Recenzja: Meze Empyrean

   W styczniu 2016 pisałem, że firma Meze jest rumuńska, z malowniczego, historycznego Baia Mare, co wcale źle nie brzmi w kontekście znakomitego przetwornika Audiobyte Black Dragon, pochodzącego także z Rumunii. Nie żeby ta Rumunia była jakimś zagłębiem, siejącym na świat cały zmasowaną produkcją o audiofilskim przeznaczeniu, ale się tam na audio znają.

Meze Audio to na dodatek twór sam w sobie ciekawy, powstały kilka lat temu z inicjatywy utalentowanego designera – Antonio Meze – mającego w dorobku laury na najważniejszych międzynarodowych konkursach projektowych RED DOT i IDSA. W połączeniu z drugą wielką pasją – zamiłowaniem do muzyki – dało to początek niewielkiej, prowadzonej zrazu na poły hobbystycznie działalności. Pierwsze konstrukcje słuchawek z serii Classics zostały zaprezentowane w 2011 i z miejsca dostrzeżone, zarówno z uwagi na świetny projekt i ergonomię, jak i niewygórowaną cenę. Oceny brzmienia nie były wszakże jednoznaczne; wielu recenzentów podniosło kwestię braku pełnej kontroli basu oraz zbyt wypchniętej średnicy. Młody konstruktor wziął to sobie do serca i odpowiedział modelem 99 Classics, mającym błędów unikać. Ale nim te słuchawki powstały, konieczne było rozwiązanie zasadniczego problemu środków.

Nie mogąc zgromadzić niezbędnych funduszy na badania poprawiające akustykę, Antonio postanowił wystawić swój projekt na portalu crowdfundingowym Indiegogo.com, służącym w takich razach pomocą. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę; w wyniku sprawnie przeprowadzonej zbiórki zdobyto 215% zakładanego budżetu, konkretnie 50 tysięcy dolarów. Rzecz miała miejsce we wrześniu 2015, a już na początku grudnia światło dzienne ujrzały Meze99 Classics.

Te Meze stały się bardzo popularne i stały jak najbardziej słusznie. Oferowały i wciąż oferują wyjątkowo spektakularny i jednocześnie miły dźwięk, a także wygodę, mały ciężar oraz konstrukcję zamkniętą, predestynującą do zastosowań biurowych i mobilnych. A przede wszystkim niską cenę, zwłaszcza w kontekście jakości. Do tego ładny wygląd w oparciu o jakościowe surowce, więc sukces murowany – i oczywiście stał się.

Niejedno z tego się powtarza w nowej konstrukcji Empyrean, ale fundamentalnie biorąc to całkiem inne słuchawki. Duże, otwarte i drogie, skierowane do innych przeznaczeń z myślą o innej klienteli. Mające też przy okazji podnieść prestiż i konkurować z najlepszymi, a nie najbardziej popularnymi. Cena światowa ustalona została na $2999, natomiast polska opiewa na 12 900 PLN. Bić się więc przyjdzie z modelami flagowymi Grado, Audio-Techniki, Final Audio, Pioneera i Ultrasone, a jako nie mniej groźna konkurencja na niższym pułapie cenowym czają się flagowe Beyerdynamic i trzy flagowce dynamiczne Sennheisera, a także Fostex i MrSpeakers. W gruncie rzeczy to bowiem jedna dyskoteka; jedni na nieco wyższych platformach, inni na nieco niższych, ale to nic nie znaczy, wspólna liga. Wybór słuchawkowego partnera zależeć będzie przede wszystkim od preferencji wybierającego, a nie jakichś obiektywnych kryteriów, co także dotyczy o wiele droższych HiFiMAN Susvara, czy Final Sonorous X. Ogólnie biorąc to szeroki przedział słuchawek high-endowych, powyżej którego są jedynie najbardziej ekskluzywne Sennheiser HE-1 i HiFiMAN Shangri-la oraz kilka konstrukcji dawnych, do których nie będę nawiązywał. W związku z tą jakościową demokracją mnóstwo zależeć też będzie od toru – klasy i dopasowania wzmacniaczy, jakości i dopasowania kabli. Na tym punkcie Empyrean są bardzo czułe, ale czuli są wszyscy.

Wygląd, budowa, wygoda, wyposażenie

Duże słuchawki w dużej walizce.

   Słuchawki są wg producenta tak drogie nie dlatego, że chciał tym budować prestiż, bo wcale tego nie chciał. Nie udało się jednak uzyskać wystarczająco dobrego brzmienia w procesie produkcji bardziej masowej, zwłaszcza w odniesieniu do precyzji formowania kluczowych dla jakości w konstrukcjach planarnych okładek magnetycznych. Odpowiedni ich kształt i grubość udało się uzyskać jedynie przez precyzyjne szlifowanie, co jest procesem pracochłonnym i kosztochłonnym. W zamian brzmienie otrzymuje się wyjątkowe nie tylko dzięki tej precyzji, ale też innowacyjności. Dwa lata zajęło opracowanie odpowiedniego kształtu magnesów i cewek oraz ich spasowanie z grillami, a także dobór materiału membran, które przy powierzchni 4650 mm² ważą zaledwie 0,16 g. Innowacyjny jest zwłaszcza sposób poprowadzenia na ich powierzchni serpentyny elektrycznie aktywnej (cewek), sterowanej przez magnesy neodymowe po obu stronach i na całej powierzchni. Wszystko to razem stanowi wyrafinowany układ przestrzenno-dynamiczny, mający skutkować pięknem powstającego dźwięku. Pięknem, jak podkreśla konstruktor, naturalnym – nie idącym na lep audiofilskiej łatwizny poprzez popadanie w przesadę. Soprany nie mają wariować, bas nie ma się przewalać, dźwięk nie ma się dzielić na zakresy i uwyraźniać w stopniu przesadnym. To ma być autentyczna muzyka, a nie wynaturzenia.

By to w całej pełni uzyskać Meze weszło w kooperację z firmą Rinaro, specjalizującą się w produkcji nietypowych magnesów, wspomagającą wcześniej OPPO. Firma jest tak nawiasem ukraińska i kierowana przez mającego trzydziestoletni staż w branży Pawlo Szymanowicza, a na dodatek bardzo mocna, bo korzystająca z opieki państwowej. To dzięki Rinaro planarne (izodynamiczne) przetworniki Empyrean mogą być tak lekkie i tak zaawansowane, przy czym szczególna ich innowacyjność polega na odmiennym kształcie obwodu nad samym wlotem kanału słuchowego.

Duże i eleganckie.

Dzięki kolistej a nie serpentynowej formie obraz dźwiękowy przybierać może postać bardziej naturalną, słuchawki nie celują zatem w miłośników popisów, szukając bardziej zaawansowanych melomanów, dla których wierność muzycznej prawdzie ma większą wartość od sensacyjnych wynaturzeń. Są pod tym względem podobne do też stosunkowo niedawnych konstrukcji – amerykańskich AudioQuest NightHawk i niemieckich Sennheiser HD 660S, tyle że dużo droższe i bardziej czasochłonne w produkcji. Styl ma być jednak ten sam – mamy być na koncercie.

Wspomniana innowacyjność obwodu przybrała postać dwóch niezależnych cewek na membranie, każdej o innym kształcie (serpentyna i koło), co określone zostało jako „Hybrid Array Driver” i jest ewenementem. Przekłada się to również na niecodziennie szerokie pasmo przenoszenia 4 Hz – 110 kHz, ale z takimi pasmami ostrożnie, bo nic one nie znaczą. Dysponujące jeszcze szerszym i dużo także droższe, sławne kiedyś a dziś zapomniane Sony Qualia, wypadły w testach dramatycznie, więc nie należy się ekscytować. Niemniej szerokie pasmo to dobry punkt oparcia, bać się też nie ma czego.  Poza tym od strony czysto technicznej mamy do czynienia z wagą bez kabla 440 g, impedancją 31,6 Ω, maksymalnym ciśnieniem akustycznym aż 130 dB i zniekształceniami THD poniżej 0,1%.

Supercienka membrana z wtopioną dwuobwodową cewką jest wykonana z własnej konstrukcji polimeru odpornego na zniekształcenia termiczne, a elastyczny, skrętny pałąk i jajowaty kształt muszli to też cechy nieprzypadkowe. Zwężony na jednym końcu owal zapewnia najmniejszą powierzchnię całkowitą w następstwie pasowania do ucha, a pałąk ma na końcach odgięcia nawiązujące kształtem do sławnych łuków kompozytowych – podstawy tryumfów hord Czyngiz-chana. Dzięki nim naciski górny i boczny są równo rozkładane, przy czym sam pałąk wykonano z karbonu – elastycznego i odpornego na zniekształcenia. W efekcie całe słuchawki „chodzą” i może aż zanadto, bo wzięcie za jedną muszlę bardzo je całe wykręca. W zamian można odkładać na płask, gdyż muszle są obrotowe, i to jest bardzo dobre.

Regulacja pionowa jest specyficzna: brak tradycyjnych karbów, nie ma także zacisków. Zamiast tego każdą muszlę przytwierdzono poprzez efektownie wyglądający chwytak do gładkiego, miedzianego trzpienia. Powyżej mocowania muszli (to aluminiowa obejma zintegrowana z chwytakiem) znajduje się taką samą metodą zrealizowane mocowanie pałąka, pozwalające na łatwy obrót, ale bardzo niełatwy suw dół-góra. Metoda jest zatem ta sama co u Grado, ale zrealizowana staranniej i bez użycia plastiku. Różne metale dają o wiele mocniejsze trzymanie, a dopasowanie i wygląd całości prezentują się znacznie lepiej.

Z wyrafinowaniem każdego detalu.

Jako uzupełnienie pod karbonowym pałąkiem podwieszono podbitą welurem szeroką skórzaną opaskę o analogicznym wyprofilowaniu na końcach i bardzo dobrym przyleganiu. Brawa także za pady, bezproblemowo obejmujące uszy. Są efektownie głębokie i przyjacielsko miękkie, a gatunkowo bez zarzutu. Przy okazji trzeba podkreślić, że izodynamiczne (jak sam je określa producent) przetworniki dzięki dodatkowym ferromagnetycznym odgrodom mają wyjątkowo niski współczynnik przenikania magnetycznego (0,35 T), gwarantujący spadek siły pola magnetycznego przenikającego do głowy słuchacza aż o 95%. To nie jest bagatelka, bo dawne odejście od planarów (początek lat 80-tych) motywowane było właśnie zbyt silnym polem magnetycznym.

Mięciutkich i dobrze wyprofilowanych padów są dwa w dodatku komplety: skórzany i welurowy. Zdejmuje się je i zakłada bez najmniejszego problemu i dobrze się trzymają. W kontakcie dotykowym na ogół wolę welur, a w takich HiFiMAN HE-6 powodował też lepsze brzmienie, ale w Empyrean jest odwrotnie, u nich skóra na dźwięk lepiej wpływa. Bardziej też odpowiadał mi trzymetrowy kabel z kompletu od dostarczonej do testu 1,4 metrowej Furukawy, do czego jeszcze wrócę.

Słuchawki dostajemy w dużym, walizkowym neseserze, wykonanym z porządnego tworzywa i z eleganckim zapinaniem. W środku piankowe profile uwzględniają nie tylko miejsce na słuchawki, zapasowe pady i kabel, ale także na przenośny odtwarzacz (którego rzecz jasna brak w komplecie), czyli inwencja twórców i w tym miejscu nie opuściła.

Wygląd popisu słuchawkowego spod ręki Antonio Meze jest charakterystyczny i rzucający się w oczy wyrafinowaniem. Tytanowej barwy kosze przetworników z wypiętrzającymi się nad nimi obejmami są w rzeczywistości aluminiowe i wypełnione czarno lakierowaną siateczką, misternie wyrzeźbioną na obrabiarkach CNC we wzór działający jak ustrój akustyczny. W odcieniu miedzi trzpienie prowadnic dają odskocznię barwną w stronę ciepła, a cała reszta, tak jak ta wypełniająca siateczka, to czerń topiąca odblaski.

Szeroki pałąk z idealnym dopasowaniem.

Wygoda jest bez zarzutu – nie czuć ciężaru, pady (jedne i drugie) są milutkie i idealnie otulające, a całościowe obcowanie sprawi z pewnością użytkownikom przyjemność, potęgowaną tym prozdrowotnym podejściem. Słuchawki siedzą pewnie i niezbyt mocno na zewnątrz hałasują, nie zbudzą zatem dziecka śpiącego w drugim pokoju. Nie są też w sensie akustycznym podatne na zniekształcenia, grać można bardzo głośno. Tyle tylko, że świetnych słuchawek za tak pokaźną kwotę i tańszych mamy dziś wielki wybór, więc niby czemu te? Są teoretyczne podstawy, lecz co na to praktyka?

 

Odsłuch: Z Astell & Kern AK 380

I równym rozkładem nacisku.

   Zacząłem od aparatury przenośnej, na którą krótki kabel od Furukawy, oferowany jako opcja, jednoznacznie wskazywał. Grać musiał przez dwie przejściówki (Tonalium na duży jack i Grado na mały), jako że zakończony był 4-pinem, ale może być też 2,5 mm albo 4,4 mm jackami symetrycznymi. To przechodzenie mu najwyraźniej nie zaszkodziło, zagrało pierwsza klasa. Na potrzeby głośnego (naprawdę głośnego, ale bez przesady) grania trzeba było pojechać z potencjometrem powyżej 70% mocy, a powyżej 80% było już na granicy wytrzymałości słuchu, w każdym razie mojego. Tak więc spokojnie da się głośno, można nawet rozsadzać głowę. Przy czym nie tylko wysoka głośność, ale też wysycenie. Słuchawki rzeczywiście nadają się do sprzętu przenośnego, bo nawet z nim dźwięk zyskuje należytą energię oraz budzącą respekt dynamikę, ale nim o tym szczegółowiej, muszę najpierw zaznaczyć, że Empyrean na AVS nie gały całym potencjałem i u mnie przez pierwsze trzy dni też nie. Odnajdują zatem swe brzmienie pomału, gdyż gdy je zabierałem mowa była o wysokim stopniu wygrzania, a tu tymczasem nie, okazały się znacznie lepsze niż tam można było usłyszeć.

Niemniej od startu miały to coś, co można określić jako mistrzowskiej miary muzykalność, opartą o niezwykłą spójność. Dobrze to było słychać na tle grających z nimi razem przy wzmacniaczu ALO Audio Studio Six Fosteksów i MrSpeakers, które dźwięk bardziej szatkowały. Niemniej w te pierwsze dni brakowało Empyrean blasku i należytej różnorodności. Dźwięk potężny, koherentny, nasycony, dość ciemny oraz zwarty tonalnie, ale cokolwiek monotonny. Tym niemniej znakomity na dłuższy dystans, od razu te Emperyan najbardziej do mnie przylgnęły. A w „czarny piątek” się otwarły i różnorodność z nich wystrzeliła. Kocham ten moment, kiedy słuchawki się otwierają, gdy nareszcie stają się sobą. U Emperyan to oznacza, że wchodzisz w stratosferę. Bo to początkowe, ta wyjątkowa koherencja, to było coś obiecywanego, w co twórcy konstruując mierzyli i co obiecywali. Natomiast nie sposób było zgadnąć, na ile im się udała opowieść „Wielki Dźwięk”. Ale się w pełni udała, w związku z czym cena nie jest z Księżyca, to brzmienie może ją uzasadniać, dając ekstatyczne odczucia. Oczywiście zawsze to względne – jednym się bardziej spodoba, innym mniej – ale brzmieniowe wejście w duecie z AK380 okazało się bardzo mocne i mieć możność nosić ze sobą taki dźwięk, to jest naprawdę coś.

Dwa rodzaje padów to standard.

W tym jedna sprawa może najważniejsza – słuchać można piekielnie głośno i nie ma żadnych zniekształceń. Cały czas czysta muzyka, w pełni bogata i różnorodna, a jednocześnie nie męcząca. To bardzo trudno osiągnąć, to się rzadko udaje. Bo albo sopranami ciągnięte szczegóły i zaraz będzie szczypać, albo basem dorabiana uroda i zaraz zniekształcenia. A tutaj nic z tych rzeczy: pełny zasób sopranów i wraz z nim dreszcze budząca przestrzeń, a jednocześnie bas jak topór, piekielna siła uderzenia. A wszystko w całość spięte – od stóp do głów melodyjne i pięknie trójwymiarowe. Wrażenie mocne szybowania, potęgi i ogromu – muzyka elektroniczna na złoty laur. Także i dzięki temu, że piękne, długie wybrzmienia oraz elitarnej jakości pogłosy. Też doskonała czytelność, żadnego zlewania dźwięków (pomimo takiej koherencji). Trudne pod tym względem momenty – specjalnie w testach użyte – okazały się u Empyrean odtwórczo niemalże klasy najlepszych kolumn. Tak więc podstawa urody to także świetna rozdzielczość przy zachowaniu spójności i poprawności. Czego wyrazem przykładowo ogromne wnętrza bębnów, dokładny obraz pracujących membran oraz potężna ekstensja ich sumy. W dodatku z wyjątkowo dobrym wyważeniem na osiach miękkie-twarde i ciepłe-zimne, wobec czego super bogaty naturalizm na zjawiskowym poziomie i natychmiastowe wtargnięcie do elity. Głosy ludzkie bez ocieplenia, ale też śladu chłodu i całkowicie analogowe.

Wspaniała dźwięczność, której w dniach pierwszych nie było, i powiew neutralności – żadnego przymilania. Tak bardziej po rockowemu a nie przymilnie, rozrywkowo. Mimo to wrażenie uczestnictwa stuprocentowe; na sławnym koncercie gitarowym w San Francisco wraz z tymi Epeyan byłem. Zwłaszcza odczucia przestrzenne – wielkość i czucie scenicznej głębi oraz precyzja wizualizacji źródeł – robiły piorunujące wrażenie. Pełne oddanie atmosfery i wiele drogich torów stacjonarnych z drogimi słuchawkami nie budzi takich podniet. W ramach tego sami gitarzyści (a nie tylko okrzyki z widowni) o wiele lepiej niż przeważnie rozlokowani, z wyjątkowo dokładnym wymierzeniem dystansów. To była duża sprawa, bo płyta Friday Night in San Francisco jest trudna do odtworzenia w kontekście relacji przestrzennych, naprawdę bardzo trudna. Nie byle jakiej trzeba separacji, aby John McLaughlin, Al Di Meola i Paco de Lucia odpowiednio się rozsunęli i porozstawiali. A tu  do tego wyjątkowo żywa przestrzeń i głębokie, ciemne o naturalnej swobodzie brzmienie. Ekstensja nie aż na miarę recenzowanych niedawno kolumn Frama, niemniej budząca uznanie. Spokojny, bez zarzutu obfity sopran z naciskiem na trzeci wymiar i jego zespolenie z zresztą przy znakomitym wsparciu ze strony dźwięczności, oraz to samo w odniesieniu do basu. Także bardzo dobrze wyrażony indywidualizm, żadnego ujednolicania. Popisowe zatem koncertowanie będzie można usłyszeć także po wyjściu z domu – pomijając konstrukcję otwartą wymarzone partnerstwo dla dobrych i mniej dobrych odtwarzaczy przenośnych.  

Odsłuch: Przy komputerze

Wewnątrz drzemie nowa metoda.

  Tu ze wzmacniaczami Ayon HA-3 i ALO Audio Studio Six poprzez przetwornik Ayon Sigma. Ale wpierw porównałem trzy kable. Ten Furukawy, rekomendowany przez samego monsieur Meze jako lepszy, okazał się bardziej przenikliwy, jaśniejszy i mniej cokolwiek muzyczny. Skromniej wypełniony i mniej płynnie przechodzący przez frazy na tle standardowego, nieco mnie rozczarował, mimo iż do sprzętu przenośnego (a więc dedykowanego miejsca przeznaczenia) okazał się świetnie pasować. Przy aparaturze stacjonarnej słabiej jednak uwypuklał największe atuty słuchawek: spójność i elegancję brzmienia. To jednak o tle nie dziwne, że kabel standardowy okazał się dobrej jakości i jeśli mu coś zarzucać, to może odrobinę zanadto stłumione soprany i pewien niedostatek blasku. Ogólnie jednak jest w porządku: muzykalny, mięsisty, ciemno i elegancko brzmiący.

W efekcie wcale dużo nie odstawał od zaaplikowanego na koniec Tonalium, używanego już z Audeze i Abyss 1266. Wszystkie te słuchawki posługują się bowiem przyłączami mini 4-pin przy muszlach, toteż wymiana między nimi kabla jest jak najbardziej możliwa. Tonalium zażegnało deficyt blasku i odszukało nie tylko soprany, ale też nieco bardziej giętkie oraz wyraziste brzmienia, sprawę brzmieniowej doskonałości jakości niejako domykając. O zmianach lamp w Studio Six opowiem szerzej w jego recenzji, ale wspomnieć należy, że znaczną poprawę muzykalności udało się uzyskać samą wymianą lampy prostowniczej GZ-34 JJ na GZ-37 Amperex „Buggle Boy”, a dodatkowy jej przyrost plus poprawę przejrzystości poprzez wymianę oryginalnych lamp mocy 6V6 JJ na analogiczne RCA by Magnavox. Po tych poprawkach oba używane przy komputerze wzmacniacze zrównały się z grubsza jakością i napędzane nimi flagowe Meze mogły się należycie popisać. Co ciekawe, dopiero przy lampach RCA przejrzystość od Studio Six tą od AK380 prześcignęła, a i to niezbyt mocno. Nas jednak interesują słuchawki.

Główne atuty Empyrean ponownie były te same – prezentacja przestrzeni, miara muzykalności i odstęp od zniekształceń. Wszystkie mające taki wymiar, że nie potrzeba porównań, by dotarły do świadomości.

Największa zaleta to sposób obrazowania przestrzeni, jednocześnie autentyczny i niecodzienny. Nie jak u dawnych Grado GS1000 przede wszystkim magiczny, tylko realny, ale nie bez niesamowitości. Wielkość, żywość i oddychanie obszaru zgoła niesłuchawkowe. Co ciekawe, bez szczególnie mocnego wychodzenia za głowę, chociaż po zastosowaniu lamp RCA się ono zarysowało. Mimo to zjawia się wrażenie niespotykanej przestrzenności, wprost nawiązujące do prezentacji głośnikowych. Płaskość zostaje rozciągnięta, słuchacz wchodzi do świata 3D. Przy okazji zyskując dokładny wgląd w to, na ile dobrze pod względem przestrzennym dane nagranie zostało zrealizowane. Różnice okazywały się dramatyczne i niezależne od czasu powstania. Niekiedy z jakichś powodów płaskości nie udawało się przezwyciężyć, ale przeważnie przestrzeń rozdymała się i piękniała nawet w realizacjach z początku XX wieku (np. u Caruso z 1904), przynosząc słuchaczowi uniesienie – nie sposób było zostać obojętnym.

Pozwalająca też wykorzystać źródła przenośne.

Na tej kanwie uwaga, do jakiego stopnia małe może okazać się duże. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale sam stosunkowo niewielkie różnice między lampami mocy JJ i RCA odbierałem jako ogromne. Niby z tymi JJ wszystko było w porządku, a jednak zanurzenie w muzykę bez porównania mniejsze. Dopiero z RCA trąbka się rozdmuchała, a głosy wokalistów zyskały należyte bogactwo i pełny naturalizm. Różnica jak między sztucznym kominkiem a prawdziwym – niby to i to mruga, ale jakże inaczej. Dodatkowa porcja obrazowania tekstur, wzbogacenie brzmieniowe głosów i przyrost ogólnego rozwibrowania czyniły zasadniczą różnicę. Szczerze mówiąc dziwię się producentom, którzy wypuszczają lampowe wzmacniacze bez choćby i liberalnie rozumianego, ale jednak lampowego optimum. Niedobrze to o nich świadczy, bo albo sami nie słyszą, albo lekceważą klientów. Złe lampy to zaraza zabijająca audiofilizm, a przecież można inaczej. Stosunkowo niedrogie wzmacniacze FEZZ Audio, PhaSta i Feliks Audio udowadniają, że tak. Tymczasem w drogich jakże często jakieś dziwne mieszanki, a nieraz sama tandeta. Wstyd. I nie przyjmuję do wiadomości argumentów w rodzaju „nie ma w obecnej produkcji wybitnych lamp GZ-34”, bo jak nie ma, to trudno, to sięgamy po inne. Są dostępne wybitne prostowniki 5U4G czy 274B – i tak samo postępujemy z pozostałymi. A nie żebym przy każdej prawie recenzji wzmacniacza lampowego musiał sięgać do własnych zasobów, albo prosił TUBES-store.eu o pożyczkę.

Wracając do tej przestrzenności chciałbym zwrócić uwagę na bardzo istotny czynnik uprzestrzenniania źródeł dźwięku, w dodatku czynnik podwójny. Wynikający zarówno z tego, że samo źródło staje się trójwymiarowe, jak i odczuwania dystansu pomiędzy nim a nami. W jednym i drugim przypadku nie na zasadzie, że coś tam, coś tam, tylko tak zasadniczo, że aż to zwraca uwagę. Można rzecz zawrzeć w jednym zwrocie: „cały czas odczuwamy przestrzeń”. Przede wszystkim nie poprzez to, że jest ożywiona lub ciśnieniowa, tylko doświadczamy jej jako dystansu i pojemności. Czuć to bardzo wyraźnie i o tym nie zapomnisz. W produkcji brzmieniowej innych słuchawek często zapominamy o przestrzeni, skupiając się na barwie i ewentualnie obrysach dźwięku, o wiele bardziej tam spłaszczonego i mniej odczuwalnie wtopionego w przestrzeń. U Empyrean tego nie ma, przestrzeń to stały gracz. To bezdyskusyjna wartość, bo wraz z tym większe emocje. W przypadku słabszych torów nie pojawi się to tak wyraźnie, chociaż też, natomiast przy dobrych wybucha – namacalność przestrzeni staje się zjawiskowa.

Dwa razy to samo zdjęcie? Niech będzie, że zbliżenia coś dają.

Kolejne czynniki przewag to popisowa muzykalność, broniąca przed zniekształceniami. W jej ramach pełna spójność, zupełny brak sybilacji, pełny naturalizm brzmieniowy i świetne operowanie pogłosem. Ale przede wszystkim wrażenie gładkiego przepływu głębokim muzycznym nurtem – bez żadnych sopranowych zadziorów oraz basowych turbulencji. Zaaplikowałem tym Empyrean wszystkie najgorsze rzeczy, na których nawet duże głośniki potrafiły się do imentu wykładać, i pozostały niewzruszone. Najniższe nawet wibracje ich nie przesterowały, najgorsze sopranowe syki nie stały dokuczliwe. Stare nagrania wyraźnie wypiękniały, dobre realizacje rozbudzały dziką podnietę. Można się przy okazji pokusić o porównanie do NightHawk, tyle że na wyższym jakościowym pułapie i z o wiele lepiej zaznaczoną przestrzenią. Także przy większej przejrzystości i większej dawce brzmieniowego indywidualizmu, ale z nie tak masywnym basem. Bas w Empyrean jest mocny, ale bardziej popisujący się obrazowaniem przestrzennym i mistrzowskim oddawaniem barwy brzmienia perkusji czy wiolonczeli, niż samym najniższym zejściem. Pod tamtymi dwoma względami był zjawiskowy i mógł też być wyjątkowo potężny, ale bez osiągania efektów subwooferowych, co AudioQuesty potrafią. Bębny solo, organy, wielka orkiestra symfoniczna – to wszystko porywająco jednak brzmiało. A już szczególnie orkiestra, z uwagi na ogrom, wyjątkową rozdzielczość i czucie nieustanne przestrzeni. Niewątpliwie to jedne z lepszych słuchawek do muzyki orkiestrowej, choć także każdej innej. Rock ryczał dzikim rykiem, harfa ujmowała urodą, trąbki dmuchały jak prawdziwe.

Odsłuch: Przy odtwarzaczu i w porównaniu

I jeszcze jedno zbliżenie.

   Przy dCS Rossini z ASL Twin-Head postanowiłem przede wszystkim wykonać porównanie do klasycznych Sennheiser HD 800. Jednych i drugich zasobnych w kabel Tonalium o zakończeniu 4-pin, tak więc cała różnica w muszlach i przetwornikach. Różnica niewątpliwie wyraźna, bardzo odmienne brzmienia. Przede wszystkim dlatego, że Sennheisery dużo mocniej akcentowały soprany i miały większy ich procentowy udział, jak również skutkiem pogłosu. Niemiecki klasyk wyraźnie powiększał sobie przestrzeń jej pogłosowym charakterem, a samo brzmienie miał nieco chłodniejsze i z lekka wyobcowujące. Rzecz jasna jako następstwo pogłosów i tej sopranowej jazdy, dającej także mocniejsze ożywanie przestrzeni w sensie widoczności planktonu i mocniejszego szumu tła. Ogólnie biorąc z Sennheiserami dźwięk bardziej był niecodzienny, bardziej niczym w kościele. Każde stuknięcie niosło się echem, każdy wokal miał pogłosową aurę. I jak już wiele razy zaznaczałem, to wszystko dobrze widoczne dopiero na tle porównań, bo solo i prosto z marszu tego nie zauważasz. Skupiasz się bardziej na dźwięku jako takim i szukasz przede wszystkim w nim autentyzmu, zwłaszcza gdy, tak jak tutaj, poziom jakościowy bardzo wysoki.

Natomiast w świetle porównań rzecz całkiem oczywista, bo prezentacja Meze idąca w drugą stronę. Nieznacznie, ale cieplejsza, i pozbawiona akustycznego tła oraz sopranowych wystrzałów, co było doskonale słyszalne zarówno w stepowaniu, jak i teście normalnej mowy. W ogóle doskonale słyszalne w każdej dźwiękowej próbce i bez wyjątków. Sennheisery dzwoniły, szumiały i strzelały, w tle zawsze mając mocny pogłos, podczas gdy Meze dźwięk naturalizowały, sprowadzając go do zwyklejszych uwarunkowań. Do sali odsłuchowej a nie kościoła, czy innej wielkiej scenerii. Przestrzeń budowały samą ekstensją bez dodatkowych odbić i w efekcie nic nie sybilowały, gdy Sennheisery jednak trochę. Sam dźwięk miały taki zwyklejszy, ale w tym dobrym rozumieniu. Bogaty, pełny i głęboki, niczym nie wzbogacany. Co dużo lepiej pasowało do gorszych i starszych nagrań, a do przeciętnych i dobrych przeważnie również, ale tu już nie bez wyjątków. Fortepian w wykonaniu Meze brzmiał naturalniej, tak bardziej kontaktowo, ale w wydaniu Sennheiserów miał więcej akustyki i oprawę filharmoniczną. Można więc było wybierać niecodzienność względem prostej naturalności; a jako przykład w drugą stronę powiem, że zwykła mowa Piotra Skrzyneckiego i piękny wokal Claire Lefilliâtre brzmiały od Meze dużo prawdziwiej, a już na pewno subiektywnie bardziej przekonująco.

I raz jeszcze spojrzenie na całość.

Rzecz w sumie sprowadzała się w dużym stopniu do podziału realizm-niezwykłość, przy czym realizm przeważnie lepiej się sprawdzał, niemniej niezwykłość także bywała bardziej inspirująca. Nie ma natomiast wątpliwości, że Meze bardziej są wybaczające i w odbiorze łatwiejsze. Wybaczają zarówno torom jak nagraniom, a ich odbiorca nieprędko poczuje zmęczenie. Znakomicie brzmieniowo jednorodne przy zachowanej pełnej palecie indywidualizmów i gotowości na każdy niuans. Zawsze przy tym bardzo wyraźnie zawieszające dźwięki w przestrzeni bez pomocniczej roli pogłosu, co jest nie lada sztuką. I bardzo dalekie od zniekształceń oraz stroniące od udziwnień. Grają muzykę tak po prostu, bez wspomagania nie tylko pogłosem, ale też łyżew sopranowych. Brak wzbijanych obłoczków lodu, nie ma śmigania po cienkości. Dźwięk jest konkretny, trzeźwy i prawdziwy, co nie przeszkadza mu być pięknym. Szczególnie że poczucie realizmu jest wyjątkowo mocne, a wszystkie brzmieniowe aspekty na high-endowym poziomie. Czar czerpie tu jednak z autentyzmu, a nie jakiejś dziwności.

 

Podsumowanie

   Czy warto iść w Meze Empyrean? Zależy na czym ci zależy. Jeżeli na mocnych przeżyciach osiąganych dowolną drogą i niekoniecznie tak perfekcyjnych, to można sobie odpuścić. Wysoka cena pozwala wybierać spośród wielu tańszych, poczynając od dziesięć razy mniej kosztujących i też planarnych Fostex T60RP o podobnych własnościach. Też spójnych, też potężnych i też wysoce muzycznych. A jeśli ci do realizmu nie tak blisko, to są na przykład inne Fostex – dynamiczne TH900. Te (tylko już o połowę tańsze, ale to wciąż kupa pieniędzy) się równie pięknie prezentują, też są super wygodne i przede wszystkim mają to, czego u Empyrean próżno szukać: podrasowane skraje pasma i wzmożone pogłosy. To rodzi całkiem inną atmosferę, także ekscytującą. Każda zwykłość zaczyna być niezwykła, opuszczamy normalny świat. Wpadając przy okazji w równie ogromną przestrzeń, ale utkaną z migotek i pogłosów na potężnym, wybijającym się z pasma basowym fundamencie. Przejrzystość analogicznie całkowita i rozdzielczość także niczego, tyle że właśnie dziwność, a nie normalny świat. Oczywiście można argumentować, że muzyka to nie norma, choć teraz, w dobie przenośnej, stała się trwałym towarzyszem wielu. Młodzi ludzie chętnie manifestują swą młodość zza muzycznej bariery, przekroczenie której dla starszych naraża na lekką śmieszność. Takie bariery zawsze były, na przykład kiedyś długie włosy i stroje hipisowskie, a teraz to mniej eksponowane, samymi słuchawkami na uszach. Młodzież najwyraźniej stłamszona, mniej się buntuje niż dawniej. Ale gdyby jej zabrać Internet, to rewolucja natychmiast.

Wracając do słuchawek. Pytanie, co z tą normą? To jest pytanie o Empyrean, o to, czy mieć je warto. Ich najważniejszym atutem jest nienormalność normalnego. Stan podniecenia i ekscytacji brany z żywej muzyki. Tej od normalnych instrumentów, nie przerabianych na wzór elektronicznych czy akustycznych. Muzyki nie przetwarzanej w emfatyczną dziwność, o ile sama nie została tak przetworzona. Bo oczywiście Tangerine Dream, Yes czy King Creamson zachowają brzmieniową osobliwość, aliści tylko tą swoją, bez dodatkowego wzmagania. Pod tym względem rysuje się pewna droga – od dawnych Fostex T50, przez poprawione T60RP, i dalej do AudioQuest NightHawk (choć te nie stronią od pogłosu) i poprawionych Sennheiser HD800S, a także MrSpeakers Ether Flow. Najnowsze Meze Empyrean to swoisty punkt dojścia, największa pod tym względem perfekcja. Ale tym samym trudna, wymagająca od toru klasy. Nie po to, żeby przyjemnie zagrać, bo one zawsze brzmią przyjemnie i pod tym względem niosą pomoc. Ale by zabrzmieć fascynująco, by z normalnego zrobić święto. Bośmy przywykli do tego, słuchając aparatury marnej, że muzyka nie udziwniona jawi się jako zbyt powszednia. Tu Empyrean przywracają stan faktyczny – muzyka autentyczna staje się dzięki nim na powrót przedmiotem fascynacji. To wielka sztuka umieć wykazać i potrzeba też toru. Ale jak już się wykaże, to satysfakcja podwójna.

Pragniesz muzyki autentycznej? – kup Meze Empyrean. Ale jak szukasz osobliwej, poszukaj czegoś innego. W tym tkwi swoiste wypiętrzenie: muzyka sama jest używką, ale można ją dodatkowo podkręcać. Zwłaszcza kiedy na autentyczny narkotyk nas nie stać. Wówczas można klej wąchać na przykład na golasa, pomalowawszy się w paski.

 

W punktach

Zalety

  • Wyjątkowej klasy naturalizm brzmieniowy.
  • Wyjątkowej też miary brak zniekształceń.
  • Żadnego podbijania skrajów pasma.
  • A jednocześnie pełne spektrum (poza najniższym, subwooferowym basem).
  • Niespotykana spójność brzmienia, w tym spójność tego spektrum i przestrzeni.
  • Ta spójna przestrzeń wyjątkowo dokładnie zobrazowana, cały czas odczuwana przez słuchacza.
  • Zarazem wielka i nie uciekająca się do wsparcia echami.
  • Ani do żadnej dziwności.
  • Neutralna temperatura, zależna tylko od reszty toru.
  • Brzmienia wspaniale dźwięczne.
  • Stuprocentowo wypełnione.
  • I zawsze trójwymiarowe.
  • Kompletna szczegółowość.
  • Rewelacyjne obrazowanie ludzkich głosów i instrumentów.
  • Rzadko spotykana potęga brzmienia.
  • Perfekcyjna separacja źródeł, wyjątkowo starannie wymodelowanych w przestrzeni.
  • Przestrzenność, brak zniekształceń, naturalizm i separacja czynią muzykę orkiestrową wyjątkowym popisem.
  • Także perkusja, wiolonczela, saksofon i organy wypadają rewelacyjnie.
  • Łatwe do napędzenia i wybaczające słabym torom.
  • Także słabym nagraniom.
  • Nadają się do odtwarzaczy przenośnych.
  • Dobrej jakości kabel w komplecie.
  • Dodatkowy do sprzętu przenośnego jako opcja.
  • Dwa komplety padów.
  • Wyszukany, natychmiast rozpoznawalny wygląd.
  • Pełny komfort noszenia.
  • Prozdrowotna zapora antymagnetyczna.
  • Innowacyjne przetworniki planarne, pierwsze takie na świecie.
  • W najwyższym gatunku surowce.
  • Ładny neseser za opakowanie, z rezerwą na odtwarzacz przenośny.
  • Ogromne pasmo przenoszenia.
  • Ciśnienie akustyczne aż 130 decybeli.
  • Znany i ceniony producent.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Drogie, a więc ogromna konkurencja ze strony podobnie kosztownych i tańszych.
  • Nie dla poszukiwaczy udziwnień i miriad wirującego planktonu.
  • Także nie dla lubiących podbity bas.
  • Z uwagi na genetyczny naturalizm, dla przeżywania pełnej ekscytacji wymagają wysokiej jakości toru.
  • Niełatwy do oszacowania stosunek jakości do ceny, całkowicie zależny od preferencji słuchacza.

Dane techniczne

  • Słuchawki planarne (isodynamiczne), wokółuszne, otwarte.
  • Membrana: Rinaro ISOPLANAR
  • Średnice przetwornika w najszerszych miejscach: 102 x 73 mm.
  • Powierzchnia przetwornika: 4650 mm².
  • Kształt przetwornika: owoidalny.
  • Masa membrany: 0,16 g.
  • Pasmo przenoszenia 4 Hz – 110 kHz.
  • Impedancja 31,6 Ohm.
  • Nominalny SPL: 100 dB (1 mW/1kHz).
  • Maksymalny SPL: >130 dB
  • THD: <0.1%
  • Waga: 440 g.
  • Przenikanie magnetyczne: 0,35 T.
  • W komplecie: słuchawki, neseser, dwa komplety padów (welur, skóra), firmowy przewód 3m z miedzi OFC zakończony jackiem 6,3 mm.
  • Opcja: symetryczny kabel przyłączeniowy Furukawa 1,3 m z do wyboru końcówkami 2,5 mm, 4,4 mm albo 4-pin.
  • Cena: 12 900 PLN

System

  • Źródła: PC, Astell & Kern AK380, dCS Rossini.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ALO Audio Studio Six, ASL Twin-Head Mark III, Ayon HA-3.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium), Fostex T60RP & TH900 Mk2, Meze Empyrean (kable własny, Furukawa, Tonalium), MrSpeakers Ether Flow 2 (kabel Tonalium), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium).
  • Interkonekty analogowe: Siltech Royal Emperor Crown, Sulek Audio, Sulek 6 x 9.
  • Kable cyfrowe: iFi iOne z kablem iUSB3.0 oraz koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power 9×9.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Acoustic Revive RIQ-5010, Avatar Audio Nr1, Solid Tech Discs of Silence.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Audio.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

45 komentarzy w “Recenzja: Meze Empyrean

  1. Alucard pisze:

    Jak jest z ogólną transparentnością u tych Meze? W bezpośrednim porównaniu do Utopii jak wygląda przejrzystość, holografia i rozdzielczość? Słuchałem ostatnio D8000, Tribute 7, Utopii, Ether Flow i HE1000. Jak na razie tylko Utopia się broni pod względem wspomnianych czynników ale z Twoich opisów widze że Meze i flagowe Grado mogą postawić im jakąś kontrę. PS2000e, Utopia i Meze. Które będą najszybsze przy zachowaniu największej kultury, kontroli i ogólnego impaktu brzmienia? Nie wiem czy w ogóle jakieś słuchawki są w stanie realnie konkurować z Utopią ale jeśli Meze są konkurencyjne to muszę posłuchać.

    1. Piotr Ryka pisze:

      W sumie jest to pytanie nie o Meze, tylko o Utopie. Te słuchawki (Utopie) mają bardzo dużą zaletę w postaci wyjątkowo precyzyjnego formowania dźwięku. Parafrazując można powiedzieć, iż jest to swoiste brzmieniowe snycerstwo najwyższego lotu. Nieznaczną (jak dla mnie) wadą z tego wynikającą jest jednoczesne domykanie dźwięków. Przybierają one skończoną formę, mniej czuć ich promieniowanie na przestrzeń. Wspomniane snycerstwo jest jednak tak dobre, że mogę to wybaczyć. Co innego natomiast mnie od nich odrzuciło, na co bardzo późno zwróciłem uwagę i chyba głównie poprzez konfrontację z Grado PS2000e. Utopie grają za ciepło i za milusio. Rock w ich wykonaniu to karykatura. Tak w każdym razie było na wzmacniaczach lampowych, na których je testowałem. Przy czym z uwagi na maksymalną klasę lamp rzecz nie nadaje się do skorygowania poprzez ich zamianę na inne. Zostają tylko wzmacniacze push-pull, jako z natury chłodniejsze, jakieś tranzystorowe, a przede wszystkim wymiana kabla w samych Utopiach. Niestety, nie zwróciłem uwagi na temperaturę proponowaną przez używany z nimi na zeszłorocznym AVS kabel Atlasa, ale chłodniejsze kable są zawsze do pozyskania, na przykład srebrne albo miedziano-srebrne. Zatem Utopie tak, jednak z poważnym ale. Bo tak jak grały w czterosłuchawkowym porównaniu „Słuchawkowe referencje A.D. 2018”, to trzy pozostałe bym wolał.

      Odnośnie Meze, to są do Utopii podobne i dlatego wzajemne relacje wolałbym wykładać dopiero po bezpośrednim porównaniu, którego jak na razie nie było. Uprzedzając pytanie odpowiem, że sobie wybrałbym Grado PS2000e, jako mające najlepszy stosunek jakości do ceny, Z tym, że mnie nie tak bardzo zależy na wygodzie, którą one na tle Utopii czy Meze mają słabiutką.

      1. Piotr Ryka pisze:

        I może ważny dodatek: u mnie i tak każde byłyby za K1000, których do takiego poważnego a nie towarzyszącego słuchania bym użył.

  2. Alucard pisze:

    To dziwne co mówisz o rocku. Słuchałem ich z dziurki Hugo2 i w rocku było nieźle. Może nie ma jakiejś zjawiskowej potęgi ale karykaturą bym tego nie nazwał. U mnie i tak by grały z tranzystora (w lampy sie nie bawię) ale jako że wciągnąłem Chorda Qutesta to będzie jakiś wzmacniacz osobno, nie kombo. Na razie jest pomysł na Rapture 2 Mikołaja, chociaż Trilogy 933 nie wykluczam ale to kiedyś. Na razie GS1000e z Black Pearl i Qutestem tak dają czadu że nie ma szczególnego parcia na zmiany.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Toteż i napisałem, że wzmacniacz tranzystorowy może stanowić remedium. Ale ja się z kolei w co innego niż lampy nie bawię. Mógłbym się ewentualnie zabawić w Wells Audio Headtrip, ale to droga zabawa.

    2. Paweł pisze:

      Jedyny czad jaki mogą zaoferować gs1000e to jak czadersko wykręcą salto lecąc do kosza. Te słuchawki są tak absolutnie fatalne że to aż przykre, że Grado, firma z tak bogatą przeszloscia wypuściła najgorsze, hi-endowe słuchawki w dziejach.

      Próbowałem paru egzemplarzy, na wielu, wysokiej jakości systemach i uważam że dzwiekowo są to słuchawki w klasie poniżej Superluxow HD330.

      Ale ogólnie, wszystko co Grado wypuściło na przestrzeni ostatnich lat to padaka, a stosunek wykonania, wyposażenia oraz użytych materiałów do ceny to już nawet nie jest żenada tylko coś więcej. Empyrean przy Grado z serii 2000 to Maybach stojący obok niskich serii Opla.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Mogę zrozumieć niechęć do Grado, sam mam co do ich poczynań wiele wątpliwości i faktem też jest, że Grado PS2000e są od Empyrean czy Utopii dużo mniej wygodne. Ale co z tego, gdy brzmieniowo co najmniej nie gorsze a tańsze? I na dodatek od razu z bardzo dobrym firmowym kablem.

      2. Pastwa pisze:

        potwierdzam GRADO to padaka w dodatku strasznie awaryjna!!!

  3. Alucard pisze:

    Ubolewam nad komentarzem kolegi Pawła. Trzeba być człowiekiem pozbawionym wrażliwości muzycznej żeby tak stwierdzić. Tak się składa że mam superluxy, miałem SR225e i mam teraz GS1000e. Niestety superluxy to nie jest żaden przeciwnik dla SR225e które grają dźwiękiem znacznie bardziej wyrafinowanym i szybszym, lepiej ukazującym bryły instrumentów, z bardzo delikatnym fizycznie basem, a jednocześnie tworzącym dość spore wrażenie potęgi. Więc jakim mają być przeciwnikiem dla GS1000e? Superluxy to tanie słuchawki które pompują zwartą masę dźwiękową prosto na mózg grając w środku głowy, bez żadnego porządku, nie wiem w ogóle o jakim pułapie my tu rozmawiamy. Za te parę złotych, fakt, to dobre słuchawki ale bez przesady. Sposób w jaki Grado ogólnie podają chociażby średnicę, jest lepszy niż w większości słuchawek, tego dźwięku chce się słuchać, jest dynamiczny i potężny, nie męczy, gra poza głową. Słuchawki tej firmy potrzebują wielu godzin wygrzania, słuchając niewypalonych ludzie często takie opinie wyrażali. GS1000 potrzebują tego wygrzewania dość sporo. U mnie teraz po miesiącu dopiero zaczęły naprawdę się otwierać i zmiękczać.

    1. Paweł pisze:

      Tak, trzeba być człowiekiem pozbawionym wrażliwości muzycznej żeby stwierdzić że gówno jest gównem 😀 😀

      Oczywiście, że Superluxy nie mają startu do SR225e, bo te 225 zjadają GS1000e na śniadanie.

      Delikatny i fizyczny bas w GS1000e? Masz na myśli ten żałosny karton, bo tak to brzmi?

      Nie wchodź na wrażliwość muzyczną, bo to nie ma nic wspólnego z moją opinią. Słuchałem wszystkich hi-endowych słuchawek na świecie i GS1000e to ZDECYDOWANIE, o kilometr najgorsze z nich. Absolutnie upokarzające słuchawki dla tak legendarnej firmy jak Grado. Szczerze współczuje każdemu, kto wydał na to ścierwo więcej niż 200zł :))) Ale co się dziwić, konkurencja się rozwija, a Grado dalej technologicznie stoi w latach 80. A liczą sobie za słuchawki o wykonaniu a’la Pan Zdziś w piwnicy obok przynajmniej 10x za dużo. Mam nadzieję, że ludzie się niedługo obudzą i firma, przy braku totalnej zmiany modelu biznesowego upadnie.

      1. misiekkb pisze:

        Stare Grado fajne były, czyli te bez „i”, a już tym bardziej bez „e”. Sam mam szacunek dla SR60, SR325 czy RS1 i bardzo je sobie chwalę w pewnych gatunkach. Ale z tym co Paweł napisał GS1000e zgadzam się.

        1. Alucard pisze:

          Wygrzewałem SR225e i wygrzewam teraz GS1000e, z tymi słuchawkami jest ta sama stara śpiewka co ze każdymi innymi Grado. Nowe grają surowo i strasznie szarpią w górnych rejonach. W miarę wygrzewania dźwięk się wypełnia, zaokrągla, wygładza, średnica nasyca. Ostatnio we Wrocławiu nawet sprzedawca w sklepie przyznał mi rację, jeśli chodzi o wygrzewanie Grado są totalnie specyficzne. Nie można nawet dać mocno głośniej bo zaczyna się jazgot. Niestety tak z nimi jest, są przestery i muszą pograć. Jak już membrana się porusza to jest okej. Sprzedałem swoje SR225e, na początku była po prostu z nimi taka tragedia że chciałem od razu sprzedać, dopiero po dwóch tygodniach w ogóle dało się słuchać. To czy się woli starą serię czy nową to kwestia gustu. Jest ta nowa seria bardzo szybka i dynamiczna, niewypalone pędzą mocno do przodu i sieją sopranem jazgocząc przy tym radośnie. SR225 dały mi nauczkę więc po prostu czekam spokojnie aż będzie lepiej (i juz jest po miesiącu) bo widzę że słuchawki wygrzewają się podobną manierą, coraz łatwiej je znieść razem z upływem czasu. Jeśli nie z tąd te wszystkie opinie płyną że ludzie słuchają niewypalonych to nie wiem naprawdę skąd, bo SR225 wzięły w łeb dość widocznie od GS1000. Może to sprawa wzmacniacza do nich, nie wiem, ale generalnie potrzebują dużo kultury od toru, one niestety nic nie ukryją, to nie piękne i kulturalne do bólu D8000, to fakt :). Koniec końców widzę że GS1000 obojętnie z jaką literką wciąż wzbudzają kontrowersje 🙂 Może to i dobrze, jest o czym dyskutować 🙂 W każdym razie mi się podobają, gnają przed siebie i wyciągają z nagrań kupę detalu, robią dla mnie w rocku niezłą robotę.

      2. Alucard pisze:

        Porównywałem GS1000 z SR225 u siebie i SR225 są znacznie mniej widowiskowymi i mniej prawdziwie brzmiącymi słuchawkami od GS1000. Bryły instrumentów, przestrzeń holografia, scena, informacje na srednicy, wszystko na rzecz GS1000. Porównywane były łeb w łeb nie przez 5 minut, bo obu byłem właścicielem w tym samym czasie, i to nie GS1000 wróciły do sklepu, tylko SR225 poszły na sprzedaż. Jeśli bas w słuchawkach grado przypomina karton to tylko dwie rzeczy przychodzą mi na myśl: pod osobiste preferencje nie podszedł (mi się np niezbyt podoba w Ultrasone 7) albo wzmacniacz był źle spasowany. Bas w Grado jest zestrojony aby pokazać dobrze bębny, nie męczyć nadmiernym „boomem” i być dopełnieniem średnicy, i to robi bardzo dobrze. Potrzeba dobrego DAca żeby wyciągnąć z niego dobre faktury. A wrażliwość muzyczna jest faktem przy ocenie każdych słuchawek, jak się jej nie posiada to ciężko ferować obiektywne wyroki.

        Słuchałeś wszystkich hiendów na świecie? Nieźle 🙂

      3. Piotr Ryka pisze:

        Nie słuchałem PS1000e, ale wydaje mi się mało prawdopodobne, by były tak dużo gorsze od rewelacyjnych PS2000e. Pierwotne PS1000 brzmieniowo były znakomite, niemniej trzykrotnie mi się zepsuły i z nich zrezygnowałem. Obecnie awaryjność jest według dystrybutora zdecydowanie mniejsza.

  4. Sławek pisze:

    Słuchałem tych Meze na AVS zarówno z lampowcem jak i przenośnym grajkiem. Oczywiście z lampowcem dużo lepiej i moje odczucia są bardzo podobne, choć oczywiście w czasie krótkiego odsłuchu nie można sformułować wiążącej opinii. Ale przynajmniej wiadomo, czy warto zawierać z tym sprzętem głębszą znajomość. Recenzja potwierdza, że warto.
    Może kiedyś trafi się okazja, by skonfrontować je w warunkach domowych z moimi HiFiManami HE-6 na Audio-gd Master 11.

  5. Stefan pisze:

    Piotrze, a jakieśodniesienie do D8000 Finala?

    1. Piotr Ryka pisze:

      D8000 mocniej jednak nieco eksponują soprany, a średni zakres postawiony mają z kolei ciut niżej. Mocniej też „promieniują” dźwiękami, lecz mimo to sprawiają wrażenie bardziej trzeźwych. Ale dopiero bezpośrednie porównanie dałoby jasny obraz.

      1. misiekkb pisze:

        Panie Piotrze mam trochę odmienne zdanie co do różnic między D8000 a Meze, dla mnie to Empyreany mocniej eksponują soprany niż D8000, tak samo jak mocniejszy jest subbas w Meze. Natomiast D8000 grają dla mnie bardziej średnicą, która jest fajnie nasycona i do tego bardziej przejrzysta. A ostatnio je porównywałem w łeb w łeb, gdyż Nobumasa, chciał znać moją opinię, na temat tego porównania i dał mi dwie wersje D8000 jedną testówkę, która już od ponad roku jeździ na testy, a druga nowa, która ma zaledwie miesiąc grania. To co mi się nie podoba w Empyreanach to wysoki bas oraz niska średnica jest za mało przejrzysta, zwłaszcza to wychodzi na utworach symfonicznych np. „Princess Mononoke” z albumu „The Best Of Cinema Music” Joe Hisashi, czy albumy „Nier Orchestral Arrangement”.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie mogę się do tego odnieść, bo bezpośrednio Meze z D8000 nie porównywałem. A porównania nie wprost zawsze są obarczone odmiennością torów i błędami pamięci.

          1. Piotr Ryka pisze:

            Ale te niedostatki przejrzystości to na pewno kabel. Z Tonalium nie było.

          2. misiekkb pisze:

            Jeśli chodzi o kabel to Meze używałem dwóch stockowego i FAW Claire Hybrid, a z D8000 stockowego.
            Co do tej przejrzystości to ja jestem tutaj za bardzo staxowy, gdzie takie modele jak 009s czy 507 pokazują właśnie to co lubię i jak ma wyglądać bas. Nawet 009 mają dla mnie zmiękczony i brak przejrzystości w górnym basie i niskiej średnicy.

            Oj tak z tym się zgodzę że trzeba porównywać na tych samych torach i wprost, gdyż tak jak Pan napisał odmienność torów da inny wynik, a porównani z pamięci będą okraszone błędami.

            Nie zmienia to faktu że jedne i drugie słuchawki są zacnymi słuchawkami i osoba, która szuka słuchawek z wysokiej półki powinna je posłuchać, a które wybierze te czy jakieś inne to jest tylko kwestia gustu.

          3. Piotr Ryka pisze:

            To nie jest FAW Claire Hybrid, według producenta to Furukawa.

  6. Jakubas100 pisze:

    Pojawily sie GS3000. Ciekawym jak te sie odnajda wzgledem Ps2000.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zdaje się, że to raczej PS2000e zachowają prymat.

  7. miroslaw frackowiak pisze:

    Sluchawki Meze; sluchalem dwa razy w Londynie,wyglad super,wykonanie fantastyczne jak i wygoda,mozna powiedziec najlepsze na swiecie,graja przecietnie i swietny wyglad myli tylko sluchajacych,zaczynamy szukac w nich zalet,ale ich nie ma i nie mozemy w to uwierzyc.Szkoda bo liczylem ze beda walczyc o szczyty sluchawkowe.Nie mialem mozliwosci posluchac ich na moim Carym 300B ale sluchalem ich na roznych wzmaczniaczach i lipa.Bardzo przecietne sluchawki,ktorych cena nie powinna przekraczac €1300.

    1. Marcin pisze:

      To ciekawe. Mam podobnie. Ale zastrzegam – słuchałem na AVS, a w recenzji jest odniesienie to tego odsłuchu. Nieangażujące. Może rzeczywiście potrzeba czasu na rozegranie. Moje XC przez pierwsze dwa dni też nie zachwycały i grały konturowo i z surowością. Jestem 50/50 w takim razie.

    2. PlanarFun pisze:

      Również zgadzam się z opinią, że Meze nie zachwyca. Do tego na mojej głowie średnio komfortowe (duży ucisk na bokach). Natomiast Final D8000 – fascynują od pierwszej chwili do ostatniej…chociaż nie, ostatniej mogłoby nie być, bo ciężko się od nich oderwać:)

    3. Piotr Ryka pisze:

      Same słuchawki są znakomite i zrobione z muzycznym znawstwem. Rewelacyjnie wypadają w bezpośrednich konfrontacjach, niemniej ogranicza je nieco oryginalny kabel i trzeba sięgnąć po materiał dobrze obrazujący różnice pomiędzy muzycznym naturalizmem a przegięciami. One nie są dla lubiących brzmieniowy cyrk. Nie forsują sopranów, nie podpierają się echami, nie podbijają basu. Dają prawdziwą muzykę umieszczoną w prawdziwej scenerii. Ale oczywiście jest masa innych rewelacyjnych. Samo Final Audio ma trzy modele. (Najtańszy zaraz wycofa.)Jest w czym wybierać, możemy się cieszyć. Ale powtarzam – Meze Empyrean to rewelacyjne słuchawki. W pewnych sytuacjach brzmieniowych dla wielu uznanych konkurentów wręcz niszczycielskie.

  8. Mirek pisze:

    Najlepszy zestaw na swiecie to carry 300b z k1000, żadne inne słuchawki nie podskoczą, obeojetnbie w jakiej sa technoligi zrobione iza ile , ale to wiadomo…

    1. Stefan pisze:

      Dopieroc co chyba LCD-4z go rozjechały.

      1. Piotr Ryka pisze:

        O ile sobie przypominam, to nie rozjechały, tylko były najlepsze ze współczesnej elity słuchawkowej, gdzieś tam wystawionej.

        1. Stefan pisze:

          No tak coś w tym stylu było, tylko K1000 potrzebują trochę aby pokazać co potrafią, kabelek i odpowiedni wzmacniacz.

          1. Piotr Ryka pisze:

            A kto, Stefanie, nie potrzebuje.

          2. Stefan pisze:

            To prawda, niewiele jest takich, które mało zyskują i nie warto próbować kabelków, a ze wzmacniaczami to już zupełnie inna trudniejsza sprawa z doborem.

  9. Jan Brisbane pisze:

    Sluchalem Empyream podczas AVS na lampowym Cayin. Nie pamietam oznaczen wzmacniacza. Sluchawki Maze calkiem, calkiem, ale nie wybitne. Empyream zabrzmialy jak sluchawki za okolo 1 000 – 2 000 zł, czyli naprawdę, niezle. Ale nie bogato, nie eufonicznie, nie totalnie. A w swojej cenie powinny! Meze jeszcze musi troche sie przylozyc i ptzyluczyc. Przeprjaszam za brak polskch liter, ale pisze za zagranicy.

    Jan z Bydgoszczy, nie audiofil, a muzykofil…

  10. Compton pisze:

    No ale zdanie zawsze można zmienić, nie? 😀 😀

  11. adamk pisze:

    misiekkb jak wypada porównanie miesięcznych d8000 z takimi rocznymi, czy cos się mienia na lepsze czy na gorsze?

    1. misiekkb pisze:

      Zmieniają się takie rzeczy jak w rocznych jest więcej wysokiej średnicy i wysokich, słuchawki się bardziej otwarte, swobodniejsze w prezentacji dźwięku, bas się trochę uszczupla i staje się bardziej klarowniejszy.

      Co do nowych Meze to one są dla mnie one mają jedne z najlepszych wysokich tonów ze słuchawek planarnych i dynamicznych, gdyż nie są one schowane, tylko jakby świetliste ale nie popadające w ostrość i do tego mają bardzo dobrą fakturę dźwięku. Słuchawki potrafią zejść do samych piekieł i ten bas jest taki naturalny. Także holografia i pokazanie brył instrumentów jest w nich bardzo dobra, aż miło się słuchało nagrań koncertowych.

      1. Stefan pisze:

        Z perspektywy czasu może faktycznie one się otwierają, musiałbym poszukać fabrycznego kabelka, ale teraz po dłuższym czasie i na srebrze są niezwykle holograficzne i realne, sam jestem zaskoczony.

      2. Stefan pisze:

        W przypadku Meze nie do końca się zgodzę, góra jest nieco szklista, owszem bas schodzi nisko, ale jednak w D8000 moim zdaniem jest bardziej naturalny. To tak na moje uszy. Ogólnie bardzo ciekawe słuchawki tylko jak zwykle kabelka porzałowali. Pewnie z lepszym byłoby znacznie lepiej bo wydaje się że mają potencjał.

        1. misiekkb pisze:

          Jeśli chodzi o górę, to wiesz Stefanie że ja lubię górę z pazurem, ale bez kłucia i z bardzo dobrą fakturą. Co do basu to jak dla mnie niski bas jest dobry, do wysokiego mam pewne ale, ale to pewnie jest ta jak Piotr napisał wszystko zależy od kabla, a ja tylko na stockowym i na FAW Claire Hybrid, a wiadomo jakie są kable FAW na basie.

          1. Stefan pisze:

            Tak pamiętam:), dodam tylko że tak jak piszesz jest na 933, bo na lampie było tak jak napisałem, widać mocno reagują na tor.
            Ja słuchałem narazie tylko na fabrycznym czarnym. A bas no właśnie czegoś mi brakuje bo ładnie mruczy na dole ale jednak bembnom trochę brakuje do tych z D8000.

          2. Andrzej pisze:

            „a wiadomo jakie są kable FAW na basie”

            Ja nie wiem, a chętnie bym sie odwiedział, bo interesuje się Noir Hybrid.

  12. Stefan pisze:

    Sroki za bębny.

  13. misiekkb pisze:

    Stefanie ja słuchałem na lampie, a dokładniej na Fezzie. Widocznie dobrze reagują na tor tak jak powiedziałeś, a to jest dobrze, gdyż można dostosować brzmienie pod siebie. Bębny i perkusja to jeden z instrumentów, na który kładę największy nacisk podczas odsłuchów, obok skrzypiec, wiolonczeli, fortepianu i damskiego wokalu. Dlatego utwór „Princess Mononoke” z albumu „The Best Of Cinema Music” Joe Hisashi jest dla mnie bardzo dobrym materiałem, jeśli mam coś szybko powiedzieć o jakimś torze, czy jakimś sprzęcie, gdyż da mi wgląd na to co najbardziej oczekuje.

    „„a wiadomo jakie są kable FAW na basie”

    Ja nie wiem, a chętnie bym sie odwiedział, bo interesuje się Noir Hybrid.”

    Kable FAW nie mają nigdy klarowności, kontroli absolutnej na basie, zwłaszcza seria Noir, dlatego ja wolę serię Claire i Claire Hybrid, bardzo dobry stosunek jakości dźwięku co do ceny kabla. A jeśli chodzi o Noiry to bym je polecał do słuchawek, którym trzeba dać nasycenie, wypełnienie, ilość basu, np. do HD800, Noir im dobrze, bardzo dobrze robi. Ale i tak wszystko zależy co chcesz zmienić w torze i do jakiś słuchawek, także uważam że powinno się samemu posłuchać na własne uszy, na własnym systemie aby powiedzieć czy kabel jest dla „mnie” jest dobry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy