Recenzja: Ayon CD-35 HF Edition

Odsłuch cd.

Napęd wciąż od Philipsa, ale jego wersja już inna.

   Powinien się nazywać SACD-35. Nazwa użyta przez producenta sugeruje sam odczyt CD i w najmniejszym stopniu nie nawiązuje do tego, że urządzenie zwykłe płyty CD przerabia na SACD. A jeśli się komuś zdaje, że SACD to była lipa i marketingowe dymanie, to z całą stanowczością oświadczam, że zabrnął w błąd całkowicie. Stała się nam wielka krzywda, że SACD w pierwotnej formie wielokanałowej się nie rozwinęło, bo wprawdzie wielogłośnikowość w miejsce stereofonii nie daje specjalnych pożytków z uwagi na trudność akustyczną, ale transfer SACD multi-channel do dwukanałowego, opracowany przez Eda Meitnera, to już genialna sprawa. Ale nawet odkładając to na bok SACD 2-ch. jest lepsze od CD, a zarazem mało prawdopodobne, byśmy wszyscy w dającej się przewidzieć przyszłości zostali właścicielami Ayon-ów CD-35 HF Edition, czy innych podobnych maszyn. Obym się mylił i dzięki grzebaniu przy plikach oraz w odtwarzaczach CD taki transfer stał się codzienny, ale szans na to bym nie przeceniał.

 

Na finał sesja przy głośnikach. Rzecz ciekawa, pewne rzeczy były za ich pośrednictwem lepiej słyszalne, podczas gdy inne mniej. Generalnie jednak więcej można się było dowiedzieć o cechach HF Edition – i znów same dobre rzeczy. Zwłaszcza że minimalnie niższy i ciemniejszy dźwięk kolumn Audioforma pasował nieco lepiej, idealnie się dopasowując.

Zacznijmy od sprawy najważniejszej, czyli ponownie od różnic pomiędzy odczytem PCM a przeniesionym do DSD. Znów okazały się wyraźne, jeszcze aż wyraźniejsze. I ponownie z wyraźną przewagą DSD, dobitnie jednoznaczną. Tym razem jednak nie przede wszystkim odniesioną do sfery sopranowej, albowiem głośniki wysokotonowe kolumn same z siebie produkowały bardziej masywny i trójwymiarowy sopran. Co nie znaczy, że tej różnicy nie było. Zjawiała się jak najbardziej, niemniej nie była już najważniejsza. Najważniejsze stało się co innego, mianowicie pewien „specjalny składnik”. Nie tajny, słychać go było cały czas i ani trochę się nie ukrywał, a rzecz polegała głównie na tym, że dźwięk w domenie DSD stawał się o wiele ciekawszy. I nie tylko dlatego, że był bardziej trójwymiarowy i sopranowo lepszy, ale w nie mniejszym stopniu z tego względu, że był bogatszy harmonicznie i teksturowo bardziej złożony. Momentalnie to było słychać, a już zwłaszcza w partiach wokalnych oraz potocznej mowie. Jako lekkie grasejowanie, pewną szczyptę podniety oraz, ogólnie mówiąc, więcej składników brzmienia.

Nie tylko tło ma czarne, ale także pracuje dyskretniej.

O ile jednak w przypadku zwykłej mowy uboższa forma PCM nie wydawała się zgrubna, przypominając słuchanie tych samych osób jakby z dalsza, o tyle w przypadku samej muzyki sprawa stawała się dramatyczna. Dołączała się bowiem trójwymiarowość brzmień pojedynczych i zespołów, czyniąc (i to wyraźnie) brzmienie bez DSD nudniejszym. Cóż z tego, że było gładkie, spoiste i muzykalne, skoro nie było tak przestrzenne i bogate? Wyraźnie zubożone, w odbiorze niemal postne. Albowiem te porównania to są… Bez przełączania powiedziałbym, że PCM brzmi świetnie, znakomicie nawiązując do brzmień gramofonowych. Fakt, nie mając tej energii i stopnia zaangażowania, ale dzięki mózgowej adaptacji szybko się o tym da zapomnieć i można się cieszyć gładko, płynnie i barwnie podawaną muzyką z dobrymi wszystkimi aspektami od dynamiki po przestrzeń i z muzykalnością we wszystkim. Ale bez DSD jakież to się stawało ubogie… Działanie tego procesora podobne było do wizyjnego Darbee Vision; i kiedy wklepiecie te dwa słowa w wyszukiwarkę, popatrzcie sobie na porównania obrazów z procesorem i bez. Tak samo to wyglądało w odniesieniu do dźwięku z DSD i bez niego w Ayon CD-35 HF Edition. Przeskakujemy w inny wymiar, ilość i jakość informacyjna lawinowo przyrasta. I to nie tylko w odniesieniu do tekstur oraz postaci, ale też całej organizacji przestrzennej, nakładania się dźwięków. Nuda i monotonia bez DSD dosłownie biła po uszach, słuchać się tego nie chciało. W tym miejscu jedno pytanie: – Nie można było tak od razu?

Przeniesienie odczytu DSD na wyższy zdecydowanie poziom w wersji HF Edition dzieje się głównie za sprawą czterech czynników. Po pierwsze obecność medium nie redukuje się a wzrasta. Po drugie wypełnienie też się intensyfikuje. Po trzecie nie doznaje żadnego uszczerbku muzykalność. Po czwarte poetyka nic nie traci, tylko także się wzmaga. Nie ma żadnego szatkowania, skracania wybrzmień, sztywności. Muzyka staje się bogatsza, uderzająco bardziej ciekawa i jeszcze na dodatek piękniejsza. Przesycona powietrzem, figuratywna, trójwymiarowa, poparta siłą i witalnością przedstawień. A jednocześnie nieobojętna, uczuciowa. Tajemniczość ech i pogłosów, magia odczuwanej przestrzeni, druga magia jej trójwymiaru, poetyka smutku, realizmu i śmiechu. Bogactwo harmoniczne melodyki oraz złożoność tekstur. To wszystko składa się na magię całościową, na przesiadkę do szybszego pociągu. Przestajemy się wlec koło za kołem, krajobrazy zmieniają się, świat pędzi. Nie ma czasu na osuwanie się jaźni w popatrywanie i dygresje, przestajesz się z nudów drapać za uchem. Te same dobrze znane utwory nabierają nowego smaku i tylko złość ci wzbiera, że tak ich wcześniej nie słuchałeś. Ale zarazem wzbiera radość, że teraz to możliwe i za żadne skarby nie chciałbyś wrócić do audiofilskiej przeszłości. Bo wszystko stało się prawdziwsze i bardziej magiczne zarazem.

Plakietki numeracyjne powinny być eleganckie, złote. I takie są rzeczywiście, ale nie w egzemplarzu demonstracyjnym dystrybutora.

A może najlepsze w tym wszystkim, że kiepskie nagrania tak zyskują. Bo ta wszechstronna trójwymiarowość i to bogactwo z melodyką czynią z najgorszych nawet nagrań widowisko, unicestwiając możność, że czegoś nie da się słuchać. Tak w każdym razie było u mnie, ze wzmacniaczami lampowymi i kolumnami Audioforma. I jeszcze to dopowiem, czego się nie spodziewacie. Wiecie jaka muzyka zyskiwała najbardziej? Nie zgadniecie – rockowa. Jedna po drugiej wchodziła najlepsze kapele, by dawać popis mocy w trójwymiarze. A jest zupełnie czym innym słuchać ich jako ściany dźwięku, a czym innym jako przestrzennego spektaklu.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie: o ile w słuchawkach różnice między płytami CD a SACD były umiarkowane i odnosiło się wrażenie, że wszystkie są SACD, to kolumnowy zestaw głośników potrafił pogłębić te różnice i z jego udziałem wyższość SACD stawała się wyraźna. O wiele lepsza separacja źródeł, wyraźnie większa głębia sceny i odczuwalnie większa wyraźność – wnikanie w strukturę brzmienia. A na dodatek mocniej odczuwane najważniejsze – trójwymiarowość dźwięków i postaci. Także mocniejsze czucie przestrzeni i piękniejsze pogłosy. O tych ostatnich trzeba dorzucić, że się zjawiły wybitne. Nic nie dające z poczucia obcości, jedynie tajemniczości i magii.

Jeszcze jedno muszę podkreślić, tę różnorodność brzmieniową. Bo z jednej strony głosy ludzkie liryczne, modulowane i naelektryzowane, lecz z drugiej struny bez śladu naprężenia – spokojne, melodyjne, głębokie. Więc efekt ekscytacji czy mrowienia tekstur uzyskiwany bez żadnej sztuczności, bez naprężania i utwardzania. Prawie zatem jak w haśle z epoki realsocjalizmu, że: „Więcej! Lepiej! Taniej!” Ale nie, to ostatnie nie… Zapłacić trzeba słono. Ale, jak już wspomniałem, to sprawa relatywna. Z jednej strony odtwarzacz swój pieniądz kosztuje, z drugiej inne podobne kosztują znacznie drożej, przeważnie dwa razy albo więcej. A w takim razie gratka, chociaż jedynie niektórym. – Lepsza taka niż żadna, powie ten, kogo stać. – Co mnie to wszystko obchodzi, pozostali mu rzucą.

Skromniutkie, mylące oznakowanie nieskromnych możliwości.

I jeszcze mała dygresyjka, nawiązująca do spraw poprzednich. Dzięki pomocy znajomego sprawdziłem jakość zamontowanych w odtwarzaczu podstawek Franc Audio Accessories Ceramic Disc Classic względem uważanych za najlepsze na świecie Symposium Acoustics Rollerblock Seris 2+. Nazwy skomplikowaniem zabijają, robi się z nich kakofonia, ale biorąc w nawias te oratorskie popisy działanie jest wyraźne. Bez podstawek – bo i tak posłuchałem – dźwięk stawał się okropny: soprany wyły jak opętane a sybilacja cięła uszy. Odnośnie zaś Disc Ceramic vs Symposium Rollerblock, to te ostatnie sprawiały coś, co można nazwać przekazem podkręconym. Znosiły oczywiście wcześniej to wszystko straszne bez podkładek, natomiast same czyniły dźwięk bardziej podekscytowanym, rozwibrowanym, aktywnym. To może być bardzo pomocne w przypadku zwykłych odtwarzaczy, natomiast transfer do DSD sam wystarczająco tę stronę potrzeb załatwiał i w efekcie brzmienie z polskimi Disc Ceramic było od opartego na amerykańskich kulkach lepsze. Pełniejsze, spokojniejsze i przede wszystkim bardziej realne.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Ayon CD-35 HF Edition

  1. Miltoniusz napisał(a):

    Właśnie męczę się z brzmieniem nowych kabli zasilających i aż miło poczytać, że komuś coś dobrze gra. Ciekawa jak zwykle recenzja.
    Wątpliwość naszła mnie taka, że skoro ten odtwarzacz tak bardzo zyskuje dzięki stopkom, to czy po przełożeniu ich do Pana odtwarzacza CD sytuacja mocno się nie zmieni i czy przypadkiem bohaterem nie zostaną stopki zamiast Ayona? Drugie pytanie: czy sekcja DAC jest dużo gorsza?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trudno ocenić samą sekcję DAC, lecz nie ulega wątpliwości, że odczytowi DSD służy fantastycznie. Co do stopek, to niewątpliwie są jednym z bohaterów. Trzeba będzie spróbować pozyskać je do recenzji.

  2. fon napisał(a):

    Stopki pod CD to niedoceniony element ,miałem pożyczone różne rodzaje i byłem mocno pod wrażeniem jak to zmienia brzmienie ,dobre niestety kosztują ,a każde wnoszą coś innego , ilość kombinacji nieskończona ,można wpaść w nerwicę polecam zabawę na nudny czas 😁

  3. fon napisał(a):

    Kiedy można liczyć na testy transportów CD ,tyle daców już było a firmy np CEC mają nowości w ofercie i fajnie by coś było na ten temat poczytać

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Test transportu Ayona niedawno też był. Ale co racja, to racja – asortyment trzeba poszerzyć.

  4. Tomasz napisał(a):

    Panie Piotrze, skąd pomysł, że napęd w tym odtwarzaczu to Philips, oraz że PRO 2 może być zdolne do odczytu dysków SACD?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To są napędy Philipsa modyfikowane przez samego Ayona.

      1. Tomasz napisał(a):

        Myślałem, że coś Pan może doczyta, przemyśli, skonsultuje, wybrnie jakoś z tej błędnej informacji powyżej oraz w teście CD-35 Signature, ale skoro idzie Pan w zaparte to napiszę już wprost: 1. W przeciwieństwie do CD-T, czy też CD-5s, zastosowano tutaj transport Stream Unlimited, która to firma ma z Philipsem tylko tyle wspólnego, że jej inżynierowie kiedyś tam pracowali. 2. Żaden Philips PRO-2 nie odczyta warstwy SACD, choćby zmodyfikował go David Copperfield. Powyższe nie zmienia faktu, że uważam CD-35 HF Edition za jeden z najlepszych brzmieniowo odtwarzaczy srebrnych krążków na świecie, pomimo zastosowania taniego, głośnego i zawodnego napędu.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Rozmawiałem z Gerardem Hirtem i mówił mi, że używa napędów Philipsa i ma ich wielki zapas. Faktycznie nie konsultowałem się w sprawie CD-35, ponieważ nigdzie w opisie tego odtwarzacza nie ma wzmianki o innym napędzie. Rozumiem, że czuje Pan teraz satysfakcję z przyłapania recenzenta na nieścisłości, ale może szlachetniej byłoby od razu napisać jaki to napęd? Tak mi się przynajmniej wydaje. Pozostaje do wyjaśnienia kwestia innych napędów w wersji HF Edition i zwykłej, ponieważ są niewątpliwie jakoś różne. Co do głośności, to ten z HF Edition jest dobrze wyciszony i nie nastręcza kłopotów. Pozdrowienia dla Dawida.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy