Recenzja: Pathos Aurium

pathos-aurium-hifi-philosophy-013   Ilość obecnych na rynku wzmacniaczy słuchawkowych budzi najwyższe zdumienie. Pamiętam czas, gdy nie było ich wcale i kto chciał przez słuchawki, musiał je wtykać do dziurki w odpowiedniej integrze (nie wszystkie takie miały), albo ściągać z zagranicy nie oferowane u nas słuchawki Stax z własnym wzmacniaczem lub adapterem. Potem, gdzieś na początku lat 90-tych, było tych wzmacniaczy słuchawkowych już trochę, ale może tak z pięć. Sam kupiłem Pro-Ject Headboxa i mam go do dzisiaj, a wówczas służył jako alternatywa dla Staxów z Sennheiser HD 600. Potem to rosło, rosło – i w efekcie dzisiejsza ilość urządzeń zdolnych pogonić słuchawki przekracza możliwość wyliczenia. Każdy nowszego typu smartfon to umie, a zbiorowisko odtwarzaczy przenośnych i różnej wielkości specjalistycznych wzmacniaczy solo bądź wbudowanych podobnie jest wielka. W tej sytuacji wybór odpowiedniego napędu słuchawek przypomina wędrówkę po lesie w poszukiwaniu najodpowiedniejszego by pod nim odpocząć drzewa, czyli najczęściej jest przypadkowy. Coś wpadnie w oko, coś się samo nawinie, jakiś kolega coś chwali, albo jakaś recenzja – to kupujemy i się nie zastanawiamy, a potem nierzadko klapa. Bo okazuje się, że coś tańszego a lepszego było można, albo własne słuchawki z danym akurat nie bardzo, lub jakiegoś przyłącza brakuje, komputerowe źródło się nie sprawdza – i mnóstwo jest innych powodów, przez które coś może pójść nie tak. Co zatem czynić? Oczywiście czytać zawczasu recenzje. Ale kto, na Boga, ma czas wszystkie przeczytać? Fakt, nikt nie ma. A zatem i tak jazda w ciemno. W mgłę sprzętu nieznanego, który może okazać się świetny, ale wcale nie musi. Wobec tego, czemu nie Pathos? – Słucham? – Bo taki patetyczny? E, nie – taki bardzo patetyczny to on nie jest, chociaż trzeba przyznać, że mocno się chwali.

 

Pochwała Pathosa

Włoska firma Pathos Acoustics ma nam do powiedzenia o sobie same najlepsze rzeczy. Niczym kramarz z dawnego targu drogę zastępuje i pod nos swój towar przedkłada, polecając jako najlepszy. Ten styl sprzedaży zasadniczo już minął i gdy wchodzisz przykładowo do takiego Appla czy Sony, nikt ci drogi nie zastąpi i za rękaw nie ciągnie. Najwyżej łypnie z ukosa i po stroju oceni, czy żeś wlazł tylko oglądać, czy może jest szansa na zakup. W drugim wypadku może się ruszyć i zagadnąć, ale bez żadnego narzucania: – W czymś pomóc?

storia_2Ale Pathos Acoustic ma podejście dawniejsze – drogę ci zastępuje i powiada, że w 1994 roku zebrało się trzech przyjaciół, z których jeden – Gianni Borinato – miał w zanadrzu rewelację w postaci nowego schematu wzmacniacza i potrzebował pomocy do jego rynkowego wdrożenia. W efekcie cała trójka: Gaetano Zanini, Gianni Borinato i Paolo Andriolo skonstruowała prototyp i założyła w historycznym (jak niemal każde) włoskim mieście Vicenza firmę Pathos Acoustic. Nie obyło się przy tym bez perypetii – pierwszy prototyp się sfajczył – ale zanim to zrobił zdążył zagrać na tyle pięknie, że rezygnacja nie wchodziła w rachubę. Tak więc dopięto swego i firma weszła na rynek, a oferowane przez nią wzmacniacze oparto na opatentowanej w międzyczasie technologii INPOL (Inseguitore a Pompa Lineare, czyli z angielska Linear Pump Tracker). W nawiązaniu do tego, pierwszy produkt rynkowy nazywał się Pathos Inpol One (albo po prostu One), a skalę epokowość swego wynalazku Pathos stawia na równi z wynalezieniem lamp elektronowych czy tranzystorów. Ogólnie biorąc chodzi w nim o mikroprocesorowe dopasowywanie siły wzmocnienia i biasu, co w hybrydowym obwodzie (z czystą klasą A i o pełnej symetrii) pozwala na optymalizację udziału lamp.

Jak się nietrudno domyślić, całe przedsięwzięcie znalazło szczęśliwy finał – wzmacniacze Pathosa zyskały uznanie i nagrody, a przede wszystkim odniosły rynkowy sukces. Siedzibę firmy dwa razy trzeba było przenosić do większych budynków i dziś, jak sugerują zdjęcia, prezentuje się naprawdę okazale. Cały czas technicznym fundamentem jest ten założycielski obwód INPOL – bez przerwy doskonalony – i wciąż głównym produktem wzmacniacze, ale pojawiły się też przetworniki i wzmacniacze słuchawkowe.

Darujmy sobie opowiastki, jak bardzo obwód INPOL na rynku zamieszał i jaki jest dobry; wspomnijmy jedynie, że filozoficznym przesłaniem Pathosa jest wierność muzycznym oryginałom, czyli – można rzec – stara śpiewka. Wszyscy o sobie tak mówią, ale najwyraźniej wzmacniacze Pathosa tej wierności swoim sukcesem dowiodły, tak więc nie jest to gołosłowie. Nie omieszkał także dumny z siebie producent zaznaczyć, że jego wzmacniacze są najlepsze ze wszystkich, a do tego ich wygląd pozwala „słuchać z otwartymi oczami”, co jest niewątpliwym przytykiem pod adresem tych, którzy w odróżnieniu od Włochów mniej o estetykę dbają.

produzione_14Chciałoby się w tej sytuacji móc przetestować cały potencjał obwodu INPOL, z tą jego integralną symetrycznością i posażny gabarytami zdolnymi objawić duży kawał tej zadbanej estetyki, ale na początek trafiamy na coś skromniejszego lecz za to tańszego – wzmacniacz słuchawkowy Pathos Aurium – tańszy z dwóch przez Pthosa oferowanych.

Budowa

Włoski kunszt inżynieryjny i artystyczny: Pathos Arium.

Włoski kunszt inżynieryjny i artystyczny: Pathos Aurium.

   Aż nie wiadomo od czego zacząć, tak podobno wszystko jest świetne. Ale może zacznijmy od efektownego, jak twierdzą, wyglądu.

Tak samo jak u dopiero co recenzowanego Questyle wygląd ten oparto na kontraście prostokątów i kółek, tyle że jeszcze mocniej. Tak w ogóle, to można o estetyce XX i XXI wieku powiedzieć, że miotała się pomiędzy kółkami a prostokątami. Szczególnie dobrze jest to widoczne u karoserii samochodowych, wśród których raz panowała moda na obłości, a raz na kanty. Obecnie jest to mieszanka łagodniejszych w odbiorze, spoufalających ze sobą dotykową łagodnością krągłości i wywołujących atawistyczny niepokój ostrych załamań, o które w pierwotnym środowisku można się było zranić, toteż koncentrowały uwagę. Na tej koncentracji bazuje też powierzchowność Pathosa, łagodząc w znacznym stopniu niepokojącą kanciastość masywną bryłą i kółkiem potencjometru. Tak samo jak wielki Headtrip, tyle że w mniejszej skali, budzi zaufanie odejściem od spłaszczenia panelu przedniego, kojarzącego się tu bardziej z masywnością. Forma okazuje się prosta, ale nie nudna. Satynowa czerń wykończenia nie powoduje ześlizgiwania się wzroku ani efektu odbicia, trzymając nas mocno przy sobie, a podświetlane na niebiesko podłużne indykatory grają z karbowanym, daleko wysuniętym i pustym w środku kółkiem potencjometru w grę nowoczesnej stylistyki. Na estetyczną dokładkę kółko to przypomina jakiś iluminator; w jego obwodzie znalazła się bowiem szybka, a choć nic przez nią nie widać, to kojarzy się z patrzeniem, a nawet po trosze z lunetą. W sumie jest więc modernistycznie, i nawet bardzo, a całość można odnosić w sporym stopniu do estetyki polskiego plakatu z lat 60-tych i 70-tych.

Od strony użytkowej też wszystko wydaje się udane. Podłużne indykatory podświetlają się łagodnym błękitem, a umieszczone pod nimi dwa przyciski są prawie niewidoczne. Prawy odnosi się do nich i krąży po wejściach, a lewy to przycisk »Standby« z odnośnym czerwono/zielono (też łagodnie) świecącym światełkiem. Potencjometr chwyta się pewnie, a chociaż chodzi gładko, to łatwo można ustawić żądaną wartość, gdyż narastanie nie jest strome. To efekt działania drugiego potencjometru, umieszczonego z tyłu. Ten ma wprawdzie małe pokrętło, ale również o łagodnym przyroście, umożliwiając wstępną regulację, a przy okazji redukcję ewentualnego brumu. Obok niego jest pokrętło wyważenia kanałów z zaznaczoną przeskokiem pozycją centralną, a poza tym wtyk zasilania, trzy pary wejść RCA i jedno RCA wyjście, a także po jednym wejściu i wyjściu XLR.

Bryłą Arium choć nie tak wysublimowana jak jego więksi braci, to i tak robi bardzo wysmakowane wrażenie.

Bryła Aurium, choć nie tak wysublimowana jak u jego większych braci, robi bardzo pozytywne wrażenie.

Wzmacniacz może zatem być przedwzmacniaczem – i nawet symetrycznym – a sama przydana mu funkcja wzmocnienia jest naprawdę imponująca. Pomimo niewielkich gabarytów to aż 3,6 W przy zaledwie 16 Ohmach, czyli naprawdę dużo. Może więc z łatwością wysterować nawet HiFiMAN HE-6 i im podobne prądożerne bestyje, czego bez trudu podczas testu dokazał. Osobna kwestia to kabel zasilający, ponieważ jest na wyposażeniu i posługuje się zasilaczem, co wydatnie obniża koszty eksploatacji, czyniąc zakup dobrego kabla zasilającego niepotrzebnym. Ale można takiego użyć – w sekcji redukcji napięcia jest gniazdo zasilania a nie zamontowany na stałe przewód do gniazdka.

Wróćmy na moment do estetyki, gdyż została nam górna powierzchnia. A w niej dużo dziurek wentylacyjnych, a także dwie większe z tyłu, z których wystają lampy. To małe triody ECC88, pełniące rolę sterowników dla audiofilskich tranzystorów MOS-FET, stanowiących źródło mocy obwodu INPOL, znanych powszechnie z lampowego brzmienia. Cały środek poza dwoma transformatorami to jedna płyta obwodu drukowanego, w którym znalazło się też miejsce na lamp. Te wystają ciekawie, bo wokół otworów są ozdobne pierścienie, a z nich ku górze poza samymi lampami strzelają po trzy pełniące rolę osłon skrzydełka. Wraz z kanciastością, proporcjami obudowy, podłużnymi indykatorami i kształtem pokrętła to najbardziej charakterystyczny wyróżnik wyrobów Pathosa. Jest jeszcze jeden, tu nieobecny – to boczne radiatory modelowane w napis PATHOS, stosowane jedynie w dużych, wymagających ich użycia wzmacniaczach.

Od strony czysto technicznej urządzenie może się pochwalić nie tylko dużą mocą, ale też wyjątkowo szerokim pasmem przenoszenia 10 Hz – 80 kHz, jak również dość niskimi przy obecności lamp zniekształceniami, poniżej 0,1 %. Waży 3 kilogramy, gabaryty ma średnie, a kosztuje 5500 PLN. To kolejny moment, przy którym warto się chwilę zatrzymać. Za siedemdziesiąt procent tego Questyle dodaje do wzmacniacza przetwornik, który u Pathosa musimy nabyć oddzielnie za dodatkowe 3000 PLN, co sumarycznie wypadnie dwa razy drożej.

Dbałość o detale włoskich twórców musi budzić uznanie.

Dbałość o detale musi budzić uznanie.

Mniej również kosztuje oparty na samych lampach wzmacniacz PhaSt – nie tak mocny, ale też mocny. Z kolei tranzystorowy SPL Phonitor, zasobny w niespotykaną gdzie indziej gamę regulacyjnych możliwości w oparciu o procesory akustyczne, jest droższy, ale nie jakoś wyraźnie. W pobliżu kręcą się mniejszy Trilogy, Sugden, różne kombinacje wieżyczek ifi i cała masa innych konstrukcji. Nic innego zatem Pathosowi nie pozostaje, jak zagrać pięknie, a nawet przepięknie, bo inaczej do diabła z nim i nie ma o czym gadać. Wobec tego posłuchajmy.

 

 

Odsłuch: Przy komputerze

W kwestii funkcjonalności urządzenie posiada na froncie minimalną porcję manipulatorów: włącznik, przełącznik źródeł i potencjometr.

W kwestii funkcjonalności urządzenie posiada na froncie minimalną porcję manipulatorów: włącznik, przełącznik źródeł i potencjometr.

   Podpiąłem przedmiot badań do przetwornika Ayon Sigma, który jest wprawdzie z wyższej ligi, ale to tylko lepiej. Dzięki temu łatwiej granice odnaleźć; a może brak takich granic – i w razie tego owacje. Podpiąłem na dwa sposoby, to znaczy dwoma kompletami analogowych kabli: symetrycznym Tellurium Q Black Diamond i niesymetrycznym Acoustic Zen Silver Reference. Kilka wstępnych prób pokazało, że z Tellurium gra to minimalnie lepiej, tak więc dalsze testy odbyły się z jego udziałem. Symetryczność nie miała przy tym znaczenia, bowiem gniazdo słuchawkowe Phatos ma jedno i jest ono niesymetryczne. Użyłem także, dla świętego spokoju, lepszego kabla zasilającego – Acoustic Revive Triple C – i samych wysokiej klasy słuchawek, no bo skoro taki jest dobry… A, bym przeoczył – nie omieszkałem także wymienić lamp. Oryginalne są typowe dla współczesnej produkcji, to znaczy zastąpienie ich dawnymi daje wyraźną poprawę. Najpierw wypróbowałem Philips SQ, które ostatnimi czasy ostro pną się cenowo, a potem Valvo. Philipsy grały cieplej, ale mniej dynamicznie i nieznacznie mniej przejrzyście, toteż bardziej prawdziwie brzmiące Valvo zostawiłem. W końcu skoro Phatos stawia na wierność oryginałom, niech ma.

Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio)

Można sobie z tej włoskiej celebry marketingowej żartować, ale z samego wzmacniacza już nie wypada. Z wysokiej klasy parą lamp (chociaż są jeszcze lepsze) i odpowiadającymi ceną słuchawkami (podrasowanymi na dodatek lepszym kablem), pokazał świetną mieszankę tranzystorowego i lampowego stylu, czyli dokładnie to, co obiecywali twórcy.

Zdecydowanie więcej dzieje się na tylnym panelu.

Zdecydowanie więcej dzieje się na tylnym panelu.

Zagrały te Beyerdynamiki przejrzyście, a jednocześnie z wyczuwalną obecnością medium. Bez jakiegokolwiek przymgławiającego zgęszczania, a jednocześnie z oddaniem atmosfery akustycznej, czyli wyczuwalnymi ruchami muzyków, namacalnością wibracji strun i pracy klawiszy, z szelestami ubrań i najmniejszym choćby skrzypnięciem podłogi czy mebla. To nie była aż taka „pneumatyka” ruchów powietrza jak z Headtrip, z którym wyczuwalne różnice ciśnień wręcz się narzucały, ale duża porcja tego typu zjawisk w całości przekazu niewątpliwie się pokazała. Oczywiście zasadniczo go to wzbogacało, czyniąc prawdziwszym i mocniej oddziałującym. Poczucie bycia „tam” pojawiło się z dużą siłą nawet przy zwykłych plikach z YouTube – odtwarzanych, tak nawiasem, przez przetwornik Ayona po złączu USB bez najmniejszych problemów jakościowych.

Specyficzna aura wzbogacająca towarzyszyła nie tylko medium ale i samym dźwiękom, przekładając się na trójwymiarowość obrazu. To była realizacja 3D, a nie jakieś tylko próby w tym kierunku. Szeroka scena przed słuchaczem miała głębię jak najbardziej realną a nie zdawkową. Albo mówiąc inaczej: trójwymiarowość była tu sugestywna, a nie tylko trochę była. Nie jako dodatek ale ważny składnik muzycznej narracji. Może czasami nieco za szeroko na boki obraz muzyczny się rozchodził, ale świetnie nadrabiał to głębokością sceny i wszechobecnym trzecim wymiarem, a przede wszystkim było to obnażanie samych nagrań a nie własne wzmacniacza błędy. Pośród tego wszystkiego brzmienie naprawdę magicznie; z taką autentycznością magii, a nie zdawkowo rzuconą przez recenzenta o jakiejś magii uwagą. Aż nawet zacząłem siebie podejrzewać o głód muzyczny w tym dniu i dlatego tak pozytywny odbiór. Chyba jednak nie o to chodziło. Po prostu świetnie grało, a dopasowanie słuchawki-wzmacniacz było ewidentne. Dobry też pokazał się drajw, z charakterystyczną dla T1 szybką akcją, a relacja bas-sopran także objawiła się prawidłowa. Pełne rozwinięcie sopranów bez cienia piskliwości, przy uderzeniach basowych średnio mocnych, niemniej wyraźnie odczuwalnych i z odpowiednią złożonością akustyczną. Wszystko to esencjalne, klimatyczne, żywe, pulsujące, wielorakie – że tylko cieszyć się słuchaniem i nie myśleć o reszcie.

Fostex TH-900 mk II

Zewnętrzny zasilacz, płynna regulacja gainu, mnogość złączy...

Zewnętrzny zasilacz, płynna regulacja gainu i balansu kanałów, mnogość złączy…

Przeszedłem na Fostexy i trochę się zmartwiłem. Wprawdzie przy jakiejkolwiek muzyce tego nie było, ale kiedy dać pauzę, w prawym kanale pojawiał się cichy pisk. Nie przeszkadzający słuchaniu, niemniej samym przejawem drażniący. Stanowiący kolejny dowód, że wzmacniacze lampowe bardziej pasują do słuchawek z wysoką lub chociaż średnią impedancją, a z tymi nowszego chowu, konstruowanymi z myślą o sprzęcie przenośnym, mają trudności. Tym razem ta trudność była wprawdzie śladowa, ale jak już wiele razy pisałem, jedyny znany mi wzmacniacz lampowy z takimi wysokoskutecznymi słuchawkami bez najmniejszego bzyku grający, to mój własny. I też nie od stanu sklepowego, bo przed przeróbkami wyraźnie brumił. Mam z tego powodu egoistyczną satysfakcję, ale tak naprawdę bym wolał, by każdy wzmacniacz lampowy do wszystkich słuchawek pasował.

Jak powiedziałem – muzyka w ruch i bzyk Phatosa znikał pod nią bez śladu – no i na całe szczęście, bo wzmacniacz pasował do tych słuchawek pierwszorzędnie. Ukazał wprawdzie, że całe pasmo stawiają Fostexy wyżej niż Beyerdynamiki i nie są tak trójwymiarowe, niemniej proporcje brzmieniowe z Phatosem pojawiły się bardzo zadowalające, ani trochę nie prowokujące obiekcji względem tego wyższego stroju i ewentualnych dysproporcji pomiędzy cienkością sopranów a niskim dudnieniem basu. Zarówno sopran pracował prawidłowo – tak trochę po rockowemu jaskrawiąc przekaz – jak i bas nie był dudniący tylko dobrze zorganizowany.

Umówmy się: pisząc „prawidłowo” nie mam na myśli łaskawej zgody na ten poziom jakości, tylko wyrażam wysokie zadowolenie z tego, co słyszę. To było granie na całą fajerkę, a nawet komplet fajerek, a nie jakieś pół albo ćwierć jakościowej kuchni. Kontrastowe, szybkie i dynamiczne; jaśniejsze niż z T1 i bardziej sopranami podszyte, nieznacznie też mniej wypełnione, no ale pamiętajmy, że T1 miały zewnętrzny kabel za trzy tysiące, a TH-900 tylko własny, trzy razy tańszy.

Wnętrze opisywanego Pathosa skrywa nadzwyczaj rozbudowany jak na wzmacniacz słuchawkowy układ.

Wnętrze Pathosa skrywa niezwykle rozbudowany jak na wzmacniacz słuchawkowy układ.

Taki kabel od Tonalium dużo naprawdę znaczy, możecie mi wierzyć, ale i bez niego grały Fostexy na wysoką notę – z pełnią życia i temperamentu. Pewnie, że nie tak jak z własnym wzmacniaczem za czterdzieści tysięcy, ale słuchało się bardzo dobrze. Żadnych zaczepek ze strony recenzenta, wysoki poziom autentyzmu i prawdziwe życie muzyki. Wszystko co najmniej poprawne – zero dudnienia, zlewania, piaszczenia, jakichś pisków. A że to słuchawki najwyższej klasy (o czym chyba nikogo nie muszę przekonywać), to kiedy wzmacniacz im nie doskwiera, same tą klasą częstują i zaraz jej dowodzą. Można wobec tego powiedzieć, że recenzowany niedawno Questyle trochę im jednak doskwierał, a Pathos był wobec nich neutralny, nie pasując jakoś szczególnie, ale tak pasując po prostu. Świetne granie ze strony słuchawek i wzmacniacza. Nie jakieś zjawiskowe, że coś zupełnie wyjątkowego, ale po prostu dobre, a nawet smakowite.

Audeze LCD-3 (kabel Tonalium Audio)

Najmniejszych problemów z piskiem nie miały za to LCD-3, a nie dość na tym, to jeszcze świetnie wypadły. I znów – tak jak z Questyle – podały brzmienie nie tylko analogowo gładkie, ale zarazem ciekawe. Ciekawsze nawet, bo bardziej jeszcze doprawione i obfitujące w różności. Bardziej chropawe, różnorodne, kontrastowe, kontrapunktowe – a przez to bardziej angażujące a mniej relaksujące. Delikatnie też pogłosowe – tak akurat, by wdrożyć tym pogłosem atmosferę dodatkowo ożywiającej się przestrzeni i dobrze opisać miejsce. Nie wyczuwało się przy tym ocieplenia, a jeśli już, to raczej nieznaczne; natomiast wyczuwało nieczęste u tych słuchawek głębokie drążenie tekstur i wyraźne rysowanie konturów.Wyraziście tym razem te Audeze rzeźbiły, a nie tylko wygładzały, co całościowo wypadało oczywiście lepiej. Bas, jak zwykle u nich, schodził nisko, ale w nietypowy jak na nie sposób odznaczał się nieznacznym utwardzeniem; tak by lepiej rysował się kontur i nie tylko było miękko.

Jego zwieńczeniem jest para lamp xxx.

Jego zwieńczeniem para lamp ECC88.

Wszechobecnie też było głęboko, to znaczy głęboki sam dźwięk, głębokie pomruki basu, głęboka też scena (choć nie jak z T1) oraz głębokie barwy. Nieznacznie w swej palecie ocieplone, akurat żeby nie było szaro i udanie swą ciepłą kolorystyką zastąpić nieobecne ocieplenie samego medium.

W brzmieniu nie pojawiał się ślad obcości ani udziwnień, a jednocześnie śladu nie było monotonii; cały czas słuchacz pozostawał zaciekawiony. Nie gładkie ślizgi po ciepłych dźwiękach i nie sama brzmieniowa słodycz, jak te Audeze nieraz grają, tylko o wiele ciekawszy, bardziej zdywersyfikowany obraz.

Dźwięk nie poganiał, nie starał się o przyspieszenie akcji, ale też nie był w żadnym stopniu zdystansowany, zewnętrzny. Wkładał słuchacza wprost w muzykę i pozwalał się nią cieszyć do woli. Dbał też by oddać atmosferę nagrania – nastrój i specyfikę miejsca. Raz mogło być dość jasno i z pełnym doświetleniem, kiedy indziej pojawiały się rodzące niepokój zakątki mroku. W każdym jednak przypadku brzmienie świetnie działało zarówno na emocje, jak i racjonalną stronę oglądu, budując atmosferę pełnej adekwatności i realizmu. Pasowało przy tym do wszystkich gatunków muzycznych, co u Audeze nie jest częste. Bez różnicy – symfonika, muzyka elektroniczna, rozrywka, jazz, rock – wszystko przednio grało i w łatwy do słuchania sposób, aczkolwiek nie ułatwiający.

Dobrze rozumiem tych, którzy kochają te słuchawki i nie dziwię się ich sukcesowi rynkowemu. Kiedy je odpowiednio napędzać, oferują wszystko co trzeba i oferują w łatwiejszy sposób. No i tu tak się działo.

Odsłuch cd.: Przy odtwarzaczu

Brzmienie Arium trzeba określić jako bardzo żywe i dynamiczne.

Brzmienie Aurium trzeba określić jako bardzo żywe i dynamiczne.

   Przy odtwarzaczu wziąłem do porównania wzmacniacz Phasemation, bo wprawdzie mógł być już wpięty równolegle do Sigmy, ale Ayon Audio nie zaleca równoległego grania po złączach symetrycznych i niesymetrycznych, mimo że je dopuszcza. Darowałem sobie w tej sytuacji i porównanie wzmacniaczy zostawiłem do czasu odtwarzacza.

Zacznę właśnie od tego porównania, a potem przeniosę je na słuchawki, których użyłem pięć par, ale na poszczególne już nie będę ich dzielił. Dodam tylko już teraz, że różnice pomiędzy nimi, a ściślej różnice dopasowania do wzmacniaczy, dosyć mnie zaskoczyły.

Jak zatem mają się brzmieniowe właściwości Pathosa Aurium do Phasemation EPA-007 – w tym wypadku grającego całym potencjałem, w układzie dual mono? Otóż mają się bardzo ciekawie i też mnie zaskoczyły. Okazało się, że Pathos gra żywszym, większy nacisk kładącym na szczegółowość, tempo i kontrasty dźwiękiem. Takim bardziej migoczącym na czarnym tle, błyskającym iskierkami szczegółów i drobiazgowo przeczesywanych tekstur, a równocześnie cieplejszym.

W ogóle z odtwarzaczem grał cieplej niż przy komputerze, chociaż nie była to duża różnica, tak może ze dwa stopnie. Ale to już wyraźnie się czuło i przekaz wraz z tym był do zakwalifikowania jako ciepły a nie tylko ciepławy na granicy neutralności. Znakomicie to się nawzajem wspierało z tą imponującą szczegółowością i chęcią żywego, szybkiego grania. Czy zatem droższy tranzystor uległ włoskiej hybrydzie? Nie, nie uległ. Można powiedzieć, że zremisował. Ale na bazie całkiem innych atutów i w efekcie innego stylu. Grał chłodniej – mniej więcej tak jak Pathos przy komputerze – to znaczy z minimalnym najwyżej ociepleniem, ale nigdy z odczuciem chłodu. Zawsze po stronie ciepła, ale leciutko. Grał też mniej kontrastowo, a więc bardziej jednolitą tonacją barw i całościowego obrazu. Nie z błyskami na czarnym tle i mrowieniem szczegółów, tylko tak aksamitnie, z lekkim srebrzeniem, spokojniej. Nie rwał się do działania, donikąd nie spieszył, tylko spokojnie, z pewnym namaszczeniem opowiadał muzyczną historię. I teraz nich kto zgadnie, które słuchawki do którego bardziej pasowały. Ja bym nie zgadł.

Nie brakuje mu przy tym szczegółów, co najlepiej oddawało bardzo dobre parowanie z planarnymi HE-6 i LCD-3.

Nie brakuje też szczegółów, co najlepiej oddawało bardzo dobre parowanie z planarnymi HE-6 i LCD-3.

Do Pathosa najlepiej okazały się pasować Beyerdynamic T1 i HiFiMAN HE-6. To niby nie jest zaskoczenie, bo już przy komputerze T1 pokazały jak bardzo doń pasują, niemniej tak na rozum biorąc, to styl Pathosa powinien ich właściwości podwajać, a więc wpędzać w przesadę, a tymczasem to była świetna synergia. Akurat te Beyerdynamic pierwsze puściłem i naprawdę mnie z lekka przymurowało, bo mały Włoch poszedł od startu na całość, rewelacyjnie łącząc szczegółowość z muzykalnością i ciepłem. Tymi T1 pobił Japończyka wyraźnie i na pewno do nich bym go wybrał. Ale już przy HE-6 sprawa przestała być oczywista. To znaczy oczywiste było, że z Phatosem też świetnie grają – bliżej, nieco jaśniej i też super szczegółowo przy pięknej melodyce, ale siła spokoju Phasemation już się przy ich napędzaniu pokazała i aksamitność ich śpiewu nie chciała zostać w tyle za żywiołowością. To już był tylko wybór stylu a nie lepsze-gorsze, chociaż gdyby komuś zależało przede wszystkim na szczegółach, to Pathos je bardziej narzucał.

Sięgnąłem następnie po NightHawk z przekonaniem, że ich pewne podobieństwo do T1 (choć dość dalekie) także okaże się sprzyjać Pathosowi. Tymczasem wcale. Bo z Pathosem, owszem, zagrały znakomicie, ale Phasemation okazał się lepiej operować ich rozbudowanym pogłosem. Zamieniał go w czystą brzmieniową przyjemności, sensu stricte prawie niepogłosową, tylko jako efektowną aurę wokół brzmień i głosów, że natychmiast chciało się tego słuchać i to się wolało. Oczywiście oceniam subiektywnie i normalniejsze, to znaczy normalnie pogłosowe a jednocześnie ciemniejsze, bardziej kontrastowe i migotliwe granie z Pathosem ktoś mógłby woleć. Mnie jednak traktowanie pogłosu przez Phasemation o wiele bardziej odpowiadało i zdecydowanie je wybierałem. Brzmiało to jednocześnie zwyczajnie – bo właściwie bez pogłosu; a zarazem niezwykle – bo takie aury to ewenement. Można, a nawet wypada, do tego dorzucić, że Pathos z T1 grał jednak w sumie lepiej niż Phasemation z NightHawk. Niezwykle efektownie, wręcz popisowo. Zupełnie jakby kosztował ponad dziesięć tysięcy a nie pięć z kawałkiem.

I choć wzmacniacz ten ewidentnie faworyzuje trudniejsze słuchawki, to z wszystkimi trzyma bardzo wysoki poziom brzmieniowy.

I choć wzmacniacz faworyzuje trudniejsze słuchawki, z wszystkimi trzyma bardzo wysoki poziom.

Następne były Fostex TH-900 – i te z Phasemation, a więc z krajanem, także zagrały lepiej. Jedna była tego wiodąca przyczyna, promieniująca na inne: z Phasemation grały niższą tonacją. Ciemniej w następstwie tego i pełniej, a także gładziej i z głębszym oddechem. Prawie już zapomniałem, jak te słuchawki są dobre, bo co rusz trafiały ostatnio na niezbyt pasujące wzmacniacze. Ale Phasemation natychmiast przywrócił w nie wiarę, a Pathos grał z nimi wprawdzie co najmniej dobrze, ale na pewno słabiej niż z T1 czy HE-6. Słabiej także niż z Night-Hawk, więc to mimo wszystko nie są chyba słuchawki dla niego, tym bardziej że to piszczenie. Bo wprawdzie przy komputerze wypadły bardzo dobrze, a teraz jeszcze lepiej, niemniej inne je przewyższyły. To wszystko mogłoby się ułożyć inaczej, gdy też miały kabel od Tonalium, ale nie mają i mieć na razie nie będą. Na pewno na tym tracą, ale ile, to niepodobna określić.

Na ostatek ruszyły w tany Audeze LCD-3. Nie zagrały lepiej od T1, ale też pierwszorzędnie i lepiej od NightHawk. Spokojnie, płynnie melodyjnie i wyraźnie cieplej niż przy komputerze. A to ciepło wraz z pogłębioną teraz szczegółowością i większym wyrafinowaniem ułożyło się w wyjątkowo przyjemny spektakl. Jak już poprzednio pisałem – one grają w łatwiejszy sposób a jednocześnie wystarczająco ciekawy. Głęboko gładko i ciepło, ale z brzmieniami nasączonymi indywidualnym charakterem i odpowiednio obrobionymi sferycznie. A jeszcze światło mają takie, że gdyby ktoś chciał oświetleniem sobie klientelę zjednywać, to by lepszego nie znalazł. Aksamitne czernie, złocenia, kremowość, mleczna biel, efektowne srebrzenia, łagodne przejścia tonacyjne, półcienie, gęste popiele. To wszystko składa się na luksus i te słuchawki tak luksusowo grają. Nie zmuszają do wysiłku, nie skłaniają do analiz, tylko w swojej muzyce topią i płyniesz razem z nimi. Z Phasemation też zresztą wypadły fantastycznie i wcale nie za spokojne.

Godne uzupełnienie high-endowego systemu słuchawkowego. Polecamy!

Godne uzupełnienie high-endowego systemu słuchawkowego. Polecamy!

Na koniec słowo o brumie. Pojawiał się wyłącznie przy NightHawk i Fostexach, ale był jeszcze cichszy niż przy komputerze, a na dodatek przyjemniejszy, gdyż nie jako pisk a szum. Słabiutki, cichutki, w zasadzie do pominięcia. Tak więc przy odtwarzaczu raczej problemu najmniejszego z nim nie będzie.

Podsumowanie

pathos-aurium-hifi-philosophy-005   Gdyby mnie ktoś zapytał – po co tyle słuchawkowych wzmacniaczy? – to bym nie umiał powiedzieć. Wszak nie są niczym sukienki w damskiej garderobie, co chwila się ich nie zmienia. W jaki więc sposób producenci mogą z nich wyżyć, tego też powiedzieć nie umiem. Ale widać jest wystarczająco wielu nabywców i wystarczająco wiele gustów. No i zysk jednostkowy także być musi pokaźny, bo inaczej zostałoby paru producentów i tylko masowa produkcja.

Pytania te w naszego Pathosa Aurium niespecjalnie jednak godzą, ponieważ – zwłaszcza przy odtwarzaczu – wykazał się jakością pozwalającą spać mu spokojnie. Nie zagrozi wprawdzie Ayonowi HA-3 ani Trilogy 933 z pozycji dużo tańszej, ale tańsza konkurencja też się na niego nie zamachnie. Ewentualnie może lampowy PhaSt, ale on nie zawojuje europejskich rynków, a w każdym razie się na to nie zanosi. Jest niszowy i ukraiński, a nie światowy i włoski. A Włochy w audio znaczą dużo i same jako kraj już są marką. Tak więc nie ma się co Pathos obawiać i spokojnie może przystępować do konsumowania polskiego rynku.

Cóż, w takim razie witamy u nas Pathosa i wystawiamy mu na dzień dobry bardzo wysoką notę. Z Beyerdynamic T1, HiFiMAN HE-6 i Audeze LCD-3 wypadł rewelacyjnie. Na większą ocenę niż on sam.

 

W punktach:

Zalety

  • Żywe, dynamiczne granie.
  • Kumulacja zalet brzmienia lampowego i tranzystorowego.
  • A zatem nuta magii i nuta technicznej perfekcji.
  • Bardzo wysoka szczegółowość.
  • A jednocześnie ocieplenie przekazu i duża muzykalność.
  • Co daje świetną wypadkową.
  • Przejrzystość i dobre oświetlenie.
  • Nierzadko czarne lub bardzo ciemne tła.
  • Więcej niż dobre wypełnienie.
  • Dbałość o odwzorowanie nastroju i odtworzenie warunków akustycznych nagrania.
  • Wyjątkowo dobrze ożywiająca się przestrzeń.
  • Dobra kontrola i dystrybucja sopranów.
  • Urokliwa średnica.
  • Spory bas, także o dobrej kontroli.
  • Szybkie tempo muzycznej akcji.
  • Głębia brzmienia i barwy.
  • Duża i też głęboka scena.
  • Ogólna ekscytacja, działająca jako podnieta.
  • Duża moc, pozwalająca napędzić wszystkie co do jednych słuchawki.
  • Podwójna regulacja siły wzmocnienia.
  • Regulator balansu.
  • Wbudowany symetryczny przedwzmacniacz.
  • A więc można podłączać urządzenia przewodami symetrycznymi.
  • Opatentowany obwód INPOL.
  • Dobry dobór światła indykatorów.
  • Własny zasilacz z przewodem pozwala zaoszczędzić na kablu zasilającym.
  • Ale można takiego kabla użyć.
  • Prosta obsługa.
  • Efektowne, nowoczesne wzornictwo.
  • Kompaktowy rozmiar.
  • Nienaganna realizacja techniczna.
  • Wyważony stosunek jakości do ceny.
  • Znany producent o dużych tradycjach.
  • Made in Italy.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Tylko niesymetryczne gniazdo słuchawek.
  • Przeciętnej jakości lampy.
  • Minimalny szum własny przy słuchawkach o niskiej impedancji.
  • Ogromna konkurencja.

Sprzęt do testu dostarczyła firma:

logoadioanatomy4

 

 

 

 

 

Dane techniczne Pathos Aurium:

  • Moc wyjściowa: 3,6 W przy 16 Ohm.
  • Klasa A bez sprzężenia zwrotnego.
  • Impedancja wyjściowa: < 0,5 Ohm.
  • Poziom wyjściowy napięcia: 7V RMS max.
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 kHz.
  • THD: < 0,1 %.
  • Wejścia analogowe: 1 stereo balanced XLR; 3 stereo unbalanced RCA.
  • Wyjścia analogowe: 1 x XRL TAPE; 1 x RCA line TAPE.
  • Maksymalny poziom wejściowy: 6,4 V RMS unbalance.
  • Napięcie zasilania: 3,2+3,2 V RMS balance/ 90-250 V 50 / 60 Hz.
  • Pobór mocy: 30 W.
  • Wymiary: 200 x 230 x 60 mm.
  • Waga: 3 kg.
  • Cena: 5500 PLN.

 

System:

  • Źródła: PC, CD Restek EPOS+
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: Pathos Aurium, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: Audeze LCD-3 (kabel Tonalium Audio), AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Fostex TH-900, HiFiMAN HE-6.
  • Interkonekty: Tellurium Q Black Diamond XLR, Sulek Audio RCA.
  • Kabel USB: ifi Gemini + iUSB3.0.
  • Kable zasilające: Acoustic Revive Triple C, Acoustic Zen Gargantua II.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

7 komentarzy w “Recenzja: Pathos Aurium

  1. Sławek pisze:

    Jak zawsze bardzo dobra recenzja.
    Jak to jest z tymi HiFi Man HE6 – od 2 miesięcy jestem ich szczęśliwym posiadaczem. Podobno bez co najmniej 6 watów nie podchodź, ale…
    Moj Audio-gd NFB-6 spokojnie daje radę, wg producenta ma 5,5 W przy 50 Ohm (tyle mają HE-6) http://www.audio-gd.com/Pro/Headphoneamp/NFB6/NFB6EN.htm
    A wg polskiego dystrybutora tylko 4,5 W choć tyle to w klasie A
    http://www.4hifi.pl/audio-gd-nfb-6_4162.html
    Tutaj jest podane, że Pathos ma 3,6 W przy 16 Ohm, to przy 50 Ohm będzie jakiej 1 – 1,5 W, a mimo to pięknie gra z HE-6! Jak widać wat watowi nierówny, a że wygląda świetnie i ma w miarę strawną cenę, to aż chciałoby się posłuchać!
    Panie Piotrze – recenzował Pan kiedyś sprzęty Audio-gd, czy może także z HE-6 i czy byłby Pan w stanie tak z pamięci porównać brzmienie HE-6 z A-gd i z Pathosem?
    Pozdrawiam serdecznie

    1. PIotr Ryka pisze:

      Myślę, że Audio-gd, przynajmniej te przeze mnie recenzowane, są jakościowo na tym samym mniej więcej poziomie co Pathos. Styl brzmieniowy, o ile mnie pamięć nie myli, także miały podobny, choć niewątpliwie w bezpośredniej konfrontacji pojawiłyby się jakieś różnice. Ale żeby sięgnąć wyższej jakości, trzeba by przeskoczyć na ifi PRO iCan, a może nawet Ayona HA-3.

  2. Sławek pisze:

    Dziękuję za rzeczową odpowiedź.
    Skoro są na podobnym poziomie, styl brzmieniowy podobny, to pozostaję przy Audio-gd. Tym bardziej, że kabelek FAW Noir Hybrid 4pin xlr trzeba by znowy zmienić na dużego jacka…
    Choć te lampki w Pathosie mnie kuszą, kiedyś miałem hybrydowego Vincenta KHV-111, i wymiana na lepszą lampkę wniosła sporo dobrego. Co prawda moc Pathosa wydaję się za mała, ale skoro w rzeczywistości daje radę to nie ma problemu…
    Tak czy owak, zawsze warto zweryfikować odsłuchowo.

    1. PIotr Ryka pisze:

      Odsłuchowo zweryfikować zawsze warto.

  3. Markoś pisze:

    Witam.
    Nie wiedziałem gdzie zadać swoje pytanie, dlatego też pozwoliłem sobie zostawić je tutaj.
    Posiadam Słuchawki AKG K550 pierwszej generacji, do których chciałbym dobrać jakiegoś DACa. Prosiłbym o pomoc w wyborze odpowiedniego dla mnie urządzenia.
    Tak się złożyło, że od jakiegoś czasu używam ich bez żadnego dodatkowego urządzenia. Wiem, że te słuchawki potrafią dużo więcej, dlatego właśnie nadeszła najwyższa pora, aby sprawić im jakiegoś kompana, z którym będą mogły współpracować. Po małym researchu wytypowałem takie urządzenia:
    – Fiio E18,
    – Aune X1S,
    – Icon DAC,
    – Aune T1,
    – Focusrite Scarlett 6i6,
    Nie ograniczam się tylko do wymienionych przeze mnie modeli, więc jeśli w kwocie 1000, max 1100zł można znaleźć jakieś inne – lepsze urządzenie to jestem otwarty na wszelkie propozycje.
    Sprzęt będzie podłączony pod komputer, za pomocą którego będę odtwarzał pliki muzyczne. Jeśli chodzi o moje preferencje słuchowe, to stawiam na analityczność dźwięku i dużą, poprawnie zbudowaną scenę. Lubię także nisko schodzący bas, więc gra całości na planie lekkiego V byłaby mile widziana.

    1. PIotr Ryka pisze:

      Niestety, nie czuję się kompetentny w tej grupie urządzeń. Mogę tylko polecić Hegla Super i dodać, że AudioQuest Red też jest podobno bardzo dobry, ale czy pasuje do K550, tego nie wiem.

      1. Markoś pisze:

        Dziękuję za odpowiedź. Ten Hegl i AudioQuest to chyba nie to czego szukam. Myślę, że zaryzykuję wybór Aune X1S, mam nadzieję, że sprosta moim oczekiwaniom.
        Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy