Odsłuchy
Wzmacniacz przyjechał z towarzyszeniem słuchawek HiFiMAN Shangri-La Sr, o których będzie następna recenzja. Początkowo dysponowałem wyłącznie nimi oraz własnymi KingSound KS-H3, a więc jednymi i drugimi spoza grona najpopularniejszych. (Tę grupę tworzą same Staksy – Sony, Sennheiser [12], Beyerdynamic, Audio-Technica i inni duzi producenci jeszcze w latach 80-tych porzucili elektrostaty.) W sensie narzędzi odsuchowych Sr i H3 okazały się oddalone bez mała dwubiegunowo: króciutkie porównanie odebrało mi chęć dalszego zagłębiania się w brzmienie H3, mimo iż kiedyś dzielnie stawały przeciwko Stax Omega II Mk2. Czekając na uzupełniające przybycie flagowych Stax SR-X9000 (trzykrotnie tańszych od Shangri-La, ale równie szczytowych technicznie), badałem z tymi ostatnimi. Analizowałem w warunkach… – No tak, o warunkach trzeba się trochę rozpisać. W dodatku nie do końca tak, jak lubię, część nazw muszę utajnić. Zaczęło się od tego, że interkonekt RCA Sulek RED okazał się zadowalający brzmieniowo, lecz za cichy. Wystarczający dla większości płyt, ale przy cicho lub skrajnie cicho nagranych (to zawsze muzyka poważna) już nie dający poziomu koncertowej głośności, a przecież tylko taka jest w pełni miarodajna. Alternatywny Tellurium Q Black Diamond XLR zawiódł natomiast technicznie – ze słuchawkowym wzmacniacze Phasemation pracował bez zarzutu, ale przy odwróconych o 180° gniazdach symetrycznych w Bliss lewy przewód uparcie milczał, co skończy się naprawą [13]. Nie mając innego XLR zmuszony zastałem pożyczać i pożyczyłem prywatnie dwa. To ich nazw nie mogę wymienić, zostałem o to poproszony [14]. Jeden z tych dwóch bardzo stary i uciążliwy w użyciu, drugi niemalże aktualny, też ciężki i o wiele droższy, oba od bardzo znanych marek. One i Sulek utworzyły triadę dramatycznych różnic brzmieniowych, zupełnie jakbym badał nie jeden, a trzy wzmacniacze, albo w tym jednym zmieniał lampy 300B na radykalnie różne brzmieniowo. – Słowo daję, różnice takie, że gdybym na własne uszy nie słyszał, to nie do uwierzenia, co oznacza trzy wnioski:
- Wzmacniacz Bliss jest brzmieniowo niezwykle plastyczny.
- To samo odnosi się do słuchawek HiFiMAN Shangri-La Sr.
- Interkonekty tak mieszają, że już bardziej się nie da.
Przybliżmy teraz te różnice, co już będzie zwyklejsze, ponieważ będą typowe w odniesieniu do sprzętu, tyle że w tym wypadku duże i odniesione do samych kabli. Nietypowe jedynie to, że wszystkie trzy zaistniałe brzmienia były jednako zaawansowane w sensie klasy brzmieniowej, co wcale nie oznacza, że były do siebie podobne, ani tym bardziej tego, że mogłyby się równie podobać tej samej osobie. Mnie z trzech podobały się dwa, ale jedno najbardziej, a trzecie, choć nie bez fascynacji, już tylko przyjmowałem do wiadomości, jako ukazujące inny obraz. I zacznijmy od niego.
Interkonekt John Doe I za przeszło trzydzieści tysięcy jawnie forsował soprany. Z pewnością wypadłby inaczej i całościowo lepiej przy 300B Western Electrica lub Sophia Royal Princess, ale musiał się dogadywać ze Stradi S300B, które są mniej dociążone i nie aż tak na zawołanie naturalne, ale się jeszcze okaże, że mogą takie być. Jednakże z tym IC koncentrowały się, a poprzez nie sam Bliss, na czymś innym – na zachwycaniu rozdzielczością i złożonością brzmienia. Zdolność rozbicia każdego dźwięku na składowe i z nich dopiero formowania całości ukazała się nawet nie niecodzienna, tylko całkiem niespotykana. Zupełnie jakby jakaś specjalna lupa do tego przeznaczona i mrowiące zdziwienie, że można do takiego stopnia. Ale to kosztem wypełnienia, siły basu, prawdziwości średnicy i analogowej całości, jako brzmienie analitycznie niebywałe – skrajnie przenikliwe i drobiazgowe – a poprzez to koronkowe, subtelne, delikatniejsze, bardziej zwiewne i na dodatkową ozdobę efektowne przestrzennie.
Muszę odnośnie tego puścić w ruch słowo „ale”. Bo owszem, brzmienie lżejsze, ale nie takie aż za lekkie. Bo owszem, bez miażdżącego basu, ale z takim całkiem solidnym a nie pustym. Też, jak wszystko tutaj zresztą, super rozdzielczym, z dokładką specyfiki brzmieniowej membran, a tą bardzo dużą, wzbudzającą uznanie. Bo owszem, to brzmienie nie tak analogowe, jak od dobrego gramofonu, ale pod rozdzielczym naskórkiem dostatecznie analogowe, by nie mieć o brak pretensji. Jednocześnie wybitne przestrzennie poprzez dokładne widzenie wnętrz bez naddatku pogłosu, a ta analogowość bez zgęszczania i przyciemniania, także bez ocieplenia. Soprany, mimo fenomenalnej trójwymiarowości, bez śladu złagodzenia – przeciwnie, skrajnie mocne i naturalnie ostre. Suma tych cech pozwalająca na błyskawiczne rozpoznanie jakości danego nagrania, a przykładowo brzmienia dzwonków (choćby w „Czarodziejskim flecie” Mozarta) bezprecedensowo złożone. (Słychać, jak dźwięk się ciska w dzwonie po odbiciach zmieniając formę.) Pomimo analogowości nie dociskanej maksymalnie przepiękne ludzkie głosy, a mimo braku nacisku na bas, zdolność przez niego napełniania dowolnie wielkiej przestrzeni pomrukiem.
Gorsze sprawy to zew tej przestrzeni z umiarkowanym tylko dawaniem poczucia tajemniczości, stereofoniczne przejścia L-P przez głowę słuchającego, a nie przed jego oczami, ogólny aspekt potęgowy średni i więcej samej informacji niż wynikającej z niej ezoterii i czaru. Ale za to złożoność brzmieniowa strun wszelkich na nie widywanych maksimach, a dostrzeganie mikrofonów, poziom szumowy tła i wszelkie fakty pozamuzyczne zobrazowane wręcz niesamowicie. Lecz znowuż nie dosyć miąższu i aromatu, pewien dystans do muzycznego wiru, sama muzyczna esencja nie za specjalnie mocna. Na stronę ogólnego pozytywu z kolei to, że dynamiczne i planarne słuchawki z zakresu tzw. dobrego środka na tle tego w niższej lidze – ich subtelność była tak z tyłu, że już nie była subtelnością. Po stronie z kolei pejoratywu przede wszystkim deficyt analogowej naturalności – czuć było, że to wszystko nienaturalne, przetworzone. Prawie że naturalne i w tym „prawie” fascynujące, jako że owo „prawie” nie poprzez deficyt informacji tylko nieprawdziwe wagi akcentów, gdy samej informacji aż nadmiar względem tego, co zwykle przyjmujemy. Więc ekscytacja nowym, dotychczas niesłyszanym, ale samo lustro skrzywione, muzyka w nim za chuda.
Przejdźmy na drugi biegun. Leciwy kabel John Doe II, oferowany jako nowy dziesięciolecia temu, przytłaczał własną wagą, zdolną wyrywać gniazda ze sprzętu, ale bardziej czymś innym. Podpiąłem go i zbaraniałem, albowiem on to sprawił, że wszystko złe opisane wyżej przeistoczyło się w dobro. Już wcześniej było lepiej, gdyż po użyciu wygrzewającej [15] płyty Enacom dźwięk przy poprzednim kablu się dociążył, jeszcze poprawił trójwymiarowość i na rzecz tajemniczości ściemniał, a na rzecz analogowości zyskał polor doskonalszej ogłady – ale to teraz było inne, inne było zupełnie. Właśnie że dociążone, z mocnym, wręcz potężnym akcentem basowym, niższe tonalnie, z aromatem, z miąższością oraz wdziękiem, a nade wszystko naturalnością. Przy zachowaniu podstawowego waloru, jakim u elektrostatów jest nawał informacji pośród wzorcowej rozdzielczości, dostałem przydział dociążenia jak od topowych dynamicznych [16] i naturalizm generalny, że o lepszy już trudno, a właściwie się nie da. (Chyba że jakieś ekstra kolumny.) W momencie dotarło do mnie, że lampy Stradi S300B wcale nie muszą grać lżejszym dźwiękiem o akcencie na przestrzeń, że mogą równie gęsto i naturalnie jak Western Electric czy Sophia Royal Princess, wystarczy dobrać interkonekt. Zapewne nie on sam wystarcza, bo mój odtwarzacz ma zapas basu, że prawie żaden nie ma, ma też modelujący cień trzeciego wymiaru, sprzedaje miąższość i analogowość, w zasobach ma też czar. Ale poprzedni interkonekt to wszystko w części zanegował, gdy ten z kolei uwypuklał – i pozostając przy nim dobierzmy Stax SR-X9000, które właśnie zjechały.
Spędziłem z nimi kilka godzin i mógłbym teraz przedłożyć długi referat o ich odmiennościach względem Shangri-La Sr, lecz to odłożę do czasu recenzji tych ostatnich, tu jedynie wzmiankując, że ku memu rozczarowaniu raz jeszcze dużo droższe okazały się lepsze. Nie zawsze tak się dzieje, w związku z czym miałem nadzieję na równość jakościową między tak różnymi cenowo, ale tak się nie stało, mimo iż na ostatnim AVS wcale mnie te Shangri-La Sr nie porwały. Co jednak tylko świadczy o nieodpowiednich tam źródłach i też najpewniej interkonektach, gdy tu było inaczej. Szczegóły odkładamy do kolejnej recenzji, a teraz tylko strzępki oraz dokładne omówienie, co dawał trzeci interkonekt.
„Dokładnie” nie oznacza w tym wypadku „długie”, ponieważ różnice między nim a John Doe II nie okazały się duże, sprowadzające się głównie do tego, że Sulek RED bardziej cisnął soprany. Do wszystkich dań muzycznych sypał o garstkę więcej sopranowej gorączki, co miało dwa wymiary przyjemnościowe – pozytyw i pejoratyw. Popadłem w stan bardzo przez siebie nielubiany, gdy słuchając przy jednym brakowało mi czegoś z drugiego. – Przy John Doe II tej sulkowej sopranowej ozdoby, przy Sulku cięższej konkretności tamtego. W zależności od rodzaju muzyki stopnie tych braków się zmieniały, nie zmieniało natomiast całościowe podejście, jako takie, którego nie lubię. Albowiem nie szło to w stronę stanu: „To ładne i to ładne, można sobie wybierać”, tylko: „Tu tego brakuje, a tu tego, jedno i drugie nieidealne”. Ale dość szybko okazało się, że John Doe II bardziej pasuje do stylu elektrostatów – jego minimalny deficyt sopranów łatwiej było przeboleć od mniejszej siły grawitacyjnej Sulka. Przy czym musimy się dobrze zrozumieć: „deficyt sopranów” nie oznacza wcale, że saksofony, sopranistki, trąbki, organy i cokolwiek innego, co ma potężne soprany, nie ciągnęło do maksymalnej góry. Ciągnęło jak najbardziej, że już dalej się nie da, a jedynie przy Sulku zjawiała się tu i ówdzie dodatkowa sopranowa posypka, czyniąca dźwięki na średnicy wyższymi, lżejszymi i nośniejszymi w porównaniu do tamtych, co niekiedy się mogło podobać, lecz częściej podobało mniej. I co było zaskakujące, bo Sulek RED zwykł dociążać, podczas kiedy przy Bliss minimalnie na odwrót względem najlepiej pasującego. Jaki w tym udział tego, że tamten był symetryczny, Sulek nie, tego nie umiem powiedzieć, zeznaję jedynie jak było.
Rzućmy na koniec za siebie wszystkie te porównania: wybrawszy optymalne słuchawki i optymalny kabel spędziłem długi wieczór w świecie elektrostatów. Powiedzieć, że udany, byłoby niedomówieniem. – On był fascynujący. Największe wrażenie wywarł klasyk spośród klasyków – Toccata d-moll Bacha [17] z kościoła Coral Ridge Presbyterian spod palców Simona Prestona. Zdumiewająca mieszanka piękna i potęgi oraz brzmieniowej różnorodności poprzez dramatyzm przejść i skalę instrumentu. Powaga rangi kosmicznej, format absolutnego geniuszu, akustyka niewiarygodna. Dźwięk tak prawdziwy, że nieprawdziwy, realizm iście metafizyczny. Dotknięcie Absolutu z uświadomieniem tego, że wszystko jest zupełnie inne, niż na co dzień się zdaje. Seans odrealniający realność, tak ceniony przez filozofów ze szkół egzystencjalnej i fenomenologicznej, jako że tylko on jest w stanie odsłaniać rąbek prawdziwego Bytu nam, istotom tak wąsko świadomym. W tym wypadku uwznioślający i obdarowujący Pięknem, podczas gdy zwykłym ludziom dawany zwykle poprzez ból, jako doznanie wyrywającego z normalności nieszczęścia – utraty zdrowia lub bliskiej osoby. Dwa więc bieguny odrealnienia – ten straszny i ten porywający; który woleć, wiadomo. A można przeżyć życie letnio – wakacje, grillek, piwko i paplanina w Internecie o własnej wyższości. Audiofil nie jest na to zdany, ma swoje narkotyki i narkozy. Ma narzędzia do grania na własnych emocjach, nie jest zdany na łaskę losu ani wytężone namysły [18]. Ale te narzędzia są różne – są lepsze i są gorsze. Wzmacniacz Bliss ze słuchawkami Shangri-La samymi nazwami określają rolę: Bliss oznacza ekstazę, a Shangri-La krainę wiecznego szczęścia i harmonii. Krainę położoną wysoko, i w rzeczy samej Bliss z Shangri-La wynoszą na wysokości. Wynoszą na obszary wielkich połaci muzyki odczuwanej jako prawdziwej, pozwalając spotykać prawdziwych ludzi – ich głosy, kompozycje, instrumenty. Specyfika tutejszej wyższości została już opisana – to istny natłok informacyjny i popis rozdzielczości – a o maksymalną prawdziwość tego trzeba się trochę postarać (o ile to na prawdziwości nam najbardziej zależy, no bo przecież nie musi). To jest do zrobienia, nie takie rzeczy audiofile robią. Częstokroć muszą wyciskać cuda ze sprzętu cudem niebędącego, a tutaj cud gotowy, trzeba go źródłem i kablem dopełnić.
Przed podsumowaniem pewna uwaga odnośnie elektrostatów, od zaistnienia uważanych za słuchawki najlepsze. Ale na tej pozycji częstokroć podważanych, poczynając od końca lat 80-tych, kiedy te AKG i Sony, a teraz jeszcze częściej pod naciskiem takich konstrukcji jak Spirit Torino Valkyria, T+A Solitaire P czy RAAL Immanis albo SR1a True Ribbon. Sam twórca królujących w tej recenzji HiFiMAN Shangri-La Sr (nierzadko uważanych za najlepsze w swojej domenie bądź najlepsze w ogóle) wyraził w jednym z wywiadów opinię o nieistnieniu jakościowych różnic pomiędzy nimi a planarnymi HiFiMAN Susvara; jedynie Shangri-La bardziej dla tych, którzy lubią sopranową misterność, kiedy Susvary dla wolących cięższe gatunki brzmienia.
Z kolei stanowisko moje. Opierając się na tym, że przy wzmacniaczu Bliss, a wcześniej przy transformatorach LST z kolumnowymi wzmacniaczami, wcale nie grały elektrostaty lżej ani zwiewniej od innych rodzajów słuchawek, stwierdzam, że tak naprawdę nie chodzi o lekkość i przesuwanie ku sopranom, ponieważ tak może się dziać, ale dziać się nie musi. Słuchawki Stax SR-009 (poprzednik SR-X9000) to przy dedykowanym wzmacniaczu samego Staksa faktycznie taniec duchów, ale przy transformatorze LST już prawidłowo dociążone granie, tyle że ultra szczegółowe i ultra rozdzielcze. (A w takim razie lepsze!)
– I przechodząc do sedna: Specyfika elektrostatów wcale nie polega w ostatniej instancji na delikatności i zwiewności; ich całościowy muzyczny wyraz może być równie potężny, ale ich tkanka muzyczna składa się z drobniejszych komórek, i to one wywołują wrażenie, że jest delikatniej. Podczas kiedy utkana z tych drobin całość może być równie potężna, ale nie będzie taka, kiedy kupimy Stax SR-X9000 z dedykowanym wzmacniaczem SRM-T8000 i połączymy ten wzmacniacz z pierwszym lepszym cyfrowym źródłem pierwszym lepszym interkonektem. Wtedy tak na pewno nie będzie, wyłączając szczęśliwe trafy. Dlatego Sennheiser wolał w popisowym zestawie HE 1 scalić układ wzmacniacz-przetwornik, co w dużym stopniu zapobiega. Bliss jest tutaj narzędziem pokrewnym, zarazem szerszym stylistycznie. W jednych układach daje zwiewność, w innych potęgę i dociążenie. Można sobie wybierać, a sam wybrałem dociążenie, jako ewidentnie prawdziwsze.
[12] Ten rocznicowo powrócił w 2015 modelem HE 1, gdzie słuchawki i wzmacniacz stanowią nierozerwalny komplet za 379 tys. PLN.
[13] Interkonekty u recenzentów są wiecznie przełączane, nie ma niczego osobliwego w tym, że zawiódł wciąż wykręcany i wyginany sztywny przewód.
[14] Żebyście nie wiedzieli, który to przewód tak genialny, żeby nie zniknął z wtórnego rynku.
[15] Złe określenie, właściwsze byłoby „docierającej”. A niezależnie od nazwy przepuszczającej przez system energię o nietypowej modulacji.
[16] Dość częste przekonanie, jakoby najpotężniej brzmiały planary, jest niesłuszne.
[17] Są wątpliwości, czy to oryginalny utwór Bacha, bo może tylko jego transkrypcja organowa starszego utworu skrzypcowego, a może w ogóle kompozycja kogoś innego, kto przepadł w mrokach historii. Ale te wątpliwości są bledziutkie, nie znaleziono nikogo takiego, do kogo utwór bardziej by pasował typem organizacji kompozycyjnej i przede wszystkim skalą talentu. Faktem jedynie, że najstarszy znany rękopis nie wyszedł spod ręki Bacha.
[18] Fenomenolodzy się natężali, usiłując badawczo oczyszczać pola świadomości z jakichkolwiek interpretacji, by poprzez to docierać do całkowicie czystych, nagich danych zmysłowych. Co już teoretycznie wydaje się trudne, a praktycznie niewykonalne; na dodatek jałowe, bo same zmysły interpretują. (Jeszcze jak!) Jednocześnie wielu filozofów i teologów skłaniało się ku temu, że doznawanie Piękna, w tym tego muzycznego – może nawet tego najbardziej – jest właśnie takim niezapośredniczonym docieraniem do Absolutu. (Poglądu nie podzielam, ale tkwi w nim pewna racja.)














samo podsumowanie sie ciezko czyta..
W sensie że?
The gain is way too low,250,normal gain is 1000 for these type of amps and thats the big problem here. NOT ENOUGH GAIN. The 8 hours is also a big NO NO as well. They need to remake this amplifier with 4 times the gain, its a lot of money for such low gain.
There is no way to achieve such gain with this tube configuration; with an XLR interconnect it is quite sufficient. Eight hours of continuous operation too.
Hence my comments they need to redesign the amp, designers of great electrostatic amps have noticed this issue, low gain is a recipe for damage to headphones..please see here…https://www.head-case.org/forums/topic/34034-feliks-audio-bliss-so-much-stupidity/
Spritzer is self-righteous guy, who think, that only he and Gilmore are competent. That’s not true. That’s stupidity ideed. Don’t be so arrogant, Spritzer, yours amplifiers are not so good you think, if they are like Gilmors.
I like Feliks amplifiers they are excellent but I believe they have made a design mistake here,others have complained about the low gain,they need to fix it and fast. Please increase the gain..https://www.head-fi.org/threads/the-stax-thread-iii.677809/page-1982#post-18944450
Typical smear campaign. My shit is better than your marvel.
And one more important thing – this constantly repeated opinion about imitating Megatron. Nonsense. I reviewed the Bliss prototype many years ago, and it stayed with me for a long time. Just take a look at the photos of the interior.
Hi I think Herbert raises a very important thing, I have tried this amp in the UK and the gain is weak,too much for my liking. Feliks need to take note of this.This could cause problems of over driving the amp.
I tried it at Hifonix UK in Birmingham, the gain was far too weak,Feliks sort this out,this is not what the company normally produces.
The real problem would be if you couldn’t get concert volume from an average CD. And that would indeed be the case if the CD (or streamer) only had RCA outputs. For devices with XLR outputs, this is not a problem, as the volume is sufficient and there is no distortion. Feliks Audio worked hard on this problem, replacing the ECC83 control tubes with Russian NOS Reflektor-Saratov 6ESP (6Э6П-E) tubes, which was partially successful. Of course, it would be better if the power were greater, but in return we get a beautiful poetic sound that is unattainable for all of today’s Stax amplifiers, among others. A classic trade-off. It is not easy to force 300B tubes to drive electrostatic headphones, and that was the main intention. They would probably have done better using Emission Labs 300B XLS, but unfortunately, that did not happen.
Thanks for the detailed reply, I think Feliks will have a problem here as for this amp to sound louder the buyer would have to use XLR outputs and a high output DAC,this makes compatibility a problem.I hope they see this and do a mark 2 etc..Thanks.I too have looked forward to this lovely amp.Regards Edward