Recenzja: Final DX3000 CL

Brzmienie

    Na początek, tytułem przypowiastki którą można pominąć, ale do tego nie zachęcam, krótki passus o roli kabli zasilających. Słuchawki przyjechały jako tako ograne, ale jeszcze im dołożyłem, pograły sobie przy komputerze z wzmacniaczem Phasemation. Tak sobie grały, trochę słuchałem, czasami nawet sporo, i to zarówno muzyki, jak i internetowej gadaniny. Grały bardzo poprawnie – analogowo, bez zniekształceń i ogólnie w porządku, ale jak dla mnie za łagodnie, bez pazura, za miękko. Z tym, że nie w sensie, że bez basu albo jasno czy szaro, a jedynie bez ikry, bez porywu, bez draki. Bez mocnego kontrastu na wszystkich polach kontrastowych, poprzez co dla osłuchanego w brzmieniach intrygujących za mało miały soli. 

     Popatrzyłem na Phasemation i pomyślałem sobie, że jak zawsze to samo: z kablem zasilającym Acoustic Zen Krakotoa to właśnie on był mdły. Tymczasem wspierający go Harmonix wylądował w telewizorze, a ściślej w zasilaczu BOTW napędzającym dekoder Canal + 4K, zachciało mi się bowiem majstrować przy tym dekoderze, kiedy znajomy przyniósł filtr kwantowy Jacka Barbee, znany mi dotąd ze wzmacniacza Wells Audio Headtrip, w którego całościowo świetnym brzmieniu podobno miał swój udział jako komponent wewnętrzny. Posprawdzałem ten filtr w torze audio i mi się nie spodobał, zgodziłem się z właścicielem, że zanadto podostrza. Ten sam symptom w telewizorze, a dokładniej przy zasilaczu podającego sygnał dekodera, ale dla świętego spokoju popodpinałem do tego kwantowego (jako przelotki na linii zasilania) różne zasilające – przy każdym zmiany na obrazie, ale zawsze za ostro. Konfrontując rzecz jasna co z filtrem i bez filtra, obraz przy samym kablu Harmoniksa spodobał mi się o tyle bardziej od pozostałych, że tego Harmoniksa zostawiłem. Nie był to obraz aż tak dobry jak przy najlepszych kondycjonerach (zwłaszcza Unicorn Audio Grandioso), ale lepszy niż ze zwykłym kablem z kompletu zasilacza oraz pozostałymi audiofilskimi spośród wypróbowanych. (Temperatura bieli, plastyczność, gama odcieni, nasycenie.) Nie mogłem więc użyć Harmoniksa – w przeciwieństwie do niektórych lekarzy i wszystkich cząstek elementarnych nie ma on daru bilokacji. A innych też nie chciałem, bo stałe przepinanie sztywnych zasilających naraża na zrywanie połączeń przewodów z wtykami, wielokrotnie już się zdarzało. Pożyczyłem w tej sytuacji zasilający marki La Sound model Titan (akurat się nawinął), zakładając, że każdy w miarę dobry będzie lepszy od wyjątkowo do Phasemation niepasującego Krakotoa. Nic a nic się nie pomyliłem – zasilany przez La Sound Titan wzmacniacz Phasemation ożył, ożyły wraz słuchawki.

     Jaki dźwięk dają Final DX3000 CL, gdy dobrze je napędzać? Najogólniej można powiedzieć, że grają jak każde dobre, to znaczy chce się słuchać. Ale to mało powiedziane, bo słuchać chce się naprawdę, przez co nie chcę powiedzieć, że aż się nie można doczekać, mając pod ręką inne wybitne, ale że kiedy dysponować dopasowanym torem, już samo zakładanie sprawia przyjemność w oczekiwaniu na brzmienie.

    To brzmienie okazuje się duże – duże źródła, raczej bliższe niż dalsze, a clou i powód przyjemności to kapitalne wyważenie. I nie – nie samo tonalne – wyważenie wszystkiego. Poczynając jednakże od samej tonalności, która nie budzi w tym wypadku najmniejszych zastrzeżeń. – Ani podostrzeniami, ani brakami basu, ani też sumarycznie deficytami prawdziwości. Ta prawdziwość nie okazuje się aż największego formatu, ale okazuje na tyle duża, żeby oczekiwania spełniać. Może przesadzam, ale sytość, spełnienie, właśnie poczucie prawdziwości i klarowności wszystkiego, a na niebagatelny dodatek, pomimo takiej dozy prawdziwości, brak poczucia zmęczenia nawet po godzinach słuchania, to naprawdę duży ładunek pozytywnych emocji.  

     W tym miejscu dochodzimy do prawdziwego clou, do stanu równowagi pomiędzy ciekawością a relaksem – a ściślej do takiego rodzaju ciekawości, która zostaje całkowicie zaspokojona, ale nie kosztem zmęczenia. Duże dźwięki o rozległej ekstensji okazują się częstować starannym obrazowaniem zarówno brzmieniowych krawędzi, jak treści je wypełniającej. Też wielosmakowością brzmieniową i różnorodnością aspektów branych do rozpatrzenia, w tym różnorodności substancjalnej. Jest równocześnie gładko i chropawo, jest ciepło i nie-ciepło, jest żywo i spokojnie, wesoło i niewesoło. Słuchawki mają dar łączenia przeciwieństw, co jońscy filozofowie przyrody dwa i pół tysiąca lat temu uważali za podstawową formę istnienia świata w jego dostępnej nam realizacji. Historia o czterech mieszających się i przechodzących jedne w drugie żywiołach oraz o korowodzie następstw czasowych, niemożliwych do jednoczesnego istnienia, to najstarsza filozoficzna opowieść o arche rządzącej światem, o tym jak niebyt przeistacza się w bycie, gdzie rzeczy tak odległe jak ogień i woda, jak ziemia i powietrze, jak małe i ogromne oraz przeszłe i przyszłe potrafią pięknie współistnieć, a czasem groźnie, czasem strasznie. Straszności u tych Final nijakiej się nie dopatrzyłem, bowiem muzyka jej unika, chyba żeby sięgnąć na przykład po mistrza Pendereckiego, a tego nie zrobiłem. (Nie, nie jest to krytyka, przeciwnie – to uznanie dla niezwykłych umiejętności twórczych, zdolności przywoływania stanów na pograniczu szaleństwa.) Z utworu do utworu płynął z tych Final korowód udanych realizacji – mocnych, wyraźnych, artystycznie spełnionych i przede wszystkim chcianych. Dynamizm, ale bez popadania w przesadę, duży format, ale do ogarnięcia, melodyczne płynięcie, ale nie to ziejące jednostajności nudą, struny szarpane mocno ale trafnie, obrazy tknięte realnością i jednocześnie poezją. Udane wykorzystanie pogłosu, właściwy dobór esencji, a w ludzkich głosach tchnienie życia i czucie obecności. Niepodkreślane, ale też i niepomijane soprany, tak w bardziej mocnych partiach w trójwymiarowość wtrącone, że ani śladu krwi na uszach skutkiem szpica czy ostrza. Masywny bas, ale wystarczająco wyraźny, bełkotem nie dudniący. Ciemne aranże, ale znaczone światłem, przy tym mocnym kontrastem i tą powszechną wyraźnością, a przede wszystkim z uwydatnionym muzycznym wyrazem. Wszystko to razem takie, że można się zapamiętywać; bo rytm, wir, poryw, wizje i muzyczne spełnienie. I tak, oto muzyka właśnie – takiej jej chcemy i taka tutaj słuchającego nawiedza. Za dwa i pół tysiąca, czyli niewielkim kosztem.

    Pochwaliłem, bo i naprawdę to brzmienie mi się podobało; przechodząc na nie od wielokrotnie droższych nie czułem rozczarowania. Tyle, że to się stało z dnia na dzień, a nie z minuty na minutę, a teraz pora skonfrontować właśnie w układzie natychmiastowego zastępstwa, a już szczególnie z tymi własnej firmy o jedną półkę wyższymi, z tak podobnymi wyglądowo Final DX4000, liczącymi za siebie circa półtora więcej, przeszło cztery tysiące.

     Dla komputerowych kart graficznych i procesorów taka różnica oznacza bezdyskusyjny skok jakościowy, a nie inaczej podziało się w przypadku porównania słuchawek za dwa i pół i cztery. Bo podobanie w oderwaniu, a konfrontacja oko w oko (tu raczej ucho w ucho) to całkiem co innego. Mózg (w każdym razie mój) okazał się świetnie adoptować do niedoborów technicznych DX3000, niemal natychmiast wchodząc w synergię poprzez skutecznie nadrabiane braki, ale „skażony” brzmieniem DX4000 nie był do tego taki chętny, bardzo się zaczął ociągać. Co tu dużo gadać – zaczął działać na odwrót, chętniej podkreślając różnice niż maskując te niedostatki. Jak pies z wody się przy tym otrząsał z niedociągnięć brzmieniowych. Wobec czego nawet gęstym listowiem nie da się przykryć faktu, że DX4000 rzeczywiście wyposażono w system nadzoru membrany i lepszą kontrolę ciśnień, poza tym dano im lepszy kabel oraz tu i ówdzie lepsze surowce; odnośnie okablowania jeszcze dodam, że jednych i drugich słuchałem z ich własnymi kablami, bo tak się przecież nabywa. 

     Dwie różnice momentalnie uchwytne i poprzez ewidentna inność, nie było chwili zawahania, że dysponując wystarczającym budżetem winno wybierać się droższe: 

    (i) DX4000 to wyższy jakościowo sopran i równocześnie obfitszy, co za tym idzie wyższa całościowa tonalność. W intuicyjnym odbiorze słusznie. Może nie taka milusińska, jak to bywa z niższymi, ale znaczona prawdziwością silniej, a jeszcze nie na tyle, by ową prawdziwością męczyć już przy niedługim odsłuchu. (Zwłaszcza tych, którzy mają uszy uwrażliwione na soprany.)  

    (ii) O wiele mniej zniekształceń rodzonych przez odbicia. – Tak w oderwaniu nie, ale przy porównaniach wychodziły w DX3000 odbiciowe problemy, a im dłużej porównywałem, tym stawały się większe.

    Te dwie rzeczy słychać od razu, niezależnie od repertuaru, a kiedy chwilę się wsłuchiwać, wychodziło też na jaw, że DX4000 to wyższa rozdzielczość obrazu, większa wrażliwość na niedostatki zapisane w nagraniu, też lepsze panowanie nad basem i lepsze jego wpasowywanie w całokształt kompozycji. Także większy pietyzm dla spraw drobniejszych i tych już całkiem drobnych (jak szmerki i poszumy) oraz prawdziwsze ludzkie głosy poprzez ich większą złożoność, wyższą predyspozycję melodyczną, też lepsze doświetlenie. Tak, doświetlenie i ogólnie światło również in plus u droższych, zupełnie jakby ich srebrzysty kabel i w muzyce jaśniej świecił.

     Starczy może wkładania palców do oczu tańszemu produktowi, wystarczający powstał dysonans pomiędzy wpierw chwaleniem solo, potem rwetesem przy konfrontacji. Zbierzmy to w podsumowaniu.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Final DX3000 CL”

  1. patryk pisze:

    Szansa na test DX-10000?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Otrzymałem powiadomienie, że powinny być już niedługo. Tak circa do dwóch tygodni.

      1. patryk pisze:

        Wspaniale.
        P.S: do dnia dzisiejszego powiedzialbym, ze najlepsze sluchawki w zyciu jakich sluchalem (nie patrzac na Sennheiser HE1) to zdecydowanie AUDEZE CRBN2! Jestem wiec bardzo ciekawy na recenzje tych najdrozszych , nowych Final Audio.

        1. Przemysław Wysocki pisze:

          Z czym słuchałeś Audeze CARBON2? Chodzi mi konkretnie o amp.

          1. patryk pisze:

            Sluchalem z „ifi” Phantom.

          2. Piotr Ryka pisze:

            A ja się tyle złego nasłuchałem o tym Fantomie. Sam jednak go nie słuchałem.

  2. patryk pisze:

    Bardzo ciekawe: uwazam, ze Phantom i CRBN2 zagralo po prostu pięknie. (10/10)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy