Recenzja: Audiosolutions Overture O203F

Odsłuch

Styki płaszczyzn są nie tylko na wpust, ale także wzmocnione rantami.

   Zacznijmy od ustawienia. Z nim niby nic szczególnego – Overture O203F lubią być dalej od ściany tylnej niż bliżej i wolą być odgięte (tak średnio) – jednakże zauważyłem, że dla pełnego oderwania dźwięku od głośników trzeba siadać nie dalej niż 2-2,5 metra, bo za daleko niedobrze. Co pokazuje, że przeznaczeniem są niewielkie i średnie pomieszczenia, z czym koresponduje średni poziom głośności, na którym dobrze już grają. Dźwięk wcale nie musi być burzący, by już robił wrażenie, ale naprawdę głośno grać także można, byle nie z dostarczanymi z nimi zworami, ale o tym w części drugiej odsłuchów.

Z rzeczy technicznych cokolwiek odbiegających od normy do odnotowania także jest fakt, że użyłem podczas testów dwóch odtwarzaczy, co spowodowało ciekawe następstwa. Tak bardziej z nudów i chęci ich porównania niż recenzorskiego zapału do jak najlepszego obsłużenia przedmiotu recenzji, ale na jedno w sensie poznawczym wyszło. Odtwarzacz, tak nawiasem, początkowo miał być jeden i drogi, ale ten drogi się zepsuł; i może dobrze, bo dźwięk wprawdzie podawałby wykwintniejszy, ale cenowo gorzej dopasowany. Spakowałem więc do pudła drożyznę, która zamiast czytać porządnie płyty wywoływała jedynie jakieś „Yp-ep”, a na jej miejscu stanął najpierw też skądinąd nietani Hegel Mohican (było nie było bite 20 tys.), a potem własny mój Cairn. Z każdego zagrało wyraźnie inaczej, co pokazuje, że kolumny nie narzucają własnego stylu, tylko wiernie sprzedają dostarczony muzyczny towar, co im się oczywiście chwali.

Zacznijmy od sesji z Mohicanem.  Scena się ukazała bardzo szeroka, lecz mimo to dość spójna, z pierwszym planem dalekim, jakieś półtora metra za linią ustawienia, ale nie dającym odczucia braku kontaktu, oddalenia. Przeciwnie, wykonawcy wydawali się paradoksalnie bliscy i bardzo obecni, tak jakby stali metr przed a nie półtora za. Z kolei plany dalsze już rzeczywiście były blisko za pierwszym, nie rysowała się duża głębia. To miało jednak i dobrą stronę – te dalsze były bowiem dobrze widoczne i żywo uczestniczące. I jednocześnie, co typowe dla kolumn z głośnikami w układzie d’Appolito (tu jeszcze wzmacnianym przez to tubowe ulokowanie tweetera), muzyczna panorama była dość wąska w pionie, skupiona wokół horyzontu. Dźwięk ani trochę się nie podrywał, ani też ku podłożu nie spływał; nie było zatem efektu całkowitego wypełniania nim pokoju, a efekt dookólny, flankujący.

Ciekawy sposób chronienia membran poprzez wpuszczenie ich a nie osłonięcie.

Odnośnie natomiast brzmienia, to błyskawicznie zdałem sobie sprawę, że jest naturalne pod każdym właściwie względem. Naturalnie ciepłe – więc atmosfera spacerowa a nie rozpalonej plaży – a obraz bardzo wyraźny, ale bez żadnych podostrzeń. Żadnego wyostrzania krawędzi, atakowania połyskiem i kontrastem, przesadnego pogłębiania kolorów, przesadnej głębi samych dźwięków. Wszystko starannie wyważone i właśnie naturalne. Wyraźne ale nie ostre, głębokie lecz bez przesady, teksturowane mieszanką chropowatości i gładzi, ale też bez mocnego kontrastu – dojmującej chropowatości i ujmującej gładkości. Coś jak według książki kucharskiej, że majonez nie może być pikantny, bo wówczas jest niedobry. Mocne kontrasty może i w pierwszej chwili pobudzają, ale na dłuższą metę są w swej nienaturalności męczące. A tutaj nic z tych rzeczy, wszystko w naturalnym układzie barw, głębokości dźwięków i kontrastów. Więc jedno co było silne, to sam ten tylko realizm. Wykonawcy dobrze osadzeni w rzeczywistości, bez żadnych sztucznych oświetleń, krzykliwych makijaży i towarzystwa sztucznej equalizacji. Niebawem się miało okazać, iż to przede wszystkim styl heglowego odtwarzacza, no ale, jak mówiłem – kolumny brzmieniowo są neutralne i poza samym stylem d’Appolito raczej niczego nie narzucają. Ani soprany nie wierciły jazgotem, choćby materiał muzyczny miał to zakodowane, ani bas się bez potrzeby nie wtrącał, tylko był sobą i gdzie trzeba. Mocny, szybki i naturalnie przestrzenny, natomiast niczego nie podbarwiający. I do tego wokale o cechach które w ostatnich recenzjach zacząłem określać jako słuchane z pewnej odległości, bez laryngologicznych analiz. Bez zaglądania komuś do gardła, tylko jakby słuchać siedzącego naprzeciw rozmówcy. Bez więc akcentowania spółgłosek, grasejowania, poświstów. Bez żadnych wad wymowy i bez specyficznej artykulacji, jaką niektórzy mają. Tak po prostu normalnie, ale zarazem wyraźnie. Do czego przyczynkiem dużym była zupełna transparencja medium, najmniejszego brak nawet przymglenia. Ale nie taka na zasadzie tego medium całkowitego zaniku, tylko z zaznaczeniem czucia przestrzeni, wyczuwalnym naciskiem akustycznym tła. Lecz znowu w sposób naturalny, bez żadnej w tej mierze przesady. Bez sztucznego (choć skądinąd przyjemnego i robiącego wrażenie) poczucia jakby ta przestrzeń niesamowicie była aktywna, że oto znaleźliśmy się w akustycznym epicentrum o wielkiej sile rażenia i tylko czekamy na wybuch. Zamiast tego znowu naturalnie, spokojnie, bez żadnych czających się do skoku decybeli i wytężonego, złowrogiego aż niemal migotania dźwiękowych iskier.

A więc przeciętność? – zapytacie. Nie, skądże. Na to o wiele zbyt wyraźnie, ciekawie i realnie. Uczestnictwo w muzycznym wydarzeniu mocne, narzucające się nawet. A że w naturalnym a nie przedobrzonym stylu i w średnim a nie wielkim formacie, to dla użytkowników niewielkich pokoi odsłuchowych przecież lepiej.

Można też typowo po audiofilsku wszelkie maski pościągać.

W przekazie też sporo się pokazało powietrza i swoboda towarzyszyła temu przepływu, ale znowu nie w sposób uderzający, że tlen jak prosto z butli i szum przepływu wyraźny. Całość dobrze powiązana ze sobą, nie dająca wrażenia izolowanych dźwięków wybuchających to tu, to tam, ale zarazem szeroka scena, dźwięk oderwany od kolumn i zaznaczająca się głębia o dużej wyraźności i chęci uczestnictwa, a same dźwięki średniej wielkości, niemniej przemawiające do wyobraźni wyraźnym rysunkiem i urodą. Sumarycznie z tego poczucie czegoś dobrze zrobionego i bez dążącej do popisowości przesady. Żadnej krzykliwości, ekstrawagancji, żadnego efekciarstwa. I jednocześnie żadnego poczucia braku – że nie, dziękuję, idziemy sobie gdzie indziej. Bo pewnie – istnieją lepsze kolumny, samo Audiosolution ma niejedne, ale trzeba ważyć proporcje.

Proporcje proporcjami, lepszości lepszościami, a mnie zachciało się zmiany. Sprawdzenia na ile to ogólne wyważenie i naturalistyczny realizm biorą się z samych głośników, a na ile z używanego źródła. Sięgnąłem więc po własnego Cairna, który jest dobry i nie jest. Dobry, bo z dźwiękiem jak na jego cenę wybitnym i jeszcze na dodatek podrasowanym, a zły, bo nie stanowi już oferty rynkowej, podobnie jak użyte do jego poprawienia sławne kondensatory Black Gate. I wtedy się okazało, że cała ta naturalna i przyjemna (naprawdę) w muzycznym odbiorze powściągliwość bierze się z odtwarzacza Hegla, który Internet bardzo chwali. Że aż się posuwają niektórzy do stwierdzenia, że jest najlepszy w przedziale do dwudziestu tysięcy, ale jak już, to sam bym wolał Atolla CD400 za 24 tys. Ale teraz ten Cairn i jego paleta dźwięków.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

8 komentarzy w “Recenzja: Audiosolutions Overture O203F

  1. Marcin napisał(a):

    Panie Piotrze,
    Ciężki orzech do zgryzienia z tymi kolumnami. Za jakiś czas planuję kupić swoje pierwsze kolumny podłogowe i byłem pewien że przesłucham AWS Ifaisteio (przy okazji – strasznie nieporęczna i trudna nazwa) oraz Audioform Adventure 100 lub w porywach 203. A tu teraz i te Audiosolution dochodzą… Chociaż nie ukrywam – wolałbym wesprzeć swojego i kupić polskie głośniki. Mój salon/pokój odsłuchowy to 45m2.
    Panie Piotrze, które kolumny lepsze? Jak żyć? 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To za duże pomieszczenie dla tych Audiosolution. Duże Audioformy i Ifaisteio sobie poradzą.

      1. Marcin napisał(a):

        Ma Pan na myśli Audioform 203 czy 304? Te ostatnie niestety poza moim budżetem 🙁

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          304 do takiego metrażu byłyby lepsze, ale 203 powinny wystarczyć. Zalecam oczywiście odsłuch przedzakupowy, który powinien dać się zrealizować.

  2. Alucard napisał(a):

    Coś się kończy, coś się zaczyna… Tyll Heartsens z Innerfidelity przechodzi na emeryturę i kończy działalność jako recenzent. Emerytura.

    https://www.youtube.com/watch?v=-d31eTmqeEk

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trudno mi cenić kogoś, kto o słuchawkach Sony MDR-Z1R napisał takie niedorzeczności i miał kilka innych wpadek, niemniej miło było od czasu do czasu zapoznać się z czyjąś inną opinią, bo to zawsze poszerza horyzont.

      1. Marcin napisał(a):

        Do tego dołożyć trzeba jego recenzję K812, gdzie opisał soprany słowem „tizzy”. Uczepiło się tego w owym czasie wiele osób, przekreślajac tym samym danie szansy tym AKG na odsłuch.

        1. Alucard napisał(a):

          Co zarzuca się Tyllowi pod koniec jego działalności, to to, że strasznie zaczął pisać i oceniać komercyjnie. Na forum HeadFi zdaje się lub pod jakimś filmem na youtube, czytałem oskarżenia o „kasie rzucanej stąd i zowąd przez różne firmy” ale kto ich tam wie. Nikt za rękę nie złapał. Strasznie jednego faceta rozśmieszyły te jego roszady na „wall of fame”. De facto co się tam działo ostatnie parę miesięcy to hołłoł. Czasem co drugi dzień jakieś słuchawki zdobywały sławę by za następne dwa dni zostać zrzucone w przepaść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy