 2 x kiepskawo.
    Chyba opowiadałem Panu prze z telefon, ze w regionalnym przedstawicielstwie na kraje Europy środkowo-wschodniej (Węgry) natrafiłem na radykalnie bardziej życzliwe podejście niż u polskiego przedstawiciela. Może to dobry kierunek.
    Pozdrawiam serdecznie.

  11. miroslaw frackowiak pisze:

    Wszyscy wiedza na swiecie ze na kablach zarabia sie krocie,najlepsza przebitka i najmniejszy naklad,robi sie z ich produkcji wielkie Voodoo i wspaniale recenzje na zamowienie,aby tylko drogo takie cuda sprzedac,z mojego doswiadczenia 45-letniego w audio, wyszlo ze mozna znalesc tansze kable, ktore graja o wiele lepiej od tych drogich,tylko trzeba odpowiednio poszukac i dopasowac do swojego toru odsluchowego i w tym tkwi caly szkopul a nie sugerowac sie cena,niby czym wyzsza to lepiej…

    1. Piotr Ryka pisze:

      To w takim razie poproszę o dokładne wyliczenie, jaki krocie zarabia się na kablach, a jakie na innych elementach toru audio. Oraz o listę kabli lepszych od drogich, których wystarczy tylko odpowiednio poszukać.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Tak jeszcze przy okazji: może ktoś by wyliczył, ile kosztowały Amatiego, Stradivariego czy Guarneriego materiały na skrzypce. Albo ile Steinwaya surowce na fortepian. Ilukrotne to daje przebicia.

        Ktoś wie, ile kosztuje Coca-Colę wyprodukowanie litra ich brunatnego płynu? Milkę tabliczka kakaowego tłuszczu? Levisa para spodni? Apple’a smartfon?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy