Wzmacniacze dla elektrostatów to mniej liczna podgrupa napędów słuchawkowych. Zarazem rodzina tych, które najwcześniej zaistniały, a zatem protoplaści. Łatwy do zapamiętania rok 1960 to pierwsze elektrostatyczne słuchawki Stax SR-1, para obsługujących je przystawek do wzmacniaczy głośnikowych (SRD-1 i SRD-2) oraz oferowane równolegle dwa pierwsze samodzielne wzmacniacze słuchawkowe [1] – lampowe Stax SRA-4S i SRA-6S. W konkurencyjnej, szerszej, domenie stereofonicznych słuchawek dynamicznych mamy wprawdzie wcześniejszą datę powstania (Koss SP/3 z 1958 roku), jednakże do nich dołączony jedynie schemat małej przystawki T2, możliwej do samodzielnego lub zleconego wykonania i zainstalowania we wnętrzu bądź na zewnątrz głośnikowego wzmacniacza, podczas gdy pierwszy niezależny wzmacniacz słuchawkowy z przeznaczeniem dla dynamicznych i planarnych [2] to dopiero rok 1982 i SR&D Rockman (Scholz Research & Development, Inc.) z jego zaawansowaną technicznie akustyczną konstrukcją, mającą stanowić dopełnienie elektrycznej gitary, umożliwiając niehałaśliwe ćwiczenie na słuchawkach. W wymiarze czysto audiofilskim dopiero zaś rok 1992 i zaoferowane w nim jednocześnie Naim Headline i Melos SHA-1 [3], z tym że już w 1989 powstał słuchawkowy wzmacniacz lampowy SAC-1000 oraz uzupełniający go wysoce zaawansowany procesor akustyczny BAP-1000 Audiosphere, oba z zadaniem obsługi specyficznych (wolno wiszące nagłowne głośniki) słuchawek AKG K1000. Jeszcze rok wcześniej zaistniał Sony TA-ER1 – też bardzo zaawansowany, lecz nie procesor ani sam słuchawkowy wzmacniacz, a rozbudowany z wydzielonym zasilaniem przedwzmacniacz, sformatowany obsługowo dla tak samo niezwykłych i też pamiętnych historycznie słuchawek Sony MDR-R10 (1988). Ten powstał w zaledwie 200 egzemplarzach.
Niezależnie od tego, że Naim i Melos uchodziły za znakomite, palma jakościowego pierwszeństwa wciąż w powszechnej opinii była po stronie elektrostatów, a to za sprawą fenomenalnych, do dziś nie przebitych jakościowo zestawów Sennheiser HE90/HEV90 (1991) i Stax SR-Ω/SRM-T2 (1993) [4]. Wzmacniacza Sennheiser HEV90 nawet nie próbowano kopiować (chociaż rosyjski konstruktor Dmitry Gubczenko szczyci się unikalną, częściowo wzorowaną na nim konstrukcją Demograf, uchodzącą za lepszą), z kolei uparte, wieloletnie próby skopiowania bardzo wysilonego technicznie, powstałego w kolekcjonerskiej ilości 50 sztuk dwuczęściowego Stax SRM-T2 się nie powiodły [5]. Powiodły za to inne próby – historia notuje istnienie wybitnych napędów elektrostatów, takich jak VIVA STX, MSB The Select, HiFiMAN Shangri-La Sr, Sennheiser HE 1, HeadAmp Blue Hawaii, Metaxas & Sins BV Ethereal Tourbillon, RudiStor Coriolan, Singlepower ES, Woo Audio WES czy Kevin Gilmore Megatron. Do tego elitarnego grona dołącza dziś tytułowy Bliss, najmłodsze dziecko Feliks Audio. (Debiutujący w maju na wystawie „High End Monachium”.)
Dywagacje odnośnie tego, czy lepsze są/były optymalnie napędzane dynamiczne AKG K1000 i Sony MDR-R10, czy elektrostatyczne Sennheiser HE90/HEV90 i Stax SR-Ω/SRM-T2 możemy sobie darować, kilkukrotnie podejmowałem temat, definitywne rozstrzygnięcia nie są w mojej opinii możliwe. Staje natomiast na porządku dziennym pytanie, jak ma się do tych osiągnięć recenzowany Bliss.
[1] Wg dzisiejszego nazewnictwa Staksa „energizery”.
[2] Planarne zaistniały w 1974 (Fostex T50RP), a Melos formalnie był przedwzmacniaczem, ale z naciskiem na obsługę słuchawek.
[3] Zarówno wcześniej jak później słuchawki napędzano przede wszystkim z dziurek w integrach.
[4] Wielgachny, dwuczęściowy Stax SRM-T2 i mały dings T2 Kossa to całkiem różne konstrukcje z tą samą sygnaturą.
[5] Kłopoty z produkcją stanowiących z nim komplet słuchawek SR-Ω (dużo odrzutów skutkiem uciążliwości ręcznego, klejowego łączenia statora z podtrzymującą go ramą) spowodowały przejściowe, po roku zażegnane bankructwo Staksa, który po wznowie produkował już tylko prostsze technicznie słuchawki Stax SR-007 Omega II i dużo prostsze energizery.
Konstrukcja
W odróżnieniu od kilku nobilitowanych i analogii do pozostałych, Bliss jest jednoczęściowy. Za to potężny. Wymiary 470 x 479 x 295 mm (z lampami) i waga 26 kg czynią z niego potężną maszynę, dla której trzeba znaleźć miejsce. Jednoczęściowość temu sprzyja, bo przykładowo dwuczęściowy Coriolan miał sekcje o podobnych rozmiarach, a lampowość obydwu wykluczała spiętrzanie bez użycia stelaża. Tutaj tej komplikacji nie ma, jest tylko trochę szerzej i głębiej niż średnio biorąc przy pełnoskalowych urządzeniach audio. Ale czy trudniej? Raczej nie – chociaż dwanaście w sumie lamp oznacza mocne grzanie, jednak mój tor słuchawkowy ma dokładnie tę samą ilość i wcale nie narzekam, znacznie prędzej gdy innych słucham. Konsumpcja prądu 250 W też nie należy do zatrważających, wzmacniacze głośnikowe często zjadają dużo więcej. Jest jednak kilka spraw wymagających uwagi, poczynając od tego, że nie wolno słuchawek wtykać ani wyjmować z włączonego wzmacniacza. W grę wchodzą same elektrostatyczne – to nie żaden wszech-obsługowy kombinat dla słuchawek wszelkiego typu (jak przykładowo iFi PRO z iESL) – ale o samo wtykanie dbać jeszcze nie musimy, inny rodzaj wtyków ochrania przed ewentualną pomyłką. Jednak nawykli do tego, że przy wzmacniaczach dla dynamicznych i planarnych z wtykaniem i wyjmowaniem nie musimy się cackać, trzeba o zimnym trybie we/wy pamiętać i przed uruchomieniem podłączać, w drugą stronę dopiero po wyłączeniu. Nie zaszkodzi też wiedzieć (o czym już instrukcja nie mówi), że po wyjęciu wtyczki dobrze będzie przyłożyć bolce słuchawkowego wtyku do poślinionego palca, by rozładować elektrody.
Kolejna rafa to pokrętło umieszczone na wierzchu z przodu – duże i lekko chodzące. Dokoła niego dwie skale, każda skoligacona z innym gniazdem. Po lewej na przednim panelu, obok pokrętła wyboru wejść, jest 6-pinowe wejście starego typu NORMAL, pozwalające na używanie dawnego typu Staksów aż po flagową konstrukcję SR-X włącznie (lata produkcji 1979-85). – Dla takich dawnych skala biasu to 120-350V z optimum 230-240V. Po prawej zaś, obok pokrętła potencjometru, mamy gniazdo 5-pinowe nowego typu PRO (stosowane od 1982), służące do obsługi wszystkich późniejszych Staksów, z flagowcami od SR-Ω po dzisiejsze SR-X9000. Dla tego gniazda skala obejmuje zakres 240-700V, pozwalając obsłużyć (rzadkość) też te nieliczne Stax SR-X z lat 1982-85, które miały wcześniejszy bias 240V, ale już nowe złącze 5-pinowe. Na tej skali znacznik optimum ustawiono przy 580V i wszystkie nowsze Staksy, również Audeze CRBN i Dan Clark Audio Corina ten poziom zalecają, ale już HiFiMAN Shangri-La pozwalają na pracę w zakresie 550-650V, a dla KingSound optimum to 550V.
Kolejna sprawa, na którą trzeba zwrócić uwagę, to mały przycisk na środku z tyłu, po naciśnięciu którego obniżamy czułość sygnału wejściowego o 6 dB, co raczej się nie przyda, ale może dla gramofonów lub nietypowych przetworników o wyjątkowo dużym napięciu wyjściowym.
Następna ważna kwestia to czas pracy. Czymś oczywistym, powszechnie znanym, że lampy wymagają kilkuminutowego stabilizującego rozgrzania, ale Bliss daje im na to tylko jedną minutę. To moim zdaniem za mało, lepiej będzie się nie wyrywać przed upłynięciem trzech, a jeszcze lepiej pięciu, ale białe światełko z przodu zapala się natychmiast po użyciu dotykowego przycisku na wierzchu z prawej (uzupełniającego główny kołyskowy z tyłu) – po minucie tuż obok zapała się druga biała lampka i urządzenie nominalnie jest gotowe do pracy.
Odnośnie czasu pracy jest jeszcze jedno „ale”: instrukcja nie zaleca dłuższego używania niż 8 godzin bez przerwy; gdybyśmy chcieli słuchać dalej, trzeba zrobić godzinną pauzę, urządzenie musi ostygnąć [6].
Do czasu i do lamp za momencik wrócimy, ale najpierw dwa słowa o przygotowaniu do użycia z nimi nie związanego. Bliss dociera do nabywającego w ogromnym czarnym kejsie zapinanym na cztery masywne zatrzaski. Kejs ma walizkową rączkę na dłuższym boku do przenoszenia w pojedynkę, co tyczy tych mających krzepę. Słabsi mogą taszczyć we dwójkę, dla nich są rączki na krótszych bokach. A dla najsłabszych wyciągana rączka i dwa kółka pod spodem, można także przeciągać. We wnętrzu na piankowych leżach sam wzmacniacz i osobno lampy; te powtykane w okrągłe otwory, że aż trudno wyłuskać. W związku z czym nie ma opakowań, nie poczytamy o zawartości, trzeba prowadzić śledztwo.
Cztery najmniejsze to rosyjskie NOS Reflektor-Saratov 6ESP (6Э6П-E) [7] – i one ustawione w kwadrat zajmą miejsce centralne, wstępnie podbijając napięcie.
Większe i bardziej podłużne to cztery obramowujące lampową zagrodę pentody EL-34, mogące pochodzić od Psvane, JJ albo któregoś z rosyjskich producentów (Electro Harmonix, Svetlana, Tung-Sol, Gold Lion, Mullard) [8]. Te wg producenta są najmniej istotne dla brzmienia, obarczone zadaniem tworzenia stabilnych warunków pracy dla czterech głównych 300B. (Doświadczenia zdobyte przy ViVa Audio Egoista tego małego wpływu nie potwierdzają, ale znalezienie czterech gatunkowych i jednocześnie prądowo do siebie dobrze pasujących NOS wydaje się czymś beznadziejnym. Niemniej mamy ze współczesnych Ray Tubes EL-34 RESERVE i Sophia Electric EL-34ST, z pewnością reprezentujące dużo wyższy od tu obecnych poziom.)
Cztery duże triody pomiędzy małymi a średnim, tak samo ustawione w prostokąt, są tu dla brzmienia kluczem, a w testowanym egzemplarzu były nimi Stradi S300B ($2100 za kwartet). To lampy mające strukturę anod wzorowaną na dawnych Siemens i Valvo, co oznacza odmienny, płaski kształt względem klasycznej 300B Western Electric. Na podstawie porównań we wzmacniaczu Feliks Audio Envy brzmienie tych Stradi S jest intrygujące przestrzennie i generalnie pierwszorzędne, ale sumarycznie nie aż tak wybitne, jak to od ze wznowionej produkcji klasycznych Western Electric. Rzecz jasna nic poza wyższą ceną nie stoi na przeszkodzie obstalowania Feliks Bliss z 300B Western Electric [9], Emission Labs, Takatsuki czy Sophia Royal Princess, jedynie Elrog wypadł z łask, jako lampy zbyt delikatne transportowo i skutkiem tego awaryjne, ale na upartego też można.
Nim zainstalujemy lampy, dobrze będzie ustawić. To nie jedynie problem ze znalezieniem miejsca (nie powinien stawać na niższej półce, odprowadzanie ciepła jest kluczowe), trzeba jeszcze postawić na dołączonych nóżkach. Żeby weszły na swoje miejsca, najpierw musimy wyjąć koreczki z kanalików podstawy, dopiero na ich miejsce instalujemy właściwe podstawki, wkładając je kolcami do góry.
Już prawie wszystko gotowe, jeszcze kabel zasilający i interkonekt. Bliss ma z tyłu trzy wejścia: dwa RCA i jedno XLR. Przez XLR będzie głośniej, a to nie bez znaczenia, dlatego optymalny interkonekt lepiej mieć w wersji XLR.
Słuchawki, przypomnijmy, podpinamy zawczasu, dopiero z nimi włączamy. Zanim się wszystko rozgrzeje i obdaruje dźwiękiem, możemy się przyglądnąć.
O wrażeniach nie decydują sama wielkość i lampy, swoje odciskają też zmyślnie ukształtowany radiator frontu i duży udział drzewa. Blat pod lampami jest drewniany i szeroko zachodzący na fronton, a cały wzmacniacz osadzono w równie szerokim drewnianym kołnierzu. A zatem drzewo także ważne i mamy do wyboru biały dąb, ciemniejszy i z wyraźniejszą rzeźbą słojów amerykański orzech oraz najciemniejsze i najmocniej pręgowane zebrano. (Nie ma różnic cenowych.) [10]
Wszystkie trzy pokrętła są duże i czarne (dwa przednie, jedno wierzchnie) i one wraz z tylnym przyciskiem to cała obsługa. I tak obfitsza niż zazwyczaj, gdyż regulacji biasu prawie się nie spotyka, ale we wzmiankowanym iFi PRO z przystawką transformatorową iESL był oprócz krokowego regulatora basu też regulator impedancji o ustawieniach 16/24/64/96 Ohm, także mający istotny wpływ na brzmienie.
Dolny drewniany kołnierz ma przy podstawie czarny rant i na nim napis BLISS, a za lampami w jednym podłużnym bloku schowano transformatory. Lampy 300B są od tej osłony ciut wyższe, a symetryczne rozstawienie dwunastu ma dobry wpływ na psychikę poprzez kojenie symetrią. Nudę z kolei rozwiewają różne tych lamp rozmiary oraz wysmakowana estetycznie konstrukcja korpusu. Całość prezentuje się świetnie, przy czym nie jest krzykliwa, nie ma tu połyskliwych chromów, błyszczą jedynie lampy. Nie ma także pilota, bo potencjometr jest krokowy; konkretnie to dwa 24-krokowe duńskie DACT obsługiwane jednym pokrętłem. We wnętrzu kondensatory od Vishay, Dale, Nichicona i Jantzena, znalazły też zastosowanie transformatory Lundahl (wejściowe) i Toroidy PL (wyjściowe). Obwód, rozlokowany na siedmiu łącznie płytkach montażu powierzchniowego i po części w układzie pająka, jest wzorcowo staranny i z dochowaniem dbałości o krótkość i jakość połączeń.
Pomimo tego ostrzeżenia o po ośmiu godzinach wyłączeniu, a może właśnie dlatego, w każdym razie zadbano, by we wnętrzu nie było gorąco. Co było niełatwe z uwagi na to, że lampy 6ESP wyżyłowano do maksimum, by maksymalnie podnosić głośność. Ta jednak mimo tego nie okazuje się bardzo duża, dla osiągnięcia koncertowych poziomów trzeba jechać potencjometrem daleko za połowę. Ze względu na to pożądana współpraca z przetwornikami i odtwarzaczami o wyjściach mocniejszych napięciowo od tradycyjnych 2V dla RCA i 4V dla XLR; tu nawet 10V nie będzie za dużą wartością [11], ale na wszelki wypadek mamy ten tylny przycisk do obniżania czułości.
Dane techniczne informują poza wielkością i wagą jedynie o rzeczach już wspomnianych oraz konstrukcji dual-mono i klasie A; nie znajdziemy oszacowania pasma przenoszenia, THD ani separacji kanałów, co w części odsłuchowej okaże się bez znaczenia.
Do oszacowań dodano parametr, którego już pominąć się nie da. Wzmacniacze Feliks Audio Bliss kosztują 85 tysięcy złotych. Wbrew pozorom to nie cena zaporowa, wystarczy rzucić okiem na ceny konkurencji. Najdroższy dzisiejszy energizer Staksa to wprawdzie „tylko” 28 tysięcy, ale gdzie tam jemu do Blissa – to „zwykluch” na dwóch małych triodach w stopniu wejścia. HiFiMAN Shangri-La Sr (tak samo na czterech 300B) chce za siebie 190 tysięcy, Metaxas Tourbillon w kompletnym wydaniu 44 tys. euro, sam zalecany bateryjny napęd do MSB The Select krzyczy złowrogo „75 tys. dolarów za mnie!”, komplet z nim żąda 300 tysięcy. (U MSB sekcja wzmacniacza lokuje się wprawdzie w osobnej obudowie, ale pozostaje w nierozerwalnym scaleniu funkcjonalnym z przetwornikiem i przedwzmacniaczem, nie mając nawet potencjometru.)
Zatem u Bliss jest słono, lecz worki soli napędzające elektrostaty mogą być dużo cięższe; zbliżoną cenowo alternatywą będzie znana od lat ViVa Audio STX na dwóch 300B za 88 tys. złotych.
Ceny słuchawek pasujących też mają duży rozrzut: HiFiMAN Shangri-La Sr (ta sama nazwa co wzmacniacza, ale nabywamy oddzielnie) to 20 tys. euro, Stax SR-X9000 oddadzą nam bez targowania za 31 tys. złotych, Dan Clark Audio Corina już za 19 tysięcy, Audeze CRBN II za 6 tys. dolarów, KingSound H4 radykalnie taniej, bo za 1200 euro, a Warwick Acoustics Aperio, Sonoma i Bravura pasują wyłącznie do własnych wzmacniaczy.
[6] Poznałem audiofili, którzy swoich wzmacniaczy lampowych zaczynali słuchać dopiero dobę lub dwie po włączeniu, tutaj to wygląda inaczej.
[7] Tetroda do szerokopasmowego wzmacniania napięć o wysokiej częstotliwości, żywotność ponad 10 000 godzin. Producent Reflektor-Saratów, lata produkcji od czterdziestych do osiemdziesiątych; wg AI odpowiednik amerykańskich 6SN7 o całkiem innym pokroju.
[8] Prawa do historycznych nazw Tung-Sol, Gold Lion i Mullard odkupiono i dziś zamiast amerykańskiej czy brytyjskiej produkcji oznaczają rosyjską.
[9] Stradi oferuje własne kopie klasycznych Western Electric, kwartet za cenę $3000.
[10] Można zamówić inne drzewo, ale wtedy będzie dopłata.
[11] Przykładowo u Theta DS Pro to 7,2V, u Accuphase 4V/6V; regulowane wyjścia podnoszące do 10V napięcie w RME ADI-2 DAC FS; u Gustard R30 to 5,1V na XLR; u Ayon Kronos 5,2V XLR.
Odsłuchy
Wzmacniacz przyjechał z towarzyszeniem słuchawek HiFiMAN Shangri-La Sr, o których będzie następna recenzja. Początkowo dysponowałem wyłącznie nimi oraz własnymi KingSound KS-H3, a więc jednymi i drugimi spoza grona najpopularniejszych. (Tę grupę tworzą same Staksy – Sony, Sennheiser [12], Beyerdynamic, Audio-Technica i inni duzi producenci jeszcze w latach 80-tych porzucili elektrostaty.) W sensie narzędzi odsuchowych Sr i H3 okazały się oddalone bez mała dwubiegunowo: króciutkie porównanie odebrało mi chęć dalszego zagłębiania się w brzmienie H3, mimo iż kiedyś dzielnie stawały przeciwko Stax Omega II Mk2. Czekając na uzupełniające przybycie flagowych Stax SR-X9000 (trzykrotnie tańszych od Shangri-La, ale równie szczytowych technicznie), badałem z tymi ostatnimi. Analizowałem w warunkach… – No tak, o warunkach trzeba się trochę rozpisać. W dodatku nie do końca tak, jak lubię, część nazw muszę utajnić. Zaczęło się od tego, że interkonekt RCA Sulek RED okazał się zadowalający brzmieniowo, lecz za cichy. Wystarczający dla większości płyt, ale przy cicho lub skrajnie cicho nagranych (to zawsze muzyka poważna) już nie dający poziomu koncertowej głośności, a przecież tylko taka jest w pełni miarodajna. Alternatywny Tellurium Q Black Diamond XLR zawiódł natomiast technicznie – ze słuchawkowym wzmacniacze Phasemation pracował bez zarzutu, ale przy odwróconych o 180° gniazdach symetrycznych w Bliss lewy przewód uparcie milczał, co skończy się naprawą [13]. Nie mając innego XLR zmuszony zastałem pożyczać i pożyczyłem prywatnie dwa. To ich nazw nie mogę wymienić, zostałem o to poproszony [14]. Jeden z tych dwóch bardzo stary i uciążliwy w użyciu, drugi niemalże aktualny, też ciężki i o wiele droższy, oba od bardzo znanych marek. One i Sulek utworzyły triadę dramatycznych różnic brzmieniowych, zupełnie jakbym badał nie jeden, a trzy wzmacniacze, albo w tym jednym zmieniał lampy 300B na radykalnie różne brzmieniowo. – Słowo daję, różnice takie, że gdybym na własne uszy nie słyszał, to nie do uwierzenia, co oznacza trzy wnioski:
- Wzmacniacz Bliss jest brzmieniowo niezwykle plastyczny.
- To samo odnosi się do słuchawek HiFiMAN Shangri-La Sr.
- Interkonekty tak mieszają, że już bardziej się nie da.
Przybliżmy teraz te różnice, co już będzie zwyklejsze, ponieważ będą typowe w odniesieniu do sprzętu, tyle że w tym wypadku duże i odniesione do samych kabli. Nietypowe jedynie to, że wszystkie trzy zaistniałe brzmienia były jednako zaawansowane w sensie klasy brzmieniowej, co wcale nie oznacza, że były do siebie podobne, ani tym bardziej tego, że mogłyby się równie podobać tej samej osobie. Mnie z trzech podobały się dwa, ale jedno najbardziej, a trzecie, choć nie bez fascynacji, już tylko przyjmowałem do wiadomości, jako ukazujące inny obraz. I zacznijmy od niego.
Interkonekt John Doe I za przeszło trzydzieści tysięcy jawnie forsował soprany. Z pewnością wypadłby inaczej i całościowo lepiej przy 300B Western Electrica lub Sophia Royal Princess, ale musiał się dogadywać ze Stradi S300B, które są mniej dociążone i nie aż tak na zawołanie naturalne, ale się jeszcze okaże, że mogą takie być. Jednakże z tym IC koncentrowały się, a poprzez nie sam Bliss, na czymś innym – na zachwycaniu rozdzielczością i złożonością brzmienia. Zdolność rozbicia każdego dźwięku na składowe i z nich dopiero formowania całości ukazała się nawet nie niecodzienna, tylko całkiem niespotykana. Zupełnie jakby jakaś specjalna lupa do tego przeznaczona i mrowiące zdziwienie, że można do takiego stopnia. Ale to kosztem wypełnienia, siły basu, prawdziwości średnicy i analogowej całości, jako brzmienie analitycznie niebywałe – skrajnie przenikliwe i drobiazgowe – a poprzez to koronkowe, subtelne, delikatniejsze, bardziej zwiewne i na dodatkową ozdobę efektowne przestrzennie.
Muszę odnośnie tego puścić w ruch słowo „ale”. Bo owszem, brzmienie lżejsze, ale nie takie aż za lekkie. Bo owszem, bez miażdżącego basu, ale z takim całkiem solidnym a nie pustym. Też, jak wszystko tutaj zresztą, super rozdzielczym, z dokładką specyfiki brzmieniowej membran, a tą bardzo dużą, wzbudzającą uznanie. Bo owszem, to brzmienie nie tak analogowe, jak od dobrego gramofonu, ale pod rozdzielczym naskórkiem dostatecznie analogowe, by nie mieć o brak pretensji. Jednocześnie wybitne przestrzennie poprzez dokładne widzenie wnętrz bez naddatku pogłosu, a ta analogowość bez zgęszczania i przyciemniania, także bez ocieplenia. Soprany, mimo fenomenalnej trójwymiarowości, bez śladu złagodzenia – przeciwnie, skrajnie mocne i naturalnie ostre. Suma tych cech pozwalająca na błyskawiczne rozpoznanie jakości danego nagrania, a przykładowo brzmienia dzwonków (choćby w „Czarodziejskim flecie” Mozarta) bezprecedensowo złożone. (Słychać, jak dźwięk się ciska w dzwonie po odbiciach zmieniając formę.) Pomimo analogowości nie dociskanej maksymalnie przepiękne ludzkie głosy, a mimo braku nacisku na bas, zdolność przez niego napełniania dowolnie wielkiej przestrzeni pomrukiem.
Gorsze sprawy to zew tej przestrzeni z umiarkowanym tylko dawaniem poczucia tajemniczości, stereofoniczne przejścia L-P przez głowę słuchającego, a nie przed jego oczami, ogólny aspekt potęgowy średni i więcej samej informacji niż wynikającej z niej ezoterii i czaru. Ale za to złożoność brzmieniowa strun wszelkich na nie widywanych maksimach, a dostrzeganie mikrofonów, poziom szumowy tła i wszelkie fakty pozamuzyczne zobrazowane wręcz niesamowicie. Lecz znowuż nie dosyć miąższu i aromatu, pewien dystans do muzycznego wiru, sama muzyczna esencja nie za specjalnie mocna. Na stronę ogólnego pozytywu z kolei to, że dynamiczne i planarne słuchawki z zakresu tzw. dobrego środka na tle tego w niższej lidze – ich subtelność była tak z tyłu, że już nie była subtelnością. Po stronie z kolei pejoratywu przede wszystkim deficyt analogowej naturalności – czuć było, że to wszystko nienaturalne, przetworzone. Prawie że naturalne i w tym „prawie” fascynujące, jako że owo „prawie” nie poprzez deficyt informacji tylko nieprawdziwe wagi akcentów, gdy samej informacji aż nadmiar względem tego, co zwykle przyjmujemy. Więc ekscytacja nowym, dotychczas niesłyszanym, ale samo lustro skrzywione, muzyka w nim za chuda.
Przejdźmy na drugi biegun. Leciwy kabel John Doe II, oferowany jako nowy dziesięciolecia temu, przytłaczał własną wagą, zdolną wyrywać gniazda ze sprzętu, ale bardziej czymś innym. Podpiąłem go i zbaraniałem, albowiem on to sprawił, że wszystko złe opisane wyżej przeistoczyło się w dobro. Już wcześniej było lepiej, gdyż po użyciu wygrzewającej [15] płyty Enacom dźwięk przy poprzednim kablu się dociążył, jeszcze poprawił trójwymiarowość i na rzecz tajemniczości ściemniał, a na rzecz analogowości zyskał polor doskonalszej ogłady – ale to teraz było inne, inne było zupełnie. Właśnie że dociążone, z mocnym, wręcz potężnym akcentem basowym, niższe tonalnie, z aromatem, z miąższością oraz wdziękiem, a nade wszystko naturalnością. Przy zachowaniu podstawowego waloru, jakim u elektrostatów jest nawał informacji pośród wzorcowej rozdzielczości, dostałem przydział dociążenia jak od topowych dynamicznych [16] i naturalizm generalny, że o lepszy już trudno, a właściwie się nie da. (Chyba że jakieś ekstra kolumny.) W momencie dotarło do mnie, że lampy Stradi S300B wcale nie muszą grać lżejszym dźwiękiem o akcencie na przestrzeń, że mogą równie gęsto i naturalnie jak Western Electric czy Sophia Royal Princess, wystarczy dobrać interkonekt. Zapewne nie on sam wystarcza, bo mój odtwarzacz ma zapas basu, że prawie żaden nie ma, ma też modelujący cień trzeciego wymiaru, sprzedaje miąższość i analogowość, w zasobach ma też czar. Ale poprzedni interkonekt to wszystko w części zanegował, gdy ten z kolei uwypuklał – i pozostając przy nim dobierzmy Stax SR-X9000, które właśnie zjechały.
Spędziłem z nimi kilka godzin i mógłbym teraz przedłożyć długi referat o ich odmiennościach względem Shangri-La Sr, lecz to odłożę do czasu recenzji tych ostatnich, tu jedynie wzmiankując, że ku memu rozczarowaniu raz jeszcze dużo droższe okazały się lepsze. Nie zawsze tak się dzieje, w związku z czym miałem nadzieję na równość jakościową między tak różnymi cenowo, ale tak się nie stało, mimo iż na ostatnim AVS wcale mnie te Shangri-La Sr nie porwały. Co jednak tylko świadczy o nieodpowiednich tam źródłach i też najpewniej interkonektach, gdy tu było inaczej. Szczegóły odkładamy do kolejnej recenzji, a teraz tylko strzępki oraz dokładne omówienie, co dawał trzeci interkonekt.
„Dokładnie” nie oznacza w tym wypadku „długie”, ponieważ różnice między nim a John Doe II nie okazały się duże, sprowadzające się głównie do tego, że Sulek RED bardziej cisnął soprany. Do wszystkich dań muzycznych sypał o garstkę więcej sopranowej gorączki, co miało dwa wymiary przyjemnościowe – pozytyw i pejoratyw. Popadłem w stan bardzo przez siebie nielubiany, gdy słuchając przy jednym brakowało mi czegoś z drugiego. – Przy John Doe II tej sulkowej sopranowej ozdoby, przy Sulku cięższej konkretności tamtego. W zależności od rodzaju muzyki stopnie tych braków się zmieniały, nie zmieniało natomiast całościowe podejście, jako takie, którego nie lubię. Albowiem nie szło to w stronę stanu: „To ładne i to ładne, można sobie wybierać”, tylko: „Tu tego brakuje, a tu tego, jedno i drugie nieidealne”. Ale dość szybko okazało się, że John Doe II bardziej pasuje do stylu elektrostatów – jego minimalny deficyt sopranów łatwiej było przeboleć od mniejszej siły grawitacyjnej Sulka. Przy czym musimy się dobrze zrozumieć: „deficyt sopranów” nie oznacza wcale, że saksofony, sopranistki, trąbki, organy i cokolwiek innego, co ma potężne soprany, nie ciągnęło do maksymalnej góry. Ciągnęło jak najbardziej, że już dalej się nie da, a jedynie przy Sulku zjawiała się tu i ówdzie dodatkowa sopranowa posypka, czyniąca dźwięki na średnicy wyższymi, lżejszymi i nośniejszymi w porównaniu do tamtych, co niekiedy się mogło podobać, lecz częściej podobało mniej. I co było zaskakujące, bo Sulek RED zwykł dociążać, podczas kiedy przy Bliss minimalnie na odwrót względem najlepiej pasującego. Jaki w tym udział tego, że tamten był symetryczny, Sulek nie, tego nie umiem powiedzieć, zeznaję jedynie jak było.
Rzućmy na koniec za siebie wszystkie te porównania: wybrawszy optymalne słuchawki i optymalny kabel spędziłem długi wieczór w świecie elektrostatów. Powiedzieć, że udany, byłoby niedomówieniem. – On był fascynujący. Największe wrażenie wywarł klasyk spośród klasyków – Toccata d-moll Bacha [17] z kościoła Coral Ridge Presbyterian spod palców Simona Prestona. Zdumiewająca mieszanka piękna i potęgi oraz brzmieniowej różnorodności poprzez dramatyzm przejść i skalę instrumentu. Powaga rangi kosmicznej, format absolutnego geniuszu, akustyka niewiarygodna. Dźwięk tak prawdziwy, że nieprawdziwy, realizm iście metafizyczny. Dotknięcie Absolutu z uświadomieniem tego, że wszystko jest zupełnie inne, niż na co dzień się zdaje. Seans odrealniający realność, tak ceniony przez filozofów ze szkół egzystencjalnej i fenomenologicznej, jako że tylko on jest w stanie odsłaniać rąbek prawdziwego Bytu nam, istotom tak wąsko świadomym. W tym wypadku uwznioślający i obdarowujący Pięknem, podczas gdy zwykłym ludziom dawany zwykle poprzez ból, jako doznanie wyrywającego z normalności nieszczęścia – utraty zdrowia lub bliskiej osoby. Dwa więc bieguny odrealnienia – ten straszny i ten porywający; który woleć, wiadomo. A można przeżyć życie letnio – wakacje, grillek, piwko i paplanina w Internecie o własnej wyższości. Audiofil nie jest na to zdany, ma swoje narkotyki i narkozy. Ma narzędzia do grania na własnych emocjach, nie jest zdany na łaskę losu ani wytężone namysły [18]. Ale te narzędzia są różne – są lepsze i są gorsze. Wzmacniacz Bliss ze słuchawkami Shangri-La samymi nazwami określają rolę: Bliss oznacza ekstazę, a Shangri-La krainę wiecznego szczęścia i harmonii. Krainę położoną wysoko, i w rzeczy samej Bliss z Shangri-La wynoszą na wysokości. Wynoszą na obszary wielkich połaci muzyki odczuwanej jako prawdziwej, pozwalając spotykać prawdziwych ludzi – ich głosy, kompozycje, instrumenty. Specyfika tutejszej wyższości została już opisana – to istny natłok informacyjny i popis rozdzielczości – a o maksymalną prawdziwość tego trzeba się trochę postarać (o ile to na prawdziwości nam najbardziej zależy, no bo przecież nie musi). To jest do zrobienia, nie takie rzeczy audiofile robią. Częstokroć muszą wyciskać cuda ze sprzętu cudem niebędącego, a tutaj cud gotowy, trzeba go źródłem i kablem dopełnić.
Przed podsumowaniem pewna uwaga odnośnie elektrostatów, od zaistnienia uważanych za słuchawki najlepsze. Ale na tej pozycji częstokroć podważanych, poczynając od końca lat 80-tych, kiedy te AKG i Sony, a teraz jeszcze częściej pod naciskiem takich konstrukcji jak Spirit Torino Valkyria, T+A Solitaire P czy RAAL Immanis albo SR1a True Ribbon. Sam twórca królujących w tej recenzji HiFiMAN Shangri-La Sr (nierzadko uważanych za najlepsze w swojej domenie bądź najlepsze w ogóle) wyraził w jednym z wywiadów opinię o nieistnieniu jakościowych różnic pomiędzy nimi a planarnymi HiFiMAN Susvara; jedynie Shangri-La bardziej dla tych, którzy lubią sopranową misterność, kiedy Susvary dla wolących cięższe gatunki brzmienia.
Z kolei stanowisko moje. Opierając się na tym, że przy wzmacniaczu Bliss, a wcześniej przy transformatorach LST z kolumnowymi wzmacniaczami, wcale nie grały elektrostaty lżej ani zwiewniej od innych rodzajów słuchawek, stwierdzam, że tak naprawdę nie chodzi o lekkość i przesuwanie ku sopranom, ponieważ tak może się dziać, ale dziać się nie musi. Słuchawki Stax SR-009 (poprzednik SR-X9000) to przy dedykowanym wzmacniaczu samego Staksa faktycznie taniec duchów, ale przy transformatorze LST już prawidłowo dociążone granie, tyle że ultra szczegółowe i ultra rozdzielcze. (A w takim razie lepsze!)
– I przechodząc do sedna: Specyfika elektrostatów wcale nie polega w ostatniej instancji na delikatności i zwiewności; ich całościowy muzyczny wyraz może być równie potężny, ale ich tkanka muzyczna składa się z drobniejszych komórek, i to one wywołują wrażenie, że jest delikatniej. Podczas kiedy utkana z tych drobin całość może być równie potężna, ale nie będzie taka, kiedy kupimy Stax SR-X9000 z dedykowanym wzmacniaczem SRM-T8000 i połączymy ten wzmacniacz z pierwszym lepszym cyfrowym źródłem pierwszym lepszym interkonektem. Wtedy tak na pewno nie będzie, wyłączając szczęśliwe trafy. Dlatego Sennheiser wolał w popisowym zestawie HE 1 scalić układ wzmacniacz-przetwornik, co w dużym stopniu zapobiega. Bliss jest tutaj narzędziem pokrewnym, zarazem szerszym stylistycznie. W jednych układach daje zwiewność, w innych potęgę i dociążenie. Można sobie wybierać, a sam wybrałem dociążenie, jako ewidentnie prawdziwsze.
[12] Ten rocznicowo powrócił w 2015 modelem HE 1, gdzie słuchawki i wzmacniacz stanowią nierozerwalny komplet za 379 tys. PLN.
[13] Interkonekty u recenzentów są wiecznie przełączane, nie ma niczego osobliwego w tym, że zawiódł wciąż wykręcany i wyginany sztywny przewód.
[14] Żebyście nie wiedzieli, który to przewód tak genialny, żeby nie zniknął z wtórnego rynku.
[15] Złe określenie, właściwsze byłoby „docierającej”. A niezależnie od nazwy przepuszczającej przez system energię o nietypowej modulacji.
[16] Dość częste przekonanie, jakoby najpotężniej brzmiały planary, jest niesłuszne.
[17] Są wątpliwości, czy to oryginalny utwór Bacha, bo może tylko jego transkrypcja organowa starszego utworu skrzypcowego, a może w ogóle kompozycja kogoś innego, kto przepadł w mrokach historii. Ale te wątpliwości są bledziutkie, nie znaleziono nikogo takiego, do kogo utwór bardziej by pasował typem organizacji kompozycyjnej i przede wszystkim skalą talentu. Faktem jedynie, że najstarszy znany rękopis nie wyszedł spod ręki Bacha.
[18] Fenomenolodzy się natężali, usiłując badawczo oczyszczać pola świadomości z jakichkolwiek interpretacji, by poprzez to docierać do całkowicie czystych, nagich danych zmysłowych. Co już teoretycznie wydaje się trudne, a praktycznie niewykonalne; na dodatek jałowe, bo same zmysły interpretują. (Jeszcze jak!) Jednocześnie wielu filozofów i teologów skłaniało się ku temu, że doznawanie Piękna, w tym tego muzycznego – może nawet tego najbardziej – jest właśnie takim niezapośredniczonym docieraniem do Absolutu. (Poglądu nie podzielam, ale tkwi w nim pewna racja.)
Podsumowanie
Wiele nie będzie do dodania, gdy w pierwszym zdaniu rzucę, że wzmacniacz należy do ekstremalnych. Już (wyartykułujmy to szczerze) z nienajlepszymi możliwymi lampami cieszył najwyższą jakością, co zrazu brzmi paradoksalnie, ale starczyło się postarać tę nienajlepszość skompensować doborem źródła i interkonektu, by doskonałość się wyłoniła. To było ekstremalne granie, pod ważnymi względami aż niemożliwe do przebicia. Rozdzielczość i szczegółowość na niebotycznych szczytach, a chociaż takie zarzekanie zawsze będzie wątpliwe, to w świecie aktualnie produkowanego słuchawkowego audio nie odnajdziemy lepszych, co najwyżej dorównujące. Też pozostałe parametry klasyfikacji jakościowej, w szczególności przestrzenność i zakres akustycznego pasma, obracały się na wyżynach, same soprany absolutnych. A zatem całościowo świetnie, lecz nie bez pewnego „ale”. Przypomina o sobie wzmiankowany deficyt mocy: osiąganie estradowej głośności będzie możliwe tylko za pośrednictwem interkonektu XLR bądź przy użyciu przetwornika lub odtwarzacza o podwyższonym prądzie wyjściowym. Praktycznie to żaden problem, zwłaszcza że łącza XLR utarło się uważać za lepsze (nieprawda, ale utarło), trochę zachodu będą mieli jedynie posiadający ulubiony interkonekt o złączach RCA i źródło dźwięku niskoprądowe – tacy będą zmuszeni zmieniać. Ale czegóż się to nie robi w pogoni za najlepszym dźwiękiem, coś takiego to przy innych zabiegach fraszka. W nagrodę te ekstrema, można się kąpać w jakości. Do czego dochodzi jeszcze efektowność wyglądu, maszyna prezentuje się nadzwyczaj okazale. Dochodzi też zabawa z odmiennościami brzmieniowymi poprzez warianty 300B; tu się wyłania całe stado lamp uważanych za najlepsze: Western Electric, Takatsuki, Emission Labs, Sophia Electric, Ray Tubes, Elrog, KR-Audio, a nawet samo Stradi, ze swoimi kopiami klasycznych 300B WE. Naprawdę będzie w czym wybierać, a jako użytkownik triod mocy 45’ zazdroszczę takiej obfitości, bo diabli wiedzą, co tam jeszcze w triodowych zakamarkach się skrywa. Dochodzi oprócz tego pokrętło regulacji biasu. Ono może się przydać w zależności od potrzeb do łagodzenie bądź podostrzania dźwięku, poszerza też kompatybilność odnośnie najdawniejszych elektrostatów, których też będzie można nostalgicznie posłuchać. Pozostaje gromkie: „Witamy!” Przyjmujemy na łono audiofilskiego ekstremizmu najnowszy, bardzo wyszukany wzmacniacz dla entuzjastów elektrostatów – wyżyłowany jakościowo, z wąskiego grona elitarnych.
W punktach
Zalety
- Pod ważnymi względami mamy tu absolutny top.
- Rozdzielczość i szczegółowość takie, że nie ma lepszych.
- A ta rozdzielczość dotyczy także sceny – nie tylko rozczytania dźwięków, ale też separacji źródeł.
- W efekcie także scena doskonała jak mało która.
- A kiedy się postarać o oprawę sprzętową, będzie to nie tylko subtelne, ale też mocne granie.
- Dociążenie może być stuprocentowe.
- Bas poprzez to bardzo mocny.
- Dynamika popisowa.
- Analogowość tak samo.
- A więc nie tylko klasyczna, uwodząca tak wielu elektrostatyczna szmerowość, ale też atrybuty popisowe przypisywane innym typom słuchawek.
- W tym całościowa potęga brzmienia, tak potrzebna muzyce przy najróżniejszych okazjach.
- Najmniejszych śladów studzenia atmosfery czy przesadnego dodawania pogłosu – żadnego chłodu, przyjemny klimat.
- O to trzeba trochę powalczyć, ale biologiczność postaci również może być całkowita, a w połączeniu z nadzwyczajnej jakości dykcją, osobowości są wyraźniejsze nawet od poczytywanych za świetnie oddane.
- Summa summarum wokaliści mogą być uwodzicielscy i jak prawie nigdy autentyczni.
- Uwodzicielski też sam wygląd wzmacniacza, można się napawać widokiem.
- Dwanaście w sumie lamp, ale nie musimy się na te lampy jakoś szczególnie wykosztowywać, obejdzie się bez muzealnie rzadkich NOS.
- Moc brana z 300B to arystokracja brzmieniowa.
- Zadbano o kompatybilność: są oba typy elektrostatycznych wtyków oraz szeroka regulacja biasu.
- Konstrukcja w pełni symetryczna.
- Klasa A.
- Dwa krokowe potencjometry DACT (regulowane jednym pokrętłem).
- Same markowe podzespoły.
- Zabezpieczający przed uszkodzeniem profesjonalny kejs transportowy.
- Wzorcowa staranność wykonania.
- Produkt od znanej i cenionej marki.
- Made in Poland.
- Sprawdzona, bardzo fachowa dystrybucja.
- Wyróżnienie „Ryka Approved!”
Wady i zastrzeżenia
- Drogo, a nawet bardzo.
- Uzyskanie estradowej głośności tylko via łącza XLR lub poprzez sygnał wejściowy o nadnormatywnym woltażu. (A i tak trzeba z potencjometrem pojechać za połowę.)
- Miękki start, ale w mojej opinii jednak trochę zbyt prędki.
- Dotykowy przycisk rozruchu narażony na przypadkowe dotknięcie.
- Lampy mocy w obsadzie sprzedażowej są dobre, lecz nie optymalne.
Dane techniczne:
- Typ urządzenia: lampowy wzmacniacz słuchawek elektrostatycznych
- Lampy: 4 x NOS Reflektor-Saratov 6ESP (6Э6П-E); 4 x EL-34; 4 x 300B
- Wzmocnienie: 250x
- Impedancja wejściowa: 10 kΩ
- Bias gniazda PRO: 240 – 700 V
- Bias gniazda Normal: 120 – 350 V
- Wejścia: 2 x RCA; 1 x XLR
- Wyjścia: 1 x gniazdo Normal; 1 x gniazdo PRO
- Potencjometr: 24 krokowy DACT
- Pobór prądu: 250 W (max)
- Czas rozbiegu: 1 minuta
- Maksymalny czas pracy ciągłej: 8 godzin
- Wymiary: 470 x 479 x 295 mm (z lampami)
- Waga: 26 kg
- Opakowanie: profesjonalny kejs
Cena: 85 000 PLN
System
- Źródło: CD Cairn Soft Fog V2
- Słuchawki: HiFiMAN Shangri-La Sr, KingSound H3, Sennheiser HE90, Stax SR-X9000
- Wzmacniacze słuchawkowe: Dubiel Audio Euridice, Feliks Audio Bliss
- Interkonekty: Sulek RED RCA, Tellurium Q Black Diamond XLR, plus 2 x John Doe XLR
- Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Sulek 9×9 Power
- Listwa: Sulek Edia
- Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS
- Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Solid Tech „Disc of Silence”














samo podsumowanie sie ciezko czyta..
W sensie że?
The gain is way too low,250,normal gain is 1000 for these type of amps and thats the big problem here. NOT ENOUGH GAIN. The 8 hours is also a big NO NO as well. They need to remake this amplifier with 4 times the gain, its a lot of money for such low gain.
There is no way to achieve such gain with this tube configuration; with an XLR interconnect it is quite sufficient. Eight hours of continuous operation too.
Hence my comments they need to redesign the amp, designers of great electrostatic amps have noticed this issue, low gain is a recipe for damage to headphones..please see here…https://www.head-case.org/forums/topic/34034-feliks-audio-bliss-so-much-stupidity/
Spritzer is self-righteous guy, who think, that only he and Gilmore are competent. That’s not true. That’s stupidity ideed. Don’t be so arrogant, Spritzer, yours amplifiers are not so good you think, if they are like Gilmors.
I like Feliks amplifiers they are excellent but I believe they have made a design mistake here,others have complained about the low gain,they need to fix it and fast. Please increase the gain..https://www.head-fi.org/threads/the-stax-thread-iii.677809/page-1982#post-18944450
Typical smear campaign. My shit is better than your marvel.
And one more important thing – this constantly repeated opinion about imitating Megatron. Nonsense. I reviewed the Bliss prototype many years ago, and it stayed with me for a long time. Just take a look at the photos of the interior.
Hi I think Herbert raises a very important thing, I have tried this amp in the UK and the gain is weak,too much for my liking. Feliks need to take note of this.This could cause problems of over driving the amp.
I tried it at Hifonix UK in Birmingham, the gain was far too weak,Feliks sort this out,this is not what the company normally produces.
The real problem would be if you couldn’t get concert volume from an average CD. And that would indeed be the case if the CD (or streamer) only had RCA outputs. For devices with XLR outputs, this is not a problem, as the volume is sufficient and there is no distortion. Feliks Audio worked hard on this problem, replacing the ECC83 control tubes with Russian NOS Reflektor-Saratov 6ESP (6Э6П-E) tubes, which was partially successful. Of course, it would be better if the power were greater, but in return we get a beautiful poetic sound that is unattainable for all of today’s Stax amplifiers, among others. A classic trade-off. It is not easy to force 300B tubes to drive electrostatic headphones, and that was the main intention. They would probably have done better using Emission Labs 300B XLS, but unfortunately, that did not happen.
Thanks for the detailed reply, I think Feliks will have a problem here as for this amp to sound louder the buyer would have to use XLR outputs and a high output DAC,this makes compatibility a problem.I hope they see this and do a mark 2 etc..Thanks.I too have looked forward to this lovely amp.Regards Edward