Recenzja: ERZETICH Phobos

  O ERZRTICH – firmie ze Słowenii – pisałem już recenzując ich tańsze słuchawki Mania. Przypomnę tylko, że pojawiła się w 2012 roku, a jej założyciel, Blaz Erzetich, to jednocześnie inżynier elektronik i koncertujący muzyk; prócz tego także grafik, projektant, fotograf i ilustrator – zatem człowiek-orkiestra. Należąca do niego firma skoncentrowała się na słuchawkowej odnodze audio, startując od słuchawkowych wzmacniaczy, których w ofercie ma teraz cztery. Poczynając od najskromniejszego Bacillusa za dwa, poprzez średnie Tilia i Perfidus za trzy i cztery, po kosztującego ponad siedemnaście flagowego Deimosa. Wszystkie prezentowały się na ostatnim AVS i bardzo dobrze tam grały, ale my teraz znów o słuchawkach, tym razem o flagowych Phobos.

Jako że pierwsza strona z zagajeniem powinna mieć swoją długość, by nie wyglądać żałośnie w złożeniu z paru linijek, pociągnę jeszcze temat słoweńskich słuchawek bardziej ogólnie, syntetycznie – i w ramach tego powiem, że jedne i drugie mają oprawy z drzewa lipowego oraz konstrukcję zawieszenia prostą, ale skuteczną. Ktoś zaraz się przyczepi do tej lipy i zacznie o przysłowiach. Ale nie będzie miał racji, bo z lipy robi się instrumenty i są z niej inne pożytki. Lipa lipą – fakt, faktem – jej drewno nie jest twarde, ale mimo to użyteczne. Piękne, stuletnie lipy rosną za moim oknem, najbardziej reprezentacyjna aleja Berlina zwie się Unter den Linden, z lipy jest ołtarz Wita Stwosza, z lipowego drewna gitary, bębny, instrumenty dęte. Nie taka więc lipa lipą, choć z dębu twardszy patyk. Mimo to na rezonatory muzyczne lipowe drewno lepsze, nie ma zatem co się go czepiać. I w ogóle precz teorie. Prawdą jest, że niektóre z nich dają bezcenne predykcje, lecz te należą do rzadkości. Soczewkowanie grawitacyjne, dylatacja czasu, efekty tunelowe – to wszystko nie do wymyślenia jako pojedyncze zjawisko, tylko coś kompletnie zaskakującego wywiedzionego z ogólniejszych teorii. Jednak praktyka też ma swoje asy, bo nikt by nie wymyślił, że większość kodu DNA to bezużyteczne śmieci. (Zanim go rozszyfrowano, specjaliści byli przepewni, że jest to ścisły regulamin bez jednego zbędnego słowa.) Ostatnio mielimy dobry przykład czołowego zderzenia między teorią a praktyką w telewizyjnym serialu na bazie faktów „Czarnobyl”. Wielokrotnie tam pada pytanie: Jak mógł wybuchnąć reaktor RBMK, który wybuchać nie może? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, zwolennicy teoretycznego rozumowania nie dają (wbrew oczywistym dokoła faktom!) wybuchowi wiary, tymczasem niepomny teoretycznych zakazów reaktor wziął i eksplodował. Rozwalony budynek płonie, grafit z rdzenia porozrzucany, ludzie mdleją, padają martwi, a główny inżynier i jego zastępca uparcie twierdzą, że nie mogło wybuchnąć… Miesiące zajęło wgryzanie się w temat i dochodzenie do tego, jak wybuch RBMK był możliwy. Ale był i gruchnęło. Wróć! – inny porządek rzeczy! Gruchnęło – więc możliwy być musiał!

Na dużo spokojniejszym od energetyki jądrowej gruncie audiofilizmu na szczęście nie dochodzi do tak dramatycznych zdarzeń, niemniej i tu nie brak teoretyków, zdaniem których to czy tamto nie jest możliwe wbrew oczywistym faktom. Nasz temat jest pokrewny, ale jeszcze bardziej spokojny. Na bazie tego, że drewno lipowe daje sprawom muzycznym pożytek, będziemy musieli rozstrzygać, w jakim stopniu dzieje się tak w przypadku ERZETICH Phobos.

Coś jeszcze pociągnijmy, dorzućmy parę linijek. Dlaczego akurat Phobos? Ano chyba dlatego, że ten syn Marsa i Afrodyty – najgroźniejszego boga i najpiękniejszej bogini – był w greckiej mitologii synonimem lęku. Od niego wszystkie fobie fobiami, a kto się ma bać tym razem i dlaczego, to dośpiewajcie sobie sami.

Budowa

Ostatni krzyk mody – ekologiczne pudełka, dzięki którym wrócą lodowce i znów zapolujemy na mamuty. Czy jakoś tak.

Słuchawki są planarne, co dziś zupełnie nie dziwi. Wysyp mamy już takich i tyczy wszystkich działów. Najdroższe HiFiMAN Susvara kosztują trzydzieści tysięcy, najtańsze Fostex T50 niemal sto razy mniej. Pomiędzy liczne grono, a w wyższych jego partiach te teraz opisywane ERZETICH Phobos za 8990 PLN. To dużo mniej niż za Susvary i mniej niż za inne flagowe, a nawet sporo nie-flagowych; lecz z założenia nie dlatego, że Phobos to niższy poziom, a jedynie gdyż marka się jeszcze nie wypromowała, więc tak jest bardziej asekuracyjnie, a przede wszystkim konkurencyjnie. Sama jakość ma być natomiast analogiem, to znaczy bez pardonu konkurować z każdymi wycenionymi drożej.

Zacznijmy od opakowania. Słuchawki przychodzą w dużym pudle z surowego kartonu bez żadnych umizgów do luksusu. To niewątpliwy ukłon w stronę wyłażącej teraz z każdego kąta ekologii i nie podnoszenia kosztów, a zatem dbałość o planetę – ostatni szlagwort tych, co ją zapaskudzili. Względem takich Focal Utopia czy Fostex TH-900 jest skromnie lecz przyzwoicie. Pudełko pasownie się zamyka i bez problemu otwiera, w środku wyściółka z pianki, słuchawki i odpinany kabel. Poza faktem, że jest o wiele większe, niepolakierowane (poza czarnymi nadrukami) i nawet bez naklejki, dokładna analogia do opakowań Grado, tak kiedyś wyśmiewanych, a teraz w głównym trendzie. Względem ich droższych modeli nie znajdziemy tu przedłużacza i brak przejściówki na mały jack, za to kabel jest odpinany. Łączówki są duże i wygodne, typu 4-pin XLR mini; te same co u wysokich modeli Audeze i Meze – więc o zamienny kabel nie będzie specjalnie trudno, a Tonalium już czeka. Czy taka zamiana coś poza zmianą wyglądu i długości dać może, o tym w rozdziale odsłuchowym, ale można zakładać, że zmieni się coś, albo więcej.

Odnośnie samych słuchawek – te są duże i ciężkie. Tu nie ma co udawać, że ergonomię dopieszczono i że jest miary Staksa czy choćby topowych Meze. Zadbano jednak o rozpoznawalny wygląd, pewien styl i wygodę. Stylistyka jest jednocześnie brutalna i sympatyczna. Szerokie oprawy muszli ze starzonego drzewa obdarowują wizualną głębią i pewną tajemniczością.  Wydają się bardzo ciężkie, a wcale takie nie są. Wydają się niewygodne, tymczasem po przywdzianiu wygoda. Wydają się nieco amatorskie, ale przy bliższym oglądzie widać, że to kawałek czegoś niecodziennego w naszym okienku rzeczywistości.

W środku? – No jakże! Oczywiście słuchawki!

Od wewnątrz przytwierdzono do nich mięciutkie, grube pady obszyte ekologiczną skórą; od zewnątrz duże, szczelinowe, aluminiowe maskownice ze zgaszonego szarością srebra w dopasowany kształtem wzór z centralnym napisem Phobos.  Całość wieńczy metalowy pałąk z dodatkiem skórzanej opaski i regulacją śrubową na bocznych prowadnicach. Jedyny w zestawie kabel ma dwa metry długości i strukturę wewnętrzną solid core, albowiem sztywny jest i sprężynujący, co jednak specjalnie mu nie szkodzi. I tak od razu go zastąpiłem lepszym, pomny zarówno niedobrych ostatnich doświadczeń z kablami firmowymi Focala, jak i sugestii zawartej w uwadze samego producenta: „connectors similar to other big manufacturers for easy cable upgrade”. O własnościach brzmieniowych tej zamiany coś oczywiście wspomnę i będzie tego sporo.

Brane do ręki Erzetich Phobos wydają się czymś retro. Coś mają w sobie z obiektu muzealnego, coś z rustykalnego wzornictwa, coś z surowości dawnych czasów. Wszystkim tym budzą respekt i jednocześnie szacunek, i wszystko to się składa na pewną osobliwość, w obliczu której nie pozostajesz na pewno obojętnym. A zważmy, że dzieje się tak bez najmniejszego udziału prostackiej krzykliwości – słuchawki są jak najdalsze od bycia bijącym po oczach blichtrem. Po założeniu dwa zaskoczenia: okazują się lżejsze niż wyglądają i przede wszystkim wygodniejsze. Nie znikają kompletnie z głowy, bo są na to za ciężkie, ale siedzenie w nich przez wiele godzin nie powoduje żadnej krzywdy. Zajęci muzyką czy komputerowym swawoleniem przestajemy je zauważać, zostaje tylko dźwięk. A że ten jest do sprawy kluczem, najuważniej mu się przyjrzymy. Tym bardziej, że koszt jego lokuje się wyraźnie poniżej dziesięciu tysięcy, a towarzyszy mu fama, że inni, w tym także dużo drożsi, dostaną zaraz lanie.

Mające groźną nazwę.

Dorzućmy kwestie techniczne. Za wiele nie ma do dorzucenia; poza wagą 690-ciu gramów i impedancją 45 Ω dostajemy od producenta jedynie informację o konstrukcji planarnej z użyciem wielkich, supercienkich membran napylonych tytanem, potencjalnej długowieczności i ponadczasowym wzornictwie. To ostatnie już sami wiemy, długowieczność na pewno zaletą, a niska impedancja to signum naszych czasów i ewentualna nadzieja możliwości zagrania z mocnego DAP-a. Reszta – te wszystkie wynurzenia o wielkim paśmie przenoszenia i nadzwyczajnej akustyce – tutaj zastąpiona została solenną obietnicą nadzwyczajnej jakości dźwięku, którą też ocenimy sami. Byśmy jednak nie pozostali z tym samopas, producent sugeruje, że będzie to dźwięk „analytically detailed, firm and balanced”. Dorzuca także informację, że słuchawki powstały metodą prób i błędów z ocenianiem po drodze rezultatów przede wszystkim na ucho, w miejsce tradycyjnego zdawania się na wyrok laboratoryjnych pomiarów, choć i te uwzględniano. Za najważniejszy certyfikat jakości służyły jednak uszy oceniających postępy profesjonalnych muzyków, a teraz dołączają do tego liczne recenzje z pochwałami (których pozwoliłem sobie nie przeczytać).

 

Odsłuch: Z Astell & Kern AK380

I niepowszedni wygląd.

Tradycja jest tradycją. Zaczynamy od sprzętu przenośnego; nie bez obaw – wszak to planary; nie bez nadziei – wszak niska impedancja.

Postanowiłem porównać trzy pary słuchawek, wszystkie grające poprzez Tonalium. Na pierwszy ogień poszły Focal Stellia, zdiagnozowane jako ze sprzętem przenośnym bardzo dobre, a przy tym kablu jeszcze lepsze. Pierwszorzędnie i w swoim stylu zagrały, to znaczy bez szukania ekscytacji innych niż muzykalność, moc, nasycenie i scalenie obrazu. Duża scena z dość bliskim pierwszym planem, duże widowisko i duże w nie zaangażowanie. Bardzo dobre łączenie spójności muzycznego przedsięwzięcia i jednolitości pasma z separacją dźwięków i ekspozycją detalu. Duża dźwięczność, długie wybrzmienia, mieszanka ciemnej lecz doświetlanej głębi dalszych planów z dość mocnym, ale niemal całkowicie pozbawionym jaskrawości planem bliższym. Czucie w tym każdej niedoskonałości nagraniowej, ale jedynie mimochodem, nie ogniskujące na sobie uwagi. Jak na nie bardzo dużo sopranów (których pewne odfiltrowanie w niektórych układach sprzętowych ich piętą achillesową) i poprzez te soprany rodząca się owa dźwięczność, podkreślana przez długie, poetyckie wybrzmienia. Mocny na drugim skraju bas, całościowa trójwymiarowość, głębie wszelkiego rodzaju, bardzo wysoka nota ogólna, zwłaszcza że bezpośredniość zupełna.

Puszczone jako drugie Meze Empyrean ukazały lepsze scalanie pierwszego planu z dalszymi, w tym wokalu z akompaniamentem. Oczywiście można woleć bliższy, bardziej wpierany do głowy plan pierwszy, ale Meze na pewno lepiej ukazywały perspektywę, dającą lepszy całościowy ogląd. Bardziej też podobała mi się ich spokojniejsza melodyka, choć znów ta minimalnie podostrzająca się i operująca na pierwszym planie większą bryłą od Stellia mogła komuś wydać się lepszą. Ogólnie biorąc francuskie słuchawki grały bardziej dożylnie i blisko, rumuńsko-rosyjskie bardziej całościowo, perspektywicznie i z bardziej poetyckim dźwiękiem. Można tę poetykę opisywać jako spokojniejszą, bardziej powłóczystą i subtelniejszą, a o stylu Focal powiedzieć, że bardziej był dosadny, wpierający się w głowę, intensywniej wszystko akcentujący. Mnie ten od Meze wydał się przede wszystkim elegantszy, ale dawany przez zamknięte Focal na pewno zwolennikom bezpośredniości i ataku spodobałby się bardziej.

A wewnątrz wielkie membrany napylone tytanem.

Na tle wyraźnie droższej konkurencji dysponujące tym samym przewodem wysokiej klasy Erzetich Phobos pokazały coś, co śmiało można nazwać mieszanką tamtych stylów. Plan pierwszy przybliżyły, podciągając go do słuchacza prawie tak samo jak Stellia, i jak one względem Meze podkręcały przekaz, za sprawą wyższej, bardziej nasyconej sopranami średnicy. Wraz z tym redukcja całościowego spokoju oraz mocniejszy kontrast światło-cienie, z wyczuwalną, ale przyjemną, szorstkawością tekstur, przy wyższych głosach i mocniejszym ataku. Ale zarazem bardziej jak u Meze, a nie jak u Focal, obrazowała się całościowa perspektywa. Większa towarzyszyła temu delikatność, znaczona kruchą sopranową nutą; mocniejsze też było tego skontrastowanie z tak samo mocnym i wypełnionym jak u obu tamtych basem. Podobniejsze natomiast do stylu Stellia podkreślanie szczegółów oraz z własnego repertuaru brana wzmożona przenikliwość, mieszana z poetycką jak u Meze nutą i podobnym brakiem przewagi spraw bliskich nad dalekimi.

Z tego wszystkiego wyłaniały się sprawy zasadnicze. Primo – najwięcej sopranów i w efekcie najwyższe głosy oraz najbardziej jaskrawe światło, tonowane jednak przez całościowo ciemną atmosferę i głębię brzmienia. Secundo – jakość ogólna ani nie lepsza, ani nie gorsza. Brzmienie w dość oczywisty sposób inne od obu porównywanych, oferujące własny styl; ale jakością podobne, bo przy przechodzeniu z jednych na drugie nie pojawiało się wrażenie „te lepsze”. Tamtego dnia, przy odtwarzaczu przenośnym, najbardziej spodobały mi się Meze, ale może innego któreś z pozostałych? I jeszcze trzecia sprawa – wszystkie trzy jak najbardziej pasowały do tego AK380 pod względem wyłanianego brzmieniowego kształtu oraz wymogów mocy. Focale najmniej jej potrzebowały, ale tylko nieznacznie, natomiast Meze i Erzetich na identycznym poziomie, czyli sporym, ale nie jakoś skrajnie. DAP średniej mocy bezproblemowo się wyrobił, żaden KANN CUBE nie był konieczny.  (Aczkolwiek szkoda, że go nie mam.)

Odsłuch: Przy komputerze

Muszle są symetryczne, ale napis na pałąku pozwala odróżnić strony.

   Tor jaki ostatnio zawsze – Ayon Sigma przetwornik i Ayon HA-3 słuchawkowy wzmacniacz. Ten rozdział od razu zacznę od Erzetich Phobos, bo do opisu ich mi śpieszno. Każdorazowo tak się dzieje, gdy natrafiam na coś ponadprzeciętnego, a tutaj, mimo obłożenia z obu stron (otwartej i zamkniętej) słuchawkami dużo droższymi, tak właśnie się zdarzyło. Kochani – jest sensacja! Erzetich Phobos to słuchawki ponadprzeciętne nawet jak na poziomy organizowane przez ceny dziesięć do dwudziestu tysięcy. Ale zanim o tego powodach, trochę cofnę się w czasie. Nie będę udawał – gdy przyjechały, to, jak mówiłem, od razu im zaaplikowałem kabel Tonalium; a nie dopiero poniewczasie, jak tym pechowym Stellia. Przywdziałem groźne nazwą i niepokojące wyglądem słuchawki, by z duszą na ramieniu zapodać im muzykę. Z tą duszą to przesada, bo gdyby źle wypadły, to bym ich nie opisał. Gdzieś przy innej okazji napomknął, że były i źle grały – na tym by się skończyło. Głównie z tego powodu, że krytykując Focal Stellia wystarczająco się naszarpałem; taka krytyka kosztuje. Przykrość względem już je posiadających nakłada się na własne rozczarowanie, a chociaż te Focal Stellia to słuchawki w porządku – mogące się podobać i dawać wielką satysfakcję, to jednak nie aż na miarę oczekiwań rozbudzonych towarzyszącym szumem. Zwłaszcza, że nie są zamkniętą i na radosny dodatek tańszą wersją modelu flagowego – tym nie są z całą pewnością. A swoją drogą ten flagowy model grać potrafi tak różnie, że trzy recenzje można by mu napisać i każdą całkiem inną. Wracajmy jednak do Phobos. Niby nie powinienem się martwić, bo przecież na AVS je słyszałem, gdzie grały pierwszorzędnie, ale wiecie – takie przelotne spotkania czasem się z prawdą mijają; coś się w przelocie spodoba, w dłuższym kontakcie nie. Tego się obawiałem, ale prysły obawy. Po paru godzinach słuchania miałem zupełną pewność, że słuchawki są pierwszorzędne i jedno zostało do sprawdzenia: jak będą grały na tle innych. Nie w porównaniach z dnia na dzień, ani przymiarkach recenzenta do swych ogólnych wyobrażeń, a w bezpośredniej konfrontacji, z której wynikło to, od czego podrozdział zacząłem – wyskoczyła sensacja.

Teraz powiem dlaczego i czemu mnie zirytowała. Psuję tym krótkim zdaniem efekt sensacyjnego wejścia, ale prędko dopowiem, że i irytacja pochwałą. Zacznijmy jednak od zalet.

Mięciutkie pady obszyto ekologiczną skórą.

Względem porównywanych Meze, przy znacznie bardziej do obu pasującej aparaturze stacjonarnej, zaznaczyła się jedna zasadnicza odmienność, obecna już przy przenośnej. Meze dawały obraz spokojniejszy i bardziej całościowy, w sensie widzenia muzyki w większym stopniu jako obrazowej całości, niż anatomii poszczególnych dźwięków. Wspaniale otwarte i nośne brzmienia mocniej scalały w jedność o niecodziennie urodzie, mimo iż same dźwięki wyraźnie się odróżniały. Synteza otwartości z muzykalnością o całościowej więc postaci; z jednej strony jako popis technicznych możliwości, z drugiej zostawiająca trochę pola dla spokojnego, zrelaksowanego słuchania. Tego nie będzie przy odtwarzaczu CD i gramofonie, ale w komputerowym zakątku, zwłaszcza przy plikach mniejszej gęstości, luźniejszy nieco, nie aż bez wytchnienia przykuwający do siebie natłokiem informacji spektakl. Tego luzu z Phobos nie było.

Względem natomiast Focal Stellia też jedna zasadnicza różnica. Te dobrze wypadły przy aparaturze przenośnej i dobrze w torze z odtwarzaczem, lecz z komputerowym… Powiem krótko: jest coś takiego, jak ogólne wyczucie. Nie chodzi o podobanie się lub nie, ale intuicyjną poprawność. I w niej nie o sam styl – bo jedne słuchawki grają jasno, inne ciemno, a jedne i drugie poprawnie. Otóż Focal Stellia, przy całym ich obfitym bagażu jakościowym, którego trudno nie doceniać, w torze komputerowym  z Ayonami tej poprawności nie przejawiały. Ich postrzeganie całościowe skażone było wadą wzajemnego niepasowania dźwięków. Wadą nieznaczną, mimo to uciążliwą, mankamentem tonalnej wyrwy. Gdzieś w środku pasma, gdzie króluje wokal, pojawiała się luka – ten wokal się nie spełniał. Nie w sensie braku masy, tylko za szybko przeskakiwał od tonów wyższych do niższych. Gdzieś między nimi wyrwa, brak eleganckiego pomostu po melodyjnym łuku, zamiast tego szarpnięcie. Dziura w brzmieniowej jezdni w którą ciągle wpadamy, bo w samym środku drogi po której w kółko jeździsz. Nie!!!

Oryginalny kabel nadaje się do wyrzucenia.

Teraz ważna uwaga – tej luki prawie nie było po przerzuceniu kabla do wtyku dla słuchawek o wyższej impedancji. (Wzmacniacz Ayona ma osobne dla niskiej i wysokiej, ale ogólnie biorąc to przeznaczone dla niskiej jest jakościowo lepsze – bardziej melodyjne, mniej echowe. Tymczasem do Focal Stellia lepiej pasowało nominalnie niepasujące, dość dobrze wbrew teoretycznej normie wypełniając wspomnianą dziurę. Tyle, że kosztem pewnego uszczuplenia precyzji obrazowania, ale i tak wolałem – nawet zdecydowanie.

Teraz wreszcie o Phobos. Dawały na średnicy dużo więcej sopranów od Empyrean, ale bez luki z którą Stellia. Też wprawdzie zjawiał się u nich efekt brzmieniowego uspokojenia środka pasma przy przełączeniu na wyjście wysokiej impedancji, ale to nie był skok w brak ułomności, a wyraźna redukcja. Styl bardziej relaksujący, ale kosztem trzeciego wymiaru i wyraźności obrazu.

I teraz o tym trzecim wymiarze oraz o wyraźności w kontekście wzmiankowanej już irytacji. Im dłużej słuchałem Erzetich, porównując z tamtymi, im późniejszy zapadał wieczór w noc audiofilską przechodzący, im wraz z tym porównywaniem bardziej docierało do mnie, jak bardzo są niezwykłe, tym większa złość mnie ogarniała. Bo ich nie porównałem z Audio-Technicą ATH-L5000. Ani razu nie grały jedne zaraz po drugich, a były u mnie razem tydzień. Nie przyszło mi do głowy, że mogą być tak podobne i należy koniecznie zdiagnozować różnicę. Tego teraz nie zrobię, nie ma na to sposobu. Jak kiedyś pouczałem: nihil ante collatio – niczego przed porównaniem. Żadne „wydaje mi się” i „o ile pamiętam” nie może wskoczyć na to miejsce, zastąpić konfrontacji bezpośredniej. Przepadło, może kiedyś. A rzecz jest niebagatelna, ponieważ Erzetich Phobos grają stylem bardzo podobnym do szczytowo-jubileuszowej Audio-Techniki. To samo fantastyczne obrazowanie sopranową kreską, to samo rozdmuchiwanie sopranami obszarów, to samo czynienie każdego dźwięku bardziej niż zwykle trójwymiarowym. W efekcie tak samo wielkie objętości bębnów, a ich membrany nie samym głuchym bum!, ale też sopranowym wyostrzeniem, wszystko lepiej obrazującym. Tych obrazujących wnętrza, obszary, kontury, powierzchnie i trzeci wymiar sopranów nie miały jedne ani drugie z obu porównywanych. Takie soprany, tak doskonale rysujące, ma flagowa Audio-Technica, mają je AKG K1000 i mają flagowe Staksy.

Mimo solidnego wyglądu.

Dlatego w miarę słuchania coraz bardziej zaczynało mi świtać, że jeśli ktoś chciałby mieć styl jak od Stax SR-009 przy wcale nie gorszej jakości i jeszcze z dodatkowym basem do wtóru planarnego wypełnienia, ten może kupić Erzetich Phobos i dać im kabel Tonalium. Nie będzie miał niestety tej wygody (Staksów noszenie czysta rozkosz), ale dźwięk stylistycznie podobny i pod niejednym względem lepszy. Bo już to kiedyż pisałem, ale na wszelki wypadek przypomnę, że podczas bytności u mnie Stax SR-009S postanowiłem sprawdzić ich sprawowanie się przy komputerze. Do przetwornika Ayona, tego samego co ten tutaj, podpiąłem flagowy wzmacniacz firmowy i pełen nadziei na elektrostatyczne święto wziąłem się do słuchania. Soprany były, jak najbardziej – istne morze sopranów. Ale o takiej postaci, że bardzo wielu utworów nie dało się niestety słuchać. Piłowanie po uszach, sam niemal sopranowy wizg; nie utrzymał się ten staksowski system dłużej niż parę godzin. Przy okazji dziękowałem samemu sobie, że się nie leniąc sprawdziłem, bo cenny kawał doświadczenia. Oczywiście te Staksy z transformatorami dopasowującymi LST lub iESL i odpowiednim wzmacniaczem przy komputerze byłyby pierwsza klasa; i byłyby też takie nawet z tym własnym wzmacniaczem, lecz przy szczytowym przetworniku. Przy jakimś jak ten Jadis na AVS, czy którymś Kondo Audio Note, lecz nie przy zwyklejszym Ayonie, który ma mniejszy potencjał i nie tak jakościowe lampy.

Wiem, trochę za mało piszę o Phobos, za dużo tych odwołań. Ale to porównania je pozycjonują i wiecie teraz, jak fantastycznie. Słuchawki są brzmieniowo niepowszednie, choć niespecjalnie wygodne. Ale nawet przez pryzmat umiarkowanej wygody i kosztów kabla Tonalium są prawie jak flagowe Stax albo flagowa Audio-Technica za dwanaście tysięcy. Tyle kosztują ze stockowym kablem jedne i drugie do nich porównywane, tamte o wiele więcej. (Audio-Technica dziewiętnaście, flagowe Stax dwadzieścia trzy.) Fakt, Audio-Technica jeszcze finezyjniej potrafi zobrazować wnętrza i jeszcze subtelniej dopieszczać delikatniejsze dźwięki, a Staksy są jeszcze bardziej przejrzyste i jeszcze bardziej detaliczne. Ale to są różnice małe, a podobieństwo wielkie. Przy czym zupełnie się nie zgadzam z narzucaniem Erzetich Phobos jakichś ograniczeń odnośnie muzycznych gatunków; mówieniem, że są do jazzu i klasyki, a Mania do rozrywkowej i rocka. Tak może być przy słabym sprzęcie i przy przeciętnym DAP-ie, ale już tu użyty tor komputerowy pokazał, jak Phobos są uniwersalne.

Odsłuch: Przy odtwarzaczu

Konkurencja ze strony geograficznie bliskich Meeze była mocna, ale nie wykazała wyższości.

   Ten podrozdział muszę zacząć od czegoś kluczowego –  sprawy oryginalnego kabla. Dopiero teraz go użyłem i z tego używania wyszedłem cały obolały. O ile w przypadku symetrycznego kabla firmowego dla MrSpeakers Ether 2, czy użytego kiedyś przez Audeze niebieskiego kabla dla pierwszej wersji LCD-4, możemy mówić o przewodach jakościowo bliskich Tonalium, to w tym wypadku skok in minus był szokiem. Mało tego – z oryginalnym kablem Erzetich Phobos to całkiem inne słuchawki. Obcięcie górnego skraju okazuje się dramatyczne, obcięcia dolnego także trudno nie zauważyć. Zostaje ciemnawy, dosyć gęsty środek, którego nie należy oskarżać o brak transparencji, ale na pewno o bezzasadną dominację nad resztą, utratę przez słuchawki rozdzielczości, redukcję ekspozycji szczegółów i przede wszystkim stan ogólny, przy którym porównywanie na zasadzie podobieństwa do Stax SR-009 i Audio-Techniki ATH-L5000 nikomu by nie przyszło do głowy. Prędzej do Sennheiser HD 650, czy Audeze LCD-2, a więc słuchawek skupionych wokół środkowego i niskiego zakresu. Możliwe zatem są dwa scenariusze: 1) albo Blaz Erzetich słuchał swych Phobos z lepszymi kablami i nie wiadomo czemu wypuścił je w świat z takim; albo 2) sam nie wie, jakie zrobił słuchawki. Nie będę sprawy ciągnął, okablowaniu słuchawek na kanwie Focal Stellia poświęciłem osobny artykuł. Może tylko uwaga, że oba przypadki (Stellia i Phobos) istotowo nieco się różnią. W obu mamy do czynienia z boleśnie okrojoną górą, ale u Stellia dołącza do tego nieprawidłowa postać środka, w odniesieniu do Phobos tak się nie dzieje. Z tym, że nieprawidłowość u Stellia wynika też prawdopodobnie z ułomności wytłumienia muszli, nie winy samego kabla, toteż nawet Tonalium nie jest na to remedium o stuprocentowym działaniu.

Napisawszy powyższe brzmienie Erzetich Phobos z oryginalnym kablem rzucam na podłogę i wykopuję do kąta. Nie będę się nim zajmował, nie mam czasu na bzdety. Odnośnie natomiast brzmienia z okablowaniem wyższej klasy, to powtórzyła się historia z okolic komputera, chociaż z pewnymi dodatkami. Pierwsza z tych dodatkowych sprawa jest natury ogólnej. Śmieszył mnie i zarazem straszył specyficzny proces adaptacyjny. Odsłuchu przy odtwarzaczu nie poprzedziłem tego dnia odsłuchem przy komputerze i chociaż od początku było jasne, że dźwięk teraz znacznie lepszy, to tak się akurat złożyło, że przez jakąś godzinę nie użyłem nagrania używanego w dniu poprzednim z komputerowym źródłem. Musiał jednakże przyjść ten moment – a ściślej, to nie musiał, ale na pewno powinien. Dopiero kiedy tak się stało, dostałem cios na szczękę (ściślej dostałem w ucho), że aż mną obróciło. Cholera, jak to jest, że bez bezpośrednich porównań różnice się tak zmniejszają?

Mimo zdjęciowej sugestii.

To jednak na marginesie, a wracając do głównej sprawy dwie rzeczy na planie pierwszym, obie bardzo istotne. Pierwsza, to generalne podtrzymanie sytuacji poprzedniej, łącznie z tą małą tylko korektą – Erzetich Phobos nie są aż tak zjawiskowe, jak Audio-Technica ATH-L5000, ale są jej bliziutko. (Oczywiście z Tonalium.) Piszę to warunkowo, bez bezpośredniego porównania, którego sam tak się domagam, lecz nie wydaje mi się, abym mógł popaść w błądzenie. Japoński popis kunsztu trochę lepiej potrafił obrazować wnętrza i poprzez minimalnie niższe zestrojenie średnicy zyskiwał efekt mistrzowsko rozdzielczego dźwięku o łagodniejszym wyrazie. Tak mi się zdaje, tak to zapamiętałem, chociaż to warunkowe. Nie mylę się zaś co do tego, że to brzmienia bardzo podobne – jakościowo bliskie jedno drugiego i bardzo, bardzo otwarte. Co ciekawe, u L5000 przy konstrukcji zamkniętej, za to o wiele droższej.

Nie umniejszajmy jednak zasług słuchawek rodem ze słoweńskich lasów. Otwartość brzmienia Erzetich Phobos wywierała wielkie wrażenie, podobnie jak wielkie były tworzone przez nie sceny, wielka objętość basu i znakomita tego basu jakość w nieustającym kontrapunkcie do szalejących sopranów. Między skrajami wyjątkowo świeże i naturalne głosy, sopranowymi składnikami roziskrzane, troszeczkę odmładzane i trochę podkręcane. Ale kontakt z drugim człowiekiem przyprawiający o dreszcze, bo właśnie takie leciutko znaczone sopranowymi dodatkami głosy odbieramy jako najrealniejsze (są najbardziej wyraźne). Prócz tego gama innych zalet, zaczynając od tego, że niech się komuś nie zdaje, iż Erzetich grały delikatnie. Owszem, co delikatne, czyniły delikatnym i jednocześnie pięknym, ale co mocne mocnym, co dramatyczne dramatycznym. Gruchnięcia pałek o membrany, najniższe zejścia violi da gamba, organy, elektroniczne basy i gitary basowe – to wszystko miało moc i głębię zjawiskowej miary. Do tego piękna melodyka głosów, dobra, choć nie aż oszałamiająca holografia, popisowa rozdzielczość i popisowa szczegółowość. Też popisowa transparentność i przenikanie w naturę brzmienia, wraz z czym rzecz także ważna – staranne obrazowanie natury używanego toru.

Przyłącza mini-XLR będą bardzo pomocne przy poszukiwaniach lepszego kabla.

W tym miejscu taka dygresja, że przydałby się równie dobry, ale łagodniejszy odtwarzacz. Jakiś szczytowy Accuphase albo nawet i tańszy, lecz spokojniejszy brzmieniowo jednopudełkowy odtwarzacz McIntosha. Dzielony Ayon trochę za bardzo był „dożarty”, ale jedynie minimalnie. W niczym słuchania nie zaburzał, przejrzystość nawet wzmagał, lecz łagodniejsze parabole zapewne by Phobos posłużyły. Bez tego było jednak popisowo, zwłaszcza, że miały kolejny atut. Prezentowanej przez nie miary szczegółowość i przejrzystość miewa bowiem bolesne następstwa. Szczytowy ból pod tym względem przejawiły niegdyś flagowe Ultrasone Edition 10; rozmiar dawanej przez nie sybilacji był całkiem nie do zniesienia. Tymczasem u Erzetich Phobos sybilacji zupełnie brak. Bardzo a bardzo mnie tym zaskoczyły, spodziewałem się choć minimalnej.

Podobnie jak u AKG K1000 dają super otwarte brzmienie i soprany w rozkwicie, a sybilacji ani trochę, że z lupą nie wyszukasz. Ogólnie zatem rewelacja i tylko ten nieszczęsny kabel.

Porównania do innych nie były zaskakujące. Meze Empyrean (identycznie jak w odniesieniu do flagowej Audio-Techniki) dały brzmienia podobne, ale ze spokojniejszym skrajem sopranowym. Grado PS2000e kładły większy nacisk na melodykę i koherentność brzmienia, a Ultrasone T7 dawały wyraźnie wyższe ciśnienia akustyczne, czuć jednak było u nich obecność odbić dźwięku od muszli. Średni zakres stawiały od Phobos niżej, tak samo jak flagowe Grado, co miało pewne zalety, na przykład moc i spokój. W odróżnieniu jednak od Grado nie grały Ultrasone dźwiękiem o wyczuwalnej gładzi, tylko otwarto-strzępiącym, analogicznie jak Meze i Erzetich. O których trzeba na koniec rzucić, że w otoczeniu dużo droższych krzywdy nie dały sobie zrobić. Przeciwnie, aspirowały do samych szczytów, aspirowały udanie.

Podsumowanie

   To miała być raczej krótka recenzja, ale wyszła niekrótka. Czuć bowiem zbliżający się AVS i po wakacyjnym bimbaniu dystrybutorzy jak jeden zapragnęli przypomnieć o sobie. (Na AVS zjadą producenci, lub będą obserwować, dystrybucja się musi wykazać.) Samych słuchawek taki zalew, że chyba się nie odkopię, stąd potrzeba skracania. A te tutaj flagowe Erzetich to z kolei zaległość skutkiem mego własnego bimbania. Akurat w przypadku recenzenta takie bimbanie jest niegłupie – recenzje pisane pod presją czasu, jedna natychmiast po drugiej, na pewno gubią jakość. Zwłaszcza, że osobiście nie znoszę słuchać, kiedy nie mam ochoty, a te ochoty miewam, ale też ich nie miewam. Za to kiedy mnie coś intryguje, rozpala żądzę słuchania. Erzetich Phobos mnie zaintrygowały i przy okazji miały szczęście. Gdybym zaczął ich smakowanie od oryginalnego kabla… Tak się nie stało – ich wygrana, mogą dziękować Focal Stellia. Od których styl je odróżnia, choć oba to dobre style. Gdy jednak Stellia uspakaja górę i czyni ją masywniejszą, Phobos ciągnie ją w sopranowy kosmos, wydelikaca nią delikatne składniki, używa do wysubtelniania, rozdzielania i uszczegóławiania, a także do budowania trzeciego wymiaru i przestrzennego powiększania. Że świetnie to wychodzi i nie przeszkadza melodyce ani nie psuje się sybilacją, to wielki tych słuchawek atut, toteż, także w kontekście umiarkowanej relatywnie ceny, te Erzetich Phobos polecam. Ale jedynie pod warunkiem, że się dokupi Tonalium, lub inny taki kabel. Są mnogie dobre kable na rynku, nie będzie z tym problemu. Bez tego to słuchawki owszem, wysokiej klasy, lecz w stylu słuchawkowy bambosz – nie do brzmieniowych wyczynów.  Za to przy lepszym kablu stają się wyczynowe, poniżej dziesięciu sekund na setkę i w pięknej poezji ruchu.

 

W punktach

Zalety (Z kablem Tonalium):

  • Wyjątkowa, na miarę wzorca przejrzystość.
  • Wyjątkowa i też na miarę wzorca otwartość brzmienia. (Zarówno odnośnie kształtu, jak i swobody propagacji.)
  • Zjawiskowa separacja i detaliczność.
  • Pełny wolumen sopranów, jeden z najlepszych u słuchawek.
  • Wykorzystany nie tylko do tej otwartości, ale także do budowania trójwymiarowości, wielkich scen i subtelności dźwięku.
  • Niezwykle objętościowy, dobrze wypełniony i mocno zaznaczający się bas – pięknie ukazujący rezonansowe pudła oraz membrany bębnów.
  • Aż dreszcz budzące siłą swej obecności wokale o minimalnie podwyższonych głosach, jeszcze tę obecność mocniej przywołujących.
  • Pomimo takiej sopranowej nawały żadnych problemów z pogłosami i sybilacją.
  • Kompletny brak poczucia obcości, zdecydowany naturalizm.
  • Styl brzmienia narzucający podobieństwo do takich asów, jak AKG K1000, Audio-Technica ATH-L5000, Stax SR-009.
  • Przyjemne, choć nieznaczne, ciepło i dobra temperatura światła.
  • Wyjątkowo czytelny plan pierwszy nie dominuje nad tak samo czytelnymi dalszymi.
  • Perspektywicznie ukazywana wielka scena.
  • Dźwięczność.
  • Szybkość.
  • Długie wybrzmienia.
  • Dobra do bardzo dobrej melodyka.
  • Bardzo dobre różnicowanie dźwięków, toteż indywidualizm brzmieniowy.
  • Rzadko spotykane rozwarcie pasma.
  • To wszystko razem budzi fascynację
  • I jednocześnie doskonale ocenia podpinaną aparaturę.
  • Do każdego rodzaju muzyki.
  • Wielka membrana pokryta tytanem.
  • Charakterystyczna dla słuchawek planarnych siła dźwięku i brak zniekształceń.
  • Znośna choć daleka od popisowej wygoda.
  • Wyglądają na cięższe niż są.
  • Wymienny kabel pozwala szukać lepszych.
  • Proste opakowanie pozwala obniżać cenę.
  • Łatwe do napędzenia, nawet DAP daje radę.
  • Rozpoznawalny wygląd nie pozbawiony estetycznych zalet pomimo pewnej siermiężności.
  • Rodzina dedykowanych wzmacniaczy.
  • Relatywnie rzecz ujmując dobry stosunek jakości do ceny.
  • Uznany już producent.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Nie są aż tak wspaniałe, jak jubileuszowa Audio-Technica, ale naprawdę mało brakuje.
  • Oryginalny kabel to pomyłka.
  • Tylko umiarkowana wygoda.
  • Kabel powinien wchodzić do muszli pod kątem, bo tak jak jest, trochę przeszkadza.
  • Opakowanie to tekturowe pudełko – dla jednych wada, dla innych słusznie.

 

Dane techniczne:

  • Słuchawki wokółuszne o budowie otwartej.
  • Przetworniki planarne (ortodynamiczne).
  • Membrany pokryte tytanem.
  • Impedancja: 45 Ω
  • Kabel 2,0 m, miedziany, odpinany (przyłącze 4-pin mini, jak u Audeze i Meze), zakończony dużym jackiem.
  • Waga: 690 g
  • Cena: 8990 PLN

 

System:

  • Źródła: Astell & Kern AK380, PC, Ayon CD-T II.
  • Przetworniki: Ayon Stratos, Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe i przedwzmacniacze: ASL Twin-Head, Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis), Focal Stellia, Grado PS2000e, Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

24 komentarzy w “Recenzja: ERZETICH Phobos

  1. Marek S. pisze:

    Odnośnie kabla.
    Czy porównywał Pan Tonalium z FAW Noir Hybrid? Lub innym FAW-em.
    Czy Tonalium zbudowany jest z samej miedzi?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      O ile wiem, na wzór Entreq Atlantisa, Tonalium ma prawą żyłę srebrną a lewą miedzianą. Od kabli FAW, skądinąd bardzo dobrych, jest lepszy. Od oryginalnego Atlantisa nieco słabszy.

  2. Colorfort pisze:

    Panie Piotrze.
    W pańskich recenzjach mozna znaleźć rozproszone informacje na temat kabla słuchawkowego Entreq’a (nie jest podobno produkowany) oraz Tonalium. Proszę o precyzyjną informację identyfikującą oba kable. – Sądzę, że uda się je znaleźć na rynku wtórnym.
    Pozdrawiam.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tonalium, to wątpię. Ktoś, kogo znam, robi ten kabel pod konkretne zamówienia i powstało kilkadziesiąt bodaj sztuk. Zamawiać można pod numerem 668 143 068. Natomiast szwedzki Entreq robił przez kilka lat kable słuchawkowe w liniach Konstantin, Challanger, Apollo i Atlantis (licząc od najniższej), potem produkcję zarzucił, a teraz podobno wznowił. Te kable na rynku wtórnym bywają, ale dość rzadko. Wszystkie są dobre, ale najlepsze oczywiście najlepsze.

  3. Fon pisze:

    Poraz enty okazało się ile psuje dobrany… przez producenta kabel, wygląda to na jakąś zmowę producentów słuchawek… a tak serio to daje nam to możliwość zmiany brzmienia słuchawek pod konkretne gusta, tylko czemu te kable takie drogie są…

    1. Sławek pisze:

      Zmowę powiadasz? to idź do dowolnego sklepu ze sprzętem i kup kolumny z kablami w zestawie. Facet Ci zraz powie „idź się Pan leczyć, ale na nogi, bo na głowę już za późno”. Jak Pan chcesz kable do kolumn to proszę bardzo, są takie i owakie, trzeba extra zapłacić. A słuchawek bez kabli nie kupisz, no to pakują byle grało…
      Ale jak chcesz posłuchać MUZYKI to kup osobny kabel i zapłać niestety.
      Stąd jeszcze wniosek taki, że słuchawek z nieodłączalnym kablem nie kupujemy.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Dlaczego z nieodłączanym nie? Grado PS2000e mają bardzo dobry. A Fostex TH900 w pierwszej wersji, z nieodłączanym, grały ciekawiej od obecnych z odłączanym.

        1. Sławek pisze:

          I to są chlubne wyjątki.

          1. Piotr Ryka pisze:

            Inne przykłady też by się dało wyskrobać. Na przykład Stax SR-Omega, Sennheiser Orpheus, pierwsza Staksa Omega II. Jakoś można było kiedyś z dobrymi kablami…

  4. Alucard pisze:

    Te słuchawki wyglądają genialnie 😀 Jak je zobaczyłem pierwszy raz to przedzwoniłem do mojego kumpla Mikołaja, który Ci podsyłał wzmacniacz na testy. Jak je zobaczył to robiliśmy sobie z nich bekę z 10 minut 😉 Ktoś miał wizję żeby coś takiego wymyślić. Abyss 1266 też fajne 😉 Na szczęście są Focale Utopia albo Pioneery Master i nad nimi nie pracował taki… wizjoner. Heh 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wygląd nie ma specjalnego znaczenia dla kogoś, dla kogo liczy się przede wszystkim dźwięk. Niby sławne, niby genialne, niby wzorcowe Stax SR-009 na czyjeś głowie wyglądają naprawdę głupio z tym wystającym niczym tramwajowy pałąkiem.

  5. Fon pisze:

    Kiedyś jak zobaczyłem mojego kumpla w słuchawkach Ergo to myślałem, że fikne ze śmiechu, swoją drogą to które słuchawki jeszcze wyglądają śmiesznie

    1. Piotr Ryka pisze:

      Każde duże słuchawki rzucają się w oczy. A mało które są tak duże, jak AKG K1000. Sennheiser HD800 też trudno przeoczyć.

  6. Jak zwykle bardzo dogłębna recenzja.

    Co do zmowy producentow słuchwek żeby dawać słabe kable. Nikt nie jest specjalistą we wszystkim. Akurat w słuchawkach Erzeticha kabel jest porządny i solidny, ale z opcja łatwej wymiany pozostała z jakiegoś powodu. Ano w audio to normalne, że kupując wzmacniacz, kabel który jest w zestawie traktujemy jako taką opcję tymczasową póki nie wstawimy czegoś z prawdziwego darzenia.

    Akurat na Audioshow Phobosy były przez długi czas wpięte kablem Cable4 ze Słowacji.

    1. Piotr Ryka pisze:

      No tak, Cable4 ze Słowacji. O tym nie wiedziałem, a to chyba sporo wyjaśnia. Cena tego kabla jest jaka? – bo sądząc po cenach niesłuchawkowych, powinna być od Tonalium znacznie niższa.

      http://cable4.eu/

  7. Fon pisze:

    Wiele dobrego można wyczytać o kablach słuchawkowych WireWorlda, mocno podnoszą poprzeczkę w tym gronie ponoć

    1. Piotr Ryka pisze:

      To nie jest forum, nie ma tu wątków dyskusyjnych, ale szkoda akurat tego, bo dobrze byłoby wspólnymi siłami opracować listę dobrych kabli słuchawkowych, opatrzonych krótką charakterystyką; jakiego brzmienia, poza ogólnie dobrym, należy od nich oczekiwać. To by się naprawdę przydało, bo szczerze mówiąc czuję się nieco obezwładniony jakością firmowych kabli dodawanych do słuchawek. W dzisiejszych czasach, kiedy się te słuchawki tak promuje i tak żyłuje, oferowanie ich z towarzyszeniem zwykłego drutu wydaje się nienormalnością albo skrajnym skąpstwem. Szczególnie, że nie wszyscy tak postępują. Są chlubne wyjątki.

      1. Marcin pisze:

        Moim zdaniem ceny robią się naprawdę chore. Pamiętam, jak jeszcze dość niedawno topowe modele stały za 4-5 tys zł maksimum, a teraz 9-10 tys zł za parę słuchawek z górnej półki to norma. I jeszcze ceny wydają się stale rosnąć. Do tego jeszcze kabel badziewny. Z drugiej strony – producent wycenia słuchawki na tyle, na ile konsument jest w stanie zapłacić, a więc poniekąd sami wysyłamy sygnał, że jest nam dobrze z takimi wygórowanymi cenami.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Moda. Słuchawki zdystansowały głośniki. Każdy chce mieć teraz dobre słuchawki.

        2. Jak jest niewymienny kabel to nie wiadomo czy i na ile byłoby lepiej z innym

  8. Mariusz pisze:

    Cable4 podpięte do Erzetich na AVS wyceniane były przez producenta na 1000 €. W stosunku do firmowych Erzetich to inna liga oczywiście na plus. Słuchawki grały o klasę lepiej.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Aż tyle? Przykre.

  9. Miltoniusz pisze:

    Fajny kabel słuchawkowy to Cardas Clear. Porównywałem na HD800 z którymś wysokim ale nie najwyższym FAW. To nieco inne granie ale akurat mikrodynamiką Cardas prawie nokautował FAW-a. Z tym że było to dobrze słychać na Hord Hugo 2 (który mi nie przypasował) a nie było w tym względzie różnicy na WooAudio WA8 (który pomimo to mi przypasował). Takie to dziwne życie jako że mikrodynamika jest bardzo ważna dla mnie.

    1. Fon pisze:

      To jak dla Ciebie micro dynamika jest ważna to zastosuj preparat Furutecha nanolicuid na złączach a mocno się zdziwisz jak ja ile to pieroństwo w tym zakresie poprawia, właśnie te aspekty najmocniej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy