Recenzja: Phasemation CA-1000

Phasemation_CA_MA_1000_018_HiFi Philosophy   Z japońskim Phasemation spotkaliśmy się przy okazji recenzji jego słuchawkowego wzmacniacza, tak więc tylko przypomnę, że firma powstała w latach 80-tych i jest dziełem pana Nobuyuki Suzuki, a nazwę w Japonii nosi odmienną, bo zwie się tam Phase-Tech. W Europie zastrzegł ją sobie ktoś inni i stąd Phasemation.

Czas płynie i w tak zwanym międzyczasie Phase-Tech zdążył wypuścić swojego słuchawkowego wzmacniacza wersję ulepszoną – EPA-007X – którą znajomy z Japonii określił jako najlepszy słuchawkowy wzmacniacz tranzystorowy jaki słyszał. A że zawodowo zajmuje się słuchawkami, nie możemy brać tego za zdanie osoby przypadkowej. Owego 007X może jeszcze się kiedyś uda ustrzelić, a także mamy poważną zaległość w postaci rewelacyjnego, dzielonego przedwzmacniacza gramofonowego Phasemation EA-1000 (których to gramofonów jest pan Nobuyuki Suzuki wielkim znawcą i miłośnikiem), ale teraz uwagę koncentrujemy na jego jeszcze większym popisie, mianowicie trzyczęściowym przedwzmacniaczu hybrydowym Phasemation CA-1000.

Już parę razy pisałem, że Japończycy lubią sobie nad czymś siąść i wykonać popis. To najwyraźniej ich cieszy i rodzi odczucia innego rodzaju niż przebiegle zrealizowana rzecz za tak zwane „rozsądne pieniądze”. Z takich dobrze przemyślanych i skutecznie wdrożonych pieniędzy biorą się potem ogromne zarobki konstruktora, którymi także – i jak jeszcze – można się cieszyć, a dodatkową satysfakcję przynoszą pomysłowość i rywalizacyjna efektywność wykazane w dochodzeniu do celu, dzięki którym z „rozsądnego” budżetu udaje się wycisnąć maksimum. To także jest sztuka, a jakże przy tym pożyteczna, bo przecież korzysta z niej potem liczne grono użytkowników. Ma to wszakże pewną niepomijalną wadę genetyczną, mianowicie dźwięk w postaci pewnego kompromisu. Kompromis budżetowy nieuchronnie pociąga kompromisowe brzmienie, a jak to nie dziś tylko dawno temu zauważono, wszelkie kompromisy zdradzają tendencję do gnicia. Kompromisowo głosujesz na polityka, który wydał ci się najprzyzwoitszy, a ten kradnie potem bez kompromisu i jeszcze w twarz ci się śmieje. Kompromisowo dajesz żonie trzy kwiatki, a ona jeszcze bardziej się gniewa, bo powinieneś paść na kolana i obdarować wypadem do Hiszpanii, albo przynajmniej sukienką. Potem kompromisowo kupujesz Toyotę i szlag cię trafia na widok sąsiada jeżdżącego Jaguarem. (Nie mam Toyoty, ale sąsiad ma Jaguara.), a tu jeszcze kompromisowa karta graficzna we własnym komputerze zmusza cię do grania na obniżonych detalach. W audiofilizmie niestety jest identycznie. Brnąc przez gąszcz kompromisów dochrapujesz się kompromisowego ale we własnym mniemaniu optymalnego systemu, a potem idziesz gdzieś czy do kogoś i wychodzisz bezkompromisowo załamany. Bo tam to dopiero grało i już u siebie nie chce się słuchać, a przynajmniej nie przez pierwszych dni parę. I właśnie tego japońscy mistrzowie sztuki audio najwyraźniej nie tolerują, budując te swoje Kondo Ongaku czy inne Sony MDR-R10. Jakieś potworne Tech-DASʼy i Final Audio OPUS204, gdzie cena nie gra żadnej roli i liczy się tylko jakość. Nie inaczej będzie tym razem. Przedwzmacniacz Phasemation CA-1000, wraz z przynależnymi mu końcówkami mocy MA-1000 (którymi zajmiemy się w tekście osobnym) należy do owej ligi bez kompromisu, dzięki której znikąd nie wychodzi się załamanym. To już teraz mogę zagwarantować – na pewno tak będzie.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy