Recenzja: Pioneer SE-MASTER1

 Pewne rzeczy odkładają się w czasie, i tak stało się z recenzją debiutujących w pierwszej połowie 2015-go roku flagowych słuchawek marki Pioneer. Tytułem ciekawostki i jednocześnie rysu historycznego rzucę, iż zalążkiem Pioneer Corporation (stanowiącej obecnie jedną machinę biznesową z Onkyo Corporation) był założony w 1938 przez pana Nozomu Matsumoto jeden z tokijskich punktów naprawy radioodbiorników, tak więc początki były skromne, a jednocześnie nietypowe. Nozomu Matsumoto był bowiem synem chrześcijańskiego misjonarza i motywacją jego działań była wiara, że technika radiowa przyczyni się do popularyzacji chrześcijaństwa w Japonii. Ta rzecz się nie stała, stało natomiast to, że po II wojnie światowej z małego punktu napraw wyrosła wielka korporacja.

Przeskoczmy na inny kontynent. Dokładnie dwie dekady temu, dwa lata przed millenium, zawitały na rynek słuchawki Sennheiser HD 600 i świat uległ przemianie. Przemianie zrazu niewidocznej, bo jak powiadał Hegel: „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”, tak więc nie wszystko zrazu widać – zwłaszcza sens uwidacznia się z czasem. Przemianie prawdopodobnie nieuchronnej – i to też w zgodzie z Heglem, według którego nieuchronne jest wszystko, co się zdarza. Nie te słuchawki, to inne – musiały nadejść takie otwierające drogę do zmiany domowego przybytku audio z dużego systemu głośnikowego w niewielki słuchawkowy. Nie ziściła się bowiem wizja ogólnoświatowego dobrobytu na wzór amerykański; i zamiast żeby każdy obywatel wszelkiego kraju stał się właścicielem dużego domu bądź apartamentu, to zwykły Amerykanin zbiedniał. Inny to jednak temat, nas z niego interesuje tyle, że większość ludzi żyje teraz w klitkach i los ich z miejsca na miejsce rzuca. Życie stało się niestabilne, nie ma już panów na zagrodzie. To znaczy są, tak jak zawsze, ale ciągle nieliczni; a zwykły, szary człowiek może sobie pozwolić na garsonierę, albo najwyżej trzy pokoje, i w nich najlepiej słuchawki, by nie przeszkadzać siedzącym przed telewizorem i w ogóle sobie nawzajem.

Dość ogólników, przejdźmy do rzeczy. Dzięki tym Sennheiserom – niedrogim a świetnym – rynek słuchawek zaczął nabierać tempa, po 2010 ruszając dosłownie lawiną. I w ramach tej lawiny odnoga substytutu prestiżu – że mianowicie dużego audio nie mam, ale mam luksusowe słuchawki. Takie słuchawki były od dawna i specjalizował się w nich Stax, aczkolwiek Pioneer też miał w dorobku luksusowe, elektrostatyczne SE-1000 z 1979-go. Po 2010-tym ilość specjalistów słuchawkowego luksusu jęła zaś błyskawicznie przyrastać; każdy bez mała producent elektroniki (przynajmniej z tych co większych), poczytywać jął sobie za obowiązek zaoferować luksusowe słuchawki. I nie inaczej Pioneer, i nie inaczej Onkyo. Bo choć pewnie o tym nie słyszeliście, powstały też luksusowe słuchawki Onkyo, na wzór pamiętnych Sony MDR-R10. Nie wiem wprawdzie, czy są produkowane, ale pokazywane były.

Obecne luksusowe słuchawki Pioneera to, jak już zdążyłem nadmienić, rok 2015-ty; a ściślej początek tamtego roku. I oczywiście firmowa feta, i oczywiście najlepsze na świecie. A w każdym razie takie, po które warto sięgać, czego najlepszym dowodem, że sięgnęło po nie, jako swą referencję, mające duży dorobek londyńskie studio nagraniowe AIR Studios, ponieważ zdaniem jego szefa technicznego – Mr Tim Vine-Lott – to właśnie flagowe słuchawki Pioneera sprawdziły się najlepiej jako substytut dużych głośników i przede wszystkim żywej muzyki. Nie zamierzam z tym wchodzić w polemikę, a już na pewno nie w tym miejscu, natomiast czytelnikom należy się przed odsłuchami dokładny opis techniczny. Zanim on jednak uwaga, że wraz ze słuchawkami zaoferował Pioneer dedykowany im stosunkowo niedrogi (3000 PLN) symetryczny wzmacniacz-przetwornik Pioneer U-05-S, którego dane mi było przelotnie słuchać na AVS w 2017 i wypadł całkiem nieźle, co najmniej adekwatnie do ceny. A skoro już o cenach, to słuchawki debiutowały z polską opiewającą na 10 900 PLN, która nadal jest oficjalna, ale która chwalebnie uległa redukcji podczas świątecznych wyprzedaży i dziś są (przynajmniej jak na razie) dostępne o jedną czwartą taniej, za 8800 PLN. Taka obniżka to wprawdzie nie wyjątek, ale mimo to sporadyczny przypadek na tle sytuacji generalnie odwrotnej. Przypadek tym cenniejszy, że luksusowe flagowce wyspindrały się w swojej masie z cenami powyżej dziesięciu tysięcy i plują na nas z góry.

Budowa i jej następstwa

Flagowe Pioneery wysoko stoją.

 Słuchawki nie trafiły do mnie od polskiego dystrybutora, który najpierw tłumaczył się ich wysłaniem do innych redakcji, a potem awarią sztuki testowej i używaniem na AVS nie własnej. Lecz o to mniejsza. W sumie dobrze się stało, gdyż czytając cudzie opisy zacząłem dochodzić do wniosku, że wygrzewają się te Pioneery bardzo, ale to bardzo długo, przechodząc na dodatek po drodze radykalną przemianę, toteż opis niedługo po inauguracji zapewne byłby błędny. A jeszcze takie błędy mogą być bardzo duże, i kiedy na przykład słucham teraz swoich Sennheiser HD 800, to wspominając ich pierwszą recenzję (nie ma jej na serwisie) odczuwam głęboką frustrację. Tamten opis i to obecne brzmienie rozmijają się niemal całkiem i nie ma dosłownie aspektu, który by się nie zmienił. Dość podobnie jest z tymi Pioneerami, o których można przeczytać, że są „jasne”, „delikatne” i „nacisk kładące na szczegóły”, podczas gdy w uszach zjawia się brzmienie inne, bardzo wyraźnie odmienne. Jakie dokładnie, o tym zaraz, a teraz o budowie.

W związku z tym nie trafieniem od dystrybutora nie trafiło do mnie oryginalne opakowanie, którym jest duże, sztywne pudło wyścielone atłasem. Oprócz słuchawek i papierów zawiera jedynie trzymetrowy odpinany kabel z miedzi OFC litz, zakończony standardowo dużym, firmowym jackiem oraz alternatywny napinacz pałąka. (Co to jest, zaraz wyjaśnię.) Natomiast kabel symetryczny, lepiej pasujący do dedykowanego wzmacniacza, można kupić oddzielnie za równe tysiąc pięćset złotych, przy czym czekanie na realizację może potrwać do dwóch tygodni, o ile egzemplarz znajdzie się w Europie, albo niestety do aż sześciu, o ile sprowadzać go trzeba będzie z Japonii.

Same słuchawki są duże i masywne; ważą bez kabla 475 gramów. Z uwagi na nadprzeciętną wygodę waga ta jednak „znika”, do czego przyczynia się zwłaszcza wielkość i miękkość z naturalnej skóry zrobionych padów oraz bardzo dobre dopasowanie pałąka. Dość w porównaniu z muszlami ażurowego, złożonego ze wspomnianego napinacza, czyli cienkiego, chromowanego drutu (który można poprzez proste wyjęcie zastąpić alternatywnym mniej dociskowym) i aluminiowego paska właściwego z regulacją wysokości oraz podwieszoną pod nim szeroką skórzaną opaską. Regulacji można dokonać po wciśnięciu małego przycisku na zworze chwytaka muszli z pałąkiem, a jej realizacja jest perfekcyjna. Gęste karby pod zaciskami trzymają bez zarzutu, umożliwiając bezproblemowe dopasowanie, a pozornie okrągłe muszle są de facto lekko podługowate, dokładnie okalając uszy.

Konstrukcja jest otwarta, w oparciu o przetworniki zaopatrzone w magnesy neodymowe i przede wszystkim pięćdziesięciomilimetrowe membrany z cieniutkiego (25 mikronów) profilu aluminiowego powleczonego warstewką ceramiczną PCC (Parker Ceramics Coating), dodatkowo wzmocnionego wokół krawędzi sztywnym, karbowanym pierścieniem z polieteru ketonowego (PEEK) – rodzaju żywicy epoksydowej. Jak utrzymuje producent, to pierwsze takie rozwiązanie zastosowane w słuchawkach, nawiązujące bezpośrednio do najlepszych głośnikowych membran. Z tyłu, za częścią akustycznie aktywną, zadbano o pasywną stronę akustyki, montując akustyczny absorber i tłumiącą rezonans oprawę. Jako dodatkowe antyrezonansowe wsparcie cały przetwornik jest mocowany wewnątrz aluminiowej oprawy na gumowych resorach, co nazwane zostało „pływającym zawieszeniem”. Skądinąd zaś sama ta oprawa też przyczynia się do tłumienia, jako że aluminium to dobry tłumik drgań, aczkolwiek nie tak dobry jak magnez.

A leżą jedynie w sensie czekania na odsłuchy.

Całe słuchawki od strony wizualnej to czerń i srebro; z czarnymi padami, czarną opaską nagłowną i czarną siateczką na zewnątrz muszel, a srebrną tych muszel oprawą, srebrnymi ich chwytakami i srebrzystymi prętami pałąka. Kabel jest czarny i za rozwidleniem śliski, by nie tarł o ubranie, podczas gdy na zasadniczej długości w solidnym, czarnym, materiałowym oplocie. Srebrny firmowy wtyk ze złoconą końcówką łanie i solidnie się prezentuje, a dane techniczne imponują. Poczynając od wyjątkowo szerokiego pasma przenoszenia, obejmującego zakres 5 Hz – 85 kHz, poprzez niezwykle niskie zniekształcenia uwidoczniane w pomiarach, po komputerowo modelowaną wyjątkowo poprawną charakterystykę pracy membran. Słuchawki, zgodnie z obowiązującym trendem, są przystosowane do symetryzacji, jak również sprzętu przenośnego, na co składa się podpięcie kabla po stronie muszli symetrycznymi złączami MMCX, niska impedancja 45 Ω oraz dość wysoka czułość 94 dB. Efekt to łatwe (choć nie skrajnie) napędzanie i możliwość współpracy z każdym rodzajem wzmacniacza. Zwłaszcza że druga strona, czyli akceptowana ciągła moc maksymalna sygnału, to aż 1,5 W.

Wygląd jest niewątpliwe luksusowy, chociaż bez żadnych (i dobrze) „wystrzałów”, wygoda na bardzo wysokim poziomie, a użyteczność pełna. Zostaje jeszcze brzmienie.

Odsłuch

Wolą jednakże stojak.

Z uwagi na wytężony pod względem ilości zadań okres pomiędzy AVS a końcem roku, nie miałem za dużo czasu na bratanie się z tymi Pioneerami, niemniej dość dobrze ich brzmienie poznałem z towarzyszącym temu zdziwieniem. Zdziwieniem z jednej strony podsycanym wspomnieniami z zeszłorocznego AVS, z drugiej cudzymi opisami. Bo, jak już wspominałem, zawisła w przestrzeni publicznej opinia o brzmieniu raczej delikatnym, niuansowym, szczegółowym, misternym. Rodzącym obraz high-endu z rodzaju przeczulonych i szczególnie wrażliwych. Że moc i krzepkość jedynie czerpane będą od wzmacniacza, a pejzaż w rodzaju tych srebrzyście podświetlanych; może niekoniecznie jaskrawych, niemniej raczej jaśniejszych. Nakładało się na to wspomnienie z AVS, gdzie słuchane z dedykowanym firmowym wzmacniaczem nie grały wprawdzie wątło, niemniej budując dźwięki wraz z echami, co powiększało przestrzeń, ale nie przysparzało witalności i mocy. Poza tym na tle porównywanych bezpośrednio HiFiMAN Susvara (trzy razy droższych) i Final D8000 (półtora raza) mniej oferowały flagowe Pioneery indywidualnych brzmieniowych smaków, przekaz na tle tamtych bardziej ujednolicając, ergo czyniąc mniej atrakcyjnym. I teraz, z tymi recenzowanymi na uszach, wszystko to można było wyrzucić do kosza.

Tak więc zapomnijcie o jakimkolwiek wydelikaceniu, echowości i brzmieniach jaśniejszych a mniej zindywidualizowanych – to wszystko moi mili bzdura. Aliści jedna rzecz może to wytłumaczyć, a w każdym razie sugerować wytłumaczenie. Mamy grudzień, zatem kurier przyniósł słuchawki jak z lodówki i jasna rzecz, że takimi nie gramy. Dałem im zatem parę godzin na powrót do temperatury pokojowej, a potem z ciekawością przywdziałem na uszy. I wówczas także zagrały echowo, a co gorsza zniekształcająco. Odrealnienie czuć było w każdym dźwięku, porównywane Sony MDR-Z1R i Final D8000 grały bez wątpienia poprawniej.

Rozczarowany tym szybko dałem za wygraną, dziwiąc się jednocześnie, jak znajomy – wytrawny przecież audiofil – mógł je wybrać także na bazie porównań. Tym bardziej jeszcze wyborem  londyńskiego AIR Studios – że niby do masterringu najlepsze? Słuchawki przeleżały kilkanaście dni, bo co innego miałem do roboty, a słuchać wolałem innych. Aż tu czas zaczął naglić, rozstanie okazało się bliskie. Więc do dzieła, chociaż bez entuzjazmu, no bo te zniekształcenia. Przywdziewam je ponownie i czekam na dziwactwa. Ale się nie doczekałem. Całkiem na odwrót – brzmienie zjawiło się wyjątkowo klarownie i wyjątkowo poprawnie; dające jasno do zrozumienia, że tamto, to jakby nie one. Wniosek stąd jasny płynie: one są bardzo wrażliwe. Ale nie przede wszystkim na towarzyszącą aparaturę, bo pod tym względem akurat są odporniejsze od przeciętnych, natomiast na warunki otoczenia. Najwyraźniej te ceramiczne przetworniki nie tolerują chłodu, przy spadającej temperaturze prędko ich zawieszenie się usztywnia i nie nadąża za sygnałem. Zupełnie inaczej pracują te ceramiczne przetworniki w temperaturze circa dwudziestu stopni, a inaczej przy chłodzie. Tak więc przestałem się dziwić, zacząłem dobrze rozumieć. Kolega się nie pomylił i nagraniowcy z AIR Studios takoż. W wyższej temperaturze Pioneery dają popis.

I dobrze na nim widać, że to kawałek luksusu.

Ale zanim o tym popisie, jeszcze jedna uwaga. Znajomy nie był zadowolony z prezentacji sopranów, podejrzewając oryginalny kabel o z nich okradanie. Po długich rozważaniach nad ewentualnym zastępstwem zdecydował się nabyć w ciemno produkt kanadyjskiego Audio Sensibility, który okazał się dobrym wyborem. O tyle jednak nie do końca, że uległ szybko awarii jeden z wtyków przy muszli i kabel pojechał się naprawiać, toteż nie mogłem go sam użyć. Ponoć zdecydowanie poprawia holografię i całościowe zawieszanie dźwięków w przestrzeni, a z sopranami robi porządek, czyli dodaje i uszlachetnia.

To tyle tytułem uwag wstępnych, przejdźmy do tego, co było dane. Słuchawki nie zagrały ani odrobinę jaśniej od porównywanych z nimi bardzo dokładnie Final D8000 z oryginalnym miedzianym kablem (czyli tańszym) oraz Sennheiser HD 800 dla odmiany z kablem Tonalium w wersji max, czyli z dodanym wypełniaczem na rzecz tłumienia mikrodrgań. (Drut przewodzący sygnał zawsze ma mikrodrgania.) Zgodnie z opinią moją i Michała – właściciela, który je osobiście odbierał i też przy okazji porównywał – wszystkie słuchawki prezentowały ten sam wysoki poziom przy oczywistych różnicach stylu. Sam słuchałem w dwóch lokalizacjach – przy komputerze i w torze tradycyjnym z Twin-Head i dCS Rossinii; Michał jedynie w tej drugiej. Poza dość oczywistą różnicą jakościową wspomnianych torów (chociaż nie jakąś gigantyczną) oba powiedziały to samo: różnice stylu tak, różnice klasy nie.

Odsłuch cd.

Dobrze także na srebrnym podkładzie.

 Czepmy się tego stylu. Zdecydowanie największa różnica między Pioneerami a pozostałą dwójką (grającą dość podobnie) odnosiła się do relacji między powierzchnią a wewnętrzną strukturą dźwięków. Pioneery wyraźnie skupiały się na tej pierwszej i z niej budowały muzykę. I teraz jeśli komuś się wyda, że popełniały tym samym błąd, to nie będzie miał racji. W mojej opinii właśnie dlatego wybór AIR Studios padł na nie – albowiem to bardzo mocno nawiązywało do muzyki w wymiarze rzeczywistym. Fakt – i tu Michał nie mija się z prawdą – kabel oryginalny nieco redukuje soprany; lecz czyni to na tyle umiarkowanie, że całościowy obraz muzyczny niewiele na tym traci. A przede wszystkim jest to właśnie obraz muzyczny, a nie techniczny czy sztucznie popisowy. Pioneery SE-Master1 bardo wyraźnie o sobie głoszą: „Muzyka przede wszystkim!” To stoi w radykalnej odmienności względem ich grania w za niskiej dla ich przetworników temperaturze, ale to ich prawdziwe oblicze. Mastery od Pioneera nie dokonują brzmieniowych sekcji, nie prześwietlają rentgenem. Muzyka to dla nich nie pacjentka, którą należy badawczo przeanalizować, tylko dziewczyna na randce od zadawania uroku. Czaruje powierzchownością, melodyką głosu, wdziękiem i gracją poruszania, a nie elektrokardiogramem i dobrym stanem płuc.

Dwa to rodzi następstwa, każde o innym wydźwięku. Z jednej strony ta skupiona na pięknych kształtach i płynnych ruchach muza od Pioneerów każe się sobą cieszyć i naprawdę nas cieszy. „To jest właśnie muzyka!” – rozbłyskuje ci w głowie, kiedy się temu przysłuchujesz. Taka ona ma być w swej warstwie najważniejszej, jako jej główny kształt. Z drugiej jednakże strony muzyka rzeczywista – prawdziwy talerz, trąbka, fortepian – ma jednak nieco więcej aspektów strukturalnych i ma nawet w pierwszym rzucie. Do tego właśnie nawiązywały Final i Sennheisery; ich muzyczne obrazy skupiały się w większym stopniu na migotliwości wystrzępiającej powierzchnie, także na pod powierzchnie wnikaniu w strukturę harmoniczną – na całym tym wzbogacającym brzmienia podszerstku. Zdecydowanie bardziej pracowały u nich soprany; i przede wszystkim nie na rzecz samego najwyższego rejestru, ale dla mikrodetali, analitycznej głębi, obrazowania planktonu i muzycznych wibracji. Im brakowało całościowego wyrazu – wiodącej linii melodycznej, która się u nich zatracała w nawale spraw pomniejszych; miały za to więcej szelestu, szumu, drgań, przenikania w wewnętrzną budowę dźwięków. Dzwoneczki bardziej świdrujące, drobniejsze i srebrzyste, a na wielkich połaciach muzyki elektronicznej uzyskiwanie wrażenie ogromu poprzez kruchość delikatnych sopranowych akcentów, ten ogrom penetrujących i w nim się roztapiających.

Więc cała muzyka bardziej ezoteryczna, bardziej skupiona na detalu i towarzyszącej mu analizie, a w ludzkich głosach czy do strun fortepianu dodany czynnik sopranowy, swoiste drugie brzmienie. U Pioneerów natomiast operowanie dźwiękami większymi i o większej różnorodności w sensie plastyki melodycznej. Wokale bardziej postawne i nie tyle może cieplejsze, co bez schładzających sopranowych igiełek i studzącego pogłosu, u tamtych z ciepłem wymieszanych. Z kolei wielkie, metafizyczne połacie nie budowane sopranowymi wrzutkami mikroskopijnych eksplozji, tylko długimi pociągnięciami dźwięków przemierzających wielką przestrzeń. W efekcie ta przestrzeń równie wielka, ale o innych charakterze, inny dająca nastrój. Nie tajemnicza kruchą, przeszywającą na wskroś sopranową śnieżynką w kontraście do ogromu, tylko ten ogrom zasadniczy, jako kształt otoczenia i całościowa atmosfera, dla której to ty – mały słuchacz – jesteś głównym kontrastem.

I pod dowolnym kątem.

Porównanie wypadło więc remisowo, każdy miał argumenty. Tym bardziej remisowo, że Pioneery nie miały także problemów z holografią, aczkolwiek w ich wykonaniu dalsze dźwiękowe plany mniej podkreślały swoją inność, mniej się wyodrębniały. Scena Pioneerów była spójniejsza; podobnie jak same dźwięki o bardziej jednolitej morfologii, a mniej analityczna. Te od Sennheiser i Final D8000 bardziej się narzucały, głośniej krzycząc o odległościach, tak samo jak o detalach. Ale bez porównawczych przymiarek, po chwili oswojenia, obraz muzyczny Pioneerów był przekonująco realistyczny i bardziej naturalny, mniej bazujący na ekstremach.

To samo powtórzyło się przy testach zwykłej mowy i przy badaniu pogłosu. To w Pioneerach mowa potoczna wypadła najnaturalniej, bez zbędnej ekscytacji. I jednocześnie należycie zindywidualizowana, nawet na tle tak świetnych pod tym względem konkurentów. Nie inaczej z pogłosem – doskonale w Pioneerach łączonym z dźwiękami zasadniczymi, a jednocześnie należycie zaznaczanym i dodającym piękna.  Bardzo poprawnie wypadł także test możliwości basowych, które okazały się nieco słabsze niż u D8000, niemniej wysoce zadowalające. Bas miał należytą posturę, odpowiednią ekstensję i wyraźną przestrzeń wewnętrzną. Nie zlewał się, nie był głuchy i nie przejawiał żadnej słabości. Stosunkowo najsłabiej na tle konkurentów wypadła koloratura, w przypadku której do pełni szczęścia zabrakło sopranowej wibracji, według wszelkiego prawdopodobieństwa za sprawą nie dość jakościowego kabla. Ładnie operując melodyką nie miały soprany u Pioneerów pełnej dawki słodyczy wynikającej z wibracji i mienienia się głosu, gdyż w ich akurat przypadku głębsze wejście w strukturę jest bardzo pożądane.

W kontekście tych porównań wykonałem kolejne, tym razem porównując całą trójkę do referencyjnych w moim systemie słuchawkowym AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis. I wtedy się okazało (na co byłem przygotowany), że rzeczy można łączyć. Ten sopranowy świergot wzbogacający różnorodność jednoznacznie inkorporować w muzykę, tak aby w naturalny sposób rozwijał kształty powierzchniowe, naśladując jedynie ich faktyczne bogactwo, bez wycieczek analitycznych jako odrębnej sfery. By nie powstawało wrażenie, że jest bardzo bogato, ale nie dość muzyki, ani ażeby była muzyka, ale nie w całej rozciągłości. Z dzisiaj produkowanych słuchawek jedynie Sennheiser HE-1 posiadły tę umiejętność, a bliziuteńko do nich mają Stax SR-009S, Abyss AB-1266 i Final Sonorous X. Być może także HiFiMAN Shangri-La, ale nie miałem przyjemności poznać. Pytaniem pozostaje, co potrafią Pioneery z wyższej jakości kablem, co tyczy także Final D8000, Meze Empyrean i podobnie Focal Utopii. Final D8000 to w ogóle odrębna kwestia o dużej złożoności, bo grają teraz inaczej niż podczas pisania recenzji. Tym będę się jednak zajmował w osobnym tekście porównawczym do Final Sonorous X, co planuję na przyszły miesiąc.

Podsumowanie

 Słuchawki Pioneer SE-Master1 przeszły trochę bez echa, moim zdaniem niesłusznie. Cztery już lata mijają od rynkowego debiutu, a nie powstały liczne grona wielbicieli, nie mnożą się wątki dyskusyjne. O Audeze, Fosteksach, Staksach czy HiFiMAN-ach więcej się słyszy opinii, większy wokół nich rumor. Pioneery jakby przycupnęły i cicho egzystują. Tymczasem na Amazonie jest (była?) do nabycia sztuka za niewiele ponad siedem tysięcy i gdybym słuchawek high-endowych miał akurat potrzebę, to bym ją zaraz łapnął. Podobnie także Pioneery za osiem bodajże osiemset w promocji „Czarny Piątek”, ale i cena ponad dziesięciu tysięcy też nie jest przesadzona. Fakt, należy się im lepszy kabel – to jest poza dyskusją. Ale kiedy z tym kablem dobrze trafimy, a ponoć można za tysiąc pięćset, to może stać się niesamowicie. A i ze stockowym jest muzyka, muzyka przede wszystkim. Postawna, elegancka, wyrafinowana i nadprzeciętnie spójna w falistym swym przepływie.

Recenzowałem niedawno podobne słuchawki, zwą się Meze Empyrean. Bardzo byłbym ciekaw ich konfrontacji z Pioneerami, zwłaszcza gdyby dać jednym i drugim możliwie najlepsze kable. Byłoby to niewątpliwie starcie o największą muzykę na mistrzowskim poziomie. Można by do takiego starcia dołożyć niejedne inne, na przykład też z lepszym kablem Focal Utopie, czy Grado PS2000e. Które miałyby więcej czystej muzyki, więcej basu, naturalności, pięknem opromieniających sopranów? Nie podejmuję się zgadywać. Póki co mogę stwierdzić, że Pioneer SE-Master1 to elita i jeśli ktoś je wybiera, zwłaszcza trafiając w lepszą cenę, ten nie popełnia błędu. Wyłączam z tej grupy traperów, polarników i Eskimosów – to nie są słuchawki dla nich.

 

W punktach:

Zalety

  • Nawet jak na słuchawki z najwyższej półki ponadprzeciętna dawka czystej muzyki.
  • Naturalizm i jeszcze raz naturalizm.
  • Żadnych sztucznych udziwnień, podbarwień, dodanych pogłosów, chłodu.
  • Wyważona temperatura przekazu, w zasadzie neutralna.
  • Żadnych rozjaśnień – charakterystyczna dla wysokiej klasy słuchawek lekko przyciemniona atmosfera.
  • Dźwięk nasycony i z odpowiednią masą.
  • Wyjątkowa spójność pasma
  • Wyjątkowa spójność sceny.
  • Pomimo tej scenicznej spójności czytelna holografia.
  • Żadnych problemów z przywołaniem wielkich obszarów.
  • Na dodatek kreślonych z naturalną malarskością, a nie przy pomocy efektów specjalnych.
  • Naturalnie brzmiące, dobrze zindywidualizowane i należycie emocjonalne wokale, pozbawione najmniejszych podbarwień.
  • Świetne operowanie pogłosem.
  • Wzorcowa poprawność zwykłej mowy.
  • Dobrze związany z pasmem, solidny, wyrazisty i przestrzenny bas.
  • Przychylne dla słabych jakościowo nagrań.
  • Szybkie.
  • Dynamiczne.
  • Szczegółowe.
  • Misterne.
  • Bezdyskusyjna przynależność do ścisłej słuchawkowej elity.
  • Dość łatwe do napędzenia.
  • Wyjątkowo wygodne.
  • Wymienne okablowanie.
  • Regulowany nacisk boczny.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Bardzo nie lubią chłodu. (W sensie temperatury otoczenia.)
  • Kabel do wymiany.
  • Bez tego nie w pełni rozwinięte soprany.
  • Za te pieniądze firmowy stojak i etui podróżne powinny się znaleźć w komplecie.

 

Dane techniczne Pioneer Pioneer SE-MASTER1:

  • Słuchawki dynamiczne, wokółuszne o konstrukcji otwartej.
  • Przetworniki z magnesami neodymowymi i φ 50 mm membranami aluminiowymi powleczonymi warstwą ceramiczną PCC.
  • Komory za przetwornikiem wytłumione akustycznie.
  • Pałąk z punktową regulacją wysokości zawieszenia i wymiennymi napinaczami siły nacisku bocznego.
  • Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 85 kHz.
  • Impedancja: 45 Ω.
  • Czułość: 94 dB.
  • Waga bez kabla: 475 g.
  • Maksymalna moc ciągła sygnału wejściowego: 1 500 mW.
  • Kabel odpinany o długości 3,0 m z miedzi OFC litz w materiałowym oplocie, zakończony firmowym jackiem 6,3 mm.
  • Opcjonalny kabel symetryczny.
  • Opakowanie: sztywna kaseta.
  • Cena: 10 990 PLN

 

System:

  • Źródła: PC, dCS Rossini.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Ayon HA-3.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium), Beyerdynamic T1 (kabel Tonalium), Final Sonorous X, Final D8000, TH900 Mk2, Pioneer SE-Master1, Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium).
  • Interkonekty analogowe: Siltech Royal Emperor Crown, Sulek Audio, Sulek 6 x 9.
  • Kable cyfrowe: iFi iOne z kablem iUSB3.0 oraz koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power 9×9.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Acoustic Revive RIQ-5010, Avatar Audio Nr1, Solid Tech Discs of Silence.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Audio.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.

Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H.

Pokaż artykuł z podziałem na strony

18 komentarzy w “Recenzja: Pioneer SE-MASTER1

  1. Janusz L. pisze:

    Mialem w planach ich zakup praktycznie w ceimno gdyz nie bylo mozliwosci odsluchu, wybrałem jednak D8000.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Plany dobre i zakup dobry. Trudno powiedzieć, które bardziej by się podobały.

  2. Fon pisze:

    No ciekawe te Pioneery, ale cena jeszcze za wysoka, zrobiłem 2 podejście do HD 800 i niestety nie mogę się do nich przekonać że względu na ich budowę gdzie kubki zjadają mi twarz…są za duże i słabo przylegają no i stadionowy jakby nie było dźwięk, te Pioneery mogą być ciekawą opcją, trzeba będzie ich gdzieś posłuchać

    1. Piotr Ryka pisze:

      Na pewno warto ich spróbować.Zwłaszcza przy cenie 8800 PLN.

      1. Fon pisze:

        Te 8800 to jednak nadal za dużo…
        Czy mocno dają dźwiękiem na zewnątrz? Jest w nich jakąś micro izolacja od otoczenia czy zero izolacji

        1. Piotr Ryka pisze:

          Szczerze mówiąc na izolację nie zwróciłem specjalnej uwagi. Na pewno są cichsze od najgłośniejszych, takich jak HD800. Ale niewiele.

  3. Corvin74 pisze:

    A jak porównałby Pan je Sony Z1R? Czy to równoważne granie? Oba modele flagowe dla japońskich producentów. Które by Pan wybrał?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, równoważne. Wadą Sony jest lekkie osuszanie dźwięku, wadą Pioneerów zbyt mała aktywność sopranowa. Poza tym same plusy.

  4. errdrumer pisze:

    Pisze Pan ze d8000 grały inaczej niż podczas ostatniej recenzji, a czego to wynika, większy przebieg?
    Czy sa to zmiany na plus czy minus?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Na pewno z większego przebiegu. Zmiany są niejednoznaczne: z jednej strony brzmienie stało się bardziej przenikliwe, z większym procentowym udziałem sopranów i ich obecnością także poniżej własnego zakresu, co bywa pożyteczne, o ile realizacja dobra; z drugiej straciło nieco na postawności, stało się bardziej filigranowe. Nieprzesadnie jednak i z bardzo mocnym basem. Nie zatraciło także jednoznaczności – właściwego ogniskowania. Dokładniej będę to dopiero badał, na razie zajmują mnie inne sprawy. Ogromnie podobały mi się jednak na AVS z dCS Bartok, tak więc ogólnie słuchawki wciąż rewelacyjne.

      1. PlanarFun pisze:

        Zgadzam się z opinią o D8000. Góra jest bardzo wyrazista (owszem można ja przygasić torem, kablami).Dodałbym, że inaczej niż w recenzji odbieram ich przestrzenność jest niezwykle rozległa i doskonale zdefiniowana. Daleko im do grania pierwszym planem, chyba że narzuca to realizacja. Być może pierwsze wypusty były strojone jak ten rzekomy prototyp, dużo gęstsze zacieśniające scenę granie.

    2. n pisze:

      To nie przebieg, misiek już o tym pisał w którymś komentarzu. Ta sztuka z recenzji to prototyp o innym strojeniu od modelu produkcyjnego. A prototypy pewnie były wysłane ze względu na małą dostępność i aby było czym handlować podczas, gdy towar blokuje prasa. To tak, aby uspokoić tych co kupili.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Trzeba to będzie skonsultować z dystrybutorem.

      2. Stefan pisze:

        Przebieg też robi swoje, łagodnieją na basie, już tak nie dominuje i góra też się wyłania, bardzo ładnie reagują na realizacje, ale to dalej granie bliskie z już nie tak, ale jednak mocniejszym pierwszym planem, to jest pewien niuans nie widoczny we wszystkich nagraniach.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Trzeba jeszcze pamiętać, że dźwięk można zmieniać poprzez zmianę orientacji wycięć na padach.

  5. Janusz L. pisze:

    Jaki numer seryjny testowanego egzemplarza d8000 , moj to 564 wiec nie wiem jak sie ma do prototypu 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      W którym miejscu masz na swoich nabity numer seryjny?

  6. Denon pisze:

    Słuchawki prezentują się dość ciekawie, myślę że chyba warto się na nie skusić czytając pozytywne opinie na ich temat. Osobiście jestem ciekaw czy by się u Mnie sprawdziły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy