Recenzja: Dayens Ecstasy IV sc

   Przez fonetyczne podobieństwo przewijający się od kilku lat na AVS Dayens skojarzył mi się z Danią. W szczególnie chodzi o tytułowy przedwzmacniacz Ecstasy, który widywałem w różnych konfiguracjach, między innymi obsługujący kolumny Zingali i Diapason. Podobieństwo brzmieniowe z literą „D” na początku wiedzie nas jednak na manowce, bo Dayens to firma serbska. Podskórnie jednak, w głębszej warstwie, dużego błędu nie ma, gdyż oba niewielkie kraje są zagłębiami przemysłu audiofilskiego. Dania – wiadomo – Raidho, Dynaudio, ScanSpeak, Bang & Olufsen, Davone, Ortofon, Jensen, Gryphon… Ale Serbia? Ano, Serbia. Serbskie jest BFA (kontynuator kanadyjskiego Sonic Frontiers), serbskie Auris Audio, serbski Trafomatic i serbski NAT. (Widziałeś kiedyś lampę wielkości beczki? Nie? To wejdź na stronę NAT-a.) I serbski jest także Dayens. Lecz przede wszystkim Serbem był najwybitniejszy z wynalazców, któremu całe to audio zawdzięczamy – Никола Тесла.

Rzeczywiście, faktycznie, Serbowie posługują się cyrylicą, ale prąd i słuch są międzynarodowe. Ani trochę to więc nie przeszkodzi, a z uwagi na sławnego Teslę powinno wręcz pomóc. Samemu Tesli nie przeszkodziło nawet to, że jego ojciec był popem a matka córką popa, chociaż dzisiejszym tęczowym hunwejbinom pewnie w głowach (czy co tam na czubkach mają) się to nie zmieści.

Przejdźmy do samego Dayensa. Jego założyciel nie ma na nazwisko Dayens, tylko nazywa się Dejan Dobrin. (Być może nazwa wzięła się więc z zamiany miejscami samogłosek i dodania „s” do imienia, zwłaszcza że Dejan znaczy w oryginale „działający”, „aktywny”, „sprawczy”.) Historia firmy jest przy tym tradycyjna w sensie ogólnym – to znaczy tłumaczy ją miłość do muzyki. Też trochę bardziej specyficzna w sensie geopolitycznym, jako że korzenie Dayensa sięgają lat 80-tych, kiedy Serbia stanowiła część Jugosławii, najbardziej wprawdzie wolnego spośród demoludów, niemniej i tak niezamożnego. Chcąc mieć dobre audio, trzeba je było zrobić samemu; co także miewało przypadki na bogatszym Zachodzie, gdzie jednak tłumaczono je przede wszystkim pragnieniem zrobienia czegoś lepszego od rzeczy dostępnych w sklepach.

Pierwszy tor audio Dejan Dobrin wykonał dla siebie jako student w latach 80-tych, a jego firma wystartowała oficjalnie w 1991, czyli w roku rozpadu Jugosławii. Od tamtego czasu nieprzerwanie oferuje głośniki, przedwzmacniacze, wzmacniacze i końcówki mocy, a także audiofilskie okablowanie. Dodajmy jeszcze, że w sporym wyborze, jako że w ofercie kolumn widnieje dziesięć, a wzmacniaczy sześć. Lecz przedwzmacniacze tylko dwa i nie ma pośród nich tytułowego.

Sytuacja jest zatem dość nietypowa, produkt tytułowy już nie jest produkowany. Można go jednak nabyć, dystrybutorzy jeszcze go mają. A jest tych dystrybutorów wielu: od USA przez Azję dalekowschodnią, Rosję, Bałkany po Francję i Wielką Brytanię. Pośród nich także polski. Jednakowoż zachodzi pytanie, po co w tej sytuacji recenzja? Wyjaśnienia są trzy. Przede wszystkim gdziekolwiek ten Ectasy IV sc się zjawiał, tam znakomicie grało. Po wtóre, to urządzenie nietypowe, mianowicie przedwzmacniacz pasywny. I po trzecie – już nieprodukowany, ale najlepszy w historii firmy i całkiem wyjątkowy.

Budowa, ekonomia, niezwykłość

Ekstaza jest czarno-srebrna.

  Zanim o tej wyjątkowości, wpierw słów parę o cenie. Gdy dawno temu, we wczesnych latach osiemdziesiątych, zacząłem serio interesować się audiofilskimi wyrobami w wymiarze ogólnoświatowym, przykuł moją uwagę fakt, że w zestawieniach branżowych periodyków najdroższymi urządzeniami (nie licząc super głośników na zamówienie) były przedwzmacniacze. Nie odtwarzacze CD, nie wzmacniacze, nie gramofony – przedwzmacniacze. A przecież przedwzmacniacze są tak proste funkcyjnie… Jak słusznie na stronie Dayensa napisano, to sam jedynie wybór źródła oraz siły wzmocnienia. Ale zaraz… Dlaczego regulacja wzmocnienia pojawia się przed a nie za wzmacniaczem? Dlaczego mamy przed-wzmacniacze a nie po-wzmacniacze? Wszak na logikę winny być za, winny dławić. I rzeczywiście przedwzmacniacze dławią, ale nie moc wyjściową wzmacniacza końcowego, tylko siłę wpadającego doń sygnału. A jeszcze wcześniej same wzmacniają sygnał ze źródła, czyli tak naprawdę dławią same siebie. Co się odbywa pewnym kosztem, mianowicie kosztem jakości. Przedwzmacniacz (czyli tak naprawdę wzmacniacz wstępny z regulacją mocy sygnału) musi mieć do tego dławienia potencjometr (wspólny lub po osobnym na kanał), a potencjometr to „ślizgacz” na ścieżce oporowej z cermetu lub grafitu albo drabinka rezystorów, co w obu wypadkach oznacza psucie brzmienia (choć rezystory psują mniej). Podejście radykalne? Wyrzucić potencjometry! Pysznie – ale co dalej? Następnie zamiast nich użyć transformatora z drabinką odczepów. Nie ma rezystorów, nie ma ślizgaczy, nie ma zniekształceń! Kto tak zrobił? Właśnie Dayens. I taki bezstratny jakościowo przedwzmacniacz (no niemal, bo jakieś straty są zawsze), to nasz Ecstasy IV sc.

Teraz już, mam nadzieję, rozumiecie, dlaczego go wziąłem pod ucho. Ale miało być o pieniądzach. Te przedwzmacniacze ze ślizgaczami albo rezystorami (najróżniej kombinowanymi) to w luksusowym wydaniu odnośnie wstępnego wzmacniania i jego dławienia drożyzna. Taki Kondo Audio Note G1000, na przykład, to sto tysięcy dolarów. (Ale za to rezystory ma selekcjonowane…) Zbyt skrajny przykład? Dobrze, to niech będzie Jadis JP500. Ten kosztuje tylko czterdzieści tysięcy euro. Za to lamp w stopniu wzmocnienia ma szesnaście… O potencjometrach (dwa są, jako że to monobloki) nic nie wspominają. Ciekawe czemu…

I duża.

Nie będę się dalej pastwił, sam mam drogi przedwzmacniacz na dziesięciu drogich lampach i dwóch drabinkach rezystorów. A Dayens Ecstasy IV sc kosztuje dwadzieścia tysięcy złotych. Ma jedno wejście i jedno wyjście  symetryczne XLR (regulowane) oraz cztery wejścia i dwa wyjścia (regulowane i bezpośrednie) RCA. Ma jednym pstryczkiem włączane podbicie sygnału o 6 dB (oznaczające inny tryb transformatora), które się czasem przydaje co słabszym wzmacniaczom wyjściowym i można mu także przeciąć pętlę masy albo tego nie robić (drugi pstryczek). Ale przede wszystkim nie ma potencjometrów oraz własnego wzmocnienia poza tym ratunkowym, dodatkowo włączanym. Jest pasywny.

Nie, nie – nie ma co krzyczeć: „Laboga, jak to nie ma potencjometru!?” Jest wielgachne, srebrzyste, chromowane pokrętło, które chodzi krokowo, dając łącznie z zerowym 24 poziomy. Na bank zatem każdy pomyśli, że to potencjometr krokowy na bazie nie sześciu w cylinderek pocisków, jak w rewolwerze Colta, tylko dwudziestu czterech rezystorów. Tymczasem figę. Dwadzieścia cztery tam są, ale odczepy transformatora. Transformatora nawiniętego srebrem, od szwajcarskiego Audio Consulting. Które to Audio Consulting samo też robi taki transformatorem formatowany przedwzmacniacz – Audio Consulting SWGLA – tyle że za dwadzieścia trzy tysiące szwajcarskich franków.

Uporządkujmy sprawy. Dayens Ecstasy IV sc to zatem przedwzmacniacz pasywny (tzw. pasywka) ze srebrnym drutem nawiniętym transformatorem regulacji głośności. Pozostałe okablowanie jest także srebrne, a gniazda RCA i XLR pochodzą od WBT. Do prądu podpina się go poprzez nagniazdkowy zasilacz DC 15V, o którym to podpięciu nie informuje żaden świetlik. (Nie ma takiej potrzeby, ten słaby prąd wspomaga jedynie pracę przełączników i nic nie ma wspólnego z transmisją sygnału audio.) Na pięknie wyszczotkowanym o sutej grubości panelu z anodyzowanego na czerń aluminium są trzy chromowane pstryczki, przedzielone dwoma wielkimi, też chromowanymi pokrętłami. Lewe to wybierak źródeł z pozycjami XLR, CD, DVD, AUX i Tuner, a prawe wspomniany potencjometr krokowy w oparciu o srebrny transformator. Pstryczki, licząc od lewej, to „Grid On/Grid Off”, „Gain +6dB On/Off” i „XLR On/RCA On”; a całość prezentuje się luksusowo – chrom, grube aluminium, symetria, zaokrąglenia narożników. Korpus to gruba blacha, też oczywiście czarna. Też luksusowo polakierowana kontrastującym z gładką, satynową czernią frontonu błyszczącym, mocno gruzełkowatym „barankiem”. Z tyłu bateria markowych gniazd, markowe nawet to DIN dla zasilacza. Całość stoi na masywnych, gumowych nóżkach, waży 7 kilogramów i ma wymiary 460 x 100 x 280 mm.

Same pstryczki i wielkie pokrętła.

Przypominam wyróżnik – nie ma stopnia wzmocnienia, poza jedynie pomocniczym mocniejszym trybem transformatora – jest za to najlepsza z możliwych (bo najbardziej bezstratna) regulacja głośności, a przy okazji także separacja galwaniczna pomiędzy źródłem a wzmacniaczem wyjściowym (końcówką mocy). Dzięki której filtracja zakłóceń, a brak spłaszczenia dynamiki, kompresji czegokolwiek. Jaki sygnał ze źródła wychodzi, taki wzmacniacz dostanie. Z czego jasno wynika, że zwłaszcza dobre źródła powinny mieć pole do popisu, nic ich nie będzie zaburzać. Wybitne źródło, super wzmacniacz, pośrodku Dayens – i jedziemy.

 

Odsłuch

Bateria wejść i wyjść.

  Badanie stanu faktycznego zacząłem od separacji galwanicznej. Posłuchałem najpierw jak gra słuchawkowy wzmacniacz Ayona podpięty do odtwarzacza bezpośrednio, a jak poprzez Dayensa. Różnica okazała się oczywista w słyszeniu, trudniejsza do interpretacji. Odtwarzacz Cayina, którego nie poznaję, odkąd zasilam go kablem Sulek 9×9 (żaden z tego dla ciebie, Czytelniku, pożytek, od dawna go nie produkują i nawet firma przestała istnieć), grał dając sygnał wprost na wzmacniacz ciemniejszym, bardziej miękkim, obłym i zgęszczającym czernie dźwiękiem. Natomiast poprzez Dayensa te czernie się rozgęszczały i rozjaśniły w sensie tła, ukazując więcej szczegółów.  Analogicznie jak to ma miejsce podczas rozjaśniania ekranu, tyle że nie zrobiło się tutaj zbyt jasno, tylko w sam raz – z minimalnym wciąż przyciemnieniem. Nie za jasno więc nawet dla tych, którzy lubią lekko przyciemniony krajobraz, przy jednoczesnym doświetlającym uwyraźnieniu pierwszego planu i wydobyciu detali z tła. Sam siebie nie namówię  jednak na stwierdzenie, że było to lepsze niż bez Dayensa. Było inne. Bardziej przezierne, widzące lepiej głębię. Pierwszy plan oczywiście też i z zachowaniem efektownej bryły, ale o bardziej wyrazistych, cieńszym piórkiem sopranów rysowanych konturach. Mniej aksamitnie, mniej miękko, te gęste czernie po rozjaśnieniu już tak nie pieściły i nie skrywały spraw tajemnych. Więcej światła, więcej oczywistości, więcej sopranowego blasku – więc  bardziej dzienna atmosfera; nie taka, jak to się robi w klubie albo teatrze, kiedy tył ginie w mroku i po kątach też ciemno, by było właśnie tajemniczo, ciekawiej. Oba podejścia wykazywały się przy tym muzykalnością, bardzo dobrym wrażeniem trójwymiarowości i efektowną holografią, tyle że obraz bez Dayensa kładł nacisk na czar miękkości i niedopowiedzeń, a ten z Dayensem na twardszą wyraźność oczywistości. Mniej był gładko-otulający, bardziej widokowy i wraz z tym głębszym widzeniem dystansowy. Dorzucę jeszcze, że w tej sytuacji do Dayensa pasować będą kable generujące dźwięk gęsty i wyrobiony muzycznie; broń boże jakieś cienko brzmiące albo jasne.

Tyle o separacji galwanicznej na pojedynczym przykładzie, a teraz o Dayensie jako pasywnym przedwzmacniaczu pomiędzy odtwarzaczem a końcówką mocy. Cayina zastąpił dzielony odtwarzacz Ayon CD-T2/Ayon Stratos, ślący sygnał końcówce Crofta właśnie poprzez Dayensa.

Jest gniazdo dla zasilania, ale to zasilanie buforuje jedynie pstryczki, by podczas przełączania nie było bum! ani trzasków.

Prawdę mówiąc oczekiwałem jakiejś zmiany, chyba głównie dlatego, że zmian się zawsze wygląda. Nic jednak z takich rzeczy. Pracując jako całościowy przedwzmacniacz Dayens Ecstasy zachowywał się dokładnie tak samo, jak kiedy separował galwanicznie. Raz jeszcze pokazał tą samą niezwykłą cechę – nie rozjaśniając całościowo przekazu bardzo starannie oświetlał poszczególne elementy przedstawienia – coś jakby fosforyzowały w mroku, choć żadnej fosforyzacji nie było. Coś  niewątpliwie dla tych, którzy lubią widzieć wyraźnie i lubią detaliczność. Owa swoista „fosforyzacja” miała miejsce za sprawą sopranów, które dość mocno się eksponowały. Nietrudno zgadnąć czemu, wiele za tym stało czynników. Poczynając od dzielonego Ayona, który ma wprawdzie aż dwanaście lamp w obu częściach, ale wśród nich cztery H30 mocy, które taki dosadny, kreślony wyraźną sopranową kreską obraz dają. Wielu ulega temu urokowi, na przykład Gerard Hirt z Ayona i Jarek Waszczyszyn z Ancient Audio; to bowiem bardzo dobry punkt startowy dla przyrządzenia super dźwięku. Jako że nie jest trudno coś ostrego utemperować; tępoty natomiast wydźwignąć się nie da – pozostaje rozkładać ręce. Kolejny czynnik to srebrne okablowanie i srebrne transformatory Dayensa. Wiadomo, srebro tak już ma. (Oyaide i topowe Siltechy oraz topowe Kondo to chwalebne wyjątki.) I wreszcie hybrydowy Croft, oto końcówka mocy od zawsze rysująca wyraźnie; jeszcze wyraźniej (chociaż z wyższą kulturą) odkąd ma najlepsze z możliwych dla się lampy 6060 Brimara z początku lat 50-tych. Jedynie zatem wpinane pomiędzy urządzenia miedziane interkonekty Sulka oraz wielkie Zingali 3.15 z tubami Omniray na końcu tego wszystkiego dawały temu łagodność. Wypadkowa? Bardzo interesująca. Nie tylko tą osobliwą wyraźnością pośród ogólnie dość ciemnego, klimatycznego obrazu, ale też charakterem sceny. Sceny o bardzo rzadko spotykanej koherencji, można powiedzieć całkowitej. Półkoliście otaczającej słuchacza i nawet nie tyle idącej w jego stronę, co dźwiękiem wypełniającej cały obszar przed nim od ścian i sufitu po podłogę. Wszystko muzyką przy całkowitym ożywieniu, wręcz rozhasaniu przestrzeni, że szpilki między dźwięki nie wbijesz. I jednocześnie wraz z przybliżaniem się słuchacza do kolumn, by powstał z tego na koniec trójkąt równoboczny, coraz mocniejsza holografia. Niezależnie od odległości siadania – ba, nawet słuchając z pozycji za kolumnami (nie używałem pilota, a trzeba pyty zmieniać) dźwięk w stu procentach od nich oderwany – wręcz popisowo. Natomiast im bliżej słuchacz kolumn, aż po ten trójkąt równoboczny a nie tylko równoramienny, tym scena głębsza i bardziej holograficzna.

Aparatura czarna, ale dźwięk pełen blasku.

Wszystkie pozostałe aspekty też okazały się popisowe, w tym szybkość, wypełnienie, trójwymiarowość, rola pogłosu. Pogłosu bardzo powściągliwego, ledwie się zaznaczającego i nigdy nie przechodzącego w byt samoistny, co przy tak mocno zaznaczającej się warstwie sopranów było zdumiewające. Bas bardzo dobrze kontrolowany i nie wpadający w przesadę, ani też roznoszony na całą przestrzeń. I przede wszystkim raz jeszcze ta wyraźność, zdolność przebicia mroku. Łączona z poetyką i słodyczą głosów dawała efekt niecodzienny. Takiego brzmienia jeszcze nie słyszałem.

Dwa zawsze prowadzone testy pokazały coś jeszcze, pewne podkręcanie przekazu. Zwykła mowa miała przesadnie wyraźną artykulację, ale bez wady pogłosowej i wady sybilacji. Można ją było poczytywać za normalną, ale jako od kogoś kto ma lekko nerwowy i grasejujący styl mówienia. Test stepowania pokazał natomiast wyraźną przewagę trzasku obcasa nad głuchą odpowiedzią deski przy jednocześnie świetnej ekstensji dźwięku, znakomicie obrazującej wielki obszar.

A potem przyszła pora na porównanie – Dayensa z samym transformatorem zastąpił całkowicie przebudowany ASL Twin-Head z dziesięcioma łącznie lampami, w tym mocy 45’ Emission Lab. Zagrało dalece inaczej. Spokojniej, śpiewniej, melodyjniej. Przyrosła ilość basu, zmalała ilość sopranów. Koherencja została utrzymana, natomiast scena się pogłębiła i stała jeszcze bardziej holograficzną. Dźwięki pełniejsze i bardziej trójwymiarowe, potoczna mowa całkowicie normalną, a głucha odpowiedź deski dokładnie równoważyła trzask obcasów. Dźwięk dłużej podtrzymywany i bardziej malarski niż inżyniersko-precyzyjny.

Podbijanie głośności przyda się słabym wzmacniaczom.

Ale co to wszystko nam mówi? Mówi jedno – że ASL Twin-Head po tych rozlicznych modyfikacjach jest lepszym składnikiem toru niż (też modyfikowany) i z najlepszymi lampami Croft. Że ładnie go tonuje (wspominałem  o tonowaniu) i ładnie też tonował ekspresję odtwarzacza. Przy wsparciu kolumn Zingali dawało to takie brzmienie, że mimo cyfrowego źródła niewiele brakowało do analogowości prezentowanej przez ostatnio opisywany gramofon za sześćdziesiąt tysięcy. (Z pre ponad siedemdziesiąt.)

 

 

 

 

 

Podsumowując

  Dayensa Ecstasy nazywają potocznie pasywką (jak wszystkie takie pre pasywne) i nazywają słusznie. Urządzenie ma niczego nie wnosić i robi to bardzo dobrze. Jedno tylko srebrne okablowanie posiada własny charakter – szczególną transparentność, zdolność przebicia mroku i pewne wzmożenie sopranów. To może być niepotrzebne, albo nawet szkodliwe. Nie przysłuży się torom (źródło-końcówka mocy) zbyt nerwowym, zbyt ekspresyjnym. Ale może być ze wszech miar przydatne zbyt ospałym, nie dość transparentnym, misiowatym.

Tor audio to zawsze na wiele instrumentów kompozycja, trzeba ją umieć zorkiestrować. Nie ma urządzeń ani głośników obojętnych czy „neutralnych”, chociaż niektórzy się tym chwalą. Każdy fizyk powie natychmiast, że takie coś niemożliwe. Nawet powietrze nie jest neutralne, nawet destylowana woda. W powietrzu można się unosić, a w wodzie można nurkować. Ale trzeba jedno i drugie umieć, inaczej się topisz albo spadasz. Tak samo trzeba umieć zestrajać tory audio, by w dźwięku nie topić marnym, na dno rozpaczy nie spadać. Trochę się na tym znam, toteż rekomenduję Dayensa Ecstasy IV sc tym wszystkim, którzy źródło oraz końcówkę mocy mają trochę albo bardziej niż trochę za spokojne i za mało przejrzyste. Także tym, którzy mają te elementy toru naprawdę każdy wybitnej jakości o wyważonym dźwięku. Natomiast zabraniam go używać w torach nerwowych, mocno sopranowych albo z niedoborami basu. Bo Dayens jest pasywny, ale w pewnych granicach i pewne cechy przejawia. Przyjemnie mieć natomiast urządzenie, o którym można powiedzieć, iż ma najlepszą spośród wszystkich na świecie regulację siły wzmocnienia.

W punktach:

Zalety

  • Doświetlenie wszystkich planów.
  • Przy jednoczesnym braku całościowego rozjaśnienia.
  • Nawet przy klimatycznej cienistości.
  • I drugie połączenie sprzeczności: świetna rozdzielczość źródeł przy wyjątkowej całościowej koherencji.
  • W efekcie detaliczność i jednoczesna muzykalność.
  • Cała przestrzeń przed słuchaczem wyjątkowo mocno ożywa.
  • Głęboka scena.
  • Holografia.
  • Oszczędne, ale bardzo skuteczne, używanie pogłosu.
  • Szybkość.
  • Rytm.
  • Wyraźność.
  • Bardzo czysta artykulacja, cokolwiek podkręcona. (Ekscytacja.)
  • Elegancja brzmieniowa wokali.
  • Żadnego ochłodzenia, nawet nieznaczne ocieplenie. (Pomimo srebrnych przewodów!)
  • Coś w sam raz do wszystkiego, gdzie brak przezierności.
  • Efektowny wygląd.
  • Masywna obudowa z pięknym aluminiowym panelem i chromowanymi pokrętłami.
  • Transformatory w miejsce potencjometrów to najlepszy znany sposób regulacji wzmocnienia.
  • Tu to transformatory nawijane srebrem od szwajcarskiego Audio Consulting.
  • Wysokojakościowe srebrne okablowanie.
  • We/wy RCA i XLR.
  • Aż cztery wejścia RCA.
  • Użyteczne podbicie o 6dB.
  • Zbyteczny kabel zasilający. (Wielka oszczędność.)
  • Można zasilać bateryjnie, a wówczas będzie jeszcze lepiej.
  • Znany producent z dużym dorobkiem
  • Sprawdzony w wielu miejscach na AVS.
  • Polska dystrybucja. (A więc gwarancja gwarancji.)

Wady i zastrzeżenia.

  • Nie do ostro grających źródeł.
  • Ani podostrzających końcówek mocy.

Specyfikacja techniczna

  • Wyjścia RCA: 2
  • Wyjścia XLR: 1
  • Pasmo (Hz): 0,5Hz – 300kHz
  • Wejścia (pary): 4 RCA i 1 XLR
  • Wymiary (mm): 460x100x280
  • Waga (kg): 7
Cena: 20 000 PLN

System

  • Źródła: Ayon CD-T2/Ayon Stratos, Cairn Soft Fog V2.
  • Przedwzmacniacze: ASL Twin-Head Mark III, Dayens Ecstasy IV sc.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Ayon HA-3.
  • Słuchawki: Final D800 (kabel Silver C093), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), MrSpeakers ETHER 2, Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Kolumny: Zingali Client Evo 3.15
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

12 komentarzy w “Recenzja: Dayens Ecstasy IV sc

  1. Sławek pisze:

    Ciekawy byłby pojedynek z Music First Audio https://mfaudio.co.uk/preamplifiers/
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pewnie byłby, ale dystrybutora nie ma.

  2. jafi pisze:

    Doczekałem recenzji starego znajomego:)

    Swoją drogą zajmujemy się intensywnie takimi „pasywnymi regulatorami głośności” od miesięcy.
    Skutki przerosły oczekiwania i trudno sobie wyobrazić, gdzie ta droga nas doprowadzi…
    Choć już kilka razy korzystaliśmy z naszego pasywnego pre z regulacją transformatorową na wystawach w Warszawie, może tym razem powstanie wersja komercyjna.
    Tymczasem wycieczka do KAiM-u w najbliższy piątek z najnowszym wcieleniem pre

    Wbrew żarcikowi z tekstu nadal działamy i mamy się dobrze, a efekt naszej pracy pewnie będzie można usłyszeć na kolejnym AVS.

    1. Piotr Ryka pisze:

      „Nadal działamy”, czyli kto? Bo chyba nie Cairn.

  3. miroslaw frackowiak pisze:

    Czym mniej „klockow” w torze odsluchowym tym lepiej,ale u sprzedawcow czym wiecej tym lepiej,wiadomo trzeba zarobic,to jest taki przyklad ,jak nacagnac audiofila na dalsze wydatki,ale jak uslyszy przez to lepiej to na zdrowie..

    1. Piotr Ryka pisze:

      Czyli monobloki są gorsze od integr, a odtwarzacz CD z regulacją głośności wpięty wprost do końcówki mocy zagra lepiej od podłączonego poprzez dobry przedwzmacniacz? I oczywiście słuchawki najlepiej grają z dziurki w odtwarzaczu?

  4. Marek pisze:

    Bardzo ciekawy test ciekawego urzadzenia! Dzieki!
    Mam jedna uwage: za kazdym razem w tekscie pojawia sie nazwa Ectasy, tymczasem jest to ECSTASY.
    (Od ekstazy, nie od ektoplazmy)
    Tym, co szukaja w Googlu bedzie latwiej znalezc przy wlasciwej nazwie…
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Oczywiście, że od ekstazy. Już poprawiłem. Nie bycie wzrokowcem miewa zabawne następstwa.

  5. Paffcio pisze:

    Panie Piotrze,
    Jakby Pan porównał jakość toru. Ayon35 z pre i jeden interkonekt do końcówki mocy (tak mam teraz) czy Ayon35 z pre i testowany Dayens w torze + kolejny interkonekt.
    Czy jest sens inwestowania w preamp, czy byłby lepszy? Do ayona mam podłączone jeszcze źródło plików cyfrowych.
    Czy ma Pan wiedzę czy dayens jest zbalansowany?
    Pozdrawiam
    Paweł

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dayens jest zbalansowany – ma wejście i wyjście XLR. Ale właściwie nie jest przedwzmacniaczem, bo niczego nie podgłośnia, sygnału nie wzmacnia. Jest tylko samym regulatorem siły głosu i hubem połączeniowym. Odnośnie natomiast CD-35, to istota tkwi w jakości przedwzmacniacza. Ze słabym będzie gorzej, z wybitnym będzie lepiej. Kable też muszą być do tego wybitnego odpowiednie, nie ma zmiłuj.

  6. Piotr Ryka pisze:

    Kolejna recenzja się ślimaczy, ale opisuję dCS Bartoka w wianuszku najlepszych słuchawek i jest z tym dużo roboty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy