Recenzja: S.M.S.L SP400

Pora porzucić nadzieję! Porzucajcie ją ci, którzy tu przychodzicie! Słabych wzmacniaczy słuchawkowych już nie ma! Przepadły w pomroce dziejów.

Tak, wiem – robię sobie jaja.  Ale czasami warto się powygłupiać, nawet gdy kosztem Dantejskiego Piekła, monumentu literatury[1]. Wbić młotkiem teatrzyku słowa coś może nie bardzo ważnego, ale godnego zauważenia. Już przy okazji poprzedniej recenzji wzmacniacza słuchawkowego zauważyłem, że tak się właśnie dzieje, że wiele kolejno recenzowanych jeden po drugim dobrze grały. Ten to kolejny kwiatek do wianka, a tu akurat wiosna. Dla mnie niespecjalnie radosna: kot bardzo się pochorował i chyba się nie wykaraska, poza tym dużo innych przykrości, ale na szczęście was nie tyczą. Z tą wiosną zresztą różnie bywa, bo niby świetna pora, a maj najpiękniejszym miesiącem roku, ale powiadają też, że pechowy, czyli, jak zawsze, coś psuje. Lecz nie zepsuje nam humoru żaden majowy pech, gdy bardzo dobry wzmacniacz słuchawkowy dają za trzy tysiące. Nie, żeby on był taki, że lepszego już nie ma, albo całkiem bez sygnatury własnej, żeby pasował każdemu – ale dobry ten chiński wyrób, to z całą pewnością jest.

Firma S.M.S.L, w odróżnieniu od też chińskiego i pokrewnego produktowo Soundaware, nie zawitała dotąd na AVS, ponieważ współpracę z polskim dystrybutorem (mp3store) rozpoczęła niedawno. Jakość obaj ci producenci mają chyba zbliżoną, czyli naprawdę świetną, prócz tego niskie ceny – apetycznie wręcz niskie; w stosunku do jakości aż zuchwałe.

Chińczycy w swej technicznej masie rzucili się do gardła technologii Zachodu, wiedzeni żądzą odwetu za poniesione kiedyś straty. Angielska flota, rozporządzająca działami jakich nie mieli, zmusiła ich paroma salwami w czasach kolonialnych do podjęcia współpracy handlowej, na którą wcale nie mieli ochoty. Żyjący od wieków w autarkii ci wynalazcy prochu, od zawsze uważali Cywilizację Zachodu za dużo niższą od swojej i wcale im nie zależało na jakichś bliższych kontaktach. A już na pewno nie na takich, z których większość zysków nie dla nich. Lecz cóż, kiedy te armaty… Tak to już jest, kiedy się z własnych możliwości nie korzysta, czego obecna cywilizacja zachodnia bardzo dobrym przykładem. Jeżeli się zaraz nie pozbiera, wkrótce polegnie z chińskiej ręki na rzecz sprawiedliwości dziejowej. A na to pozbieranie mało czasu i widok raczej słaby, w obliczu ideologicznych wizji, wg których krowie odchody powodują katastrofalne ocieplenie klimatu, a spożywanie mleka barbarzyństwem. (Kto by to parę dekad temu przewidział, że średnio ogarnięty Europejczyk w tak historycznie krótkim czasie przeistoczy się w Spurka?)

Porzućmy sprawy ogólniejsze i skupmy się na własnych. Przyjechał po ocenę tytułowy słuchawkowy wzmacniacz, przyjechał wraz z przetwornikiem. Ale o przetworniku będzie osobno i wtedy do wzmacniacza wrócimy, na razie tylko o nim.

Zacznijmy tradycyjnie od producenta. VMV Technology S.M.S.L to wyizolowany w 2013-tym roku z mieszczącej się w Shenzhen i założonej w 2009 Foshan ShuangMuSanLin Technology Co., Ltd. oddział odpowiedzialny za produkcję i dystrybucję przetworników oraz słuchawkowych wzmacniaczy. Mający 33 przedstawicielstwa w samych Chinach i wiele rozsianych po świecie – od Japonii, przez Polskę i Niemicy, po Portugalię i powrotnie Singapur. Oddział zatrudnia dziesięciu inżynierów (a takie iFi jednego) i ma stertę certyfikatów. Z których nas będzie interesowała przede wszystkim certyfikacja, zgodnie z którą wzmacniacz i przetwornik w wersji flagowej (czyli nasz SP400 w szczególności), są gotowe do odtwarzania plików MQA, o których już kiedyś pisałem, że ich lepszość słyszalna.  To najlepszy materiał plikowy oferowany przez serwis TIDAL, będzie okazja się przysłuchać.

[1] Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie

Dante, Boska Komedia I 3, 9

Dzieło dziesięciu inżynierów

Niewielki, zgrabny i wewnątrz krzepki.

   Dziesięciu to nie jest bardzo dużo – sprzęgło Bugatti Veyron konstruowało pięćdziesięciu, rakietę Saturn V – dziesięć tysięcy. Ale mało też nie. Przywykliśmy do tego, że audiofilskie graty, nawet takie najdroższe, bywają dziełami jednego inżyniera – nikogo to nie dziwi, ani nikogo nie złości. Wspaniałe wzmacniacze, gramofony, kolumny głośnikowe i przewody do ich łączenia – to często dzieła jednej osoby, choć oczywiście w sensie umownym. Umownym, czyli projektowym, bo nikt z nich sam nie wykoncypował idei ogólnej głośnika, tranzystora czy elektronowej lampy, podobnie jak nie stworzył metodologii wytopu miedzi ani teorii  elektromagnetyzmu. Ci twórcy to zbieracze-układacze: zbierają cudze dokonania w nowo wymyślane całości. I często to robi jedna osoba, a u S.M.S.L robi dziesięć. Czy dziesięć razy skutkiem tego lepiej? – Może już się przestanę wygłupiać, ale po drodze zauważę, że „co dwie głowy, to nie jedna”, choć u kucharek inaczej to wg przysłowia przebiega. Ale dajmy spokój problemom ilościowym i innym sprawom ogólnym.

Czarny i z ekranikiem.

Przed nami słuchawkowy wzmacniacz S.M.S.L SP400, na wzmacniaczu ekranik. Ekranik OLED – kolorowy i nieduży –  jak całe zresztą urządzenie. Którego wymiary to 225 x 210 x 43 mm, przy wadze 1,3 kg. Niewielki, płaskawy plaster elektroniki użytkowej wierzch ma z lśniącego czernią pleksiglasu, obwód panelowy z aluminium na czerń anodyzowanego. Twardego, matowego i rodzącego poczucie solidności poprzez nieustępliwość uciskową. Od przodu z lewej ten ekranik (można go ściemniać w sześciu krokach), obok, ku prawej, dwa wyjścia słuchawkowe w najtypowszych standardach – symetrycznym 4-pin i niesymetrycznym duży jack. Dalej już tylko potencjometr, wyposażony w przycisk centralny, którym wchodzimy do menu. Tam trzy poziomy wzmocnienia, wybór wejścia, dwa tryby pracy samego potencjometru oraz informator wyrzucający na ekran aktualne wersje oprogramowania. Potencjometr może pracować gładko lub jako drabinka rezystancji, a na ekraniku wyświetla się aktywne wejście, wybrany GAIN i poziom wzmocnienia w liczbach od 0 do 99. Z tyłu po jednym wejściu XLR i RCA, normalne gniazdo zasilania i symetryczne wyjście PRE OUT XLR. Stoi toto –  niewielkie i nieciężkie – na prostokątnych, elastomerowych podkładkach i wygląda niczego sobie, dzięki porządnym materiałom i zaokrąglonym narożom. Do kompletu niewielki pilot z porządnego tworzywa, też umożliwiający obsługę menu (kółkiem), a oprócz tego potencjometru, wyboru wejścia, włączania/wyłączania i całkowitego ściszania. Osobnym przyciskiem obsługuje także poziomowanie GAIN, przy czym jedno ma osobliwe, mianowicie przyciskiem z literą B trzeba go najpierw aktywować. (Bez tego próżna mitręga z przyciskaniem i podstawianiem pod nos urządzeniu.)

Na którym coś się nawet wyświetla.

Wewnątrz chip THX AAA-888, którym firma bardzo się chwali – gdyż jego skutkiem duża moc, niski poziom zniekształceń oraz obsługa plików Master Authenticated Quality (MQA). Autorski układ zasilania to dwa zasilacze 24 W wysokiej wydajności, z niskim poziomem szumów, w reżimie 18 V. Całkowita ilość poziomów wzmocnienia opiewa na 256 z bardzo dużą precyzją kroku, ale najlepsze są moce. W przypadku zbalansowania to 2x 12 W/16 Ω; 2x 6 W/32 Ω; 2x 880 mW/300 Ω i 2x 440 mW/600 Ω; przy jego braku niższe o połowę. Kawał zatem wzmocnienia, pocwałują każde słuchawki (przynajmniej te normalne). A regulacja GAIN poszerza paletę obsługową, dając bezszumne pole popisu także tym bardzo czułym. Szum własny urządzenia to bowiem ledwie – 133 dB, THD tylko 0,00007%, a pasmo przenoszenia robi wrażenie objętością od 0,1 Hz do 500 kHz (-3 dB). Toteż gdyby parametry liczbowe o wszystkim miały decydować, mielibyśmy genialny wzmacniacz w genialnie skromnych pieniądzach. A jak jest rzeczywiście?

Odsłuch

Takie kółko obsługi menu sugeruje wbudowany przetwornik, ale ten jest w osobnym pudełku.

   Rzeczywiście trzeba najpierw zapłacić trzydzieści setek bez złotówki oraz mieć chociaż trochę lepszy kabel zasilania od zwykłego z kompletu. Także poprzedzający przetwornik i następujące słuchawki, a potem jeszcze uszy … Moje mi powiedziały…

Ale zacznijmy od kabla zasilania. Wzmacniacz nie okazał się obojętny na jego wdzięki, zamiana takiego za dwa tysiące na dziesięć razy droższy pozwoliła się odczuć. Na szczędźcie nie w taki sposób, że z droższym to ho-ho, a tańszym byle co. Z tańszym też świetnie grało i nawet pod pewnymi względami może nie tyle lepiej, co bardziej obrazowo. Droższy zwiększył bowiem rozdzielczość w sensie gęstości szczegółów i sopranowej aktywności, ale wraz z tym poszczególne źródła zaczęły trochę konkurować, ergo trochę sobie przeszkadzać. A z tańszym każde na swoim i poprzez to obrazowy porządek. Dwie inne jeszcze różnice, to z droższym grało głośniej i brzegi dźwięków postrzępione, gdy z tańszym bardziej krągłe, podobniejsze do naroży wzmacniacza. Ogólnie z droższym więcej informacji, ale też więcej brzmieniowego dymu – muzyka bardziej jako wirowanie dźwięków o cechach nieskończonych, a nie coś uporządkowanego i podomykanego krągłymi obrzeżami. Jedno i drugie mi się podobało, a chociaż zwykle chce się więcej, to w tym wypadku mniej obfite nie okazało się gorsze, pomimo że uboższe. Uboższe tylko ilościowo, a porządkowo staranniejsze.

Pilot porządny i zgrabny.

Przejdźmy do cech samego brzmienia. Procesor THX, którym producent tak się szczyci, produkuje duże, postawne dźwięki o dobrym nasyceniu. Pomimo postrzępienia krawędzi i całkowitej otwartości przy kablu zasilającym droższym, mające ugruntowane wypełnienie, że żadne tam „na przestrzał”. Brzmienia duże, treściwe i mocne w oparciu o materię gęstą. Przy pierwszym planie dosyć bliskim, ale nie takim żeby „w głowie” – wystarczające pole dystansu, by wyjść z brzmieniem przed oczy i roztoczyć szeroką, wielkoobrazową panoramę przy dużej rozdzielczości. Zaznacza się przy tym coś także zapewne z tego procesora THX brane, w tle mianowicie studyjna cisza. Brzmienie nie jest sterylne, tym bardziej nie przy droższym zasilającym, ale ma tam, w głębokim tyle, tchnienie głębokiej ciszy. Ta cisza uwypukla brzmienia i przywołuje specyficzny nastrój. Bardziej był on obecny przy tańszym zasilającym, tło przy nim bardziej widoczne. Czy stan taki miał coś ze sztuczności? Jeżeli nawet, to jedynie śladowo, a pierwszego planu uwypuklanie i dopieszczanie każdego dźwięku w stopniu większym niż ma to miejsce przeciętnie, dawało dobrą rekompensatę. Powiedziałbym, że ta historia z wyciszonym tłem balansowała na samej krawędzi popadania w przesadę, lecz w nią nie popadała. Z lekka tknęło mnie to w pierwszej chwili, kiedy pierwszy raz usłyszałem, ale szybko przywykłem i zaskoczenie minęło – odsłuchom nie towarzyszyło później zdziwienie ani poczucie sztuczności.

Przeciwnie – grało w popisowym stylu, nadzwyczaj efektownie. Duże, klarowne dźwięki dawały melodyjny popis, wyodrębniając się z uspokojonego tła, niczym „Dama z łasiczką” da Vinciego. (Jej czarne tło domalował Delacroix, w oryginale miała inne.) Bogate życie dźwięków bliżej słuchacza kompensowało brak srebrzenia i brak obfitości planktonu, przy czym to pierwsze brało się z innego niż normalne traktowania sopranów. Średnio biorąc aparatura tańsza niż bardzo droga rozciera te soprany w najwyższych rejestrach na proszek i proszkiem tym srebrzy całość, co ani dobre, ani złe.

Podobnie jak z przodu –  i symetria, i asymetria.

Procesor THX działa zupełnie inaczej. Tu nie ma śladu sproszkowania, nie sypie się sopranowa mąka. Zarazem nie ma śladu zaokrąglenia ani przycięcia: soprany aż po najwyższy rejestr są klarowne i trójwymiarowe. Ani się nie narzucają, ani nie są cofnięte, natomiast ta ich klarowniejsza i bardziej trójwymiarowa forma szybko zwraca uwagę. Od strony malarskiej biorąc nie ma w brzmieniu S.M.S.L SP400 czynnika impresjonistycznego rozmycia – zaciągania mgiełką pejzażu. Dominuje klarowność i melodyjność trójwymiarowa – wszystko zostaje precyzyjnie zobrazowane i wypowiedziane do końca. Taki stan rzeczy byłby łatwym polem do wzrostu dla nieautentyczności, gdyby tylko to precyzyjne obrazowanie było choć trochę za ubogie, uwypuklanie za przesadne. Ale nie są. Gęstość szczegółów i precyzja oddania formy stwarzają świat bogaty i naturalny, pozwalający się percypować z najwyższą przyjemnością. Inny od przeciętnego, zaznaczający z lekka swą odmienność, ale w tej odmienności szlachetny i dostatecznie obfity formalnie. A wszystko to za trzy tysiące, choć lepszy kabel zasilania to dodatkowe dwa na przynajmniej Luna Gris Power. Ale może Struss® oferuje dobre tańsze? Może kiedyś podeśle? W ostateczności można samemu zrobić przewód solid core na jakichś nie-groszowych wtykach i też z nim źle nie będzie.

A brzmienie pierwsza klasa.

Odnośnie brzmienia przy komputerze jeszcze słowo o MQA. Może uległem sugestii – tego nie umiem ocenić – ale odniosłem wrażenie, że S.M.S.L SP400 faktycznie daje tym plikom nieco więcej jakości od standardowego wzmacniacza. Może jedynie skutkiem tego, jak specjalnie traktuje soprany i pięknie wyodrębnia brzmienia, a może czegoś więcej? – w każdym razie te lepsze pliki zabrzmiały i dostojnie, i jednocześnie ekspresyjnie. Lubię tę rzecz oceniać między innymi wstępem do starego przeboju Jethro Tull Skating Away on the Thin Ice of a New Day, oferowanego przez TIDAL na szczęście też w wersji MQA. Mruczenie i podśpiewywanie Iana Andersona oraz niekulturalne mieszanie przez niego herbaty z waleniem łyżeczką po szklance wypadło popisowo.

Przenieśmy się pod odtwarzacz i zasilmy sam wzmacniacz kablem kosztującym pośrednio – konkretnie siedem tysięcy złotych. W tych lepszych jakościowo warunkach (odtwarzacze wciąż jeszcze górą) stało się bardziej normalnie, to znaczy tło całkowicie zostało przykryte muzycznymi wydarzeniami. Tu nikt by już nie zwrócił uwagi na jego wyciszenie, za dużo na froncie się działo, zbyt to przykuwało uwagę. A działo pierwszorzędnie, ale z pewnym grymasem.  Mianowicie (pomimo dużej mocy) wzmacniacz nieznacznie, ale jednak, preferował słuchawki dynamiczne. Sennheiser HD 800 i Ultrasone Tribute 7 brzmiały na poziomie high-endu z brakiem najmniejszych uwag. Szczególnie mające niższą impedancję Ultrasone dawały autentyczny popis, w każdym aspekcie prezentując się wzorcowo – najlepiej jak potrafią. Przestrzeń, szczegółowość, wypełnienie, trójwymiarowość, ciśnieniowy charakter przekazu, sposób oświetlania i melodyjność nie zostawiały nic do życzenia. To było takie granie, że się siada i słucha, zupełnie bez tracenia czasu na jakieś „zdanie sobie sprawy” to takie, tamto owakie.

Następny udany „chińczyk”.

Jedyna sprawa do zdania, to znakomitość całego brzmienia. Ogólna i szczególna – przy technice obwodu scalonego i mocy z tranzystorów dająca takie same odczucia, jak wysokiej klasy lampowa. Tak samo działo się przy słuchawkach planarnych i AMT, ale z jedną uwagą: pomimo wyposażenia ich w tak samo jakościowe kable, na tle konkurencji dynamicznej rysowało się lekkie wysmuklenie sopranów, skutkiem utraty przez nie części rozciągnięcia na trzeci wymiar. W warunkach pięknie trójwymiarowej średnicy, ładnie przyciemnionego światła i pełnej dozy wypełnienia dawało to odrobinę irytujący kontrast, którego z dynamicznymi nie było. Kontrast odczuwany jako nieznaczny pejoratyw tylko przez krótką chwilę, później zatracający się pośród świetnego ogólnie brzmienia. Niemniej dla S.M.S.L SP400 idealnym partnerstwem wydają się słuchawki dynamiczne o niskiej do średniej impedancji, a nie prądożerne planary. Aczkolwiek Final D8000 Pro grały niemalże równie dobrze, lepiej od HEDDphone i Meze. Oczywiście zachodzi możliwość, że przy innym odtwarzaczu niż Ayon działoby się inaczej, lecz to już na razie teoria. Wrócę do tego zagadnienia opisując brzmienie wzmacniacza przy własnej firmy przetworniku, jako dedykowanym i sprawdzonym.

Podsumowanie

   Wzmacniacz jest więcej niż dobry, ale jest taki jako jeden z wielu. Od zdumiewająco taniego iFi ZEN CAN, po drogie konstrukcje Aurorasound, EAR Yoshino i Rogue Audio, zalewa nas ocean słuchawkowej dobroci. Tak prawdę rzekłszy, to nie zazdroszczę stającym teraz przed zakupowym wyborem, gdyż jest naprawdę trudny. Kilkanaście lat temu było to dużo prostsze we wszystkich przedziałach cenowych, choć też bywały dylematy. Obecnie dylemat wyboru to wysoce skomplikowana sprawa i w sumie nie bardzo wiadomo, czy rzecz zaczynać od słuchawek, czy od słuchawkowego wzmacniacza. Zarazem opisywany S.M.S.L SP400 otwiera pewną furtkę; tę mianowicie, która prowadzi do brzmienia efektownie uwypuklającego dźwięki na tle studyjnego wyciszenia za muzyką. Przy najczęstszym teraz graniu plikowym z Internetu to pozwala się zauważyć, podobnie jak pozwala też lepszość plików poddanych masteringowi MQA. Traktujący muzyczną jakość jako coś do wytłumaczenia trywialnego, aż po zupełną oczywistość, będą oczywiście zwracać uwagę, że ten mastering to właściwie oszustwo, że grać po nim nie powinno lepiej. Może faktycznie nie powinno, ale co z tego, kiedy owszem. I w sumie guzik mnie obchodzi, że nie powinienem tego słyszeć, bo kiedy słyszę, to przyjemnie. Przyjemnie też percypować styl brzmieniowy S.M.S.L SP400, który jest trochę specyficzny, ale zarazem efektowny.

 

W punktach:

Zalety

  • Z pasującymi słuchawkami high-endowe brzmienie.
  • Wyjątkowo staranne formowanie dźwięków.
  • Uspokojone tło sprawia wrażenie niezwykłości i odświętności.
  • Przy odtwarzaczu tego nie ma, jest high-end bardziej standardowy.
  • Trójwymiarowe obrazowanie na poziomie dużo wyższym od przeciętnego.
  • Dobrze dobrane oświetlenie. (Tym dysponują teraz prawie wszyscy, co jednak nie zmienia faktu, że jest to wartościowe.)
  • Brzmienie nie otacza nas wirem i nie ma sopranowego pyłu, ale szczegółowość jest bez zarzutu i spontaniczność też.
  • Muzykalność lampowego wymiaru.
  • Ani śladu ciasnoty przestrzennej.
  • Przeciwnie – scena obszerna i przed słuchaczem, a źródła dźwięku sobie nie przeszkadzają, mając dużo swobody.
  • Całkowicie rozwarte pasmo.
  • To piękne kształtowanie dźwięków też za sprawą braku zniekształceń.
  • Duża moc z przełożeniem na dynamikę.
  • Najlepiej pasują słuchawki dynamiczne o niskiej impedancji, ale pasują wszystkie, także te prądożerne.
  • Ładny wygląd.
  • Staranne wykonanie.
  • Symetryczność i funkcja przedwzmacniacza.
  • Praktyczny ekranik OLED z regulowaną mocą świecenia.
  • Procesor THX.
  • Krokowy potencjometr. (Zrealizowany cyfrowo.)
  • Wewnątrz sama jakościowa elektronika.
  • Równie wysoka jakość na obu typach słuchawkowych wyjść.
  • Nieduże gabaryty i mały ciężar.
  • Zgrabny i użyteczny pilot.
  • Dedykowany przetwornik.
  • Nowoczesność w dobrym wydaniu.
  • Dobry stosunek jakości do ceny.
  • Znany producent.
  • Polska dystrybucja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Słuchawki o wysokim zapotrzebowaniu na moc mogłyby mieć trochę bardziej trójwymiarowe soprany.
  • Ekran można przygasić, ale nie zgasić całkowicie.
  • Zewnętrzny zasilacz niskowoltowy obniżyłby koszty budowania toru.

 

Dane techniczne:

  • Zbalansowany wzmacniacz słuchawkowy
  • Chip wzmacniający: THX AAA-888
  • Wejścia: 1x Single-ended stereo RCA, 1x Zbalansowane stereo XLR
  • Wyjścia: 1x Jack 6.35mm single-ended wyjście słuchawkowe, 1x XLR 4-pinowe zbalansowane wyjście słuchawkowe, 1x XLR zbalansowane wyjście (Pre-Out)
  • Moc wyjściowa: Zbalansowane: 2x 12 W przy 16 Ω, 2x 6 W przy 32 Ω, 2x 880 mW przy 300 Ω, 2x 440 mW przy 600 Ω
  • Single-ended: 2x 6 W przy 16 Ω, 2x 3 W przy 32 Ω, 2x 440 mW przy 300 Ω, 2x 220 mW przy 600 Ω
  • SNR: 133 dB (A-ważone)
  • Szum wyjściowy: 1,9 µV (A-ważone)
  • THD + N: -123 dB, 0,00007% (1 kHz, 32 Ω), -117 dB, 0,00013% (20 Hz – 20 kHz, 32 Ω, -3 dB)
  • THD: <-125dB, 0,00006%
  • Impedancja wejściowa: 47kΩ
  • Impedancja wyjściowa: Około 0Ω
  • Pasmo przenoszenia: 0,1 Hz – 500 kHz (-3 dB)
  • Zasilacz: AC 100–240 V, 50–60 Hz
  • Zużycie mocy: <40W
  • Zużycie mocy w trybie czuwania: <0,1 W
  • Wymiary: 225 x 210 x 43 mm
  • Waga: 1330g
  • Kolor: czarny
  • Cena: 2999 PLN

 

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-35 II.
  • Przetwornik: PrimaLuna EVO100.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: Phasemation EPA-007, Rogue Audio HA-5, S.M.S.L SP400.
  • Słuchawki: Final D800 Pro, HEDDphone (kabel Tonalium-Metrum Lab i Sulek), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab i Sulek), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Kabel USB: Fidata.
  • Kabel LAN: Ayon.
  • Interkonekty analogowe: Sulek Edia & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Edia, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

8 komentarzy w “Recenzja: S.M.S.L SP400

  1. Sławek pisze:

    Dobrze, że jeszcze są takie wzmacniacze dobre, a niedrogie. Ja kiedyś używałem takiego:
    https://www.ceneo.pl/35838356 i – no właśnie już dawno ich nie ma. Był za dobry, kosztował 1998 zł. Musiał podzielić losy słuchawek AQ NighHawk. Ale teraz popędzam swoje specyficzne słuchawki końcówką mocy.

    Tak na marginesie – mam nadzieję, że kocurek się wyliże. Koty to bardzo żywotne stworzenia. Sam mam trzy, wskutek tego kolumny kotoodporne a gramofon z pokrywą.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Obecnie najlepszy stosunek jakości do ceny prezentuje ze słuchanych przeze mnie iFi ZEN CAN. Rewelacja za grosze, tak go chyba należy określić. Prócz niego cała plejada świetnych w przedziale do trzech tysięcy. Jest w czym wybierać. Ale słuchawek NH szkoda. Monoprice i Takstar starają się je zastąpić, ale nie są aż tak wyjątkowe i tak wygodne.

      Dziękuję za pamięć o kotku – dzielnie walczy.

  2. Miltoniusz pisze:

    Trzymam kciuki za dzielnego kota.

  3. Fon pisze:

    Nie wiecie przypadkiem czemu zniknęły z rynku Audeze lcd2,3 i reszta, czy to przez covid?

    1. Piotr Ryka pisze:

      W mp3store widzę, że są. Gdzie nie ma?

      1. Fon pisze:

        No właśnie u nich, w top hifi

        1. Piotr Ryka pisze:

          A to nie wszystko jedno, gdzie się kupuje? Może top hifi traci Audeze, tak bywa. Ale nic o tym nie słyszałem, więc pewnie to tylko jakieś opóźnienie w dostawach. Dostawy Grado do Audio Systemu także są bardzo opóźnione.

          1. Fon pisze:

            No właśnie chodzi o opóźnione dostawy, widać produkcja w Audeze też z powodu covida spowolniła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy