Recenzja: iFi Audio iDSD Diablo

    Powracają koneksje audio z motoryzacją, ponownie z kierunku brytyjskiego. Jawnymi były w nazwie wzmacniacza EAR V12, wzorującego układ lamp na cylindrach silników widlastych, a twórcy iDSD Diablo nawiązują do motoryzacji kolorem – ich najnowszy przenośny przetwornik ze słuchawkowym wzmacniaczem jest ogniście czerwony, na podobieństwo sportowych bolidów. Wprost o tym mowa w materiałach reklamowych, także nazwa z motoryzacją się łączy, albowiem „Diablo” to przydomek sportowych samochodów, konkretnie Lamborghini Diablo. (Też czerwonych, ma się rozumieć, ale najczęściej żółtych.)

Użytkowo, także w rozmiarach, też w odniesieniu do ceny, takiego podobieństwa brak. Za to z sugestią, że w osiągach. Bo oczywiście, naturalna sprawa, ten wyrób ma być wyjątkowy – z osiągami jak nie wiem, albo nawet lepszymi. Wszystkie wyroby są tak nawiasem wyjątkowe, i jeszcze się taki nie trafił, który by nie był. Ale pośród ławicy samych wyjątkowych zdarzają się nieliczne, które zyskały owo miano nie od producenta, a rynku. Na co odnośnie iDSD Diablo na razie jest za wcześnie; jedynie można stwierdzić, że jest faktycznie czerwony. Prócz tego opływowy, zatem podobieństwa ciąg dalszy, ale kółka ma tylko z przodu, i w odniesieniu nie do zawieszenia, a gniazd i potencjometru.

Dobrze, dajmy sobie już spokój z tą przyszywaną na siłę motoryzacją – leży przede mną niewielki, z założenia przenośny, wściekłą czerwienią powleczony przetwornik ze słuchawkowym wzmacniaczem. Jeszcze wścieklejszym się on staje po podłączeniu znalezionego w komplecie bezwstydnie niebieskiego kabla, którym via transfer USB czerwony nasz diabełek ma być łączony z cyfrowym źródłem. Kontrast kolorystyczny czerwieni i błękitu gryzie piranią w oczy, z tym jednak zastrzeżeniem, że błękit przynależny Niebu i czerwień wzięta z Piekła mają obdarzać Ziemskim Rajem muzyki właśnie wyjątkowej.

Taki cymes za niezbyt drogo, za 4490 złotych. Dopiero co były pod ocenną lupą przenośne urządzenia bardzo zdecydowanie droższe: Dwa razem, jako komplet, za bez mała dwadzieścia i pięć tysięcy. Ale bądźmy uczciwi – w tamtych ramach pieniężnych już bez potrzeby zewnętrznego źródła dźwięku, tam był odtwarzacz przenośny. Lecz tu może za niego posłużyć smartfon –  rzecz posiadana przez każdego, że nawet babcia z wnuczką. I już się zajmujemy, jaka z tego muzyka, tylko słówko o producencie.

Nie byłoby potrzeby, bo iFi tyle razy, ale na dwa kwartały z okładem powstała luka czasowa od czasu recenzji iFi ZEN. Ktoś nowy mógł dołączyć i dla niego uwaga, że sławne już brytyjskie iFi to była kiedyś firma pod inną nazwą proponująca duże gabarytowo audio, która pod wpływem rynkowych przewidywań (głównie własnych) przeszła do miniaturyzacji i dobrze na tym wyszła. W ofercie mają i teraz większe rzeczy – rozbite na osobne obudowy przetwornik i dzielony słuchawkowy wzmacniacz z serii PRO, ale to nie są aż takie kloce, jak ich wyroby kiedyś, że kilogramów kilkadziesiąt.

Technika i powierzchowność

   iFi Diablo to wydłużone pudełko z owalami na ściankach bocznych. Klasyczny zatem wzór piersiówek, ale bez łukowego wygięcia oraz węższy i jednocześnie dłuższy. Efekt użytkowy ten sam – przyjemnie brać do ręki. Piersiówki z reguły jednak nie czerwone, by nie rzucały się w oczy, gdy u Diablo pijaństwo muzyczne, lepiej widziane przez ogół. Nie trzeba zatem się ukrywać, można się nawet obnosić.

Z tym obnoszeniem kłopot taki, że rzecz się niemało rozgrzewa. Nie aż do czerwoności, bo i na zimno czerwona, ale solidnie na koniec grzeje, chociaż temperaturę ssie pomału. Jeśli już zatem myśl zaświta o zabieraniu i słuchaniu w drodze, dobrze byłoby mieć pokrowiec z zawieszką na ramieniu. Takiego pokrowca brak, co stanowiłoby sugestię, że cztery elastomerowe nóżki są jedynym sposobem konfiguracji użytkowej.

Sugestia wprost nie pada – wg oficjalnego komunikatu wzmacniacz/przetwornik iFi Diablo to urządzenie „przenośne i przewoźne”, bez uszczegóławiania, czy do włączania też w podróży. Pada natomiast oświadczenie wybrzmiewające gromko:

„iDSD Diablo jest naszym najlepszym przenośnym wzmacniaczem, stworzonym aby zapewnić dźwięk na poziomie referencyjnym.”

To coś, koło czego trudno przejść obojętnie; iFi zbyt wiele razy udowadniało, że potrafi przenośne. Na razie to jednak deklaracja, i dopiero się przekonamy, czym tak naprawdę pokryta.

Czerwień czerwieńsza być nie może.

Rozmiary owego „najlepszego” to 166 x 72 x 25 mm przy wadze 330 g. Typowe zatem gabaryty większych urządzeń przenośnych, w wymiarze wagowym lekcizna. Mój smartfon z dodatkową baterią w etui waży niewiele mniej. Do wagi i rozmiarów nie można się więc przyczepić; dzisiejsza technika nie umożliwia mniejszych równie mocnych wzmacniaczy. Ten zaś naprawdę jest mocny: na wyjściu zbalansowanym może oddawać aż 12,6 V/4980 mW przy 32 omach!

– Istna zatem rakieta!

Dynamikę i odstęp S/N szacują na 120 dB, zniekształcenia ogólne (THD) na 0,001%, pasmo przenoszenia ma rozmiar 10 Hz – 80 kHz.

W środku dwie kości przetworników Burr-Brown (czyli architektura dual mono), sprzęgnięte z szesnastordzeniowym procesorem programowalnym XMOS, odpowiedzialnym za finalne przetworzenie sygnału dla gniazd słuchawkowych, USB i Coaxial. Wcześniej za odczyt PCM 768, DSD 512 i 2xDXD oraz natywny MQA. Też za to, że urządzenie jest gotowe do współpracy z TIDAL, Roon i Audirvana – czyli sumarycznie „full-wypas” na dzisiejsze standardy.

Zasilanie z baterii zapewnia czysty prąd, który dozowany jest w trzech zakresach – Eco, Standard i Turbo. Pierwszym dla słuchawek dousznych, drugim dla najbardziej normalnych, trzecim planarnych i każdych innych nadprzeciętnie wymagających. Sam zasilacz jest impulsowy, dokładnie oczyszczony z szumów własnych.

O większy kontrast, niż z bielą, też nikt się nie pokusi.

W stopniu wzmocnienia pracuje dziesięć (po pięć w kanale) kondensatorów Panasonic OS-CON, filtrowanie ma postać pasywną, a transfer USB nadzoruje własnego autorstwa iFi poprawiające go oprzyrządowanie cyfrowe z naciskiem na redukcję szumu.

Na zewnątrz cała obsługa odbywa się na froncie i zapleczu – żadnych regulatorów ani przyłączy na tułowiu, gdzie sama czerwień i nóżki. Na froncie duże gniazda, zapewniające lepszy transfer: dla niesymetrycznego klasyczny duży jack (6,35 mm); dla symetrycznego coraz popularniejszy Pentaconn (jack 4,4 mm). Pomiędzy nimi a potencjometrem przełącznik realizacji trybów wzmocnienia (jako suwaczek w pionie), sam potencjometr o postaci dla iFi klasycznej – niewielki, wystający, chodzący z należytym oporem, będący także włącznikiem. Tuż obok duża dioda potwierdzająca aktywność, która jaskrawą zieleń swego oczka łącząc z czerwienią obudowy i niebieskością kabla dopełnia kolorystycznej wizji, której orgiastycznej śmiałości nie powstydziłaby się papuga ani Wasilij Kandinski[1].

We wnętrzu tych kolorów zegar pracuje z prędkością 2000 MIPS, kondensatory Panasonic OS-CON uzupełniają TDK C0G i muRata, kości układów scalonych pochodzą od Teksas Instruments (właściciela Burr-Brown), użyte wzmacniacze operacyjne to niestandardowe OV.

Układ, wg. zapewnień producenta, posługuje się wieloma synergistycznie połączonymi obwodami o ujemnym (czyli samoregulującym) sprzężeniu zwrotnym oraz analogowym wyjściem PureVave autorstwa samego iFi.
– Ma być jedyny w swoim rodzaju, i oczywiście najlepszy.

Ale kontrastów to nie koniec.

Czerwony Diabeł przychodzi do nas w białym kitlu pudła z grubej, matową bielą pociągniętej tektury. Nie tylko siedzi w środku –  uwidacznia się też na wierzchu dużym portretem w ujęciu z góry i pod kątem. W pudle poza nim samym zasilacz niskoszumny iPower 5V AC/DC, duża przejściówka-interkonekt z Pentaconn 4,4 mm na 2 x XLR do łączenia z głośnikowym wzmacniaczem, wspomniany niebieski kabel zasadniczy do łączenia ze źródłem dźwięku (USB-A to USB-A) oraz nietypowa, a słuszna, przejściówka z jack 3,5 mm na jack 6,35 mm (skoro takim niesymetrycznym ten Diablo się posługuje). Zabrakło natomiast przejściówek symetrycznych: z 4-pin XLR i jack 2,5 mm na Pentaconn, czyli to samo co u Cayina, analogiczny duży błąd. Nie zabrakło natomiast konektora dla gniazd optycznych cyfrowych, ale to mniej istotne.

Czynnik kluczowy, cena – to wzmiankowane 4490 PLN, zatem trzeźwo, umiarkowanie. I jeśli to tryskające czerwienią Diablo zagra tak dobrze, jak obiecują, to dobry, poczciwy zeń Diabeł. 

[1] Wasilij Wasilijewicz Kandinski (1866 – 1944), syn kupca herbacianego, potomek mongolskich książąt, był nie tylko jednym z prekursorów abstrakcjonizmu i badaczem łączenia kolorów, optował też za łączeniem malarstwa z muzyką i filozofią – jako dróg różnych, ale jednako prowadzących do transcendencji.

Odsłuch

Kabel przyłączający jest niebieski, oczko aktywności zielone.

   Z czego słuchać, o tym informuje rysunkowy schemat panelu tylnego na stronie producenta. Wejście koaksjalne przeznaczono dla DAP-a z wyjściem liniowym, a USB dla smartfona, PC, laptopa i tabletu. Realizowane niebieskim kablem z kompletu jest nietypowe, jako wspomniane żeńskie A po stronie Diablo i męskie dla przyłączanego. Tak można wpiąć się bez problemu do PC-ta, ale dla mniejszych źródeł przydałaby się przejściówka z męskiego A na C. Nie ma jej (i tej także !?), toteż trzeba kombinować samemu, kupując któryś HUB od polskiego 4Apple albo niemieckiej Hamy. (Uwaga! – mogą wymagać sprawdzenia kompatybilności z laptopem i smartfonem.) Najprościej zaś wyposażyć się w zwykłą przejściówkę USB A/C za kilkanaście złotych.

Zacznijmy od PC, jako potencjalnie najbardziej gatunkowego źródła; de facto wachlarza źródeł, mogącego zaoferować dźwięk z YouTube, serwisów streamingowych i dysku.

YouTube

Na początek YouTube i cztery pary słuchawek, które będą nam towarzyszyć. Od najoszczędniejszych prądowo Ultrasone T7, przez średnio wymagające Final D8000 Pro, po prądożerne, z uwagi na wysoką impedancję, Sennheiser HD 800 i jeszcze bardziej łapczywe HEDDphone z przetwornikami AMT.

Do tego czarny potencjometr i coś tam napisano tak samo czarną czcionką.

Przeszedłem przez plejadę znanych sobie i lubianych utworów, starając się nie popsuć humoru recenzenta  nielubianą muzyką, a jednocześnie posiąść wgląd w możliwości odtwórcze.

Ultrasone z YouTube (przez kabel symetryczny z wyjścia Pentaconn) dały typowy dla siebie popis głębi, basowości i nasycenia. Głos leciwego, kończącego karierę Johnny Casha w klasycznej balladzie Knockin’ On Heavens Door przeszywał głęboką wibracją. Cienista aura, atmosfera zadumy i rezygnacji towarzyszących smutkowi odejścia, rzadko spotykany wymiar potęgi przy tak oszczędnej realizacji – sam wokal i elektryczna gitara. Tak, z drogą aparaturą stacjonarną da się zaszumieć jeszcze bardziej, cośkolwiek mocniej zaszeleścić brzmieniową ściółką utworu. Ale wymiar ogólny bez najmniejszego zarzutu – szlachetne i gęste brzmienia, chwytające za serce.
W bardzo trudnym gitarowym trio Gaspara Sanza nasz iDSD Diablo też nie pogubił się ani trochę, wiernie oddając wielość i przestrzenną złożoność brzmienia. Ponownie głębia, lekkie przyciemnienie, żadnych problemów z w pełni otwartymi sopranami i otwartym dźwiękiem w ogóle. Poryw i całościowe szaleństwo szybkich partii aż skłaniające do aplauzu i powstania.
Fortepian Gézy Andy z orkiestrą Salzburger Mozarteum kaskadą pięknych nutek przemknął przenikająco przez Allego 22 Koncertu Fortepianowego Mozarta, nic też a nic się nie wykładając w wolniejszej partii środkowej.
A z całkiem innej bajki emocjonalnej Iron Maiden – Live In Dortmund 1983 – pozwolił w pełni zaszaleć i się dźwiękowo nie zlewał.

Grające z dużego jacka Final D8000 Pro z tego samego materiału potrafiły wycisnąć więcej akustyki i jawnie rozprężyły przestrzeń. Odsunęły od siebie źródła, trochą podniosły tonację, dopompowały powietrza i posrebrzyły całość sopranami. Głębiej zajrzały w gardła wokalistom, same ich głos czynią trochę mniej głębokimi i gęstymi. Ale gęstymi nadal i wciąż głębokimi uczuciowo. Więcej nośności, mniej zgęszczenia, więcej sopranów, mniej basu. Ale ciągle ta sama kategoria – muzyka wybitna i przejmująca. Obszerniej opowiadająca o scenerii, kosztem nieznacznym nasycenia. Szumiąca mocniej sopranami, przeważnie w dobry sposób, choć czasem jakość źródłowa stawała się problematyczniejsza. Do nich pasowałby lepiej dźwięk jeszcze bardziej zgęszczony, Ultrasone nie miały tego problemu.

Koloryt dopełniają złote obwódki wtyków.

Nawrót do symetryczności – Sennheiser HD 800 znowu z gniazda Pentaconn. Momentalnie ubyło sopranów, a rozprężenie pozostało. Dźwięk lekko z tym odjęciem zmatowiał, stając się miło i wytwornie pastelowy. Akustyka wciąż obecna, ale temperowana, spokojniejsza. Mniej sopranowej agresji, więcej aksamitnego dotyku. Jednak zarazem żywo, szybko, dynamicznie i z muzycznym zapamiętaniem. Mniejszy akcent na smutek, a większy na życiową trzeźwość, bez forsowania ostrymi brzmieniami. Brak świadomości ujęcia sopranów, o ile się na tym nie skupiać; można powiedzieć, że ogólnie „normalność na high-endowym poziomie”. Nie takim high-endowym na maksymalną skalę, ale żebym coś śmiał krytykować, to absolutnie nie. Nie tak gęsto, basowo i temperamentnie, jak z Ultrasone, ale bardzo porządnie zrobiona muzyka z uczuciowego i stylistycznego środka. Bardziej suchawa niż wilgotna, ale taką też lubię. Akcent na akustykę i dużą przestrzeń, mniejszy na same głosy. Ale ogólnie w porządku – jak na najsłabszy materiał z komputera, bezproblemowo pod każdym względem. Tak, Ultrasone pasowały bardziej, ale to słuchawki dwa razy droższe i specjalne. Poza tym impedancyjnie znacznie lepiej dostosowane. (Tak sobie wtedy myślałem.)

Na koniec części pierwszej HEDDphone z Luna Cables symetrycznym zagrały nie gorzej od Ultrasone, pod wieloma względami wręcz lepiej. Zagrały jak na ten układ sprzętowy i źródłowy genialnie. Uwypuklając raz jeszcze szczególne swe predyspozycje do czynienia dźwięku trójwymiarowym, w trójwymiarowość sceniczną wpisanym. Idealnie, jak na mój gust, wyważyły gęstość, barwę i przestrzeń, równo i bardzo daleko idąc we wszystkich trzech kierunkach. Bas-sopran, powietrze-gęstość, rozpostarcie-obecność i sama składność melodyczna – to wszystko wycyzelowały, jako wypadkową zyskując prawdziwy popis elegancji i emocjonalnego stylu.

Obfite ich soprany nie skutkowały podostrzeniem; akustyka była formą czysto użytkową, a nie czymś na rachunek własny; natlenienie i wilgoć nie powodowały osłabienia ataku, zubożenia melodyki i spadku nasycenia. Bas tylko nie dorównywał temu z Ultrasone, ale jemu żaden nie dorównuje. Wyższość sceniczna i trójwymiarowości zupełnie zresztą to nadganiały. Tych słuchawek słuchało się najprzyjemniej, co mnie tym bardziej zaskoczyło, że od dość dawna z żadnym sprzętem nie zaszła taka sytuacja. Jedynie ciężki rock pozostał domenę Ultrasone. Można też dodać, że dźwięk Ultrasone był ogólnie bardziej normalny, a HEDDphone akustycznie w sposób rozsądny, lecz jednak podkręcony.

I jeszcze jedno zaskoczenie – wszystkich czterech słuchałem w środkowym zakresie mocy, co tym było korzystniejsze, że obniżony i podwyższony (łatwe do przewidzenia) ustępowały środkowemu jakością dźwięku. 

Odsłuch cd.

TIDAL

Jest jeszcze etui – najspokojniejsze, popielate.

Serwis przy pierwszym włączeniu natychmiast wykrył iDSD Diablo jako czytnik plikowy z odczytem MQA, proponując go jako urządzenie domyślne. Gdy tak się stało, mogłem zasmakować różnic pomiędzy tymi samymi utworami z YouTube i TIDAL-a. Różnica? Coś niczym bardziej gęsty las. Głębszy mech, bogatsza ściółka i gęstsze, szumniejsze drzewa. Porównanie, jak każde z tych przeciętnych, niespecjalnie zadawalające, ale sens właśnie taki. Słychać więcej, obficiej, i przyjemniejszy dotyk. Grubszy brzmieniowy kobierzec, jaskrawsze barwy i z każdej strony więcej informacji.
I nie wiadomo, co lepsze – ta obfitość, czy dotyk? Bo oczywiście świetnie móc lepiej widzieć przestrzeń i to, co się w niej skrywa, lecz kontakt dotykowy też ważny. Nie w sensie zwykłej pieszczoty od gładkości, tylko głębszej faktury materii szlachetniejszej. Brzmieniowa sierść z grubszego i gęstszego włosa – przyjemniej się ocierać.

Na tej uszlachetnionej bazie jakościowej Ultrasone T7 zagrały w sposób wykluczający krytykę. Naturalność zupełna, obecność całkowita, dynamika pełna, szczegółowość tak samo. Zero problemów z muzykalnością włożoną właśnie w naturalizm; przyjemne, lekko przygaszone oświetlenie; głębokie tekstury o szlachetnym dotyku; a gdy grzmot – to wiadomo – lepiej od T7 żadne nie grzmocą. Przestrzeń dająca poczucie głębi, ilość bitów w calu kubicznym ogromna – i ponad tym wszystkim przyjemność słuchania taka, że bardzo drogi tor, z wielu elementów złożony, niewiele lepszą daje. Coś tam dorzuca – w każdym aspekcie kilka procent – ale żeby się o to bić aż setkami tysięcy? – to niekoniecznie, niekoniecznie …
A zatem znowu sytuacja miła, kiedy mogę napisać, że w umiarkowanym budżecie da się żyć życiem audiofila spełnionym. Bo Ultrasone wprawdzie nietanie, wraz z polepszonym kablem kilkanaście tysięcy, ale są przecież na rynku wtórnym NightHawk, są fantastyczne Beyerdynamic T1, są AKG K812 … – i wiele innych takich.

Ale nie z tych, co podtrzymują po włączeniu.

Final D8000 Pro zagrały po swojemu – dodając trochę sopranów, powietrza i obszaru między źródłami. Zagrały na pewno nie gorzej. (A wszak po łączu niesymetrycznym.) Większy nacisk – nieznacznie, ale wyczuwalnie – kładły na szczegółowość, ciut mniejszy na melodyczną płynność. Dość natomiast wyraźnie podkręcały przekaz bardziej oderwanymi sopranami. Więcej wibracji i grasejacji, a przywołanie obecności to samo. Przekaz ich bardziej naelektryzowany, bardziej mrowiący się i tętniący – ale nie bardziej nerwowy. Bardziej jedynie odnośnie brzmieniowej materii i tekstur zadziorny. Pełna przy tym otwartość prezentacji oraz otwartość samych dźwięków, jako ich umiejętności szczególne, wraz z nimi pełna satysfakcja.
Przy słabszym materiale z YouTube wolałem Ultrasone, teraz przyjemności się wyrównały. Sprawa do rozszyfrowania nietrudna: poprawiła się jakość sopranów. Z TIDAL-a lepiej obrobionych, też bardziej trójwymiarowych. To wystarczyło. Zwłaszcza (co ma ogromną wagę!), że nie zaznaczyła się z iDSD Diablo różnica ciśnieniowa:
– Final też produkowały wysokie ciśnienia, i to bez podbijania mocy!

Sennheiser HD 800 odjęły coś z elektryzacji, ale, co mnie zaskoczyło, niewiele. Ich przekaz był spokojniejszy, lecz też naelektryzowany. Względem tego z YouTube przybyło wyraźnie sopranów – nie aż na poziom podkręcania, ale do samej granicy.
Długo, romantycznie ciągnęły brzmienia, lokując je, jak zawsze, na dużym, dającym swobodę obszarze. Towarzyszyła temu świetna – wyraźnie lepsza teraz dynamika, poparta basowością i mocnym akcentem na to wszystko, co zwykle marginalne. Pod tym względem były najlepsze: słabsze wyrazowo i bardziej drugoplanowe brzmienia najbardziej zapraszające do tańca. Znakomicie też realizowały aspekt czysto muzyczny – te długie, romantyczne wybrzmienia płynęły zdumiewająco piękne, aż po wzbudzanie ekstatycznych wzruszeń.
Do słuchania z YouTube niespecjalnie bym je polecał, ale z TIDAL zagrały równie znakomicie jak jedne i drugie poprzednie – o włos nawet nie słabiej. Słuchałem i nie wierzyłem własnym uszom …
– Aż tak? – No tak, aż tak …
Ponownie tym jeszcze  bardziej, że i u nich wysokie ciśnienia, i też bez podbijania mocy. A bas – jaki bas! To był high-end na całą gębę. Pełna rekomendacja.

 

 

 

 

HEDDphone podkręciły zaś przekaz tak mocno, że musiałem się u nich przerzucić na najmelodyjniejszy kabel Sulka. I z nim trochę przeginały, ale bardziej akceptowalnie. Przegięcie nie polegało zaś na elektryce, tylko na akustyce – akcentowanej za mocno. Jak zawsze były przy tym najbardziej trójwymiarowe, ale przyjemnościowo teraz najsłabsze, za mało naturalne. Co interpretować można dwojako: bądź jako regres własny, bądź innych obnażenie. A audiofilska lekcja taka, że bardzo różnie bywa – dla YouTube najlepsze, dla TIDAL-a najsłabsze – i bądź tu teraz mądry! Zamieniły się rolami z HD 800, jakby razem chcąc zagrać na nosie panu recenzentowi i jego wymądrzaniu.
Ich prawo, co poradzę?

Pliki hi-res

Najlepszy jakościowo materiał z dysku (kupowane pliki hi-res) momentalnie wykopał do kąta to chwilę temu słyszane przeginanie HEDDphone z TIDAL. Zagrało z nerwem, pierwszorzędnie, prosto do brania i słuchania. (Kabla Sulka profilaktycznie nie zmieniałem.) Przekaz skrzył szczegółami, połyskiwał, dawał wyższe ciśnienia, zwiększoną żywość i dynamikę. Aż w mózg się wgryzał jakościowym naporem i aż nie chciało się wierzyć, że za przetwornik i wzmacniacz robi to małe, płaskawe „coś”. Czerwone, z niebieskim kablem, zielonym oczkiem, do tego kabel Sulka też czerwonym – istne eldorado kolorów. Najbardziej zaskakujące w tym wszystkim, że tak dobitnie owo „coś” potrafiło wykazać przewagę nie streamowanych plików. Nawet droga aparatura często tego nie robi. A ono – cenowy średniaczek – bez najmniejszego problemu.

Odwróciłem kolejność, to teraz HD 800. Te też zabrzmiały żywiej, ciut bardziej też pogłosowo. Jeszcze zwiększyły ilość informacji i przyspieszyły jazdę, nie ciągnąc już tak romantycznie wybrzmień. Koloryt im pojaśniał, melodyka się nieco cofnęła, przykryta wystrzałową dynamiką. Te same słuchawki, ten sam przetwornik i wzmacniacz – inny styl. Dla lubiących żywość na bazie dynamiki – lepszy, dla wolących piękne wybrzmienia – gorszy. Ale ogólnie popisowo, znów nie do wiary, że ten czerwony malec dał tym trudnym słuchawkom taką jakość.

Kolory kolorami, ale rzecz najważniejsza, że gra to też ogniście.

Final D8000 Pro okazały się dużo odporniejsze na zmiany. Także zagrały żywiej, ale znacznie podobniej do stanu z TIDAL i YouTube. Od HD 800 i HEDDphone oferowały lepszą melodyjność i mniej wyeksponowaną akustykę. Nie usiłowały brzmieć wystrzałowo, trzeźwiej trzymając spokój. Zaskakująco spokojniejsze od tamtych sopranowo, spokojnie sączyły melodykę. Brzmiały pełniej, łagodniej, mniej wyrywnie. Klasa, siła spokoju.

Ultrasone T7 dały z kolei za dużo pogłosu, fokusując podwójnie. Ale największy mimo to wciąż z nimi naturalizm, i generalnie też spokojny.
Z plikami dyskowymi uformowały się dwie pary o zaskakującym składzie: – Ultrasone i Final spokojne, melodyjniejsze; HEDDphone i Sennheiser pełne podniety, elektryczne. Dwa style do wyboru, w każdym dwie pary słuchawek. Przekrojowo zaś we wszystkich trzech kategoriach źródłowych para Ultrasone i Final zachowująca jednolity styl, a Sennheisery i HEDDphone jak pijane – od ściany do ściany. Pierwsze aż za spokojne z YouTube, najlepsze z wszystkich z TIDAL-a i wyjątkowo podekscytowane w materiale dyskowym, lecz z zachowaniem naturalizmu. HEDDphone najlepsze z YouTube, z TIDAL sopranowo za agresywne, też podekscytowane materiałem dyskowym, ale też w ramach naturalizmu. Z uwagi na czynnik cenowy najlepsze w sumie Sennheisery, choć trzeba brać pod uwagę, że tutaj nie jak zakupowe, a z kablem za cztery tysiące. Ale i tak najtańsze.

DAP i smartfon

Smartfon to nie moja bajka, sam ze smartfonu nie słucham. Ale kupiłem przejściówkę i pożyczyłem telefon. Nie zadziałało. Może niesprawna ta przejściówka, może inna przyczyna? Ale Motorola Karola (nowiutka) rozpoznaje słuchawki Sennheiser Momentum jako zewnętrzny DAC – czyli raczej przejściówka lub brak kompatybilności. Z kolei Astell & Kern AK380 nie ma odpowiedniego wyjścia, nie było jak próbować. 

Podsumowanie

   Po odesłaniu iDSD Diablo powrót do stacjonarnego przetwornika i stacjonarnego wzmacniacza (nawet bez kabli pięć razy w sumie droższych), był kolejną okazją porównań. I okazało się (raz jeszcze byłem zaskoczony), że czerwony maluch potrafi dużo. Tak dużo, że aż nie do wiary. Moc, żywość, wysokie ciśnienia, drapieżność i dynamika to jego wielkie zalety. Ale zjawiskowa melodyka, także zdumiewająca, jaką pokazał ze słuchawkami Sennheisera w materiale z TIDAL-a (każdym, nie tylko MQA), też odcisnęła mocne piętno.
Niedawno wspominałem o wzmacniaczach dla tych słuchawek, recenzowany nieodlegle EAR V12 to ich wzmacniaczowa referencja. Na tej kanwie teraz napiszę, że z TIDAL i materiałem plikowym czerwony iFi także, choć referencją naturalnie mniejszą. Niemniej było czymś wysoce niezwykłym, posłuchać go w tym zestawieniu.

Zajścia spisane powyżej udowadniają, że iFi Diablo do innych dobrych słuchawek podobnie świetnie pasuje, aczkolwiek brać trzeba pod uwagę, że brzmieniowo umie się przeobrażać, style zmieniając jak rękawiczki w zależności od materiału źródłowego oraz samych słuchawek. Niemniej to zawsze wybitne brzmienia, choć jedne do drugich niepodobne, czasami jak ogień i woda. A najśmieszniejsze to, że maksymalna różność zaistniała właśnie przy Sennheiserach – pomiędzy ich graniem z YouTube, a plikowym hi-res.

Może za dużo piszę w tym podsumowaniu, bo wystarczy powiedzieć, że iFi iDSD Diablo zaskakująco jest wybitny. Na samych kablach zaoszczędzamy przy nim tyle, że można za to topowy telewizor lub niezły używany samochód, a różnica brzmieniowa będzie tak mała, że nie warto o nią zabiegać. Dopiero naprawdę drogie audio do stawiania przy komputerze zdziała wyraźnie więcej, za swe pięćdziesiąt plus tysięcy, nie licząc tych nieszczęsnych kabli.

W punktach

Zalety

  • All-in-one.
  • W obydwu rolach pierwszorzędny.
  • Nie ma sposobu oceniać segmentów oddzielnie, ale łącznie to:
  • Moc.
  • Żywość.
  • Dynamika.
  • Ciśnieniowość.
  • Pełny zasób informacyjny.
  • Zmienne, ale zawsze przyjemne światło.
  • Muzykalność od dobrej po zjawiskową. (Zależnie od słuchawek i typu nagrania.)
  • Wyraźność.
  • Transparentność.
  • Pełna otwartość.
  • Nasycenie.
  • Koloryt.
  • Pełne rozwarcie pasma.
  • Świetny bas i wysokie ciśnienia akustyczne w każdych słuchawkach. (Wielka rzadkość.)
  • Duża do bardzo dużej scena.
  • Magia przywoływanej obecności.
  • Lepszy tor tylko za naprawdę duże pieniądze.
  • Ileż oszczędzamy na okablowaniu!
  • Sam kosztuje umiarkowanie.
  • Wygląd? Cóż, taki dla młodych, śmiałych, porywczych, nie bojących się przyciągania uwagi.
  • Nowoczesna kość przetwornika.
  • Unikatowy op-amp.
  • Czereda super kondensatorów.
  • Czyściciel USB.
  • Femtosekundowy zegar ruguje jitter.
  • Bardzo pojemna bateria.
  • Duże przyłącza dla słuchawek nie stanowią wąskiego gardła.
  • Siła wzmacniacza pozwala obsługiwać słuchawki nawet z tych tzw. „trudnych” na średnim poziomie wzmocnienia, a ten daje najlepszą jakość.
  • Równie dobry po złączu symetrycznym jak niesymetrycznym.
  • Można użyć ze stacjonarnym wzmacniaczem, i to po łączu symetrycznym.
  • Sławna marka.
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Pomału, ale finalnie dość mocno się rozgrzewa.
  • Więc raczej do użycia w pomieszczeniu.
  • Papuzie kolory obudowy, kabla i indykatora włączenia niektórych pewnie zrażą.
  • Brak przejściówki z jack 2,5mm na Pentaconn.
  • Brak przejściówki z 4-pin XLR na Pentaconn.
  • Brak przejściówki z USB A na C.
  • Styl brzmieniowy potrafi być bardzo zmienny.

Przetwornik iFi Audio iDSD Diablo do testu dostarczyła firma: Audiomagic.pl

 Dane techniczne:

  • Wejścia: USB 3.0 typu A (kompatybilne z USB2.0), S-PDIF (koncentryczne / optyczne 3,5 mm)
  • Obsługiwane formaty: DSD512 / 256/128/64, DSD Octa / Quad / Double / Single-Speed, DXD (768 / 705,6 / 384 / 352,8 kHz), DXD o podwójnej / pojedynczej prędkości, PCM (768 / 705,6 / 384 / 352,8 / 192 / 176,4 /96 / 88,2 / 48 / 44,1 kHz)
  • MQA (Decorder)
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 kHz (-3 dB)
  • Odstęp szum/sygnał: 120dB
  • Dynamika: 120dB
  • THD: 0,001%
  • Wyjście słuchawkowe zbalansowane:
  •   12,6 V / 4980 mW (przy 32 omach)
  •   9,6 V / 153 mW (przy 600 omach)
  •   8,8 V / 2417 mW (przy 32 omach)
  •   S-E> 19,2 V / 611 mW (przy 600 Ohnn)
  • Bateria litowo-polimerowa 4800 mAh
  • Ładowanie systemu zasilania przez USB-C (w zestawie iFi iPower)
  • Zgodność z BC V1.2 do prądu ładowania 1900 mA
  • Wymiary: 166 x 72 x 25 mm
  • Waga: 330 g

Cena: 4490 PLN

Pokaż artykuł z podziałem na strony

11 komentarzy w “Recenzja: iFi Audio iDSD Diablo

  1. Andrzej pisze:

    Czy była by możliwość przetestowania ifi idsd Micro Signature? Jest około 1500 zł tańszy.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zapewne by była. Muszę zapytać dystrybutora.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Zapytałem – jedyny egzemplarz testowy jest u innej redakcji. Będzie zatem jakaś recenzja.

  2. Andrzej pisze:

    Jeżeli doszła by do skutku to dobrze by było. Przy podobnej do diablo specyfikacji, jest to kolejne na polskim rynku combo o przyzwoitej mocy. W pełni dekoduje MQA i może działać samodzielnie lub być komponentem wieży Ifi micro. Wieża to zaś połączenie dobrych cech brzmienia tranzystorowego, gramofonu, i brzmienia lampowego.
    Gdyby recenzja Ifi jednak nie doszła do skutku to kolejnym urządzeniem wartym zrecenzowania jest najnowszy produkt Xduoo – Xduoo XA-10. Desktopowy kombajn o przyzwoitej, mocy, dekoduje w pełni MQA, ładnie wygląda i brzmieniowo skręca bardziej w stronę analogu, a cena jest jeszcze lepsza niż ifi idsd micro signature.

  3. Alucard pisze:

    Miałem nosa jakiś czas temu, wspominając tutaj o diabełku. Wygląda na to że kolegom z Anglii się udało 🙂

  4. Alucard pisze:

    Piotr, będzie może recenzja Singxera SA1?

    1. Piotr Ryka pisze:

      A skąd go wziąć?

  5. Alucard pisze:

    Kupno uzywanego z Niemiec w tym momencie wydaje sie jedyna najtansza opcja niestety. Inaczwj najblizej to chyba ze sklepu z Holandii. Dystrybucja chyba w Polsce nue istnieje.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Kupowanie sprzętu, ażeby go przetestować, to byłaby krótka ścieżka istnienia.

  6. Marcin pisze:

    Witam,

    Przejrzałem bardzo dużo opini porównawczych iDSD Diablo do iDSD Signature i w zasadzie wszystkie, lub zdecydowana ich część brzmiała tak, że Signature jest urządzeniem lepszym, a za Diablo przemawia tylko nieco większa od Signature moc, zdolna napędzić najtrudniejsze słuchawki jak np HE1000 (w co trochę wątpię, przytaczam tylko co wyczytałem).
    Signature ma mieć identyczny do Diablo dźwięk (wg niektórych nieco więcej detali słychać od Diablo), a dodatkowo świetnie zaimplementowane 3D oraz XBass, które Diablo nie ma. No a do tego cena Signature jest znacznie niższa od Diablo. Ponadto Signature dźwięk ma bardziej dopracowany od iDSD BL.
    Zdecydowałem się kupić iDSD Signature i jestem w pełni zadowolony, dźwięk jest znacznie lepszy od pierwszej, srebrnej wersji iDSD (z pamięci).

    Panie Piotrze, jeśli szansa by była i chęć ku recenzji, szczerze polecam – w tych pieniądzach chyba lepiej się nie da wejść do słuchawkowego świata.

    Pozdrowienia!

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Stoi teraz koło mnie iDSD Signature, ale jego cena nie jest konkurencyjna, bo wynosi 14 890 PLN. A wszystko przez trzy małe literki PRO…

      Ale poza tym gratuluję udanego zakupu, być może tego tańszego też uda się zrecenzować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy