Recenzja: KBL Sound Red Eye

KBL_Sound_Red_Eye_019_HiFi Philosophy Polski kabel zasilający na tle światowej konkurencji

   Słowa „kabel zasilający” brzmią niewinnie, ale w pewnych okolicznościach stają się hasłem rozwierającym wrota piekieł. Wypada zza tych wrót armia znawców, mega-znawców i ultra-znawców, potwornie nieraz zdenerwowanych, z zaciśniętymi pięściami, przekrwionymi oczyma i pianą na ustach, gotowych z pasją i w zacietrzewieniu udowadniać, że kable zasilające to w całym audiofilizmie jedno wielkie i w ogóle największe oszustwo. Pomijając nerwowość i chamskie nieraz wyskoki argumentację mają prostą, sensowną, zero-jedynkową. Prąd płynie albo nie, a kiedy płynie, to każde urządzenie go otrzymujące będzie działało tak samo, niezależnie czy posłuży mu za przewód kawałek drutu odzyskany z jakiegoś barachła, czy potwornie drogi kabel oferowany przez najsławniejszą audiofilską manufakturę. Jedyna ewentualna kwestia do brania pod uwagę to powierzchnia przekroju, bo jak wiadomo przepływ prądu wytwarza ciepło, zwłaszcza kiedy ten przekrój jest mały. Dlaczego tak się dzieje, tego już znawcy tak za bardzo nie wiedzą, ale możemy przyjąć, iż wyznają oni w całej rozciągłości gazowy model przepływu prądu, w postaci swobodnego ruchu elektronów w przewodniku. Czym jest z kolei przewodnik, w którym poruszają się elektrony? – No, przewodnikiem – odpowie ekspert – słusznie sugerując, że bycie przewodnikiem polega na byciu przewodnikiem. Musimy zatem domyślać się sami, że jest czymś w rodzaju tunelu, przez który roje maleńkich elektronków niczym gaz w rurze pomykają, albo jakiejś rzeki, wraz z którą płyną. Przekrojony drut nie wygląda wprawdzie jak tunel, ani tym bardziej rzeka, ale przecież może być tak, że jest siecią tuneli tak małych, iż niewidocznych dla oka. A tunel, panie tego, to tunel. Nieważne czy miedziane ma ściany, czy srebrne, jedzie się przezeń tak samo. No może nie do końca, bo różne przewodniki różne miewają przewodnictwo, a więc filary są jakieś w tych tunelach i przeszkadzają. A kiedy dany elektron wpada na taki filar, robi się bęc! – i wydziela ciepło, a kiedy przewód jest wąski, dzieje się tak znacznie częściej, bo w tłoku o zderzenia jak wiadomo jest łatwiej. Właśnie dlatego przewody powinny być odpowiednio grube i to jedyne co do nich wymaganie.

Zadajmy jeszcze naszemu ekspertowi parę uszczegóławiających pytań:

– Jak szybko płynie prąd w przewodniku?

–  Z prędkością światła, zasadniczo.

– A co jest tym co płynie.

– Elektrony!

– A elektron ma masę?

– Ma.

– A jaką?

– 9,10938291 razy 10 do minus trzydziestej pierwszej kilograma – pada odpowiedź po zajrzeniu do Wikipedii.

– A zatem elektrony w przewodniku mają masę nieskończoną? – drążymy temat.

– Jak to, to niemożliwe! – żachnie się oburzony specjalista.

– A jakże, przecież z Teorii Względności wynika, że masa przy prędkości światła staje się nieskończona. Każda masa, dowolnie mała.

– To jakieś bzdury – odpowiada ekspert głosem człowieka głęboko urażonego, wikłanego w nonsensy.

– To jak jest w końcu z tym prądem? Płynie z prędkością światła czy nie?

– No nie, nie ma takiej możliwości.

– To w takim razie z jaką?

– Jakąś mniejszą.

– O ile?

–  ….

– Czyli tak naprawdę nie wiadomo jak ten prąd w przewodniku się porusza i co go spowalnia?

– No, nie do końca. Oporność jest i ona spowalnia.

– Ale oporność nie jest przecież uniwersalnym prawem przyrody, tylko pewną wielkością przybliżoną, czymś raczej z zakresu materiałoznawstwa.

– No, niby tak.

– Jest zatem możliwe, że w różnych przewodach prąd płynie z różną prędkością podlegając nieidentycznym zaburzeniom?

–  Wychodzi na to, że jest.

 

Takie to są rozmowy z „ekspertami”, wyidealizowane tutaj znacząco, bo przecież żaden szanujący się „ekspert” racji by nam w niczym nie przyznał. Coś tam się tu i ówdzie ekspertowi zasłyszało, gdzieś dzwonili, ale nie wiadomo w którym kościele, a tak naprawdę okazuje się, że prawie nic nie jest pewne. Fizyka to ma bowiem do siebie, że w szkołach po kretyńsku jej uczą, tak tylko aby zadania rozwiązywać bez żadnego zrozumienia. Nie uczą w ten sposób specjalnie na złość, po prostu ci co uczą także nie rozumieją. To jest przedstawienie odgrywane w języku, którego tak naprawdę nikt nie rozumie. Nie wiadomo co to jest „elektron”, nie wiadomo jak prąd „płynie” (skądinąd na pewno nie jak gaz w rurze), ani w ilu się to tak naprawdę odbywa wymiarach. Nikt też tam nie wspomina, że prawo Ohma jest tylko przybliżeniem, a w efekcie wszyscy rachują według niego jakby było matematycznym aksjomatem.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

1 komentarz w “Recenzja: KBL Sound Red Eye

  1. Piotr Ryka napisał(a):

    Od właściciela firmy KBL otrzymałem informację, iż niesygnowane wtyki karbonowe stosuje rozmyślnie, ponieważ w konfrontacji wypadły lepiej od tych Furutecha i mają lepsze wewnętrzne mocowanie przewodów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy