Odsłuch
Może to tam i ustawiają, zresztą wystarczy poprosić, a dystrybutor rzecz wykona dokładnie, ale wielu lubi samemu, bo to też jest przyjemność, przynajmniej dla niektórych. Dla mnie nie – nie czułbym się komfortowo nie prosząc specjalisty, ten więc przyjechał, poprzykładał szablony, poważył i pomierzył, lupę jak wole oko stawiał i specjalną lampą oświetlał, elektronicznie nacisk sprawdzał. Na koniec wyszło, że jest dobrze i już lepiej nie będzie, przynajmniej nie z tą wkładką, a że tą dają i tą chwalą, to własnych nie użyłem.
Na chwilę wróćmy do rozbicia na dwa rodzaje docisku. Rzecz została sprawdzona i obu nam się zdało, że najlepiej będzie tak z grubsza po połowie zostawić aktywnej sprężynie i bezwładności ciężaru. W każdym razie – i za to ręczę – udział sprężyny się przydaje. Przydało się też coś jeszcze, a mianowicie mata „Sulek”. Niewiele grubsza od filcowej z kompletu, ale też działająca inaczej, bowiem sprężystą elastycznością prawdziwej skóry od spodniej strony dająca nie tłumienie, a nieznaczną właśnie sprężystość w odpowiedzi na nacisk, co też było dobrze słychać jako wzrost dynamiki, głębi brzmienia i takie całościowe poprawienie klimatu.
Zanim sam się udzielę, przekażę parę uwag ze strony specjalisty. Ten bardzo chwalił talerz, a konkretnie nie tylko sporą wagę, ale także grubą gumową wstawkę obiegającą go od spodu, dobrze wpływającą na stabilizację pracy poprzez redukcję wibracji własnych i przychodzących z zewnątrz. Pochwalił także ramię za konstrukcyjną złożoność i dobre ustawienie, mimo niedużej długości pozwalające dokładnie śledzić ścieżki nawet na skrajach płyty. Skrytykował natomiast plastikowy podtalerz (to, na czym talerz się opiera) oraz zbyt mocny naciąg paska: pierwsze powodujące kołysanie (na szczęście takie w normie); drugie także mogące powodować scentrowanie w stronę silnika, w efekcie wachlowanie obrotów i nierówności pracy. Lecz nic takiego nie było słychać, widać było jedynie minimalne kołysanie talerza.
Sam zacznę od uwagi, że niezależnie od tego na ile analogowość gramofonów przewyższa wszelką cyfrowość z jej nieuchronnym echem cyfrowym w następstwie przede wszystkim korekcji błędów rzędu powyżej dwustu na sekundę, rozległy świat gramofonowych wkładek oferuje różne jakości, różne style i przerażające rozrzuty cenowe. Ortofon MC Quintet Red, którą tu dostajemy w standardzie, to już nie jakaś taniocha, wkładka kosztuje 1200 złotych, ale kiedy rzucimy okiem w stronę Ortofon MC Windfeld Ti (24 tysiące) i dalej, w stronę Ortofon MC Diamond (44 tysiące) – wiecie, ceny nie wszystko tłumaczą, ale coś jednakowoż owszem. Podobnie jak w innych działach produktowych najważniejsza zabawa dla przeciętnych odbiorców polega na wynajdywaniu artykułów, które przy jeszcze znośnej cenie nie dają ograniczeń nieznośnych; wkładka Ortofon Quintet Red na sprężynującym ramieniu REKKORD Audio M600 takich ograniczeń nie dała, niemniej byłoby dla rzetelności obrazą twierdzenie, że w ogóle żadnych nie dała. I tu docieramy w ciekawe miejsce, ponieważ, rzecz szczególna, dało się poznać bardzo wyraźne różnicowanie jakości płyt, na całe szczęście w takim zakresie, że najsłabsze też były dobre. Pomijam tutaj takie, które sporządzono z cyfrowych taśm matek, tak więc analogowe wcale nie są, a na dodatek (co pojawiało się zwłaszcza w czasach bliższych początku powrotu czarnych krążków), wytłoczone zostały na szpetnie tandetnym winylu lub, co najwyżej, bardzo średnim. Takich płyt nie używam, a kilka posiadanych nigdy więcej na talerz nie wrzucę, ale mam spory zasób starych, mocno pozużywanych – i one całkiem ładnie się tutaj zaprezentowały, a przede wszystkim nietrzeszcząco. Owszem, słychać było zużycie, lecz – że tak powiem – ładnie słychać. Trzeszczenie stonowane, komponujące się z całością w akceptowalną postać dźwięku, a postać ta, jak to u analogu, wyjątkowo brzmieniowo spójna, nawet w przypadku wielkich orkiestr złożona właśnie w spójną całość. Jeśli ją coś rozspójniało – a było tak, i bardzo słusznie – to bardzo szeroko, nadprzeciętnie porozsuwana stereofonia, sceny bardziej atakowały szerokością niż głębokością. Głębokość, owszem – była, ale się nie narzucała na tle szerokiego rozstawienia, a to wyjątkowo było szerokie, mimo pierwszego planu najczęściej dystansowego, a nie wchłaniającego w obręb słuchacza. Z zasady nie przepadam za szerokim rozrzucaniem na boki, wolę scenę bardziej przed sobą, ale tutaj to rozsunięcie było spektakularne a nie sztuczne, dobrze się je odbierało, czytało jako inspirację. Zarówno rozłożyste orkiestry, jak też i bardziej kameralne składy szeroko rozstawione, nie tylko poprawiały czytelność, ale też wzmagały prawdziwość. Prawdziwość bliskiego kontaktu, w miejsce widzenia sceny wąsko na skutek oddalenia – ten bliski kontakt na równi podświadomie, co w zreflektowanym odbiorze, się tutaj uobecniał.
Samo brzmienie było ciemne i gęste, ale zarazem natlenione, tak więc ten mrok i gęstość były kontrowane, czy jak kto woli – równoważone. Zarazem było forsownie realistyczne, a nie gramofonowym stylem upiększane; nuta ciepła nie brała góry nad realistyczną temperaturą, a wzmiankowana już dokładna lokalizacja źródeł na nadprzeciętnie szerokim planie ten realizm wzmacniała. Analogowość – wiadomo – przy tak dobieranych płytach była analogowa sobą, cóż miałoby ją zakłócać? Tak więc spójność, zwartość, płynięcie o niezaburzonym schodkowaniem przepływie. Pierwszy plan przed, ale blisko, horyzont na wysokości oczu. Dominantą atmosferyczną niezaburzony naturalizm z pewną nutą refleksji, bo między gramofonem a przedwzmacniaczem taki charakter był narzucany interkonektem Kondo. I z jego strony, i samego gramofonu, żadnych narzutów techniczności – żadnego utwardzania czy nadmiaru ekspozycji szczegółów – ale też i nie uciekanie w stronę gramofonowości uproszczonej, zwłaszcza przaśnej eliminacji pogłosów, które na umyślnie sprawdzanych obfitujących w pogłosy płytach bardzo udanie się prezentowały. Czego zabrakło płytom analogowym lecz zużytym, to dużej dozy dynamiki i głębokiego wchodzenia w barwę z przełożeniem na indywidualizmy brzmieniowe. To potrafią dać wkładki droższe i za to im się płaci. Tutaj nie było monotonii, niemniej przyzwyczajony do tych drogich wyczuwałem taki niedobór, ale jedynie do momentu użycia tłoczeń nowych o wysokiej jakości. Zacząłem tradycyjnie i przezornie od tych na 33 obroty, żeby ich brzmienia nie zepsuć regresem względem 45’ – i bardzo elegancko to poszło, zarówno w odniesieniu do dynamiki, jak barwy. Muzyka jęła oddychać sobą, nie wyczuwało się już braków, i teraz dominantą stało się przede wszystkim przekazanie melodycznej narracji. Wraz z tym tryśnięciem barw poszerzyła się gama nastrojów, cokolwiek też się ociepliło, jedyne czego jeszcze brakowało, to eksplozyjnej dynamiki, której pomimo jej przyrostu ciągle w pełni nie było.
Ale się oczywiście domyślacie, że gdy spadły na talerz płyty najlepiej wytłoczone i znakowane na 45’ (ciekawa sprawa, zdarzają się też takie, które tego oznaczenia nie mają, trzeba się prędkości domyślać po minutowej zwartości materiału na jednej stronie) – ha, wtedy także dynamika eksplozyjnego poziomu raczyła się pojawić, nareszcie jazz wystrzelił autentyzmem eksplozji, a wraz z nim wszystko inne. Można zatem, zbierając, rzucić taką konkluzję, że drogie wkładki przy gorszych płytach potrafią podać sporo tego, co tańsze tylko przy najlepszych. Przy czym nie ma równoległości podczas marszu jakości w górę, ta różnica ulega zwężeniu, choć oczywiście i z najlepszych tłoczeń drogie wkładki wycisną więcej, każdy aspekt poprawią.
















