Recenzja: Luna Cables Gris – przewody słuchawkowe

   Pod koniec stycznia był anons, same kable na rynku wcześniej. Przypomnijmy fragment anonsu:

To musiało się stać, jak mawiają – nie musiało, ale było wysoce prawdopodobne. Rosnące znaczenie słuchawek wraz ze wzrastającą świadomością znaczenia ich okablowania sprawia, że coraz większe grono producentów dorzuca do oferty kable słuchawkowe, doszlusowując do od dawna oferujących je Cardasa, FAW, ALO Audio, Moon Audio i Entreqa. Firm dorzucających oraz powstałych jedynie z myślą o tym, by kable słuchawkowe tworzyć, jest teraz kilkadziesiąt – i tak naprawdę nikt nie wie, których oferty są najciekawsze w relacji cena/jakość. Od takich za kilkaset złotych, po te za ponad dwadzieścia tysięcy, prężą swe miedziane i srebrne muskuły w rękawach najróżniejszych izolacji różnej grubości słuchawkowe kable.

Po stronie producentów dzieje się zatem sporo i przyjmijmy także do wiadomości, iż muszą oni zmagać się z różnorodnością pojedynczych i podwójnych przyłączy do słuchawkowych muszli. A na drugim końcu uwzględniać, że słuchawkowy przewód można wtykać do wielu typów gniazd. Może nic nie pominę wyliczając: 5-pin dla elektrostatów, dla pozostałych 2 x 3-pin, 1 x 4-pin, 2 x jack 6,35 mm, 1 x jack 6,35 mm, pentaconn 4,4 mm, jack 3,5 mm, jack 2,5 mm i na finalny dodatek przyłącza głośnikowe, których czasami, chociaż rzadko, twórcy słuchawek też sobie życzą. Dołożywszy do tego niezbywalne przejściówki, otrzymujemy wielką tacę z wypiętrzającym się słuchawkowym osprzętem – i kto by kiedyś pomyślał, że tyle aż będzie tego?

Goszczący wielokrotnie na tych łamach kanadyjski producent kabli – Luna Cables – to firma budząca duże nadzieje, jako skoncentrowana na osiąganiu maksimów w relacji cena/jakość. Posiłkująca się w dochodzeniu do tego vintage᾽ową cynowaną miedzią oraz nie ekranującymi pól magnetycznych oplotami z woskowanej bawełny i innych naturalnych surowców. Wymyśla optymalne sploty i optymalne przekroje, bada wpływ izolacji i stosowanych wtyków, ma także, jak każda inna, swoje techniczne tajemnice.

Przez długi czas było tajemnicą, że pracuje na okablowaniem słuchawek, prace nad nim ciągnęły się aż dwa lata. Siedzący nad tym konstruktor – Danny Labrecque – powiedział mi, że jeszcze nad żadnym kablem tyle mu czasu nie zeszło i tyle się nie natrudził. Wychodzi na to, że słuchawkowe są naprawdę niełatwe, a zdawać by się mogło, że to margines i łatwizna.

Wymienialiśmy informacje, troszkę mu bowiem podpowiadałem – jakiej długości taki kabel najlepiej żeby był, jakimi cechami się odznaczał i jakie w grę wchodzą najpopularniejsze złącza. Także które słuchawki najwięcej przez złej jakości własne okablowanie tracą i jakie przejściówki należy mieć w ofercie, aby zapewnić użytkownikom wystarczające pole manewru. W ramach podziękowania dostałem gotowy przewód (mogłem sobie wybrać końcówki), na dodatek z przejściówką. I mam z tego satysfakcję, i już wyjaśniam dlaczego.

Technologia, stratyfikacja i cechy użytkowe

Torebki jak zawsze, kable jak jeszcze nigdy.

   Kable należą do serii Gris i w innych ich nie będzie. Są w takim razie w warstwie przewodzącej z miedzi cynowanej Neo-Vintage (LCNV) – czyli powstającej współcześnie, ale przy użyciu dawnych, oryginalnych urządzeń i z zachowaniem dawnych procedur. Odnośnie miedzi nie podają stopnia czystości, wiadomo tylko, że poza cynowaniem (cyna stanowi 1%) jest uszlachetniona i beztlenowa. Oplot to tradycyjna u Luny woskowana bawełna z dodatkową wierzchnią warstwą ochronną o dużej odporności mechanicznej, a niepomijalnej wagi specyfiką stosowanie tego samego miedzianego przewodnika także we wnętrzach wtyków. Co jest naprawdę istotne; pozwala bowiem ograniczać deformujące sygnał przechodzenie przez różne przewodniki.

Drugą o kluczowym znaczeniu specyfiką jest dystansowe odseparowanie na całej długości kabla żyły lewej od prawej – od końca do końca w Luna Cables Headphone to dwa oddzielne przewody. Dzięki czemu radykalnie zmniejsza się interferencja międzyżyłowa i jednocześnie znika degradujący jakość sygnału rozgałęźnik Y – typowy dla kabli słuchawkowych. Zarazem nie są to dwa luźno latające kable, co byłoby w praktyce uciążliwe (wiem co piszę, używałem i takich); przewody są pospinane na całej długości metalowymi klamerkami które można przesuwać, co nie tylko zapobiega dalekiemu rozchodzeniu, ale pozwala też na swobodnie regulowanie długość rozwidlenia. Prócz tego ładnie wygląda – oplot jest gatunkowy, a klamerki wykonano starannie i chodzą jak należy (ani za luźno, ani nazbyt opornie).

Dla wszelki słuchawek.

Pochwały należą się też samym złączom, które pochodzą od mającego siedzibę w Księstwie Lichtenstein Neutrika, szwajcarskiego LEMO i amerykańskiego Switchcrafta. Wszystkie są solidne i metalowe, a jednocześnie niezbyt ciężkie. Sam kabel też nie jest ciężki ani gruby, ale łączny przekrój dwóch żył jest daleki od włosowości, a ciężar też oznajmia, że to nie jakaś wydmuszka.

Bardzo dobra jest strona mechaniczna: sprężystość umiarkowana, giętkość wysoka, skrętność zerowa, spora twardość zabezpiecza przed przypadkowym zgnieceniem.

Kable można zamawiać o dowolnej długości i z dowolnymi końcówkami, wystarczy tylko podać, do jakich mają być słuchawek i czym zakończone. Każdy metr dodatkowy powyżej standardowej długości 2,5 m (bez wliczania długości wtyków) to koszt 690 PLN, a niektóre końcówki też mogą podnieść cenę, o ile zażyczymy sobie specjalnych albo niezwykle rzadkich. Można także zamawiać dowolne przejściówki o dowolnych długościach; cena typowej to 490 PLN. Opakowania to tradycyjne firmowe pokrowce z impregnowanej bawełny: zapinane na gruby błyskawiczny zamek, z uszkami do noszenia oraz zdobione logiem – wielką ćmą.

I wszelkich wzmacniaczy.

Cena standardowego przewodu wynosi 2890 PLN – zatem, jak na współczesne realia, nie jest wysoka ani niska. Jest średnia. Z grubsza tyle samo kosztuje polskie Tonalium i rozliczna gama przewodów od firm z całego świata. Lecz że to nie przelewki, trzeba się będzie wykazać. Mamy okazję po temu, przyjechały trzy różne kable.

 

 

Odsłuch

On nie jest taki długi – to tylko rozdzielone żyły dają aż tyle zwojów.

   Wszystkie oczywiście to Luna Gris Headphone, ale jeden do Sennheiser HD 800, drugi to Focal Utopii, a zakończony przy muszlach mini XLR-ami, pasujący do wielu słuchawek. I od niego zaczniemy.

Podepniemy go do HEDDphone i Meze Empyrean, mam bowiem ich oryginalne kable; a przede wszystkim z takimi należy się porównawczo mierzyć – to od nich Luna Cables mają być zdecydowanie lepsze.

 

HEDDphone

A zatem – bardzo proszę – na początek Luna Gris vs oryginalny przewód HEDDphone. Przetwornik także Luny, ale od całkiem niepowiązanej firmy, od holenderskiej, a nie kanadyjskiej PrimaLuna. Wzmacniacz od amerykańskiego Rogue Audio; czekający już na swój opis potężny RH-5; i na tę okoliczność wygrzewany, ale już zasadniczo wygrzany. Wzmacniacz rewelacyjny, ale nietani – trzeba na niego wysupłać przeszło szesnaście tysięcy. Mocarny przy tym i hybrydowy: w stopniu wejściowym obsługiwany przez dwie podwójne triody ECC82.

Od razu zaskoczenie – kabel Luny okazał się zdecydowanie głośniejszy od oryginalnego (który uznałem kiedyś za, jak na wyposażeniowy, wyjątkowo dobry). Przepuszczał ładnych parę decybeli więcej, po zastąpieniu nim wyposażeniowego krokowy potencjometr pojechał o kilka kroków w tył. Prócz tego mocniejsze światło – takie powodujące rozjaśnienie, czy raczej samo rozświetlenie, bez towarzyszącego podniesienia wysokości dźwięku. Kolejna rzecz, to wzrost dociążenia: dźwięki stały się masywniejsze, ale nie ociężałe. A przede wszystkim kabel Luny bardziej się wgryzał w muzykę, czyniąc tarcia przepływu i dźwiękowe obrysy bardziej chropawymi, a fakturę tymi obrysami wiązaną o szlachetniejszej materii. To samo odnosiło się do harmonii, jako bardziej złożonej; cała brzmieniowa struktura zyskała lepsze oświetlenie, pod którym ujawniła większą złożoność, szlachetność tworzywa i różnorodność. Wraz z czym bardziej akcentowały się szczegóły, podkręcone zostały wszelkie wibracje, trochę wzmocniły też pogłosy i wzrosła całościowa żywość. Mocniejsze światło kanadyjskiego Księżyca odsuwało brzmienie od szarości, towarzysząca mu żywość od poczucia nudy. Tym mocniej, że podniosło się też ciśnienie dźwięku, a jednocześnie wzrosła transparentność. Odnośnie walorów scenicznych, zaznaczyło się odsunięcie od siebie muzycznych planów, trochę mocniejsze zaakcentowanie wnętrz i żywsze całe medium. Także poprawa holografii.

Przejściówki są w ofercie wszelkie.

Oryginalny kabel grał ciszej, gładziej, ze stonowanym oświetleniem, chropawości prawie nie dawał, ciśnienia prawie też – ogólnie biorąc powodował dźwięk dużo bardziej wycofany. Mimo to w żadnym razie nie nazwałbym go słabym.

Oryginalny przewód HEDDphone jest naprawdę porządny. Czuje się w nim muzykę, ma też wyraźną atmosferę, łączącą spokój ze smutkiem. Nazwanie go melancholijnym byłoby już przesadą, przejawia jednak skłonność do melancholii. Jest poetycki, zadumany i efektownie melodyjny. Dlaczego aż o tyle cichszy, tego bym się chętnie dowiedział. Ale z wycofanego spokoju bym mu zarzutu nie czynił, ten styl mi się podobał. Niemniej trudno nie przyznać, że Luna Gris to inne granie – inny poziom bezpośredniości, zaangażowania i analizy. Różnica jak między spacerem a biegiem, popatrywaniem a wytężaniem wzroku, zdystansowaniem a uczestnictwem. Luna była jak tchnienie życia i niczym turbodoładowanie. Wciąganie w grę, której stajemy się uczestnikiem – gry ciekawszej, trudniejszej i szybszej.

 

Meze Empyrean

O oryginalnym kablu Meze aż tak dobrego zdania nie mam, ale na pewno są gorsze. Tym niemniej audiofilska klątwa: „muli” – odnosi się do niego. Tak samo jak oryginalny HEDDphone jest spokojny i wycofany, ale nie w poetycki, a mdlący sposób. Zwyczajnie nie chce się poprzez niego słuchać, kiedy wypróbowało się inny. Snuje się przez muzykę i nie chce mu się ruszyć ani jednego akcentu mocniej. Stłumione światło częstuje szarościami, żywości ani krzty, faktury nie są ani gładkie, ani chropawe, tylko płaskawo-kostropate. Dynamika jak u emeryta, światło jak w mglisty dzień, zaangażowanie niczym chomika w kombinacje szachowe. Jedyne zalety to ta gładkość i wraz z nią muzykalność. Ale stępiona, bez porywu. Aż z ciekawości podpiąłem najpierw Meze okablowanie HEDDphone – i stało się na pewno lepiej, chociaż nie jakoś dramatycznie. Niemniej światło lepiej oświetlające, tonalność bardziej prawidłowa, zaangażowanie mocniejsze i chwytanie muzyki jako zjawiska wartego zachodu zdecydowanie poprawione. Poprzez ten kabel Meze słuchało się już z przyjemnością, poprzez oryginalny z wątpliwościami. Co odnoszę oczywiście do siebie, jako kogoś przez cały czas obracającego się pośród najlepszych słuchawek oraz najlepszych kabli do nich.

Także obsługa wszystkich słuchawek.

Przeszedłem na Luna Cables. Właściwie nie mam nic nowego do powiedzenia względem sytuacji poprzedniej, podmiany u słuchawek HEDDphone. Kazus całkowicie analogiczny: znowu mocniejsze jeszcze światło, dużo więcej pod każdym względem ekspresji, w tym przede wszystkim gdy chodzi o dokładność skanowania tekstur i widzialność konturów oraz energię i dynamikę. Także Meze przez kabel Luny zagrały wyraźnie głośniej, a jednocześnie bardziej chropawo, żywo i przejrzyście, pomimo zwiększonego akustycznego ciśnienia. Przez kanadyjski kabel granie stało się, jak to mówią: „dożylne”, a nie jak przez oryginalny: „zżuta guma do żucia”. Jedynie ktoś pragnący zachować dystans do muzyki i szukający drogich słuchawek jako źródła produkującego muzyczne tło do innych zajęć, mógłby zadowolić się kablem oryginalnym po posłuchaniu z Luna Cables. Ale oczywiście potrzeby są różne, więc tego nie wykluczam. Dziwię się jednocześnie Meze, że nie sięgnęło po kabel przynajmniej tak dobry, jak ten od HEDDphone, które są przecież o pięć tysięcy tańsze.

 

 

Odsłuch cd.

Focal Utopia

A wszystkie złącza są markowe.

Do flagowych Focali też miałem kabel oryginalny, którym producent się chwali. Podobno dużo pary poszło na to, by był jak najlepszy. Teoretycznie zatem ciężka przeprawa, a co na to praktyka?

Rzeczywiście, te słuchawki poprzez swój kabel zagrały przejrzyście i z zaangażowaniem. Nie aż takim, żeby pomyśleć, że szukają zaczepki, ale ich płynąca niczym wielka rzeka melodyka miała siłę zabierania z sobą słuchacza – trudno było pozostać obojętnym. Światło nie było jednak mocne i wraz z tym przejrzystość stłumiona. Nieznacznie, ale trochę. Czuć było za to zew przestrzeni, potężny bas pulsował, a melodyka wygładzała a nie chropowaciła brzmienia. Atmosfera zatem ściemniona, lecz potęgą podszyta – i melodyka wysforowana daleko przed skanowanie w dużej rozdzielczości tekstur. Sam kabel generalnie w porządku, to się mogło podobać. Nie gorszy ani lepszy niż ten od HEDDphone – troszeczkę bardziej stonowany większym obniżeniem tonacji, w zamian darzący mocniejszym basem.

Przejście na Luna Cables to wzrost dynamiki, wyraźności, bezpośredniości i zaangażowania. Sytuacja podobna do dwóch poprzednich, i znów z tą samą różnicą – światło lepiej oświetlające, ale nie dające wrażenia wzrostu jasności, tylko dokładniej wszystko omiatająca, a temperaturowo bardzo zbliżone. I znów w większej rozdzielczości skanowane tekstury, dźwięk bardziej wyrazisty i zdecydowanie bardziej chropawy, przejrzystość medium także  większa, a akcent głównie na ożywienie i bezpośredniość, a nie spokojną melodykę. Powietrze przez saksofon przechodzące o mocniejszej wibracji, z większym charkotem i podmuchem, wokale bardziej uobecnione, większa dźwięczność, soprany aktywniejsze, odcinanie od tła wyraźniejsze.

Ogólne wrażenie większej wyrazistości, czystości i przejrzystości, większa obecność dźwięków dalekich, a bas mniej obły, trójwymiarowy bardziej. Rozwiana więc ta minimalna mgiełka przechodząca w łagodność – wszystko w fotograficznym sensie ostrzejsze, cały muzyczny obraz. W utworach z mocno eksponowanym basem od razu słychać większą trójwymiarowość, mocniejsze obrazowanie membran i bardziej twardy punch. W wokalach poprawiona dykcja i wydatniejsze szeleszczące spółgłoski, ale  bez żadnej sybilacji.

Krótko mówiąc: flagowe Focal dostają lepsze życie, wchodzą na wyższy poziom. Jeżeli w kablu może być adrenalina, to w Luna Cables Headphone jest. I to nie tylko moja opinia – twórca i producent Tonalium też te kable pochwalił.

 

Sennheiser HD 800

Na rzecz markowych słuchawek.

Tym razem kabel oryginalny się nie zjawi, jego przyłącza poszły na Tonalium. (Oryginalnie stosowane przez Sennheisera okazały się niemożliwe do zdobycia.) W takim razie z Tonalium też porównanie – i to już nie przelewki. Kabel tak samo drogi, mnóstwo razy chwalony, zakupowe podpięcie Sennheisera od niego słabsze o dwie klasy. Ale chwileczkę – wróć! To nie jest kabel tak samo drogi. Moje Tonalium dla HD 800 zostało uszlachetnione przez Metrum Lab i ma przez swojego producenta dodaną otulinę antywibracyjną. Możemy je szacować na jakieś cztery i pół tysiąca.

Słuchałem najpierw wiele minut słuchawek z każdym z kabli na różnorodnym materiale, a potem naprzemiennie krótkimi fragmentami to samo jota w jotę. Łatwo było wskazać różnice, mniej łatwo o konkluzje. Tonalium to brzmienie bardziej miękkie, z leciutko srebrzącą się łuną wokół mniej ostro zarysowanych krawędzi. Jaśniejsze, bardziej stawiające na śpiewność i malarskość niż na wyraźność i kontrasty.  Operujące manierą, której realizm nie czerpie przede wszystkim z największej rozdzielczości, najgłębszej analizy i podkreślania brzmieniowych różnic. Brzmieniowy obraz jest przede wszystkim spójny, przejścia oparte o półtony, nie ma dążenia, by wykonawcę czy instrument wydobyć jak najmocniej z tła. Jest też pogłosowa oprawa dla klarowania trzeciego wymiaru, w przypadku akurat HD 800 troszkę czasami za mocna. Nie dotycząca wokalu ani sopranów, lecz dotycząca basu, który potrafi trochę dudnić i trochę mało co innego robić. To wychodzi przy kiepskiej jakości nagraniach, przy dobrych nie wychodzi. W przeciwieństwie do tego płynność odnośnie tonów średnich, a zatem także ludzkich głosów, jest bez przesady popisowa, i jeszcze podkręcana małym dodatkiem natlenienia. Jest delikatność i jest moc – i jest coś więcej, niż samo tylko obrazowanie muzyki. Może przesadzę z tym ujęciem, ale powiem, że to jest kable intelektualny, to znaczy przydający odtwarzanej muzyce znaczeń. W tym też znaczenia życiowości na bazie tego nie wysilonego a właśnie życiowego realizmu, który nie stara się być wyczynowy, tylko właśnie prawdziwy. Pisałem kiedyś o „Dziewczynie z perłą” Vermeera, że ona sama jest prawdziwsza niż każdy szczegół na obrazie. Muzyka odtwarzana przez kabel Tonalium nie ma wprawdzie problemów z odszukiwaniem i dopieszczaniem szczegółów, ale suma przechodzących przez przewód dźwięków staje się czymś więcej, niż tylko dźwięków sumą. To nie jest samo sumowanie, mamy do czynienia z muzyką w sensie szczególnie całościowym. Można oczywiście napisać, że to na skutek plastyczności, właściwego doboru światła i szerokiej palety półtonów; także skutkiem obchodzenia kontrastów łagodniejszymi, bardziej melodyjnymi ścieżkami. Można by się wytężać myślowo, żeby to w różny sposób ująć, ale istotą sprawy jest przyjemność – szczególna przyjemność słuchania. Tego się świetnie słucha – i na dystansach krótkich, i na długich; i wyczynowo, i relaksacyjnie. Ten kabel pasuje do muzyki, to jest jego istotą.

Wyraźnie też oznakowane.

Recenzowany Luna Cables Gris postępuje inaczej: kontrasty kładzie mocniejsze, na bazie ciemniejszych i głębszych dźwięków. Zanika coś, co może nie jest u Tonalium prozą życia, ale na pewno łagodniejszym traktowaniem. Tej nie-łagodności nie staje się wraz z przejściem na kabel Luny za dużo, tylko dla popisowości w sam raz. Czernie czarniejsze, powierzchnie już nie pastelowo stonowane i leciutko posrebrzone, tylko wyraźnie bardziej nabłyszczone, a same dźwięki głębsze i mocniej odcinane od tła. Ogólnie staje się ciemniej, mimo to bardziej wyraźnie, bardziej też lśniąco, kontrastowo i popisowo. Ale ta popisowość nie ciąży przesadą nawet przy długiej sesji, jest akurat.

Po to się jeździ w góry, by móc podziwiać widoki bardziej frapujące niż łąka i za nią w dali las. By poczuć większą gwałtowność krajobrazu, doznać tej szczypty lęku. Muzyka w wydaniu Luna Cables Gris też jest wyrywająca ze spokoju – mniej łagodnie płynąca, bardziej rwąca, drapieżna. Soprany zostają podkreślone, stając się wyrywniejsze i mocniej skrzące, kontury zaznaczają się mocniej, przejścia palety tonalnej są szybsze i bardziej dramatyczne. Ale to wszystko zatrzymuje się pół kroku przed momentem, w którym stałoby się ordynarne. Zachowana zostaje pełnia kultury – to ciągle jest poezja, tyle że bardziej wstrząsająca, gwałtowna. To gama muzycznego ruchu i silnie wyrażanych emocji, ale nigdy przejaskrawienie ani głupie popisy. Czuć stojącą za tym techniczną biegłość i jednocześnie muzyczne wysmakowanie; to się nie wzięło z przypadku, dwa lata Danny Labrecque nad tym siedział, żeby to była popisowość muzyki jako artystycznej formy, a nie dyskotekowy cyrk. Te mocniejsze kontrasty i mocniejsze akcenty też mają artystyczny wymiar, całość cyzelowaną świetnym uchem. Dźwięk poprzez kabel Luny jest głęboki, ciemny, lśniący, wyrazisty i przeszywający – wszystko to w dobrym tonie. A jednocześnie nie jest naprężony – mniej miękki niż u Tonalium, ale miękki. Jego poszczególne składniki nie sumują się tak emergentnie – każdy swą wartość bardziej niesie w sobie – poprzez co analiza staje się łatwiejsza, harmonika bardziej oczywista, szczegółowość bardziej dosadna, plastyka wyrażana przez bardziej sugestywne formy. Ale – i to mnie zaskoczyło – basowe tony są bez pogłosowej oprawy, przez co lepiej z całością się łączą.

Dwa w takim razie różne podejścia – wysoce nawet różne – każde ze swymi atutami.

Podsumowanie

   To kabel z własną muzyką i charakterem własnym; jednocześnie uniwersalny. Trudno mi wyobrazić sobie, ażeby nie pasował do którychkolwiek słuchawek dobrze brzmieniowo zrobionych. Złych teraz jest zresztą bardzo mało, prawie wcale się nie spotyka; wszyscy nauczyli się robić przynajmniej przyzwoite – te piłujące po uszach należą do przeszłości. Jeżeli już coś złego w którychkolwiek się dzieje, to zwykle jest za dużo basu, z tym niektórzy wciąż przesadzają. Nie chodzi oczywiście o bas jak w Ultrasone T7 czy T+A Solitaire P, tylko taki rozlany; sam zły i resztę deformujący. Ale taki też dawno temu słyszałem, to się już prawie nie dzieje. Domyślam się, że może dziać w odniesieniu do słuchawek groszowych, ale między takimi są Koss Porta-Pro, po co sięgać po inne.

Wracajmy z tej dygresje do naszego przedmiotu. Dobre słuchawki, niezależnie od własnego stylu, zyskają w kablu Luny sojusznika, który pozwoli im zabłysnąć dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo dźwięki daje rozdzwonione i efektowne nabłyszczane; w przenośni, bo bardzo wyraźnie dźwiga brzmieniową rangę w odniesieniu do kabli wyposażeniowych. I to nawet tych spośród takich najlepszych, jak od HEDDphone czy flagowych Focali. Nie mogłem niestety sprawdzić, jak to będzie wyglądać w odniesieniu do niewątpliwie gatunkowych kabli z wyposażenia T+A Solitaire P, ale jeżeli Luna Cables Gris słuchawkowy był w stanie dotrzymać kroku Tonalium, to nie mam wątpliwości, że z tego porównania też wyszedłby obronną ręką. Zapewne jeszcze lepiej.

Tak cóż – udany debiut rynkowy, rzecz godna polecenia. Nie dla tych, którzy łagodności pragną pośród burz na odmętach życia, ale dla szukających ekscytacji, mocnych wrażeń, muzyki z werwą i dramatem. Oczywiście i jazz, i spokojna rozrywka nic na kontrastowości nie stracą – pokażą się tylko z trochę innej strony niż na nomen omen bardziej stonowanym i też mającym mocną rekomendację Tonalium.

 

W punktach:

Zalety

  • Zdecydowanie lepszy od kabli dołączanych do słuchawek.
  • Dający zwłaszcza wzrost melodyjności, wyraźności i całościowej podniety.
  • Poprzez poprawioną plastykę, przejrzystość i czytelność.
  • Wyraźniejsze szczegóły.
  • Bardziej dotykowe i ciśnieniowe medium.
  • Lepsze odcinanie dźwięków od tła.
  • Szersze rozwarcie pasma.
  • Zwiększoną brzmieniową głębię.
  • Większą żywość.
  • Mocniejsze kontrasty.
  • Efektowne ściemnienie na rzecz nastroju.
  • Lśnienie.
  • Chropawość.
  • Głębsze tłoczenie tekstur.
  • Meszek na dźwięku.
  • Miękki i pozbawiony pogłosowej aury bas; jednocześnie potężny i lepiej komponujący się z resztą pasma.
  • Wszystko to poprzez pryzmat artystycznego ujęcia, a nie jałowych popisów dla samego popisywania.
  • Zatem tylko muzyka, a nie efekciarstwo.
  • Jednocześnie stoi za tym realizm.
  • I dlatego świetnie się słucha.
  • Wygoda użytkowa.
  • Wszystkie końcówki w ofercie.
  • Także wszystkie przejściówki.
  • Odporność na uszkodzenia.
  • Efektowny wygląd.
  • Technologia vintage.
  • Ekologiczne podejście.
  • Znany producent.
  • Nawet konkurencja go chwali.
  • Made in Canada.
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Tanio, niestety, nie jest.

 

Dane techniczne:

  • Kabel słuchawkowy do wszystkich poza elektrostatycznymi typów słuchawek i wszelkich sposobów ich napędzania.
  • Przewodnik: cynowana miedź Luna Cables Neo Vintage (wytwarzana na oryginalnych maszynach wg dawnych receptur).
  • Izolacja: woskowana bawełna.
  • Zewnętrzny płaszcz chroniący przed uszkodzeniami mechanicznymi.
  • Prawa i lewa żyła na całej długości rozdzielone, spięte metalowymi klamrami.
  • Wysoka odporność na skręcanie.
  • Opakowanie: etui z impregnowanej bawełny.
  • Długość standardowa: 2,5 m.

Cena: 2890 PLN

Plus 690 PLN za każdy dodatkowy metr. (Niektóre typy końcówek mogą wymagać dopłaty.)

 

System:

  • Źródła: gramofon CSPort TAT2, odtwarzacz Ayon CD-35 II.
  • Wkładka: ZYX Ultimate DYNAMIC.
  • Kabel ramię-przedwzmacniacz: Siltechem Signature Avondale II.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, EAR Yoshino HP4, Rogue Audio HP-5, T+A HA200.
  • Słuchawki: Focal Utopia, HEDDphone, Meze Empyrean, Sennheiser HD 800.
  • Przetworniki: PrimaLuna EVO 100, T+A HA200.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Ancient Audio Silver Stage.
  • Interkonekty: Sulek Edia & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Harmonix SF-200.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

2 komentarzy w “Recenzja: Luna Cables Gris – przewody słuchawkowe

  1. Jarek pisze:

    Panie Piotrze, a jest Pan w stanie porównać Lune do Forzy Noir Hybrid HPC?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Mówiąc krótko: Luna jest droższa ale lepsza. Niesie więcej muzyki i jest nieco bardziej efektowna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy