Recenzja: iFi Audio nano iDSD BLACK LABEL

   Audiofile mają ciężkie życie. Piękne, ale ciężkie. Ozdobione muzyką, lecz psute rozmyślaniem o sprzęcie. Psute wprawdzie niejednoznacznie, jako że wzniosła to chwila gdy jakiś nowy nabytek okazuje się dobry, albo wręcz fantastyczny, ale ileż po drodze rozterek, wątpliwości, nieraz także wyrzeczeń. I strzałów boleśnie niecelnych – zbyt pochopnych decyzji i nie trafionych wyborów. Tym jeszcze boleśniejszych, że audiofil to nie myśliwy – strzela wyłącznie do siebie. Więc kiedy celnie trafi, to z własnej radości ma jedynie trofeum, a kiedy boleśnie spudłuje, to tylko z własnej udręki.

Audiofilskie bolączki sprzętowe mają dwie genetyczne przyczyny – rozterkę wyboru i boleść cenową. Mało rzeczy tak mnie zdumiewa, jak fakt bytowania takiej ilości firm audio. Że też to wszystko znajduje nabywców i nie ima się tego ściąganie grawitacyjne ku wielkim producentom. Bo rzućcie okiem na telewizory. Nie żeby oglądać kolejne głupoty, tylko na nie same. W porównaniu do dobrej aparatury audio telewizory rozdają za darmo. Najlepszy w sensie wierności obrazu, a więc najbardziej realistyczny, to podobno obecnie szczytowy model OLED Panasonica, kosztujący trzydzieści tysięcy. W porównaniu z interkonektem Triple Crown, nie mówiąc o jakichś super kolumnach, to są wręcz groszowe sprawy, owe trzydzieści tysięcy. Mieć najwyższej klasy telewizor w porównaniu z możnością powiedzenia „mam super audiofilski zestaw”, to dziecinna łatwizna i nawet nie ma co porównywać. A jednak producentów telewizorów jest paru, na upartego parunastu, a producentów audiofilskiego sprzętu za zylion zylionów multum. Dlaczego? Wyjaśnicie? Może ktoś rzecz rozpracował? – Siła reklamy? – być może… – Mała liczba producentów ekranów? –  to raczej już niekoniecznie. Wszak producentów dobrych głośników, które potem lądują w ławicach różnych kolumn, także nie jest pokaźna.

No nic, nie będziemy się teraz w to wgryzać. Faktem jest, że marek sprzętowych w branży audio mamy zaskakującą ilość, co nieuchronnie nastręcza problemów z wyborem. Faktem też rozrzut cenowy, te wybory jeszcze utrudniający. I faktem wreszcie to, do czego od początku zmierzałem. Jest mianowicie w Wielkiej Brytanii firma, która do tego bigosu dodaje bigos własny. Tą firmą jest tytułowe iFi, bawiące się z nami w mikrokosmos. Sprzętu samo jedno tyle co wulkan wyrzuca, że już w tej jednej marce ciężko się zorientować. Nano, micro, black, silver, 1.0, 2.0. 3.0, PRO, iTube, Gemini, Mercury, Defender, Silencer, iCan, iOne, iGalvanic… Czort wie co tam cholera jeszcze, doktoryzować się można. Lecz powiadają mądrzy ludzie, że od przybytku głowa nie boli. Więc w sumie niepotrzebnie się rzucam. I oto – proszę bardzo – na dniach dorzucili do swojego iFi-bigosu nowego nano iDSD BLACK LABEL, a ja go sobie słucham i wam opisuję. I dobrze mi z tym, co mi tam…

Przejdźmy nareszcie do rzeczy. Nowy nano BLACK to przetwornik i słuchawkowy wzmacniacz. Przetworniki dodają teraz do wszystkiego, więc kiedy słyszę „przetwornik”, to jakby mnie ktoś dźgnął. Te wieczne instalacje sterowników i pełne napięcia czekanie – odezwie się czy nie? I ulga kiedy się ozwie, i boleść kiedy nie. A najciekawsze w tym wszystkim, że istnieją też bardzo drogie przetworniki grające całkiem źle, a znajdujące nabywców. Ech, życie, życie – masz ty arsenał…

No nic, nasz nowy nano Black ma tę przynajmniej zaletę, że kosztuje 1099 PLN; czyli nawet gdyby źle grał, to jeszcze nie katastrofa. Szkoda wyrzuconego tysiaka, ale tragedii nie ma. Co się zawsze odzyska przy pomocy rynku wtórnego, a przy tym idąc w drugą stronę – gdyby za ten tysiąc grał dobrze…

Jak gra, czyli jaką ma duszę, do tego zaraz dojdziemy, ale wpierw tradycyjne deliberacje nad ciałem.

Anatomia

Black is black, white is white.

   W tej mierze nazwa dwie rzeczy wyjaśnia momentalnie: osobnik jest mały i czarny. Mały jak piąstka dziecka i czarny jak serce diabła. A ponieważ diabły jak wszyscy źli są chciwe, to i wszystko w siebie wsysają, toteż ta czerń bardziej jest matowo-wchłaniająca niż lśniąco-odbijająca. Jak zawsze też u iFi będąca wierzchnim wykończeniem aluminiowego pancerzyka, który jest minimalnie chropawy, a nie ślisko gładki.

Nowy stworek od iFi nazywa się nano, jest więc z najmniejszych, jeśli nie liczyć gadżetów. A skoro o nich mowa, to od razu napiszę, że dwa gadżety ma wbudowane i oba przydatne a nie na pokaz. Pierwszy to zalecany zwłaszcza dla słuchawek o niskiej oporności wmontowany przy jednym z dwóch słuchawkowych gniazdek tak zwany iEMatch, mający powodować lepsze ich zgranie ze wzmacniaczem, pozwalające obniżyć szum tła i wesprzeć dynamikę. Drugi to zaaplikowany po drugiej stronie, zaraz przy wejściu USB, czyściciel iPurifier2, sprzedawany tak samo jak iEMatch także oddzielnie. Nie dość na tym, są jeszcze dwa ulepszenia już nie oferowane oddzielnie, ale także istotne. Jedno to obsługa wtyków symetrycznych 3,5 mm (symetryczny mały jack), pozwalających podwajać moc wyjściową, drugie to wybór przełącznikiem z tyłu pomiędzy filtracją „Measure” (Linear Phase) a „Listen” (Minimum Phase), które dobieramy na ucho wedle gustu. I jeszcze dochodzi do tego możliwe granie w trybie bateryjnym, pozwalające dzięki bateriom litowym na 10 godzin pracy.

Ale, ale – bym o najważniejszym zapomniał. Ma przecież nasz nano wbudowany najnowszy i najważniejszy gadżet. Posiada zdolność natywnej obsługi plików MQA, czyli wysokiej gęstości. W tej mierze potrafi się sprzęgać z popularnym serwisem TIDAL i oferowanymi przez niego plikami Master, co staje się z automatu po wybraniu w odpowiedniej zakładce TIDAL-a transferu „Master” i w jego podmenu opcji „Passtrough MQA”, wyłączającej programową obsługę tych plików. W efekcie ich obróbka przenosi się do wnętrza urządzenia i staje funkcją jego przetwornika.  Tego właśnie oczekuje nasz nano, bo do tego go przystosowano. Sam sobie lepiej radzi bez zewnętrznego programowego wsparcia. A radzi za pośrednictwem kości vintage Burr-Brown  PCM1794 i osobnego w każdym kanale femtosekundowego oscylatora. Radzi tak dobrze, że zapewnia Bit-Perfect DXD i Bit-Perfect DSD, a także obróbkę PCM aż po gęstość 384 kHz. A jako osobną działkę także obsługę MQA 88,2/96/176,4/192 kHz.

Boczne przechwałki.

I z rzeczy zasadniczych pracuje też we wnętrzu słuchawkowy wzmacniacz o konfiguracji dual mono i mocy 2 x 285 mW na wyjściu Direct Drive. (Na iEMatch jest mniejsza.)

Przenieśmy wzrok na obudowę. Rozmiar względem poprzedniego i wciąż dostępnego nano iDSD LE pozostał identyczny, tyle że wykończenie mamy teraz czarne a nie srebrne. Różnice nie kończą się jednak na kolorze i dodanej obsłudze natywnego odczytu plików MQA. Z panelu przedniego zniknęły problematyczne w tej lokalizacji gniazda wyjściowe RCA, zastąpione pojedynczym 3,5 mm »Line Out« z tyłu. Zmienił się też kształt pokrętła potencjometru, które jest teraz większe i mniej wystające. Zjawiły za to dwa w miejsce jednego słuchawkowe gniazda symetryczne 3,5 mm o różnym spsobie działania i przeznaczeniu oraz wspomniany wybór filtracji Listen/Measure. Inne jest także wejście USB – obecnie powszechniejsze płaskie, ale żeby nie było za prosto, to z rzadko spotykaną wtyczką żeńską kabla. (Stosowny przewód, wraz z gumami i dwiema przejściówkami, a także aksamitny woreczek ochronny w komplecie.)  I zmienił się jeszcze drobiazg – małe elastomerowe nóżki są obecnie mocowane fabrycznie, a nie do własnego montażu.

Całość waży skromniutkie 139 gramów (o 3 dkg mniej od LE), oferując dynamikę rzędu 109 dB, separację międzykanałową 79 dB dla gniazd słuchawkowych i 99 dB dla wyjścia liniowego, także niemierzalny poziom jittera i THD poniżej 0,004%.

Przywołajmy raz jeszcze temat pracy w trybie bateryjnym, którego wyboru możemy dokonać także z podłączonym przewodem USB. Wystarczy wpierw włączyć nano, a dopiero później uruchomić komputer.

Do kompletu pozostaje jeszcze światełkologia, realizowana przez średniej wielkości łagodnie świecącą diodę na froncie, a nie – jak u wcześniejszych konstrukcji – mikroskopijną na grzbiecie. Może ta powiększona świecić ośmioma kolorami, informującymi o rodzaju odczytywanego pliku, a także migać na czerwono, gdy poziom naładowania baterii jest słaby.

Zawartość.

Producent chwali się wysokiej jakości podzespołami. Nie tylko osobnymi w każdym kanale femtosekundowymi zegarami, wspierającymi architekturę dual mono, oraz znakomitymi kośćmi vintage przetwornika, ale też audiofilskimi rezystorami, kondensatorami TDK i Panasonic, a także analogowym potencjometrem. Widać więc, że się postarano i jak na tak małe urządzonko wsad materiałowy jest rzeczywiście pokaźny.

Sumując sprawę względem modelu LE: rozmiar się nie zmienił, kolor zupełnie przeistoczył, a parametry i możliwości nieco wzrosły. Dynamika skoczyła o 9 dB, czas podtrzymania w trybie bateryjnym o dwie godziny, a także zjawił się wybór filtracji i odczyt własny MQA (Master Quality Authenticated). Dodano też wewnętrznego iPurifiera, a także gniazdo z obsługą iEMatch. To wszystko jednak przy pewnych kosztach, albowiem nano iDSD LE kosztuje 649, a nano iDSD BLACK LABEL 1099 PLN.

Odsłuch

Lewy półprofil.

   Zacznijmy od ustawień. Także tych windowsowych. Sterownik iFi o numerze 3.20 nie jest nowy, ale wciąż aktualny i niezbędny. Sama jego instalacja to jednak mało – trzeba go jeszcze otworzyć i koniecznie ustawić w zakładce „Buffer Settings” minimalny czas opóźnienia oraz najniższą wartość pojemności bufora, przy których nie pojawią się podczas odtwarzania trzaski (coś jak z płyty gramofonowej). O ustawieniach w TIDAL już napisałem, a w zakładce „Dźwięk” systemu Windows trzeba wejść w menu „Właściwości” i w podmenu „Enhancements” zaznaczyć „Disable all enhancements”. Można też wejść w podmenu „Zaawansowane” i wybrać wyższą od standardowej głębię bitową oraz próbkowanie, sprawdzając efekty na ucho. I można wreszcie w samym nano wybrać głośniejsze i bardziej ujednolicone brzmieniowo wyjście „Direct”, lub wetknąć słuchawki w dużo cichsze, odrobinę bardziej chropawe i minimalnie podnoszące dawkę brzmieniowego indywidualizmu wyjście iEMatch. To wszystko nie jest proste, bo trzeba się dobrze wsłuchiwać przy decydowaniu które gniazdko i czy warto podnosić próbkowanie, ale sam miałem przygodę inną i w sumie dosyć smutną.

Pomyślałem sobie mianowicie, że skoro mamy te małe jacki na wyjściach, a u mnie słuchawki w większości z kablami o dużych wtykach symetrycznych, to zamiast wpinać NightHawk przez dwie przejściówki (najpierw z 4-pin na duży jack, a potem jeszcze na mały) roztropniej będzie wybrać krótszą ścieżkę i zmienić cały kabel na cieńszy dostarczany ze słuchawkami, przystosowany do sprzętu przenośnego. Bo ostatecznie nano jest przenośny, więc cienki i giętki lepszy. Uczyniwszy tak słuch wytężyłem, co to do high-endowych zestawów przywykł i stał dla sprzętu wredny. Słucham i słyszę, że za dobrze to nie gra. Tak jakoś zbyt matowo, za mało dynamicznie i z wypłowiałą czernią tła, a na niej spranymi kolorami. Że w sumie niby nieźle, ale żeby te MQA miały mnie wbić w fotel i zjeżyć resztki futra, to gdzie tam panie, gdzie tam.

I prawy.

Spojrzałem na NightHawk podejrzliwie, bo przecież lubię te słuchawki i one są jak najbardziej dla sprzętu przenośnego. Spojrzałem też na nano i zacząłem drapać się w głowę. Bo czuję, że coś nie gra. Niczego lepszego nie wymyśliłem, jak sięgnąć sprawdzająco po T1, dla których mam jedynie kabel Tonalium, na który wtyki od stockowego poszły. W ruch zatem dwie przejściówki i na początek wyjście Direct. Bowiem słuchawki wymagające i na pewno żadne tam czułe. (Dla których iEMatch.) Ruszam z dźwiękiem i z miejsca słyszę, że czernie gęsto czarne, dynamika jak na malucha (i nie tylko) solidna, a kultura i stopień indywidualizacji brzmień odpowiednio jak na przechwałki i dobre tradycje iFi wysokie. Zupełnie więc co innego, a przecież słuchawki NightHawk i T1 zdiagnozowane w innych testach jako różne wprawdzie brzmieniowo, jednakże z tej samej klasy. Chwila tentegowania w głowie i na koniec olśnienie, że trzeba w NightHawk zmienić kabel. Bo skoro dwie przejściówki T1 nie zaszkodziły… Zmieniam zatem też na Tonalium i dwie przejściówki zapinam. W tym miejscu smutne podsumowanie. Nie zawsze tak się dzieje, nie z każdym sprzętem kable tyle znaczą, ale słuchanie tego nano z oryginalnym kablem NightHawk względem opcji z Tonalium to jest po prostu dziadownia. Najsmutniejsze zaś to, że kabel Tonalium w cenie samych słuchawek i nawet go oficjalnie nie ma. Mało tego – chyba w ogóle nie będzie, bo się producentowi nie chce. Pociechą tylko to, że na przykład Atlas Cable też wydają się znakomite, a ogólnie biorąc kabli na użytek słuchawek nie brak. Ponoć są nawet dobre tanie, w każdym razie pojawiają się takie sugestie. Natomiast oryginalny z NightHawk – było nie było od AudioQuesta, sławnego producenta kabli – się na tle Tonalium zblamował. Wiem, że się stałem grymaśny i wredny, ale nie zdawałem sobie do tego momentu sprawy jak bardzo. Uszka się panu recenzentowi wydelikaciły i nie tolerują dziadostwa. A ściślej nie tyle uszka, co świadomość jakości dźwięku, nabyta wraz z doświadczeniem.

I z lewej tyłek.

Doświadczenie także podpowiedziało, że pewnie akurat NightHawk szczególnie są kablowo wrażliwe, bo jak już wiele razy pisałem, ich gęsty przekaz z mocnym basem i spokojnymi sopranami wymaga nie tylko doskonałej transparencji ale także wysokiej kultury, potrafiącej wyciągnąć i w odpowiednim świetle ukazać ich szczególne talenty. Tego dołączany kabel przenośny nie umie ani trochę, i to jest zwyczajnie smutne. A już szczególnie przy małej aparaturze przenośnej, do której jest kierowany, a która nie umie dobrze podciągać braków.

Bogatszy o tę wiedzę sięgnąłem po Sennheiser HD600, które ze swoim własnym kablem powinny wypaść dużo lepiej z uwagi na inny, łatwiejszy do popisu się styl. Ale nim to się stanie, dodam ważną uwagę. Uwzględniając architekturę nowego nano najodpowiedniejsze byłyby słuchawki zaopatrzone we wtyk symetryczny mały jack. Tych jednak nie udało się ściągnąć ani zdobyć przejściówki. Firma FAW oferuje co prawda takie, ale będą dostępne dopiero po Nowym Roku, a będące w zasięgu słuchawki dokanałowe Astell & Kern mają co prawda wtyk symetryczny, ale w rozmiarze 2,5 a nie 3,5 mm. Dlatego po Nowym Roku dopiszę aneks z udziałem symetrycznej przejściówki Forzy, a na razie musimy się obejść bez cennej ponoć symetryzacji.

I jeszcze jedna ważna sprawa. Opisane powyżej porównanie NightHawk do T1 odbyło się przy zwykłych ustawieniach sterownika iFi i Windows, czyli bez optymalizacji. Naumyślnie, by mieć świadomość, co w takiej sytuacji się dzieje. A teraz już z optymalizacją, czyli na full wypasie.

Sennheiser HD 600

I plecki.

Pierwsza rzecz usłyszana, to analogowość brzmienia – wyjątkowa jak na tę klasę urządzeń spójność i gładkość. (W ustawieniu minimum latency, bufor 64.) Nasycenie barw dobre, choć nie aż rewelacyjne, a dociążenie prawidłowe, bez poczucia pustej lekkości. Brzmienie lepsze na wyjściu Direct – nieco żywsze, gęściejsze i bardziej dynamiczne. Sam styl dla tych słuchawek niezbyt typowy, bo raczej miękki i aksamitny, a nie twardawy i połyskliwy. Wyczuwalne pogłosy i ogólnie ciekawie nawet w TIDAL. Piszę „nawet”, ponieważ ten serwis ewidentnie obniżył loty i parę miesięcy temu oferował brzmienie wyższej jakości. Krótko bardzo to trwało i teraz dobrze nie jest, toteż trzeba się chyba będzie rozglądnąć za lepszym płatnym dostawcą. Wstyd powiedzieć, ale przykładowo płyta Popular Problems Leonarda Cohena z YouTube zabrzmiała lepiej, przede wszystkim z uwagi na większą głębię przestrzeni. Jedno i drugie granie guzik jednak było warte w porównaniu do gęstych plików z komputerowego twardego dysku, kupionych w internetowej sprzedażowni nagrań. Inny stopień bezpośredniości, dynamiki, pazura.

Odsłuch cd.

I z ryjkiem w górę.

Grado SR60

   Karol mnie ostatnio poprosił, żebym przestał o tych słuchawkach wspominać. – Tylko w błąd ludzi wprowadzasz, bo idą sobie kupić, a potem mają kichę – zawyrokował. Wszystko w następstwie tego, że słuchał obecnie produkowanych, które do tych sprzed lat się według niego nie umywają. Ostre granie i tyle – padła ocena brzmienia. Całkiem możliwe, bo nowe wyższe modele Grado tak mają i widać tyczy to całej oferty. Ale dla porządku po raz ostatni o dawnych tanich napiszę, że z nano DSD BL zagrały lepiej niż HD 600. Cieplej, gęściej, bardziej analogowo, na tłach czarniejszych i bardziej nasyconymi kolorami. Też aksamitnie ale z błyskiem, szarpnięciami metalu struny i doskonałym drajwem. Bardzo się dobrze słuchało, całkiem bez chęci przerywania. I także w ich przypadku YouTube zdystansowało TIDAL-a.

AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio)

Nie zmienia to faktu, że już z kablem Tonalium i wszystkimi prawidłowymi ustawieniami z gniazda iEMatch NightHawk zagrały jeszcze lepiej. Gładziej, głębiej i jako pierwsze we współpracy z TIDAL przyswajalnie, ze smakiem. Jak zawsze gęsto i na mocnym basie, ale zarazem przejrzyście, z tlenem i w szybkim tempie. Jednocześnie najbardziej z dotychczasowych spójnie i z najszerszym pasmem przekazu. Także najbardziej muzykalnie, a zarazem z największą werwą. Całkiem inaczej niż w pierwszej próbie z własnym kablem i bez maksymalizacji ustawień.

Dobry duet, ale wymagający zachodu.

Beyerdynamic T1 (kabel Tonalium Audio)

Dotychczasowe próby skłaniały do poglądu, że iDSD woli słuchawki niskoimpedancyjne, ale flagowe Beyerdynamic zadały temu kłam. Nie tylko były, jak zawsze zresztą, bardziej trójwymiarowe i bardziej naprężone, ale też z meszkiem na dźwięku, z najczarniejszymi tłami i największym nasyceniem ogólnym. Także najszybsze, choć lekka twardość mogłaby kogoś skłonić do wskazania na NightHawk. Ale nie bacząc na to było to już „duże granie”, ocierające się o prawdziwy high-end, i to ocierające mocno.

Na gęstych plikach imponujący bas; nie tylko zejściem i mocą, ale także czystością brzmienia i jego prawidłowym tembrem. Pełna wizualizacja membran i objętości bębna. Także moc ogólna w popisie, ale tylko na wyjściu Direct, bo na iEMatch grać można było głośno, ale nie bardzo głośno. Natomiast z Direct bez problemu – można było sobie rozsadzić głowę. Najcięższy rock od Rammstein, AC/DC czy Iron Maiden robił piorunujące wrażenie.

Fostex TH900 Mk2

Wraz z Fosteksami zabrnęliśmy cenowo na poziom, przy którym całkiem sensowna staje się uwaga, że zupełnie to nie pasuje. Ten audiofilski czarny żółwik za 1099 złotych nieszczególnie się spasowuje myślowo ze słuchawkowym tygrysem za sześć i pół raza tyle. Ale to jeno pozór, bo T1 z kablem Tonalium, a nawet NightHawk z tym kablem, były zbliżone cenowo. I żaden w sumie mezalians, bo poprzez niedrogie wzmacniacze można bardzo dobrze napędzać bardzo drogie słuchawki i nieraz byłem świadkiem.

Przekaz flagowych Fosteksów okazał się zbliżony do T1, ale z innymi akcentami. Gładszy a mniej chropawy i nieco mocniej akcentujący skraje, a przez to mniej całościowo spójny, a także bardziej ujednolicający same brzmienia, co możemy zwalić na kabel. Fosteksy nie miały Tonalium, a mimo to radziły sobie bezproblemowo, by nie powiedzieć świetnie, choć kilka dodatkowych szczypt brzmieniowego indywidualizmu na pewno by im nie zaszkodziło. Trochę poprawiało tę sytuację podpinanie do gniazdka iEMatch, ale na pewno lepszy kabel dałby radę o wiele więcej wskórać.

Innych słuchawek się panu fotografowi sfotografować nie chciało.

Tu jednak zjawia się kwestia gustu, bo przekaz bardziej jednolity a równocześnie fantastycznie szczegółowy, dynamiczny oraz przestrzenny może się bardziej podobać, gdyż gładziej wchodzi do głowy. Coś niczym bardziej jednosmakowa potrawa, uwalniająca od wyboru co z czym i ile czego. Brzmieniowa potrawa od Fosteksów była dość ciemna, bardzo gładka, odpowiednio gęsta i nasycona smakiemm a także – czego już raczej nie przeniesiemy na kulinarny teren – niezwykle dynamiczna. Jakby gorąca i zimna naraz. I brawo iFi, dajesz radę!

MrSpeakers Ether Flow C (kabel Tonalium Audio)

Na koniec już prawdziwa drożyzna, bo i najdroższe słuchawki, i podnoszący cenę kabel. Nic nie podziało się szczególnego, podziało się jak powinno. Jedyne co trochę mnie zaskoczyło, to fakt obecności pogłosu, który bardziej zwykł się przejawiać w Fosteksach. Ale takiego przyjaznego, zawieszonego w ciepłym medium i nie dającego poczucia obcości. Niespecjalnie oddolnego, nie odsuwającego nas od wykonawców i nie przenoszącego w rozległe tereny. Pogłosu niezbyt dużej sali z lokalizacją słuchacza blisko sceny. A wraz z kablem Tonalium ponownie więcej indywidualizmu a mniej ujednolicającej gładkości, że kiedy uważnie się wsłuchiwać, to ten przekaz okazuje się bardziej bogaty i różnorodny, ale na pewno można woleć styl oferowany przez gładsze i bardziej jednobrzmiące Fostex.

Z tym, że jedna uzupełniający uwaga: Brzmienie flagowych Fosteksów na tle innych drogich słuchawek odnosimy w tym wypadku do nano iDSD BL, a zdarzało się przy innych, bardzo drogich wzmacniaczach, że to one oferowały większą od innych różnorodność brzmieniową.

Podsumowanie

Na koniec brzuszek.

   To nam przywraca świadomość celu. Nie oceniamy słuchawek, a nano iDSD BL poprzez słuchawki i podawany mu sygnał. W tej mierze urządzenie niewątpliwie się obroniło, natomiast nie obronił TIDAL, do którego w niemałej mierze jest kierowane. Jak wcześniej już napisałem, jeżeli zarządzający tym serwisem nie wezmą się do roboty i dalej będą wciskać tandetę, to konkurencja ich zje. Jakiż bowiem sens płacić stawkę miesięczną, kiedy za darmo z YouTube dostajemy muzykę odrobinę wprawdzie mniej gęstą, ale za to lepszą sferycznie, z lepszym czuciem przestrzeni. To jednak tylko dygresja, chociaż będąca w temacie, gdyż nano celuje w TIDAL-a i jego obsługą się chwali. Tymczasem nie ma złudzeń, że dobre pliki z własnego dysku tego TIDAL-a niszczą, demaskując jego tandetę. To samo robi YouTube, obnażając bezsens ekonomiczny. Nie bacząc jednak na tidalowy niewypał samo nano jest spoko. Na wyjściu Direct mocy ma odpowiedni zapas; sam producent się chwali, że dziesięć aż razy więcej niż najlepsze iPhone od Appla. Z kolei wyraźnie słabsze iEMatch jest przeznaczone dla słuchawek wysokoczułych, tak więc też mocy dla nich mu nie brak. Ale i z iEMatch niskoskuteczne T1 i Ether C grały naprawdę głośno, aczkolwiek nie aż tak, by oczy wysadziło z czaszki.

Moc i stojąca z nią w parze dynamika to jeden zdany test. Drugi, podobnie ważny o ile nie ważniejszy, to sama jakość brzmienia. Piękno, uroda, powab – to wszystko co ma zachwycać. W tej mierze główny ciężar spoczywa na sygnale. Już dobre pliki z YouTube wypadły zachęcająco, czarując sporo urodą. Ale dopiero te dobre z własnych zapasów potrafią wprawić w zdumienie, że takie małe „coś” nie tylko umie pognać galopem nawet trudne słuchawki, ale także wiedeńska szkoła woltyżerki, zwana bardzo myląco Hiszpańską Szkołą Jazdy (rok zał. 1729), także nie jest mu obca. I dlatego ten galop jest pełen uroku i w ryzach, a nie na złamanie karku. Jasne, że ifi DSD BL bez zmniejszającego przydomka nano potrafi jeszcze więcej. Jasne też, że wsparte przez iCan i iTube robi kolejny krok naprzód. Ale z nano iDSD BL można muzyką się cieszyć, zarówno przytupując do taktu, jak i nucąc do wtóru śpiewakom. Dobry kawałek brzmienia za bardzo umiarkowaną kwotę. I żeby nie było wątpliwości – od nano iDSD LE lepszy.

W punktach:

Zalety

  • Duża moc z małej piąstki.
  • Wysoka kultura brzmienia.
  • Zdolność bardzo jednoznacznej oceny jakości podawanego sygnału.
  • Drajw.
  • Szczegółowość.
  • Dynamika.
  • Wrażliwość na aspekty przestrzenne.
  • W tym mocne czucie obecności przestrzeni na odpowiedniej klasy materiale.
  • Czysta, wyraźna artykulacja.
  • Nie pozbawione ciężaru własnego medium.
  • A zatem nie gramy w kosmicznej próżni tylko w muzycznej sferze.
  • Wyraźne różnicowanie słuchawek pod kątem umiejętności ukazania cech indywidualnych brzmienia.
  • Transparencja wystarczająca by przebić się nawet przez gęsty przekaz AudioQuest NightHawk.
  • Naturalizm oświetlenia.
  • Naturalizm sposobu bycia.
  • Brak nalotów technicznych.
  • Dobra masywność brzmienia.
  • Dobra też barwność.
  • W efekcie przy dobrych plikach mamy do czynienia z poziomem high-end.
  • Przetwornik i słuchawkowy wzmacniacz w jednym.
  • Odczyt własny dla plików MQA.
  • Także innych plików wysokiej gęstości.
  • Wbudowany iPurifier.
  • Osobne oscylatory femtosekundowe w każdym kanale.
  • Kość vitage Burr-Brown przetwornika.
  • Dual mono.
  • Dwa gniazda słuchawkowe o różnym przeznaczeniu.
  • Oba symetryczne.
  • Wyjście line-out o bardzo dobrych parametrach.
  • Filtracje listen i measure do wyboru.
  • Praca bateryjna o podtrzymaniu 10 godzin.
  • Dobrej jakości kabel i zestaw przejściówek w komplecie.
  • Łagodne (rzecz nieczęsta) światełko indykatora.
  • Znany i uznany producent.
  • Bardzo dobry stosunek jakości do ceny.
  • Polska dystrybucja.

Wady i zastrzeżenia

  • Tańszy niemal o połowę konkurent z sygnaturką LE także jest bardzo dobry.
  • Obecna jakość serwisu TIDAL pozostawia bardzo wiele do życzenia.
  • Słuchawki z symetrycznymi wtykami 3,5 mm są bardzo rzadkie.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Camax

Dane techniczne:

  • Wejście cyfrowe: USB2.0 typu A (obsługa trybu OTG, zaimplementowany iPurifier)
  • Wyjście liniowe: 3.5 mm (max volume)
  • Filtry cyfrowe: Linear Phase, Minimal Phase
  • Wyjścia słuchawkowe: 2 x 3.5 mm zbalansowane/single-ended (w tym jedno z iEMatch)
  • DAC: Burr-Brown Bit-Perfect, native DSD i MQA
  • Obsługiwane formaty:
  • DSD 256/128/64/12.4/11.2/6.2/5.6/3.1/2.8
  • DXD 384/352.8kHz
  • PCM 384/352.8/192/176.4/96/88.2/48/44.1 kHz
  • MQA 88.2/96/176.4/192 kHz
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Dual Mono 2 x 285 mW
  • Zakres dynamiczny: >109db(A)
  • THD&N: < 0.005%
  • Wymiary: 96 (dł) x 64 (szer) x 25.5 (wys) mm
  • Waga: 139 g
  • Cena: 1099 PLN.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

41 komentarzy w “Recenzja: iFi Audio nano iDSD BLACK LABEL

  1. Marek napisał(a):

    ten strumyk staje się coraz cieńszy, dorzućmy jeszcze przerwy między utworami tak irytujące przy płytach koncertowych, przeciętny interfejs, słaba wyszukiwarka wykonawców… czy jedyną zaletą Tidala jest to, że można odwołać subskrypcję bez okresu wypowiedzenia?

    1. audiozof napisał(a):

      Ale Tidal ma też plusy, okładkę można sobie powiększyć 🙂

    2. Piotr Ryka napisał(a):

      Najdziwniejsze jest to, że czas jakiś temu, dosłownie przez parę dni, grało całkiem niezgorzej, na pewno dużo lepiej niż z YouTube. Ale zaraz potem psująca aktualizacja i po herbacie.

  2. Mateo napisał(a):

    Wstęp recenzji to moje całe hobby,) będzie może recenzja najnowszego flagowca A& Ultima?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Możliwe. Współpraca z tym dystrybutorem póki co nie szwankuje.

  3. adamm napisał(a):

    ja bym jednakże sugerował żeby nie porzucać wspominania czasem Grado 60 ( mam wersje II, czyli poprzednią, po ok roku grania bardzo sie otworzyły i dzwiek wyszedl z glowy do przodun do laptopa albo telefonu sa super), nie mówiąc o NighHawkach, za uwzględnienie ktorych w recenzji dziękuję. Ten cienki przenosny kabel do nich jest kiepski niestety, bez porównania nawet do oryginalnego dlugiego.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Bardzo pocieszające, że SR60 to wciąż ciekawe słuchawki.

  4. Tomek napisał(a):

    Jak się ma jakość dźwieku iDSD Nano BL do iDSD Nano LE ? Są jakieś znaczące różnice ?

    1. Wiceprezes napisał(a):

      LE jest mniej analogowy i posiada znacznie węższą, prostszą scenę. To tak w telegraficznym skrócie.

  5. Andrzej napisał(a):

    Przy okazji ifi, wiadomo coś o iDSD pro?

    1. Wiceprezes napisał(a):

      Niestety tylko tyle, że „będzie, kiedy będzie” 😉

  6. Zygmunt napisał(a):

    ……Tidal ma sie dobrze, pod warunkiem ,ze nie jest sluchany z platformy Windows, ..pisza to na wielu forach np.
    Computer Audiophile itp.

    Pozdrawiam
    Zygmunt

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To nie jest specjalna pociecha.

    2. Marek napisał(a):

      Windows? dobre audio jest w ogóle bardzo ciężko wyciągnąć z Windows, przez okna się wygląda, a nie słucha 😉
      Z iPhona po Airplay Tidal też słabo gra, taki SpotifyPremium lepiej gra po Airplay niż Tidal, tak jest bynajmniej u mnie.

  7. Jan napisał(a):

    Niestety, nasz kochany PanRyka nie umie optymalnie korzystać z gęstych plików Tidal… To mu więc nie grają…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trudno, Janie. Nie każdy ma twoje zdolności.

  8. Zygmunt napisał(a):

    Pod tym wzgledem zdecydowanie najlepsze sa dedykowane Streamery, ja uzywam Auralic Femto i jest super…..

    Zygmunt

    1. Miltoniusz napisał(a):

      Tym niemniej Tidal z Ariesa i tak jest o niebo gorszy niż lokalne pliki z tego samego Ariesa (po usb). Dotyczy także MQA. Jak dotąd o dziwo Tidal najlepiej działał po AirPlay z iPhone do Hegla HD30. Pisał o tym zresztą Pan Piotr. Ale może to dlatego jest takie wrażenie, że HD30 jakkolwiek świetny ma niestety przycięte wysokie częstotliwości. Przynajmniej ja go tak odebrałem.
      Jest problem z tym Tidalem.

  9. Zygmunt napisał(a):

    Jak zwykle wazne sa wszystkie ogniwa w systemie, mam na mysli DAC u mnie z Metrum Hex nie odczuwam zadnego dyskomfortu ,czy to Qobuz czy Tidal,po usb narazie zawsze bedzie lepiej z plikow Wav.

    1. Marek napisał(a):

      właśnie to jest ten ból, że jeśli coś się reklamuje jako stream w jakości bezstratnej to nie powinno być gorzej niż wav. Nie sądzę, że mają słabe pliki źródłowe, problemy raczej wynikają z techniki przesyłu danych, od ich świadomych lub mniej świadomych kombinacji. Samo to, że już tak długo Tidal walczy o gapless, też nie za dobrze świadczy o ich możliwościach technologicznych.

  10. Zygmunt napisał(a):

    …no tak ,problem pozostaje…. inna rzecz dla mnie jasna to to,ze Flac brzmi gorzej od Wav bezwzglednie z jakiego zrodla i nie rozumiem ,ze zwie sie to bezstratnie.

    1. Marek napisał(a):

      proponuję zrób sobie prawdziwy ślepy test, a możesz się zdziwić wynikiem 🙂

  11. Zygmunt napisał(a):

    ..jaki test?

    1. Marek napisał(a):

      przekonwertuj np. foobarem wav na flac, (bez osób trzecich się nie obejdzie) poproś kogoś zaufanego 🙂 żeby puszczał Ci te dwa pliki w sposób chaotyczny i zapisywał twoje typowanie czy słyszysz flak czy wav. Zrób powiedzmy 20 odsłuchów i jeśli poprawność Twoich typowań będzie powyżej 75% oznaczać to będzie, że faktycznie słyszysz różnicę między flac i wav

      1. Marek napisał(a):

        w sumie to dość nisko postawiłem poprzeczkę, powinno być 100% 🙂 ale zakładam margines błędu 25% na poczet wpływu otoczenia i stresu testowego 😉

  12. Zygmunt napisał(a):

    Podobno kazdy czlowiek slyszy inaczej…….porownywalem dawno temu i jestem pewny co slysze

    1. Marek napisał(a):

      czasami robię duże oczy ale jednakowoż jestem pewny co słyszę… to jest ta cisza we flacu, której nie ma 😀

  13. Demontage napisał(a):

    Rozumiem, że line-out ma stały poziom wyjściowy (nie regulowany potencjometrem)? Czy gdy podłączy się słuchawki, line-out jest odcinane czy gra dalej?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Tak.

      1. Demontage napisał(a):

        Gwoli jasności, jaka jest odpowedź na drugie pytanie? 🙂 Tak – line-out gra czy nie gra? Pozdrawiam

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Line out gra, ponieważ jest wyjściem DAC.

  14. Pszejko napisał(a):

    Szkoda, że w tej recenzji nasz bohater nie został sparowany ze słuchawkami Sony MDR-1A. Podobnie jak prezentowany Black Label też mają rewelacyjny stosunek ceny do jakości, też posiadają certyfikat hi-res Audio, też są sklasyfikowane jako sprzęt przenośny, też są konstrukcją zbalansowaną (posiadają odpinany kabel symetryczny – oba końce mini-jack). Wydaje się zatem, że taki duet mógłby tutaj pokazać pazur.

    Przy okazji słuchawki te mają wiele innych zalet:
    – pasmo przenoszenia: 3 – 100 000 Hz,
    – radzą sobie z 24-bit / 192 kHz,
    – zdaniem wielu najwygodniejsze na świecie.

    1. Olek napisał(a):

      Ja mam sparowane dsd nano (srebrne) z mdr1a. Uwielbiam to połączenie. Jest ciepło, ale detalicznie, jest dynamika i przestrzeń. Czasem niższe basy są zbyt słabo kontrolowane, jest ich zbyt dużo być może. Ale taki urok mdr 1A.

  15. onyx69 napisał(a):

    Spóbujcie streamować nie z programu a z windowsowego Edgea z włączonym w opcjach flash playerem. Youtube, SoundCloud np działają w ten sposób o wiele lepiej.

  16. Tomasz napisał(a):

    DO PANA PIOTRA,
    Na górze 3 strony pisze Pan o trzaskach a’la pyta gramofonowa. Mój systemik – wysoki laptop ASSUS /WINDOWS 10/- pliki FLACK i DSD /oczywiście legal/; program JRIVER /aktualny i legal/; połączenie kablem firmowym USB; słuchawki ATH AD2000X. – I trzaski doprowadzające do szału. – Uczony i praktyk informatyk – robił wszystko, również z Pana zaleceniami i nic! – Wymieniony DAC/wzmak na CH MOJO – bez trzasków, ale nie ta jakość muzyki. – Miałem też długie doświad z IFI MICRO BL – i też problem z WINDOWSEM. – Nie testowałem nowego IFI DSD – Czy on też nie lubi WIND? – CZY TRZEBA NAPISAĆ, ŻE WIND i IFI się nie PARUJĄ i koniec!
    CZY SĄ JAKIEŚ MYKI, KTÓRE SIĘ FIZJOLOGOM NIE ŚNIŁY? – Może ktoś rozwiązał ten problem?
    POZDRAWIAM
    Tomasz

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Kwestia trzasków to kwestia transferu. W praktyce więc ustawienia bufora w sterowniku. Zwykle jak ma się szybki Internet, to można ten bufor minimalizować, poprawiając jakość sygnału. Nie jest to natomiast zależne od urządzeń. Ayon, M2Tech, iFi – wszystkie będą trzeszczeć z za małym buforem dla danego miejsca. A jak coś nie trzeszczy, to znaczy, że bufor ma automatycznie ustawiony jako duży. W efekcie gra gorzej. Moja rada – kupić iFi iOne i przejść na kabel koaksjalny jako wejściowy do przetwornika. Nie gwarantuję, ale może być lepiej.

      1. Tomasz napisał(a):

        Jako całkowity laik internetowy zrozumiałem, że trzaski a’la płyta, zależą od szybkości mojego internetu? Mam Neostradę rozprowadzaną po domu przez firmowy ruter. – W moim pokoju „jakość” intern jest słaba – porównywałem z łączem kablowym. – Czy internet na kablu byłby rozwiązaniem?
        POZDR
        T

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Być może. Ogólnie biorąc jest faktem, że u jednych trzaski są, a u innych nie ma. I z reguły nie ma u tych, którzy mają najszybszy Internet. Tyle że szybki nie musi oznaczać bez zakłóceń. Niestety.

        2. onyx69 napisał(a):

          Proszę spróbować w ustawieniach ASIO: opóźnienie „safe” bufor 256 dla 44100 4800 kHz. Powinno być najlepiej.

  17. Tomasz napisał(a):

    Przepraszam Panie Piotrze, że będę drążył temat – ale mój informatyk stwierdził, że szybkość internetu nie ma wpływu na transmisję za pomocą kabla USB, gdy źródłem jest komputer na dysku, którego są gęste pliki wysyłane przez program JRIVER. Natomiast stwierdził, że może mieć wpływ jakość kabla USB i format pliku. – CO PAN NA TO?
    Czy lepszy kabel, np. GEMINI byłby rozwiązaniem? – A może format DSD jest b. odporny na zakłócenia? /niestety słuchałem tylko na PCM/.
    POZDR

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Jakość Internetu ma znaczenie oczywiście tylko przy TIDAL czy YouTube. Lepszy kabel może coś pomóc, ale ja też rozmawiałem z fachowcem, twórcą takich urządzeń, choć z innej niż iFi firmy, ale też bardzo znanej. Według niego kluczem są gniazda i cała magistrala USB w komputerze. Trzeba posprawdzać, z którego gra najlepiej i dobrze by było mieć w komputerze płytę główną z mocną obsługą USB. Niestety, takie płyty są drogie i raczej nie należą do nich te z linii popularnych a serwerowe. Można też spróbować użyć program JPLAY (http://jplay.eu/)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy