Recenzja: Naim Headline

Odsłuch cd.

Z Beyerdynamic DT 880 Edition

Naim_Headline_13 HiFiPhilosophy

A może to po prostu konflikt generacji? Bo tandem z zasłużonymi już DT 880 wypadł wprost śpiewająco.

   To nie jest tak, że najpierw wykonałem odsłuchy, a potem ułożyłem sobie w recenzji kolejność według narastającej jakości. Do tego scenariusza pasowałoby jedynie to, że na koniec zostawiłem sobie flagowe AKG, faktycznie zakładając, że wypadną najlepiej. Co do reszty, to prawda jest taka, że DT 880 w ogóle nie miały zostać użyte. Przewidywałem odsłuch jedynie z trzema parami słuchawek i dopiero brak pełnej satysfakcji z Focalami i Sennheiserami spowodował sięgnięcie po Beyerdynamiki. Prawdę mówiąc, sięgałem po nie tak trochę z duszą na ramieniu, bo przecież martwił mnie ten nie najlepszy występ jakże znanego wzmacniacza w towarzystwie bez wątpienia znakomitych słuchawek. A jednocześnie pełen byłem nadziei, bo nie raz już się zdarzało, że tam gdzie HD 600 okazywały się nie błyszczeć, DT 880 wypadały wybornie. Z tą nadzieją przywdziałem dawne flagowe Beyerdynamiki, a że nie słuchałem ich z Headline wcześniej, napięcie było spore. Bo gdyby i one…

Obawy rozwiały się momentalnie. To był jeden z tych momentów, kiedy to samo zaczyna być czymś innym, a prosta podmiana jednego urządzenia okazuje się wszystko zmieniać.

Z Beyerdynamicami wszystko okazało się lepsze, zupełnie jakby to były o wiele lepsze słuchawki, z innego jakościowego przedziału, a przecież to nieprawda. Synergia pozostaje jednak synergią i kiedy się urządzenia spasują, zachodzi zjawisko emergencji, to znaczy całość okazuje się lepsza niż poszczególne składniki. W tym wypadku użycie słowa emergencja to wprawdzie przesada i wystarczałoby pozostanie przy samej synergii lub nazwanie tego symbiozą, ponieważ prawdziwa emergencja oznacza całkowicie nową jakość, na przykład uformowanie się jaźni poprzez nagromadzenie komórek nerwowych. Lecz niewątpliwie słuchawki Beyerdynamica i wzmacniacz Naima stworzyły tu nową jakość brzmienia w sensie porównania z tym co było poprzednio. Słychać to było w każdym aspekcie i w każdym zakresie. Pierwsze od razu szczegóły narosły bardzo wyraźnie, skutkiem czego szumowa warstwa podkładu zdecydowanie mocniej się przejawiała. Zjawisko to wiąże się często z jaśniejszym dźwiękiem, a nie samą tylko ogólnie wyższą jakością wzmacniaczy czy słuchawkowych przetworników, w tym wypadku jednak dźwięk nie pojaśniał, to znaczy był wprawdzie w niewielkim stopniu jaśniejszy niż z HD 600, ale w żadnym razie jasny. Był prawidłowy. Jednakże prawidłowy to słowo skromne, a tutaj skromnej prezentacji na pewno nie było; muzyka popłynęła spektakularnie. Od razu powiem, że niewiele tylko słabiej – naprawdę nieznacznie – niż ze słuchanymi zaraz potem flagowymi AKG.

Naim_Headline_06 HiFiPhilosophy

Nic z tych rzeczy. AKG K812 świetnie zgrały się z weteranem spod znaku Naim.

Nie wiem co bardziej chwalić – to, że nareszcie stało się w pełnym wymiarze muzykalnie i nareszcie muzyka płynęła zamiast się szarpać, czy to, że wszystkie zakresy pasma dawały popis. Muzyka jest chyba jednak teraz dla mnie ważniejsza od popisów, zapewne skutkiem wieloletniego zżycia z torem lampowym. Kiedy byłem młodszy i mniej osłuchany, bardziej ceniłem sobie te wszystkie wodotryski i fajerwerki. Ekspresyjną szczegółowość, uwydatnione skraje pasma, wyraziste obrysowanie dźwięków. Teraz także je cenię, ale nasłuchawszy się lampowej elegancji i piękna głębokich brzmień o zjawiskowej gracji ruchu i malarskiej kolorystyce, mniej mi na tamtym zależy, a brak tego rozjusza. O Naimie wiem z kolei, że jeśli któryś tranzystor potrafi grać w taki sposób, to on właśnie i Nagra. Muzyka jako fala za falą a nie łomot za łomotem jest jego specjalnością, a towarzyszące jego prezentacjom szybkość i dynamizm wcale tego odczucia nie burzą. I ten właśnie styl Naima znalazł wyraz dopiero z DT 880, czemu rad byłem niepomiernie i co wielce mnie ukontentowało. No wreszcie, no nareszcie – muzyka par excellence, a nie tylko jej udawanie! Płynna swoboda frazy, głębia brzmienia w powiązaniu z głębią kolorytu, naturalność ludzkiego głosu, a zarazem także to wszystko, co składa się na wspomniane popisy i fajerwerki. Bo jednocześnie soprany były bardzo obfite, a bas popisowy. Tych sopranów było tak dużo, że aż do granic tego co akceptowalne. Bardzo pozostawały uwydatnione, ale zarazem z pełną kulturą i bez żadnych pejoratywów. Niemal równie obfity był bas, całkiem nie jak z tych słuchawek, które do basowych smoków wszak nigdy nie należały. Tymczasem tutaj pojawiało się to, co młodzi ludzie zwykli określać słowem „przywalić” i czuć było w stosownych momentach tą basową potęgę. Bo też w ogóle Naim jest specem od potężnego basu, tak więc basowa obfitość nawet w nie oczekiwanych dla dużego basu sprzętowych konfiguracjach okraszonych Naimem nie powinna być zaskoczeniem. Mimo to poczułem się zaskoczony, bo takiego basu z DT 880 bym się nie spodziewał. Niżej schodzący u nich bas niż u zamkniętych Focali i na Sennheiserach HD 600? I to znacznie? Byłbym się gotów założyć, że jest to niemożliwe. Ale usłyszałem na własne uszy, a dyskusja z faktami pozostaje domeną polityków i marketingowców, a nie chcących uchodzić za rzetelnych recenzentów.

Naim_Headline_05 HiFiPhilosophy

Zabrzmiało to niezwykle analogowe i realistyczne.

Pomiędzy obfitymi sopranami a głębokim basem lokowała się naturalna, realistyczna i w dużej mierze analogowa wokaliza. Może nie aż tak analogowa jak za chwilę z AKG, czy jaką można otrzymać od słuchawek podobnej do nich klasy, ale już naprawdę wysokiej analogowej miary. A wszystko to na dużej scenie, w towarzystwie daleko wędrujących wybrzmień, z echami, zwielokrotnieniami i całym tym spektaklem żywej przestrzeni; wszędzie pulsującej i pulsowaniem tym wszechstronnie na nas działającej. Zdecydowanie więcej było tu życia, swobody, jednolitości tonacyjnej i zarazem różnorodności barwowej. Przekaz się nie rozbiegał, nie członkował, nie rozpadał na poszczególne zakresy, a przy tym był barwniejszy i mocniej tchnął życiem. Żadnej w nim nie było sztuczności, dudnienia, twardości. Piękne światło, dużo powietrza i swobodne muzyczne żeglowanie na wielkim obszarze. Muzyka elektroniczna dawała popis, co tak nawiasem dość często się tym DT 880 zdarza, ale wszystko jedno – wokale, partie instrumentalne czy nawet najcięższy rock – jak jeden mąż wszystko to wypadało znakomicie. Atak był szybki, dynamika spektakularna, a podtrzymanie dźwięku dość długie. W efekcie każdorazowo pojawiał się piękny muzyczny klimat, a brzmienie fortepianu, uznawanego przeze mnie  za najbardziej obok ludzkiego głosu miarodajne, okazało się dźwięczniejsze, bardziej dynamiczne i pełne. Synergia. Po prostu synergia.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Naim Headline

  1. Ludwik Igielski napisał(a):

    Oliwkowo-szary Headline (old) został oficjalnie przedstawiony przez firmę Naim wiosną 1998 – w swoim newsletterze. Pamiętam, jak kompletowałem grupę testową do testu grupowego wzmacniaczy słuchawkowych do „Hi-Fi i Muzyka” (publikacja w numerze 10/1998), był już brany pod uwagę. Niestety pan dystrybutor chyba się wystraszył rywalizacji z Melosem SHA-Gold więc odmówił na wszelki wypadek, ale to już zupełnie inna historia…
    Pozdrawiam
    Ludwik

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Bardzo dziękuję Ludwiku za cenne uzupełnienie. Wiem, że jesteś od Headline specjalistą, tak więc gdybyś zechciał podzielić się swoimi doświadczeniami, byłaby to dla nas wszystkich bardzo pouczająca dawka wiedzy.

  2. Ludwik Igielski napisał(a):

    Być może będzie to truizmem, ale Headline, tak jak inne urządzenia spod znaku Naim, jest pewnego rodzaju ewenementem. Podobnie cała filozofia tworzenia sprzętu i dźwięku, konsekwentnie realizowana przez lata. Dlatego z uwagą obserwuję dokonania tej firmy. Headline to z pozoru banalny układ, który można było znaleźć w każdym podręczniku do elektroniki. Było, bo dziś nikogo to już nie interesuje i tego już się nie uczy w szkołach ani na uczelniach. Z drugiej strony może i dobrze – urządzenia będą teraz tworzone przez zapalonych entuzjastów, którzy i tak tę wiedzę zdobędą… Ale przejdźmy do meritum. Naim zbudował miniturową końcówkę mocy, trochę odchudzoną i zasilaną z pojedynczego napięcia. Takie rozwiązanie wymaga stosowania kondensatorów sprzęgających na wejściu i wyjściu układu. I tutaj otwierają się olbrzymie możliwości „strojenia” brzmienia przez dobór elementów o określonych walorach. Nie są to jakieś specjalnie wyszukane, kosztowne komponenty, ale starannie przemyślane i dobrane. Kondensator tantalowy, gdy nie jest odpowiednio spolaryzowany napęciem stałym, po prostu zniekształca i nie nadaje się do audio. Naim zrobił jednak to co trzeba i słychać tego dobroczynny wpływ. Podobnie jest z kondensatorem wyjściowym. Nie jest to pierwszy lepszy element z pobliskiego sklepu dla serwisantów RTV. W starszej wersji znajdują się błękitne Elny Rubycon, zaś w nowszej coś innego, bodajże Nichicony – niestety nie pamiętam i mogę się tutaj mylić. Kolejne różnice między wersjami to zastosowane tranzystory. Początkowo były brytyjskie Zetexy, a teraz – mieszanka amerykańskich i japońskich, równie dobrych ale o innych manierach sonicznych. I na koniec potencjometr głośności. Był ze ścieżką węglową a obecnie montowany teraz jest Alps ze ścieżką z przewodzącego plastiku (beztrzaskowy, o bardziej łagodnym brzmieniu). Różnice w brzmieniu obu wersji są łatwe do usłyszenia. Pierwsza wersja nawiązuje do estetyki brzmieniowej pozostałych oliwkowo-szarych urządzeń. Kluczową rolę odgrywa tu gładka średnica i wyeksponowany aspekt rytmiczny. Uwaga słuchacza ma koncentrować się na pierwszym planie. Nowsza odmiana gra dźwiękiem bardziej „kontynentalnym”, choć pewne elementy „British Soundu” są nadal wyczuwalne. Dużo też zależy od zastosowanego zasilacza. Firmowy PSC jest fajny i wiele osób może spokojnie na nim poprzestać, bez poczucia straty. Natomiast, im wyżej pniemy się ofercie zasilaczy, tym większy potencjał brzmieniowy uwalniamy z Headline’a. Nie sprowadza się to bynajmniej do banalnej rezerwy prądowej, do możliwości oddania kolokwialnego „kopa”. Nic z tych rzeczy. Bardziej chodzi tutaj o pewną aurę, atmosferę, oddanie tła nagrań.

  3. Piotr Ryka napisał(a):

    I to się nazywa świąteczny prezent. Taki komentarz to naprawdę święto. Niech zgadnę: Dawne Headline grały lepiej?

    1. Ludwik Igielski napisał(a):

      Nie, grały na tym samym poziomie jakościowym tyle, że z inną estetyką brzmieniową. Gdybym miał wybierać między oryginalnymi egzemplarzami – nie klonami – to poprosiłbym o obydwa.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        To dobrze, bo przykro kiedy nowsze wersje okazują się słabsze, a to się niestety czasami zdarza.

  4. Piotr Ryka napisał(a):

    Przyjechały nareszcie Audez’e LCD-3. Szkoda, że Headline na nie nie poczekał, ale i bez niego kolekcja oczekujących jest imponująca.

Komentowanie zamknięte na czas aktualizacji serwisu. Za utrudnienia przepraszamy

© HiFi Philosophy