Recenzja: Struss® Classic

    Sporo lat temu, osiem dokładnie, opisywałem wzmacniacz Struss R-150 – i wtedy sprawa jego nazwy była oczywista. Dzisiaj już nie jest. Teraz mamy dwie firmy z nazwiskiem Struss w tytule – starszą Struss Audio, od której był ten wzmacniacz; nowszą po prostu Struss®, od której te głośniki. Pierwsza pozostaje własnością ojca – Zdzisława Strussa, druga należy do syna, Jacka Strussa. Rzecz jasna historycznie, poprzez rodzinę, coś je łączy, ale jako podmioty gospodarcze i dostawcy rynkowi są całkowicie odrębne. Pierwsza produkuje wzmacniacze, druga kolumny i kable. Co nie oznacza, że jako nowsza debiutuje albo jest stosunkowo nowa; konstruktor Jacek Struss projektuje kolumny od bardzo dawna, tyle że wcześniej dla innych marek oraz sprzedawał swoje produkty pod markami Marcus Audio i REBEL. To Marcus jednak się zwinęło, a REBEL sprzedał wspólnikowi i wystartował z własną marką Struss®. Słusznie skądinąd, bo zamieszanie z podwojeniem firm sygnowanych nazwiskiem Struss nie jest duże – każda oferuje nam co innego, nie ma problemu z rozróżnieniem.

Jako syn inżyniera Zdzisława, od zawsze zajmującego się elektroniką audio, musiał Jacek Struss junior (rocznik 1973) też od początku bytować w tym elektroniczno-audialnym środowisku, potem zdobył wykształcenie techniczne i oczywiście został elektronikiem. Czas jakiś zajmował się czymś innym, obracał w branży reklamowej, ale znudzony jej banalnością w 2009 roku nawiązał współpracę z ojcem, ta elektronika na niego czekała. Rodzinna współpraca nie pociągnęła jednak długo, trwała zaledwie dwa lata – panowie się nie dogadywali. Konflikt narastał wokół tego, jak przeprowadzać rozwój firmy, do jakiego sektora odbiorców na początku się zwracać. Ojciec chciał, aby to był high-end, syn uważał, że droga do sukcesu wiedzie przez niższe sektory rynku. Motywując to faktem, że bardzo drogi wzmacniacz mało wypromowanej firmy sprzedawał się będzie w ilościach śladowych, najwyżej kilku sztuk rocznie. Nie tędy droga do sukcesu: trzeba najpierw wyprodukować świetny wzmacniacz tani, który się szerokiemu gronu sprzeda, o którym stanie się głośno. Ale ojciec nie chciał się zniżać na poziom szerokiej komercji, panowie się rozstali. Pan Jacek założył najpierw wspomnianą firmę Marcus Audio, potem to była firma REBEL, od 2019 to już firma Struss®. Dwie pierwsze nie były tylko jego, znaczone wspólnikami, dopiero ostatnie cała własna. Oferuje kolumny i okablowanie zgodnie z przepisem swego właściciela na zdobywanie rynku – jedne i drugie tanie. Odnośnie kabli takie tanie, że aż się nie chce wierzyć; odnośnie kolumn też nie jest drogo – recenzowane monitory podstawkowe Struss® Classic kosztują 5990 PLN za parę (bez podstawek, których producent jeszcze nie oferuje).

Nie są to przy tym monitory takie od podstaw nowe, raczej daleko idące udoskonalenie modelu REBEL Sentiment 10. (O szczegółach za chwilę.) Także projektu Jacka Strussa, który zachował do nich autorskie prawa, a przy okazji przypomnijmy, że nie była to konstrukcja przeszła bez echa, tylko rynkowo popularna, bardzo wysoko oceniana i nagradzana. Przy tym wyraźnie droższa, bo kosztująca 9600 PLN, co nie przeszkodziło jej konstruktorowi po przejściu na całkowicie własny biznes udoskonalić jej dowartościująco, mimo o tyle niższej ceny. Przypatrzmy się konkretom.

Inżynieria i estetyka

Duży monitor z podkreślającym symetryczny rozkład głośników cięciem osiowym.

   Pierwowzór – kolumny REBEL Sentiment 10 – to rozwiązanie dwudrożne z rozkładem głośników d’Appolito. Tak się zatem złożyło, że jedne po drugich testowane kolumny, na dodatek jedne i drugie polskich producentów, ten sposób  rozplanowania prezentują. Ceny jednakże diametralnie odmienne – już ocenione Litus audio K2 Prestige to wydatek (wraz ze standami) 35 tysięcy, te tutaj Struss® Classic możemy mieć (ale bez standów) za 5990 złotych. I to nie na zasadzie wycieczki do producenta albo ogłoszenia z Allegro (chociaż też, czemu nie?), tylko normalnie, z salonu. Podstawki także będą i też wpisane w politykę niskich cen – masywne, eleganckie i do samodzielnego zasypania materiałem dociążającym za mniej niż tysiąc złotych, a może nawet sporo mniej. Na razie jednak są kolumny i na nie skierujmy spojrzenia. Do testu przyjechały w wykończeniu „czarny dąb” i tylko takie jest na razie oferowane. Dla mnie to żadna strata, bo wychodzenie dźwięku z czerni najbardziej lubię, a inni też powinni być usatysfakcjonowani, bo design, fornir i lśniąca wierzchnia powłoka lakieru są bez zarzutu. Pudła obudów mają wymiary 560 x 250 x 350 mm, typowy dla d’Appolito symetryczny wygląd i żadnych odstępstw od bycia prostopadłościanem poza poprowadzonym dokładnie na połowie wysokości ozdobnym frezem. Ten obiega całą konstrukcję, od przodu pozornie przecinając tweeter, od tyłu duży bass-refleks o wylocie z czarnego tworzywa. Ten rozdzielany pozornie na dwie równe połowy tweeter to markowy, szeroko znany głośnik zaprojektowany przez duńską Vifę, obecnie kontynuacyjnie produkowany przez Scan-Speak pod symbolem D2604/833000. Posiada membranę kopułkowo-pierścieniową o średnicy zewnętrznej 38 mm i w następstwie tego całkowitą powierzchnię drgającą znacznie większą niż klasyczne kopułki, co daje wyższą efektywność. Wybrany został ze względu nie tylko na to, ale też naturalnie płynny, pozbawiony zapiaszczenia, trójwymiarowy dźwięk.

Od góry i dołu okalają go 5,5-calowe nisko-średniotonowe głośniki wyprodukowane przez polskiego producenta wg. specyfikacji i na zamówienie firmy STRUSS®; całość scala zwrotnica 1-go rzędu o cewkach i kondensatorach pochodzących od duńskiego Jantzen Audio i obwodem umieszczonym na płytce drukowanej z najwyższej klasy laminatu. (Nie jest to zatem charakterystyczna dla oryginalnego projektu d’Appolito zawrotnica 2-go rzędu.) Okablowanie jest złoto-srebrne, podobnie jak cała reszta wyższej klasy niż w pierwowzorze REBEL.

Odnośnie obudowy. Zadaniem była minimalizacja rezonansów, sposobem użycie płyt MFD grubości aż 25 mm i żeber wzmacniających. Do czego doszło obłożenie każdej ze ścianek bocznych matą wytłumiającą grubości 10 mm, a górnej i dolnej matami wełnianymi grubości 40 mm. O wykończeniu już mówiłem, ale podkreślić trzeba wagę – każdy z głośników waży budzące respekt 22 kilogramy. Po podzieleniu nimi ceny otrzymujemy zaledwie 136 zł za kilogram kolumny, czyli mniej więcej tyle, ile kosztuje szynka parmeńska. Na tyle uzupełnieniem oprócz dużego bass-refleksu elegancka plakietka i bardzo solidne przyłącza, pasujące do wszystkich rodzajów końcówek kabli.

Oddajmy jeszcze głos konstruktorowi:

Imponująca waga 22 kilogramów gwarantuje masywność ścianek.

Głównym założeniem projektowym kolumny STRUSS Classic było uzyskanie maksymalnie wiernego, neutralnego brzmienia (bez faworyzacji góry, środka czy basu). Zarazem chciałem, aby kolumna nie przypominała monitora studyjnego (nie była zbyt analityczna na średnicy) – po to aby można było długo i przyjemnie rozkoszować się muzyką bez zmęczenia sybilantami, saksofonami itp. Kolumna z założenia miała mieć wysoką efektywność (stąd wybór głośnika wysokotonowego o dużej efektywności i stworzenie dla niego głośników nisko-średniotonowych, obydwa musiały też nadawać się do zwrotnicy 1-go rzędu). Wysoka efektywność 90 dB, równa impedancja – po to aby kolumna była uniwersalna (do wzmacniaczy lampowych małej mocy, wzmacniaczy ze słabszymi stopniami zasilającymi). Dodam, że oprócz sporej efektywności obydwa głośniki – wysokotonowy i nisko-średniotonowy – znoszą spore moce; kolumna może stale otrzymywać od wzmacniacza nawet 150 W !!!.

Na finał suche dane techniczne: pasmo przenoszenia obejmuje 35 Hz – 30 kHz, impedancja nominalna to 4 Ω, skuteczność 90 dB. Ważący 2 x 22 kg komplet – raz jeszcze przypomnijmy – wyceniono na 5990 PLN. (Cena sklepowa brutto.)

Odsłuch

Wysokiej jakości głośniki w stosunkowo taniej konstrukcji.

  Kolumny stanęły na standach i wziąłem się za ich pozycjonowanie. Względem ocenianych niedawno tak samo podstawkowych (ale wielokrotnie droższych) Litus audio K2 Prestige pokazała się jedna różnica – wolały stać jeszcze dalej od ściany z tyłu. Najlepiej ponad dwa metry, wówczas stawało się magicznie. Natomiast tak samo bez odgięcia, co dla monitorów jeżeli nawet nie jest regułą ścisłą, to z pewnością stanem dość częstym. Na rzecz magii właśnie w tym ustawieniu dźwięk się najbardziej uwalniał od tworzących go membran i wędrując do tyłu produkował najgłębszą i najstaranniej rozpisaną na głosy scenę.

Ta w przypadku  opisywanych Struss® Classic okazała się największym atutem, jako właśnie magiczna. Pierwszy plan sadowiła daleko za linią głośników – gdzieś w okolicach półtorej do dwóch metrów – i niespecjalnie miała ochotę zmierzać z dźwiękiem ku słuchaczowi, jakkolwiek nań nim napierać; natomiast tam, z tyłu, rozgrywał się wielki spektakl. Nieprzesadzający z rozlaniem na boki, niemniej szeroki, przede wszystkim głęboki, a do tego jeszcze wysoki. Nie żeby dźwięk się podrywał i gdzieś w górę uciekał, co to, to ani trochę, ale szczelnie wypełniał cały obszar o wielkiej kubaturze. Dwa odnośnie tego najważniejsze akcenty: spójność i lokalizacja źródeł. Źródła wyjątkowo precyzyjnie były umiejscawiane, z bardzo wyraźnym ich ustawieniem nie tylko na osi prawo-lewo, ale także przód-tył. Ważne odnośnie tego uzupełnienie techniczne: Ta druga oś nie do końca tożsama jest z holografią, ponieważ holografia to zjawisko rozwarstwiania na plany, czyli przejawiające się pod obecność równoczesnego występowania co najmniej dwóch. Dlatego takie pozycjonowanie na głębię nazwałem kiedyś stereofonią wzdłużną, polegającą na tym, że pojedyncze nawet źródła dokładnie informują słuchacza o dystansie do siebie, a nie tylko pozycjonują się na poprzecznej osi stereofonicznego horyzontu. To zjawisko (to wymierzanie głębi) po optymalnym ustawieniu monitorów Struss® Classic było szczególnie dobitne; źródła bardzo wyraźnie manifestowały nie tylko azymut, ale też dystans – różny dystans. Poza tym były kubiczne i prawidłowe. Pomimo zajmowania dużego obszaru nie powiększone, ponieważ zaznaczające też różnice pomiędzy miejscem zaistnienia a ekspresją dźwięku.

Także w odniesieniu do odgrywającego kluczową rolę wysokotonowego.

Inaczej mówiąc, znakomicie było słychać jak dźwięki się rozchodzą, jak dosięgają ścian nie sali odsłuchowej, tylko tej koncertowej, w której zostały nagrane; jak świetnie ją odtwarzają, właściwie też oddając wielkości instrumentów. Do czego dołączał czynnik drugi – spoistość całej sceny. Najmniejszej nawet luki na środku między kanałami, żadnych też pustych obszarów pomiędzy poszczególnymi planami i źródłami. Cała przestrzeń ożywała propagacjami dźwięków, mimo że tak dokładnie co do miejsc powstawania określanych. Żyła też wibrowaniem muzycznego pyłu, bowiem kolumny grały detalicznym dźwiękiem i czułe były na sygnał. Zanim jednak do tego przejdę, muszę raz jeszcze podkreślić ich przestrzenny walor. Tam, w głębi przed słuchaczem, działo się coś imponującego – tworzył się wielki spektakl o niecodziennych walorach topograficzno-muzycznych. Scena zjawiała się tak dobra, że niepodobna było się nudzić nawet podczas słuchania utworów wałkowanych i wałkowanych na użytek niezliczonych recenzji. To niecodzienne misterium przestrzeni czyniło je znów ciekawymi, ukazywało w nowym, lepszym podejściu. Może tylko dlatego, że głośniki stały aż tak daleko od tylnej ściany, ale jaka to w sumie różnica? Ważne, że działo się tak ciekawie – że relacje między źródłami, tych źródeł postać i sposób rozchodzenia się dźwięku umiały intrygować.

Przejdźmy od walorów przestrzennych do samych figur melodycznych. Kolumny okazały się grać szczegółowym dźwiękiem, osiągającym tak wysokiej miary szczegółowość przez podkreślające ją i mocno zaznaczające swą obecność soprany. Nie było to brzmienie pod względem morfologii głównie spójne i głównie melodyjne, tylko głównie trójwymiarowe, głównie rozdzielcze i głównie szczegółowe.

Duży bass-refleks potrafi dmuchnąć.

Odnośnie tych sopranów najważniejsza uwaga – że aktywne, to fakt, ale też niecodziennie trójwymiarowe. To w dużej mierze dzięki nim tak znakomita kształtowała się scena, z tak niecodzienną separacją źródeł. Cienką kreską kreśliły kontury, znaczyły przestrzeń miriadami szumów i drobin, eksponowały szczegóły. Gdyby choć trochę mniej były trójwymiarowe, stałoby się za ostro – ale tak się nigdy nie wydarzyło, nawet przy najtrudniejszych sopranowych testach. Za to cały czas było interesująco. Dużo się działo, działo wyraźnie i działo trójwymiarowo. Nie sposób było się nudzić – zbyt obfity płynął informacyjny strumień odnośnie postaci dźwięków i przede wszystkim ich lokalizacji oraz sposobu rozchodzenia. Magia sceny wygrywa z magią postaci dźwięku, co jednak nie oznacza, że tej ostatniej brak było zalet. Prócz szczegółowości i przede wszystkim trójwymiarowości oferowała dobre spojenie sopranów z resztą pasma (co przy takiej ich aktywności jest trudne), przy czym ta sopranowa aktywność zachodziła także na tony średnie, lekko je podbarwiając. Efektem odmłodzeni wokaliści o świeżych i bardzo wyraźnych głosach, nie pozbawionych jednak przymieszki słodyczy, mienienia się w koloraturach i ogólnego wrażenia naturalności. Nie były to głosy jak z płyty winylowej w przypadku cyfrowych źródeł; ich największym walorem nie była wewnętrzna spoistość na miarę tkanki biologicznej i stan ciekły skupienia, a bardzo dobra dykcja, trójwymiarowość, świeżość i natlenienie. Nie były przy tym ani trochę oschłe, tylko przyjemnie chropawe; wolne też od popadania w sztuczną grasejację czy sybilację. Ślad minimalny sybilacji pojawił się tylko w makabrycznejpod jej względem Sweet Jane (Cowboy Junkies), ale na to trzeba było badawczo zwracać uwagę, bo samo z siebie nie przychodziło. Tym bardziej więc nic nie przeszkadzało, po prostu taki wyrazisty styl. Nieco mocniej zaistniały natomiast zniekształcenia w przypadku maksymalnie nisko schodzącej wiolonczeli na płycie testowej Ushera, ale to był jedyny utwór spośród plejady trudnych, w którym do tego doszło. Obudowy się lekko wzbudziły pasożytniczym rezonansem, ale nie ma się czego wstydzić – to zdarzyło się wcześniej wielu, dużej większości nawet, w tym wielu o wiele droższym. Kto ma tę płytę, może u siebie sprawdzić odnośnie kolumn czy słuchawek – niewiele znajdzie się takich, które test przejdą bezbłędnie. (Utwór nr 8.)

Odsłuch cd.

Wygodne, uniwersalne przyłącza.

   Odnośnie jeszcze morfologii tych ożywiających i kształtujących wszystko sopranów, to nie są aksamitne, za to są bardzo dźwięczne. W połączeniu z trójwymiarowością i bardzo lubianą przeze mnie chropawością znaczyły się in plus. Tym bardziej, że to one przede wszystkim stały za tym, że monitorów Struss® Classic słuchałem się w wielu utworach z fascynacją, a nigdy z poczuciem znudzenia.

Ktoś pewnie, być może nawet wszyscy czytający, podejrzewają z niemal pewnością, że te soprany – tak aktywne i zahaczające o średnicę – dają wrażenie chłodu, lub co najwyżej neutralności temperaturowej. Tymczasem nie – przekaz był minimalnie ocieplony, co bardzo dobrze zgrywało się z wymienionymi walorami; bez tego byłoby pewnie trochę obco, a obco się ani razu nie stało. Realizm stanowił jednoznaczną dominantę – uczestniczymy w tym, a nie temu się przyglądamy, mimo iż ta muzyka dzieje się ładnych parę metrów od nas. Niemniej wykonawcy zjawiają się jako autentyczne osoby – Piotr Skrzynecki i Quentin Tarantino, nie śpiewający a mówiący, byli wysoce autentyczni. Nie zaistniał też problem starych nagrań ani problem pogłosu; pogłosy okazały się średnio obfite i dobrze komponujące z dźwiękami podstawowymi, a stare nagrania zachowywały melodyczność i powab piękna głosu. Tym to wszystko jeszcze efektowniejsze i ciekawsze, że bytujące w wyjątkowo przejrzystym medium i wyjątkowo dobrze oswabadzające się z objęć tła. Tak więc całościowa spójność brzmieniowa, ale na bazie szczególnie dobrze wyosobnianych i lokalizowanych, tudzież dokładnie opowiadających swe muzyczne historie źródeł, zamiast zlewania w nudną muzyczną pulpę – i co z tego, że gładszą? Biegunowo od tego przeciwnie, ergo znacznie ciekawiej.

Dystans od ściany tylnej jest bardzo ważny. Powinien być większy niż na zdjęciu.

Raz jeszcze muszę wrócić do tej zjawiskowej separacji źródeł, albowiem wydobywanie dźwięków z tła przy zachowaniu spójności brzmieniowej (bez atomizacji obrazu, jak w pointylizmie, skutkiem rozpadu na słabo kooperujące źródła i odklejające się od całości szczegóły), to niewątpliwie dwie strony tego samego medalu i zarazem tych Struss® Classic największy atut. Wrażenie obecności instrumentów i wokalistów było w ich wydaniu czymś rzeczywiście dojmującym; najbardziej przykuwało uwagę, wywoływało wręcz podziw. Głęboko z tyłu, za stojącymi dwa metry od słuchacza czarnymi skrzynkami głośników, zjawiał się dynamiczny twór żywego i potężnego brzmienia o wyjątkowo starannie wyskalowanej topologii dystansów i kubatur. To naprawdę robiło wrażenie, nawet na mnie, który tyle głośników, niejednokrotnie arcydrogich, w tym miejscu stawiał. A przecież te należały do jednych z tańszych, takich na każdą kieszeń.

Całość jakościowym popisem.

Realistycznie żywy saksofon – świetnie ocinający się od tła, trójwymiarowy, szybki, w widomy sposób dmuchający i niosący dużo energii; fortepian ujmujący bogactwem harmonicznym drzemiącym pod każdym klawiszem – i autentycznie duży; perkusja objętościowa, dająca czucie membran pod pałeczkami z pięknie dźwięcznymi odpowiedzi talerzy; basowe pomruki muzyki elektronicznej i jej tajemnicze przestrzenie; niskie zejścia wiolonczel, kontrabasów, jeszcze niższe organów – wszystko to żywe, ekscytujące, aż nawet podkręcone. Brzmienie dalekie od relaksującego, ale zarazem nie wyobcowujące, tylko realistyczne. Bez śladu przymgleń, złagodzeń i niedopowiedzeń. Wyraziste i mocne w wyrazie. Wyzwolone od sprawiających je głośników, dziejące się tam z tyłu i nie napierające ciśnieniem, które nawet przy wysokich poziomach głośności zjawiało się niewielkie. Wszystko to doświetlone, ale całościowa aura dość ciemna, wzbogacająca klimat. Dużo we wszystkim tlenu a niewiele wilgoci, ale bez odczucia suchości – w sam raz. Średnica rasowana sopranami i tym bardziej poprzez to do słuchacza docierająca, jako że zawsze się przy sopranowej przymieszce tak się dzieje. Zarazem bardziej twarda niż miękka, ale w przypadku analogowych nagrań (nie w sensie tylko winylowych płyt, ale też dobrze zrealizowanych cyfrowych) dająca mocne czucie analogu. Ślad słodyczy i aromatu jako dodatkowy ozdobnik, zawsze rześkość i odmłodzenie plus to przestrzenne danie główne.

Podsumowanie

    To nie są pierwsze ani jedyne świetnie grające głośniki monitorowe w rozsądnych jeszcze pieniądzach. Niemniej ich as atutowy – pięknie zobrazowana scena – daje im w tym aspekcie przewagę. Tak niecodziennie ukazaną muzyczną scenerię dostaniecie dopiero od średnich modeli Diapasona i Boenicke, a te już nie kosztują mało. Drugim atutem brak nudy. Dość częstym bowiem jest zjawiskiem dążenie do jak najbardziej płynnego, ugłaskanego brzmienia, ale to kosztem dynamiki i separacji. Cóż, w strefie poniżej dziesięciu tysięcy trzeba zwykle wybierać, tam nie ma kolumn dających wszystko w rozumieniu high-endu. Wysokie ciśnienia, urzekająca melodyka, jednoczesne natlenienie, dociążenie i brzmieniowa poezja plus zjawiskowa scena – za takie coś się płaci słono, w tysiącach euro grubych. Lecz nawet tam nie dzieje się w ten sposób, że nie ma do czego się przyczepić – tak grają dopiero Vox Olympian za, bagatela, osiem milionów. Poza tym niemożliwe do postawienia w mieszkaniu, chyba że takim z salonem o powierzchni solidnie ponad stu metrów. Wspominam o tym, by otrzeźwić tych, którym się zadaje, że kolumny monitorowe czy podłogowe za kilkanaście tysięcy to autentyczny szczyt szczytów. Kiedy sięgam po swe testowe płyty, u każdych takich wady znajdę – mniejsze czy większe, ale jakieś, i dotyczące wielu aspektów. Zatem trzeba wybierać i rzecz ustawiać pod swój gust. Jeżeli scena jest dla was priorytetem i nie lubicie maślanego dźwięku, to te Struss® Classic będą dla was w kwocie do dziesięciu tysięcy. Wszelako pod warunkiem, że nie staną blisko pod ścianą.

 

W punktach

Zalety

  • Duże aspiracje za niewielkie pieniądze nie są w tym wypadku na wyrost.
  • Imponujący przy tak niewielkim budżecie obraz sceniczny.
  • Całkowicie oderwany od membran.
  • Szeroki, wysoki i głęboki.
  • Z mistrzowsko precyzyjną lokalizacją źródeł. (A więc i świetna stereofonia oraz  rozpisanie na plany.)
  • Także tych źródeł właściwy format. (Nie są za duże ani za małe.)
  • Znakomitym też ukazaniem ekstensji dźwięków i dobrą ich kooperacją.
  • Dźwięczność.
  • Rozdzielczość.
  • Detaliczność.
  • Niemała melodyjność.
  • Bogactwo harmoniczne.
  • Przyjemnie chropawe powierzchnie.
  • Szybkość narastania i dynamika.
  • Śladowe ocieplenie, korzystnie współgrające z ekspresyjnymi sopranami. (Rzadko spotykana synergia.)
  • Dobrze związane całe pasmo z akcentem na te soprany.
  • Młodzieńczo świeża, natleniona średnica.
  • Nisko schodzący bas, choć nie dający wysokich ciśnień. (Za to nie dający także podbarwień.)
  • Całkowita przejrzystość medium.
  • Całkowita otwartość dźwięków.
  • Klimatycznie ściemnione światło, wszystko jednak doświetlające.
  • Żywość.
  • Uwolnienie od sztampy i nudy.
  • Muzyka z charakterem, a nie taka typowa.
  • Wysoki poziom zaangażowania emocjonalnego słuchacza.
  • Bardzo starannie wykonane i elegancko wykończone.
  • Masywne, dobrze wytłumione obudowy.
  • Wysokiej jakości komponenty.
  • Duży bass-refleks, potrafiący do tyłu solidnie dmuchać.
  • Przyłącza obsługują wszystkie złączki.
  • Nietrudne w napędzaniu.
  • Nietrudne do ustawienia.
  • Znany, ceniony i nagradzany, obecny na rynku od dawna producent.
  • Made in Poland.
  • Bardzo dobry stosunek jakości do ceny.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Jedynie w czarnym wykończeniu.
  • Nie ma jeszcze dedykowanych standów.
  • Pełne ukazanie walorów brzmieniowych przy sporym dystansie od ściany z tyłu.

 

Dane techniczne Struss® Classic:

  • Kolumny monitorowe, dwudrożne, z tylnym bass-refleksem.
  • Zwrotnica 1-go rzędu. (Cewki i kondensatory Jantzen Audio.)
  • Pojedyncze przyłącza.
  • Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 30 kHz.
  • Impedancja nominalna: 4 Ω.
  • Skuteczność: 90 dB.
  • Okablowanie: złoto-srebrne.
  • Ścianki: MFD ø25 mm, z matami tłumiącymi drgania.
  • Waga: 22 kg (szt.)
  • Wykończenie: fornir „czarny dąb”, wysoki połysk.
  • Cena: 5990 PLN (komplet bez podstawek.)

 

System:

  • Źródło: gramofon CSPort TAT2, odtwarzacz Ayon CD-35 II.
  • Wkładka: ZYX Ultimate DYNAMIC.
  • Kabel ramię-przedwzmacniacz: Siltechem Signature Avondale II.
  • Docisk płyty: Synergistic Research MiG UEF Record Weight.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Ancient Audio Silver Stage.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Struss® Classic.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Interkonekty: Acoustic Zen Absolute Cooper, Sulek Edia & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Ustroje akustyczne: Audioform.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Solid Tech „Disc of Silence”, Synergistic Research MiG SX
Pokaż artykuł z podziałem na strony

1 komentarz w “Recenzja: Struss® Classic

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Swietne sa… potwierdzam, sluchalem te monitory,bylem pod wrazeniem,brac,kupowac i sluchac…cena fantastyczna…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy