Recenzja: iFi audio Zen DAC & Zen CAN

Odsłuch

Dwa zasilacze nagniazdkowe.

   Ale faktycznie? Jest aż tak dobrze? A owszem, owszem – źle, moi drodzy, nie jest. Z tym, że jedno mieć trzeba na uwadze, iż mianowicie nie warto być aż tak oszczędnym, aby poprzestać na gniazdach słuchawkowych w Zen DAC. To – powiem bez ogródek – głupi pomysł, bo za dużo się traci. Te gniazda, to motoryzacyjnie przyrównując, jak motorower przy ścigaczu: jechać się wprawdzie jedzie, grać toto wprawdzie gra, ale przyjemności już nie ma. Dźwięk nawet i jest głośny, nawet i dynamiczny, ale szarawy, bez smaku. Natomiast po podpięciu Zen CAN zachodzi sytuacja spotykana nieczęsto – z małego robi się duże. Nie pierwszy raz od iFi takie coś, i nie raz pierwszy w ogóle; od nich oraz od paru innych firmy miewaliśmy już wcześniej podobne sytuacje. Ale nie dam się wpuścić w porównania, to byłoby jałowe. Tamtych klocków iFi już nie mam, rewelacyjnych skądinąd ALO Audio Continental V3, Apogee Groove i Hegla SUPER też. A pamięć jest zawodna i skutkiem tego niejednokrotnie jej konfrontacja ze stanem faktycznym bywa zaskakująco przykra. Tak więc darujmy sobie retrospekcje i skupmy się na przedmiocie.

Zestaw Zen DAC & Zen CAN to jest kolejny przykładna na to, jak w ramach oszczędnego budżetu dostać niemalże wszystko. Pardon, poniosło mnie. Nie całkiem, ale trochę. Poniosło w takim sensie, że tor z udoskonaleniami: kabel USB od Fidaty bądź Gemini samego iFi, wcześniej po drodze switch Silent Angel Bonn N8 i dość kosztowny kabel ethernetowy Ayona. Ale nawet kiedy to wszystko usunąć, zastąpić „zwykluchami” (że zapożyczę określenie od Katarzyny Gójskiej) – i tak zostanie duże granie. Jeszcze słuchawki – ważna sprawa. Ważna i często kosztowna. Ale niemało czasu, też ostatnio, poświęciłem temu, aby przybliżyć publiczności słuchawki jedne całkiem tanie, a inne też niedrogie, spisujące się bardzo, ale to bardzo dobrze. Jest teraz takich spory wybór z pierwszej i drugiej ręki, nie ma problemu z obniżaniem kosztów także po słuchawkowej stronie. Źródłem komputer – każdy ma – dzieci z nich teraz się uczą. Nie, żebym namawiał do zabrania laptopa dziecku, bądźcie uprzejmi sięgnąć po własny. Mamy już zatem źródło, mamy dwa iFi za łącznie tysiąc trzysta pięćdziesiąt z zasilaczami i okablowaniem. Mamy słuchawki – powiedzmy HiFiMAN 400i VER2000 za skromne siedemset złotych, więc razem dwa tysiące z ogonkiem nie licząc tego źródła. I jakie z tego granie?

 

 

 

 

Powiedzieć tylko, że smaczne, byłoby dużym, zubażającym uproszczeniem. To brzmienie pierwsza klasa, już jedną nogą w high-endzie. Może nawet obiema? Kiedy tak teraz słucham „Piano Concerto № 5” Beethovena w najlepszym jak dla mnie historycznie wykonaniu Glenna Goulda, to zupełnie niczego mi nie brak do pełni przeżywania. Jest przede wszystkim rozmach, to brzmienie jest potężne. Wypiętrza się i napiera, błyskawicznie przechodząc od subtelności instrumentu solo do mocarnych uderzeń orkiestry. Przy czym jedno i drugie osiąga wyśmienity poziom. Fortepian okazuje się dźwięczny, harmonicznie złożony i niezależnie od woli i oczekiwań słuchającego natychmiast się materializujący. Perli się, pieni, w jednych miejscach spływa pięknie złączonymi frazami, w innych punktuje po mistrzowsku charakterystyczną dla Goulda bachowską techniką wyosobniania dźwięków. Dźwięków w wydaniu tego toru żywych, nie dających żadnego wrażenia zubożenia. Nie uciekających się do sztuczek z pogłosem, naturalnie ciepłych, plastycznych, trafiających prosto do serca. Kiedy nadciąga część druga – Adagio un poco mosso – sprofanowany w niezliczonych podkładach filmowych najbardziej zamyślony fragment muzyczny w ogóle, owo śladowe ocieplenie ani trochę nie przeszkadza w skupionym odbiorze refleksji nad światem. Znaczonej promykami nadziei, które w takim wydaniu jaśnieją niż w innych bardziej. Niczego też nie brak pod względem materializacji, energii i harmonii orkiestrowym przypływom, kiedy w Allegro pierwszej i trzeciej części jej zmasowane brzmienia uderzają mistrzowskim porywem.

Można symetrycznie i niesymetrycznie.

Brnijmy dalej w muzykę. Ślizgający się po cienkim lodzie codzienności Ian Anderson ponownie całkowicie realny –  bliski i autentyczny. Ponownie odbiór z pełnym przeżyciem, żadnych zaburzających go spostrzeżeń krytycznych odnośnie jakości toru; przeciwnie – pod jego adresem same pochwały. Czuć znakomicie rozbicie na warstwy brzmieniowe oraz warstwy sceniczne, a każda z warstw jawi się jako świetna. Atak, sustain, czynnik emocjonalny, czynnik rozmachu, czynnik szczegółowości – wszystkie jak jeden pierwsza klasa. Żadnego przy tym uciekania w sprawy poboczne – jazda jedynie środkiem, równiutko za muzyką. Tak, owszem – Stax SR-009 dobrze napędzane (o co bardzo niełatwo) są dobitniej trójwymiarowe, bardziej rozdzielcze, czyste i wyrafinowane, ale są zarazem na samym szczycie, a wspomnienie ich brzmienia nic a nic nie przeszkadza w radości słuchania tego tutaj. Poza tym te Staksy nie nadają się do słuchania muzyki z Internetu – do tego trzeba by sięgać po absolutne jakościowe ekstrema. Tymczasem tutaj po nic specjalnego nie trzeba sięgać, z niczym nie trzeba się użerać. Gra po prostu i świetnie. Żadnych przerostów ostrości ani ubytków wypełnienia; wszystkie suwaki jakościowe ustawione na optymalny środek, sama przyjemność słuchania. Typowe granie frontem – bliskim, masywnym dźwiękiem – ale i za tym frontem niemało dobrych rzeczy. A nawet wszystkie te do pełni satysfakcji potrzebne –  i do odpowiednio smutnego Adagia Mahlera, i do odpowiednio cwałującego Run to the Hills Iron Maiden.

Przejdźmy na drogie słuchawki. Kabel Sulka podwaja wartość i bez tego drogich HEDDphone. Te zaś mają konstrukcję membran harmonijkową a nie płaską (tzw. AMT), co w przypadku tego akurat następstwa oznacza potrzebę większej mocy. To na papierze wydaje się błahostką, bo Zen CAN ma aż cztery poziomy wzmocnienia i przy najwyższym jest ono aż niewiarygodnie wysokie, bo 52x (pięćdziesięciodwukrotne), ale papier papierem, życie życiem. Istotnie, może być aż tak duże, dla każdych słuchawek wystarczające, sęk w tym, że najwyższą jakość uzyskujemy wyłącznie na pierwszym poziomie wzmocnienia. Trochę to studzi zapały, ale bardzo nieznacznie; redukcji jakościowej nie notujemy bowiem wraz z obrotem potencjometru na przetworniku, a to jest bardzo ważne. Ma ten przetwornik, jak wspominałem, możliwość zafiksowania głośności suwakiem na tylnej ściance, ale to z kolei nie daje wzrostu jakości, natomiast przy potencjometrze na max jest głośniej. (Nie jakoś bardzo lecz wyraźnie.) I to wystarczająco głośno dla na pierwszym poziomie wzmocnienia Zen CAN nawet w przypadku tych HEDDphone – a to duża jest sztuka. Oba urządzenia nie duszą się ani trochę jakościowo przy pełnych wychyłach potencjometrów, a maksymalne u obydwu mogę rozerwać uszy na pierwszym stopniu nawet z tymi HEDDphone. A co wraz z tymi słuchawkami dla brzmienia? Wcale nie odniosłem wrażenia, że ich jakość przytłoczyła dziesięć razy tańsze HiFiMAN. (Doliczając kabel dwudziestokrotnie.)

Dużo teraz świetnych i też niedrogich słuchawek, choć tych akurat już nie produkują.

Niemniej elastyczność odpowiedzi na sygnał i różnorodność brzmieniowa na tych HEDDphone korzyść. Nie jakoś przytłaczająco, niemniej wyraźnie. Dźwięk bardziej „liquid”, bardziej zwinny, bardziej wielosmakowy. Z ciut dalszym, albo nawet więcej niż ciut (zależnie od nagrania) pierwszym planem i znacznie mocniejszą ekspozycją planów dalszych. Też wszystko bardziej trójwymiarowe – i same dźwięki, i koncertowe sale – na pewno także więcej misterności, pietyzmu, detali, rozdzielczości, pogłosów, różnych smaczków. Ogólnie więcej informacji, tak circa ze trzydzieści procent. (Nie umiem szacować jak von Neumann, on by to zrobił dokładniej.) Wszystkie dźwięki bardziej złożone, od ludzkich głosów poczynając, lecz uczuciowa fala bez czynienia natychmiastowych porównań u obu słuchawek zbliżona. HEDDphone bowiem bardziej dla słuchacza wymagające, narażające go na odbiór większego kwantum informacji, a siła ataku, bezpośredniość i dynamika na bardzo zbliżonym poziomie. Przez co te HE 400i do słuchania łatwiejsze, aczkolwiek bardziej przaśne. To wszystko jest tu jednak zrelatywizowane do oceny nie słuchawek, a ich napędu, który wraz z tymi HEDDphone okazuje się jeszcze lepszy. Aż budująco dobry – i co jest w tym najlepsze, pozwalający zwykłym użytkownikom sięgać brzmieniowych wyżyn, najwyższych kategorii.

Na finał inne słuchawki trudne, bo wysokoimpedancyjne. Sennheiser HD 800 z okablowanie Tonalium Ultra-Metrum Lab trzeba wycenić na bez mała dziesięć tysięcy, czyli ponownie tanio po słuchawkowej stronienie jest. Ich napędzenie dla combo iFi Zen okazało się za to łatwizną – nie trzeba było jechać z potencjometrem wzmacniacza nawet dalej niż za połowę. (Oczywiście na pierwszym poziomie wzmocnienia.) Brak regulatora dopasowania impedancyjnego skutkował nieco ciemniejszym, bardziej monochromatycznym i nie tak nabłyszczonym dźwiękiem; też przy okazji i chłodniejszym, ale w pełni swobodnym i otwartym. A choć nie tak jak u HEDDphone zwinnym, to w zamian gabarytowo większym, podobniejszym do brzmienia kolumn. Niewiele mniej dźwięczności, więcej za to poczucia potęgi i zbiorczo wszystko w porządku – w życiu byś bracie nie zgadł, że wzmacniacz z przetwornikiem za mniej niż dwa tysiące –  i to razem z kablami.

Stawianie na nosie zbędne – bez tego znakomicie grają.

Już to podsumowuję, ale jeszcze techniczna uwaga. Jak zwykle poprawiacze iFi – te wszystkie turbo basy i akceleracja 3D – dla mnie okazały się zbędne, wolałem bez nich słuchać. Ale znać ich robotę, dźwięk na pewno się zmienia.

 

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: iFi audio Zen DAC & Zen CAN

    1. Piotr Ryka pisze:

      Możliwe. Jest polski dystrybutor. Ale czy to coś nadzwyczajnego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy