Recenzja: iFi audio Zen DAC & Zen CAN

   Z brytyjskim iFi tośmy się już kawałek czasu nie widzieli, konkretnie od warszawskiego spotkania. To miało miejsce upalnym latem zeszłego roku, a teraz mamy rachityczną zimę obecnego, co to ledwie nas śnieżkiem liznęła. Gdzie jej tam, panie, do grudni 1978 i 86, kiedy pociągi po dach zasypało i mrozy trzaskające były. Trzaskające naprawdę – w 1986 mieszkałem w dolinie Wilgi, termometr pokazywał nocą – 38°, a przemarzające na wylot drzewa pękały z potężnym hukiem. Moje nowofundlandy po spacerze wracały całe oblodzone; kot, pers błękitny – przekochane zwierzę, spoglądał na nie z oburzeniem, bo lubił się wysypiać w ich futrach, no ale przecież nie w takim stanie. Było, minęło, my nie o tym.

Na tym letnim spotkaniu zaprezentowana została seria Zen, jako kontynuacja polityki iFi, którą możemy streścić w trzech słowach: dobre, małe i tanie. Pudełka są niewielkie, kosztują bardzo przystępnie, a czy faktycznie dobre, tym się właśnie zajmiemy. W tytule wymieniłem dwa, i o tych będzie mowa – o przetworniku Zen DAC i słuchawkowym wzmacniaczu Zen CAN. Pierwszy kosztuje 649, drugi 699 złotych, z tym że ten pierwszy także tyle, jednak dość liczne sklepy połaszczyły się na lep świątecznych przecen, licząc na wyższy obrót. To sprawa między nimi a dystrybutorem – niech między sobą się rachują, a my na tym tylko w razie zakupu korzystamy, bo po to są obniżki.

Odnośnie samego iFi, to tyle ich sprzętu zrecenzowałem, że nie ma sensu raz enty do ich historii wracać; wystarczy grzdyknąć, iż kiedyś ci panowie produkowali wielkie kloce, ale doszli do wniosku, że przyszłość audio zmierza w inną stronę i to małe powiodą prym. Takie naprawdę małe, albo najwyżej średnie – tego się firma trzyma, oferując najróżniejsze urządzenia malutkie i małe, plus średniego formatu z najwyższej serii PRO. Te z naszej tutaj serii Zen są większe od najmniejszych, lecz nie tak duże jak największe PRO, za to tanie jak te najtańsze; tańszego przetwornika i słuchawkowego wzmacniacza w osobnych pudełkach nawet od iFi nie kupicie. Dla porównania. Aby ich użyć, musiałem wypiąć z komputera i zdemontować system złożony z przetwornik Prima Luna EVO 100 za czternaście tysięcy i wzmacniacza słuchawkowego EAR Yoshino HP4 za tysięcy dwadzieścia. Co daje imponującą różnicę 25-krotności; a przecież choćby to EAR i ta Luna stanęły nawet na rzęsach, tylokrotnej różnicy jakościowej nie dadzą rady uzyskać. Gdyby był jakiś obiektywny miernik pozwalający liczyć razy, pewnie do dwóch by nie zliczył, przypuszczam. No ale, jeszcze obaczym, jak mawiał pan Zagłoba.

I tak to poprzez upalne lata, mroźne zimy, ukochane zwierzaki, literackie postaci oraz zawirowania rynku audio dotarliśmy do pierwszej części naszego referatu, do zreferowania budowy obu. Ale, bo bym przeoczył – seria Zen się nazywa, portal nazywa się HiFiPhilosophy, to trzeba wyjaśniająco połączyć.

Zen to jest rodzaj medytacji wyprowadzonej z buddyzmu i w sensie religijnym w nim pozostającej: rodzaj medytacyjnego zapatrzenia się w siebie, myślenia o myśleniu, przekierowania wektora spostrzeżeń ze świata zewnętrznego na wewnętrzny. Entuzjaści, adepci i przewodnicy tej ekwilibrystyki myślowej obiecują oczyszczenie umysłu i poprzez nie wyjątkową jasność myśli, a w dalszym następstwie pogodzenie z losem, którego imieniem agnostycyzm. Wyznawca Zen zamyka wszystkie drogi wiodące jego jaźń do zewnętrznego świata, oczyszcza ją następnie z zewnętrznych brudów, by potem utrzymywać swe ja w stanie nagim – niczego już nie rozumiejącym, niczego nie potrzebującym i niczego nie pragnącym. Staje się czystym bytem, czystym trwaniem, czystym negatywnym samospełnieniem. Negatywnym, gdyż poza sobą – czystym aktem bycia – w tym nieintencjonalnym teraz trwaniu niczego już nie doznającym.

Pomijając wysoki poziom osobistej kultury ludzi uprawiających Zen, który to poziom w obliczu powszechnego teraz zdziczenia zasługuje na szczególną pochwałę, uważam to podejście religijno-filozoficzne za szkodliwe, jako afirmujące pustkę. W istocie to zaprzeczenie rozumu, którego naturalnym sposobem bycia jest intencjonalność (zwracanie się ku czemuś), a celem poznawanie. To ogranicza się zaś tutaj do (nie wyeksplikowanej otwarcie zresztą) wiedzy, że niczego nie można poznać – ba, próby poznania są szkodliwe. To jest jałowe, w dodatku leniwe, jak również sprzeczne wewnętrznie (chociaż milczeniem to maskujemy), ale muzykę można oczywiście przyjmować czysto kontemplacyjnie, aczkolwiek gdyby Mozart jedynie kontemplował, nie mielibyśmy okazji kontemplowania jego fenomenalnej muzyki. Sens świata leży tak nawiasem całkiem gdzie indziej niż w pustce i niemożności poznania, ale zapatrzeni w swe puste, oczyszczone z rozumowań wnętrza buddyści tego rzecz jasna nigdy nie zobaczą. Lecz znów nie o tym nasza sprawa…

Budowa

Dwa pudełka.

   Zacznijmy od powierzchowności. Zen DAC i Zen CAN są wielkościowo identyczne i o tym samym pokroju. Oczywiście aby się dopasować wizualnie, ale to pasowanie nie polega tutaj na stawianiu jeden na drugim dwóch prostopadłościanów. Takie są tylko największe od iFi klocki PRO (dla których ustawiania jest jednak specjalny stelaż, rugujący wizualną banalność), natomiast już wcześniejsze małe i malutkie audio-stworki od nich miały grzbieciki z ozdobnymi przełamaniami, aby nie wyglądać banalnie. Od banalności jeszcze dalsze są nieco większe stworki Zen, którym nadano powierzchowność z lekka nawiązującą do kosmicznych spodków z dawnych powieści science-fiction. Przypominają też cokolwiek pękate koperty, albo nadwymiarowe pierogi, ewentualnie mydelniczki jakieś. A niezależnie od przypominania tego, owego czy tamtego, na obwodzie są gięte i całościowo łódkowate. Gdyby zaś miały szczudlaste odnóża, przypominałyby kraba.

Grzbiet, bardzo ścięte boki i spód tworzy jeden zapętlony arkusik czarnej blachy o satynowym wykończeniu z logo ifi na wierzchu. (Tak swoją drogą, to trochę mnie już złości ta pisanina środkowego „f” raz z dużej, a raz z małej.) Frontony i rewersy są natomiast srebrzyste, szczotkowane, aluminiowe, z licznymi przyciskami i nochalami potencjometrów. Oba urządzenia mają bowiem potencjometry, ponieważ sekcja DAC posiada wbudowany własny wzmacniacz, jest zatem samowystarczalna. Po lewej na niej przycisk włączenia, pomiędzy nim a potencjometrem przycisk wzmocnienia basu TRUEBASS, a z prawej gniazdo słuchawkowe 6,35 mm i obok symetryczne 4,4 mm. Z tyłu natomiast wejście USB 3.0 typ B (krótki kabel w komplecie), gniazdo dla nagniazdkowego zasilacza (też oczywiście na stanie) oraz para wyjść RCA (i dla nich krótki interkonekt jest na stania wzmacniacza). Do tego jeszcze przełącznik ewentualnego zafiksowania poziomu wyjściowego lub zostawienia jego regulacji potencjometrem oraz wyjście zbalansowane 4,4 mm do alternatywnego, symetrycznego łączenia ze wzmacniaczem, dla którego okablowania brak w obydwu zestawach Zen.

Dwie łódeczki.

Odnośnie sekcji DAC producent podkreśla jej całościowe zbalansowanie, zastosowanie multibitowej kości Burr-Brown, własnej technologii TrueBass® (faktycznie bas poprawiającej, i to nie tylko w ilościowym sensie), użycie ceramicznych kondensatorów TDK, natywny odczyt plików Hi-Res & MQA oraz implementację wysokiej klasy filtra cyfrowego GTO (dla systemów operacyjnych Mac i Linux).

Wzmacniacz CAN, jak mówiłem, pokrój ma identyczny. Też identyczne na środku duże pokrętło potencjometru, ale nie podświetlone (w DAC je podświetla jaskrawa zieleń). Identycznie po lewej włącznik aktywujący, ale pomiędzy nim a potencjometrem dwa a nie jeden przyciski – trzypozycyjny selektor wejść i czteropozycyjny regulator stopnia wzmocnienia (0 dB, 6 dB, 12 dB, 18 dB).Po prawej zaś tak samo dwa gniazda słuchawkowe (jack 6,35 i 4,4 mm) oraz pracujący w konwejerze przycisk aktywujący funkcje XBass® i 3D Holographic®. Z tyłu zaś wejście RCA, wejście i wyjście symetryczne poprzez wymyślone niedawno przez Sony jacki 4,4 mm oraz oczywiście wejście dla zasilacza.

Odnośnie tego CAN producent podkreśla też całościowe zbalansowanie, pracę w klasie A, ogromną moc (wzmocnienie 52x), zastosowanie kondensatorów Panasonic ECPU, TDK C0G i muRata, wzmacniaczy operacyjnych iFi/AMR ‚OV’, rezystorów MELF, niskoszumnych układów scalonych Texas Instruments oraz wielościeżkowego potencjometru Tokyo Cosmos Electric Co. (TOCOS) „z wyjątkowym dopasowaniem kanałów nawet przy niskim poziomie głośności”. (Te potencjometry trochę podczas kręcenia trzeszczą, ale to jest normalne, do tego stopnia są czułe.)

Można na sobie – są gumowe podkładki.

Na obu urządzeniach funktory w razie ich aktywacji są podświetlane malutkimi białymi diodami, wewnątrz zaś oba urządzenia mają architekturę nawiązującą do szczytowej serii PRO przy cenach aż dziesięć razy niższych. Co ma im pozwolić pięknie zagrać oraz napędzić bez najmniejszych ograniczeń jakościowych ani mocowych dowolnie wymagające prądowo słuchawki z obsługą wszelkiego typu plików, w tym też najbardziej gęstych. Sprawdźmy.

 

 

Odsłuch

Dwa zasilacze nagniazdkowe.

   Ale faktycznie? Jest aż tak dobrze? A owszem, owszem – źle, moi drodzy, nie jest. Z tym, że jedno mieć trzeba na uwadze, iż mianowicie nie warto być aż tak oszczędnym, aby poprzestać na gniazdach słuchawkowych w Zen DAC. To – powiem bez ogródek – głupi pomysł, bo za dużo się traci. Te gniazda, to motoryzacyjnie przyrównując, jak motorower przy ścigaczu: jechać się wprawdzie jedzie, grać toto wprawdzie gra, ale przyjemności już nie ma. Dźwięk nawet i jest głośny, nawet i dynamiczny, ale szarawy, bez smaku. Natomiast po podpięciu Zen CAN zachodzi sytuacja spotykana nieczęsto – z małego robi się duże. Nie pierwszy raz od iFi takie coś, i nie raz pierwszy w ogóle; od nich oraz od paru innych firmy miewaliśmy już wcześniej podobne sytuacje. Ale nie dam się wpuścić w porównania, to byłoby jałowe. Tamtych klocków iFi już nie mam, rewelacyjnych skądinąd ALO Audio Continental V3, Apogee Groove i Hegla SUPER też. A pamięć jest zawodna i skutkiem tego niejednokrotnie jej konfrontacja ze stanem faktycznym bywa zaskakująco przykra. Tak więc darujmy sobie retrospekcje i skupmy się na przedmiocie.

Zestaw Zen DAC & Zen CAN to jest kolejny przykładna na to, jak w ramach oszczędnego budżetu dostać niemalże wszystko. Pardon, poniosło mnie. Nie całkiem, ale trochę. Poniosło w takim sensie, że tor z udoskonaleniami: kabel USB od Fidaty bądź Gemini samego iFi, wcześniej po drodze switch Silent Angel Bonn N8 i dość kosztowny kabel ethernetowy Ayona. Ale nawet kiedy to wszystko usunąć, zastąpić „zwykluchami” (że zapożyczę określenie od Katarzyny Gójskiej) – i tak zostanie duże granie. Jeszcze słuchawki – ważna sprawa. Ważna i często kosztowna. Ale niemało czasu, też ostatnio, poświęciłem temu, aby przybliżyć publiczności słuchawki jedne całkiem tanie, a inne też niedrogie, spisujące się bardzo, ale to bardzo dobrze. Jest teraz takich spory wybór z pierwszej i drugiej ręki, nie ma problemu z obniżaniem kosztów także po słuchawkowej stronie. Źródłem komputer – każdy ma – dzieci z nich teraz się uczą. Nie, żebym namawiał do zabrania laptopa dziecku, bądźcie uprzejmi sięgnąć po własny. Mamy już zatem źródło, mamy dwa iFi za łącznie tysiąc trzysta pięćdziesiąt z zasilaczami i okablowaniem. Mamy słuchawki – powiedzmy HiFiMAN 400i VER2000 za skromne siedemset złotych, więc razem dwa tysiące z ogonkiem nie licząc tego źródła. I jakie z tego granie?

 

 

 

 

Powiedzieć tylko, że smaczne, byłoby dużym, zubażającym uproszczeniem. To brzmienie pierwsza klasa, już jedną nogą w high-endzie. Może nawet obiema? Kiedy tak teraz słucham „Piano Concerto № 5” Beethovena w najlepszym jak dla mnie historycznie wykonaniu Glenna Goulda, to zupełnie niczego mi nie brak do pełni przeżywania. Jest przede wszystkim rozmach, to brzmienie jest potężne. Wypiętrza się i napiera, błyskawicznie przechodząc od subtelności instrumentu solo do mocarnych uderzeń orkiestry. Przy czym jedno i drugie osiąga wyśmienity poziom. Fortepian okazuje się dźwięczny, harmonicznie złożony i niezależnie od woli i oczekiwań słuchającego natychmiast się materializujący. Perli się, pieni, w jednych miejscach spływa pięknie złączonymi frazami, w innych punktuje po mistrzowsku charakterystyczną dla Goulda bachowską techniką wyosobniania dźwięków. Dźwięków w wydaniu tego toru żywych, nie dających żadnego wrażenia zubożenia. Nie uciekających się do sztuczek z pogłosem, naturalnie ciepłych, plastycznych, trafiających prosto do serca. Kiedy nadciąga część druga – Adagio un poco mosso – sprofanowany w niezliczonych podkładach filmowych najbardziej zamyślony fragment muzyczny w ogóle, owo śladowe ocieplenie ani trochę nie przeszkadza w skupionym odbiorze refleksji nad światem. Znaczonej promykami nadziei, które w takim wydaniu jaśnieją niż w innych bardziej. Niczego też nie brak pod względem materializacji, energii i harmonii orkiestrowym przypływom, kiedy w Allegro pierwszej i trzeciej części jej zmasowane brzmienia uderzają mistrzowskim porywem.

Można symetrycznie i niesymetrycznie.

Brnijmy dalej w muzykę. Ślizgający się po cienkim lodzie codzienności Ian Anderson ponownie całkowicie realny –  bliski i autentyczny. Ponownie odbiór z pełnym przeżyciem, żadnych zaburzających go spostrzeżeń krytycznych odnośnie jakości toru; przeciwnie – pod jego adresem same pochwały. Czuć znakomicie rozbicie na warstwy brzmieniowe oraz warstwy sceniczne, a każda z warstw jawi się jako świetna. Atak, sustain, czynnik emocjonalny, czynnik rozmachu, czynnik szczegółowości – wszystkie jak jeden pierwsza klasa. Żadnego przy tym uciekania w sprawy poboczne – jazda jedynie środkiem, równiutko za muzyką. Tak, owszem – Stax SR-009 dobrze napędzane (o co bardzo niełatwo) są dobitniej trójwymiarowe, bardziej rozdzielcze, czyste i wyrafinowane, ale są zarazem na samym szczycie, a wspomnienie ich brzmienia nic a nic nie przeszkadza w radości słuchania tego tutaj. Poza tym te Staksy nie nadają się do słuchania muzyki z Internetu – do tego trzeba by sięgać po absolutne jakościowe ekstrema. Tymczasem tutaj po nic specjalnego nie trzeba sięgać, z niczym nie trzeba się użerać. Gra po prostu i świetnie. Żadnych przerostów ostrości ani ubytków wypełnienia; wszystkie suwaki jakościowe ustawione na optymalny środek, sama przyjemność słuchania. Typowe granie frontem – bliskim, masywnym dźwiękiem – ale i za tym frontem niemało dobrych rzeczy. A nawet wszystkie te do pełni satysfakcji potrzebne –  i do odpowiednio smutnego Adagia Mahlera, i do odpowiednio cwałującego Run to the Hills Iron Maiden.

Przejdźmy na drogie słuchawki. Kabel Sulka podwaja wartość i bez tego drogich HEDDphone. Te zaś mają konstrukcję membran harmonijkową a nie płaską (tzw. AMT), co w przypadku tego akurat następstwa oznacza potrzebę większej mocy. To na papierze wydaje się błahostką, bo Zen CAN ma aż cztery poziomy wzmocnienia i przy najwyższym jest ono aż niewiarygodnie wysokie, bo 52x (pięćdziesięciodwukrotne), ale papier papierem, życie życiem. Istotnie, może być aż tak duże, dla każdych słuchawek wystarczające, sęk w tym, że najwyższą jakość uzyskujemy wyłącznie na pierwszym poziomie wzmocnienia. Trochę to studzi zapały, ale bardzo nieznacznie; redukcji jakościowej nie notujemy bowiem wraz z obrotem potencjometru na przetworniku, a to jest bardzo ważne. Ma ten przetwornik, jak wspominałem, możliwość zafiksowania głośności suwakiem na tylnej ściance, ale to z kolei nie daje wzrostu jakości, natomiast przy potencjometrze na max jest głośniej. (Nie jakoś bardzo lecz wyraźnie.) I to wystarczająco głośno dla na pierwszym poziomie wzmocnienia Zen CAN nawet w przypadku tych HEDDphone – a to duża jest sztuka. Oba urządzenia nie duszą się ani trochę jakościowo przy pełnych wychyłach potencjometrów, a maksymalne u obydwu mogę rozerwać uszy na pierwszym stopniu nawet z tymi HEDDphone. A co wraz z tymi słuchawkami dla brzmienia? Wcale nie odniosłem wrażenia, że ich jakość przytłoczyła dziesięć razy tańsze HiFiMAN. (Doliczając kabel dwudziestokrotnie.)

Dużo teraz świetnych i też niedrogich słuchawek, choć tych akurat już nie produkują.

Niemniej elastyczność odpowiedzi na sygnał i różnorodność brzmieniowa na tych HEDDphone korzyść. Nie jakoś przytłaczająco, niemniej wyraźnie. Dźwięk bardziej „liquid”, bardziej zwinny, bardziej wielosmakowy. Z ciut dalszym, albo nawet więcej niż ciut (zależnie od nagrania) pierwszym planem i znacznie mocniejszą ekspozycją planów dalszych. Też wszystko bardziej trójwymiarowe – i same dźwięki, i koncertowe sale – na pewno także więcej misterności, pietyzmu, detali, rozdzielczości, pogłosów, różnych smaczków. Ogólnie więcej informacji, tak circa ze trzydzieści procent. (Nie umiem szacować jak von Neumann, on by to zrobił dokładniej.) Wszystkie dźwięki bardziej złożone, od ludzkich głosów poczynając, lecz uczuciowa fala bez czynienia natychmiastowych porównań u obu słuchawek zbliżona. HEDDphone bowiem bardziej dla słuchacza wymagające, narażające go na odbiór większego kwantum informacji, a siła ataku, bezpośredniość i dynamika na bardzo zbliżonym poziomie. Przez co te HE 400i do słuchania łatwiejsze, aczkolwiek bardziej przaśne. To wszystko jest tu jednak zrelatywizowane do oceny nie słuchawek, a ich napędu, który wraz z tymi HEDDphone okazuje się jeszcze lepszy. Aż budująco dobry – i co jest w tym najlepsze, pozwalający zwykłym użytkownikom sięgać brzmieniowych wyżyn, najwyższych kategorii.

Na finał inne słuchawki trudne, bo wysokoimpedancyjne. Sennheiser HD 800 z okablowanie Tonalium Ultra-Metrum Lab trzeba wycenić na bez mała dziesięć tysięcy, czyli ponownie tanio po słuchawkowej stronienie jest. Ich napędzenie dla combo iFi Zen okazało się za to łatwizną – nie trzeba było jechać z potencjometrem wzmacniacza nawet dalej niż za połowę. (Oczywiście na pierwszym poziomie wzmocnienia.) Brak regulatora dopasowania impedancyjnego skutkował nieco ciemniejszym, bardziej monochromatycznym i nie tak nabłyszczonym dźwiękiem; też przy okazji i chłodniejszym, ale w pełni swobodnym i otwartym. A choć nie tak jak u HEDDphone zwinnym, to w zamian gabarytowo większym, podobniejszym do brzmienia kolumn. Niewiele mniej dźwięczności, więcej za to poczucia potęgi i zbiorczo wszystko w porządku – w życiu byś bracie nie zgadł, że wzmacniacz z przetwornikiem za mniej niż dwa tysiące –  i to razem z kablami.

Stawianie na nosie zbędne – bez tego znakomicie grają.

Już to podsumowuję, ale jeszcze techniczna uwaga. Jak zwykle poprawiacze iFi – te wszystkie turbo basy i akceleracja 3D – dla mnie okazały się zbędne, wolałem bez nich słuchać. Ale znać ich robotę, dźwięk na pewno się zmienia.

 

 

 

 

Podsumowanie

   Producent twierdzi, że w Zen DAC i Zen CAN zastosował rozwiązania opracowane dla dziesięć razy droższych przetwornika PRO iDSD i słuchawkowego wzmacniacza PRO iCAN. Można w to wierzyć albo nie, rzecz uznać za tani trik marketingowy. Kiedy jednak tej parki Zen posłuchać, myśli o trikach nas opuszczają –  ich miejsce zajmuje szacunek. Sam Zen DAC go jeszcze nie wzbudza swymi słuchawkowymi wyjściami, które oferują dźwięk przyzwoitej jakości, lecz nie spektakularny. To przede wszystkim przetwornik do łączenia z Zen CAN. A takie połączenie – i to na jakże cenny dodatek interkonektami z kompletu – to właśnie dźwięk spektakularny, któremu niczego nie brak. Nie należący ani do szkoły tranzystorowej, ani lampowej, tylko szkoły świetnego brzmienia. Słuchając nie myśli się o charakterze, ponieważ charakterologicznie jest przeźroczysty. Ani nie częstuje lampowymi sztuczkami z dosładzaniem i umilaniem, ani tranzystorową szarpliwością. Obdarza słuchającego tym wszystkim, co jest potrzebne do pełni audiofilskiej satysfakcji: mocą, dynamiką, melodyką, bezpośredniością, otwartością, przejrzystością, szczegółowością, trójwymiarowością i perspektywą. Wszystkie przymioty one realizują się na poziomie urządzeń kosztujących wiele tysięcy, tak więc czerpanie z rozwiązań dla serii PRO nie okazuje się bujdą. Co więcej, tej miary jakość były w stanie udowodnić kosztujące siedemset złotych słuchawki planarne HiFiMAN-a, co nie przeszkodziło zestawowi Zen udowodnić z kolei, że równie dobrze pasuje do słuchawek dziesięć i więcej razy droższych. Był w stanie bez problemu ukazać ich przewagi – większą maestrię w kształtowaniu dźwięku. Trzeba tylko pamiętać, że dla wysokoomowych modeli Sennheisera dopasowanie impedancyjne nie będzie idealne, więc w ich przypadku można rozważyć ewentualność zakupu właśnie dla nich przewidzianego Apogee Groove. Ta kwestia staje się jednak marginalna, bo wszyscy producenci słuchawek stawiają teraz na niską impedancję, wymuszaną przez sprzęt przenośny. Słuchawki o impedancji wysokiej to już naprawdę wyjątki albo konstrukcje z dawnych lat. Dla nich w dziale taniości Apogee Groove, dla wielkiej armii pozostałych rekomenduję te dwa Zen. Słuchanie ich sprawiło mi prawdziwą radość, mimo iż w pogotowiu czekał sprzęt dziesiątki razy droższy. Co mówię – pospinany i zasilany kablami, z których każdy od pary Zenków był wiele razy droższy.

Piszę to z pełnym przekonaniem, rzeczywiście tak było. Jeżeli czasem kłuła duszę chęć powrotu na droższy poziom, to bardziej ze snobistycznych przesłanek niż rzeczywistej potrzeby. Oczywiście mój słuchawkowy system flagowy, w oparciu o AKG K1000, wyznacza inną jakość, ale stanowi osobliwość, poza tym go na co dzień nie słucham.

 

W punktach

Zalety

  • Za tani pieniądz drogie brzmienie.
  • Energetyczne.
  • Dynamiczne.
  • Melodyjne.
  • Bezpośrednie.
  • Otwarte.
  • Szczegółowe.
  • Rozdzielcze.
  • Dźwięczne.
  • Trójwymiarowe.
  • Szybko narastające i długo podtrzymywane.
  • Na bazie przejrzystego i ożywionego medium.
  • Obdarzające holografią i perspektywą.
  • Ładnie oświetlone – nie za jasno i nie za ciemno.
  • Dobrze operujące pogłosem.
  • Całościowo uporządkowane.
  • Należycie misterne.
  • Należycie potężne.
  • Wypośrodkowane stylistycznie. (Czyli nie myślisz o lampach i tranzystorach.)
  • Minimalnie, w przyjemny sposób, ocieplone.
  • Doskonale pasujące zarówno do tanich jak i bardzo drogich słuchawek.
  • Nietuzinkowy design.
  • Staranne wykonanie.
  • Interkonekty z kompletu są doskonałej jakości.
  • Dwa bajery – turbo bas i turbo przestrzeń. (O ile ktoś lubi).
  • Ogromna moc wzmacniacza.
  • Czytanie gęstych plików.
  • Symetryczność.
  • Rewelacyjny stosunek jakości do ceny.
  • Znany producent.
  • Ryka approved.

Wady i zastrzeżenia

  • Symetryczność realizowana wciąż mało popularnymi wtykami jack 4,4 mm.
  • Diody są wprawdzie małe, ale mocno świecące.
  • Najwyższa jakość dźwięku tylko na najniższym (z czterech) poziomie wzmocnienia. (Ten jednak, na szczęście, w zupełności daje radę.)
  • Najlepsze efekty oczywiście przy dobrym kablu USB.

 

Dane techniczne:

iFi audio Zen DAC

  • Wejście: USB3.0 typ B
  • Czytane formaty plików: DSD256 / 128/64, Octa / Quad / Double / Single-Speed DSD DXD (384 / 352,8kHz), PCM (384 / 352,8 / 192 / 176,4 / 96 / 88,2 / 48 / 44,1kHz) MQA
  • Przetwornik: Bit-Perfect DSD i DXD DAC firmy Burr Brown
  • Regulacja: Audio RCA (SE) – 2,1 V stałe lub 1 V / 3,3 V maks. (zmienne); 4,4 mm Pentaconn (BAL) – 4,2 V stałe lub 2,0 V / 6,2 V maks. (zmienna)
  • Impedancja wyjściowa: < 200 Ω (BAL); < 100 Ω (SE)
  • SNR: 116 dB
  • THD: 0,0015 %
  • Moc wyjściowa dla 4,4 mm: 330 mW przy 32 Ohm; 6,6 V przy 600 Ohm;
  • Moc wyjściowa dla 6,3 mm: 230 mW przy 32 Ohm; 3,3 V przy 600 Ohm
  • Dopuszczalna impedancja słuchawek: 16 – 600 Ohm
  • Wymiary: 117 x 100 x 30 mm
  • Waga: 800 g
  • Okres gwarancji 12 miesięcy
  • Cena: 699 PLN

 

iFi audio Zen CAN

  • Wejścia: 4,4 mm Pentacon BAL, RCA, 3,5 mm Jack SE
  • Maksymalna moc:
  • 15,1 V / 385 mW (przy 600 omach)
  • 11,0 V / 1890 mW (przy 64 omach)
  • 7,6 V / 196 mW (przy 300 Ohm)
  • 7,2 V / 1600 mW (przy 32 Ohm)
  • THD: 0,0007%
  • SN: > 120 dB (przy 15,2 V); > 118 dB (przy 7,6 V)
  • Ustawiane poziomy wzmocnienia: 0 dB, 6 dB, 12 dB, 18 dB
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz
  • Pobór energii: brak sygnału 5 W; sygnał 13 W max.
  • Prąd zasilania: DC 5 V/2,5 A
  • Wymiary: 117 x 100 x 30 mm
  • Waga: 515 g.
  • Okres gwarancji 12 miesięcy
  • Cena: 699 PLN
Pokaż artykuł z podziałem na strony

1 komentarz w “Recenzja: iFi audio Zen DAC & Zen CAN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy