Recenzja: CSPort TAT2

   Japońska marka branży audio – CSPort (wg pisowni loga „csport”) nie mówi wiele o sobie. Krótki briefing internetowy pozwolił jednak ustalić nie tylko to, że oficjalnie zaistniała w 2014 i ma siedzibę w półmilionowym Tokayama, ale także genezę. Ta zaś jest nietypowa, ponieważ założyciel, właściciel i główny w jednej osobie konstruktor – maestro Toshimichi Machino – ma za sobą czterdzieści lat doświadczeń inżynierskich w budowaniu i udoskonalaniu zasilaczy impulsowych. W tym przede wszystkim pozbawiania ich zakłócających współpracujące obwody szumów, co nie jest rzeczą łatwą. O ile sobie przypominam, największą chlubą sławnej marki LINN w późniejszych niż powstanie gramofonu Sondek czasach było użycie takich zasilaczy w odtwarzaczach CD, z czym nie potrafili sobie poradzić inni znaczący producenci. Punkt wyjścia mniej wobec tego zaskakujący, niżby się mogło wydawać; te zasilacze dla technologii audio dużo znaczą. Za sprawą CSPort kolejne takie znalazły się w ich gramofonach – flagowym LFT1i jego mniej ważącej, niedzielonej wersji TAT2, którą się teraz zajmiemy.

Od razu się odniosę do tego bycia dzielonym gramofonem, bo dzielone wzmacniacze – do tego przywykliśmy, dzielone odtwarzacze CD – też takich jest niemało, a kolumny głośnikowe zawsze są podzielone, odkąd stereofonia. (Omnikierunkowe są rzadkie, soundbary nas nie interesują.) Ale żeby gramofon? No tak, gramofony też. Zwłaszcza separacją silnika, ale i przedwzmacniacza. LFT1 jest jednak podzielony w inny sposób, inaczej byłoby banalnie. On dzieli się na odrębne sekcje napędu, talerza i ramienia. Oczyścicie współpracujące poprzez pasek przenoszący obroty i ramię opadające na talerz, ale każda ma własną obudowę stojącą na trzech własnych nogach – i te obudowy nie przylegają. Wszystkie natomiast można łączyć sprzedawaną oddzielnie granitową podstawą – blatem grubości trzech centymetrów i szerokości siedemdziesięciu, o wadze trzydziestu kilogramów. To jednak w odniesieniu do flagowego LFT1, a bycie nie-flagowym TAT2 polega na powrocie do konstrukcji zintegrowanej. Także mogącą wylądować na granitowej platformie, ale już tylko na pięćdziesiąt centymetrów szerokiej i wadze dwudziestu kilogramów. Z tym, że ten nie-flagowy CSPort z całkowitym osprzętem (ale jeszcze bez wkładki i przedwzmacniacza) to trzysta tysięcy złotych… O takim gramofonie tym razem rozważania, jako o przeciwbiegunie zrecenzowanego niedawno music halla.

Wróćmy do impulsowych zasilaczy, gdyż to jest gwóźdź programu. Odnoszą się do nich na użytek tych tu gramofonów i pozostałych urządzeń marki dwie istotne zalety, wynikające z długich doświadczeń konstruktora. Pierwszą – wyposażenie w dodatkowy regulator analogowy, który na ostatnim etapie, bezpośrednio przed przekazaniem energii, eliminuje wszelkie szumy. Cisza jest bowiem obsesją firmy – dla CSPort najważniejszą rzeczą jest podawanie muzyki w oprawie absolutnej ciszy. Tak, żeby nic jej nie zakłócało – ażeby nic, tylko ona. Na rzecz tego cecha druga: silniki napędzane takimi zasilaczami obywają się bez serwomechanizmów. Pracują bez sprzężenia zwrotnego, które także zakłóca ciszę transferem sygnału zwrotnego. W napędach gramofonów CSPort regulacja prędkości obrotowej jest całkowicie wsobna (zegar wzorcowy) i pozostaje pod kontrolą użytkownika posiłkującego się stroboskopem. Którego obsługa (miejmy to już z głowy) jest prosta i wygodna. Powyżej trzech dużych przycisków zasadniczej obsługi: »33½«, »STOP« i »45« znajdują się trzy mniejsze: »–«, »LOCK« oraz »+«. Po naciśnięciu LOCK zapała się lampa stroboskopu i plusem lub minusem regulujemy w razie niedokładności obroty, fiksując nieruchome ustawienie pasków kontrolnych ponownym naciśnięciem LOCK.

Jest wszakże jeszcze jeden gwóźdź programu, dla większości pewnie ważniejszy. Na rzecz tej samej oprawy ciszą talerze gramofonów CSPort unoszą się na poduszkach powietrznych. Co oczywiście eliminuje szum łożyska i wszelkie w ogóle tarcie; zostaje jedynie ocieranie dwudziesto lub więcej kilogramowego talerza o otaczające powietrze. (Dlaczego to tarcie jest pomijalnie małe, mimo iż para koni nie może rozerwać dwóch półkul sprzęgniętych samą próżnią ściskaną przez atmosferę? – że postawię kłopotliwe pytanie.) Niezależnie od odpowiedzi talerz obraca się płynnie i bezgłośnie z ostentacyjną bezwładnością oraz przejawia małe wibracje. Ale dość może o tym w zagajeniu, dokończymy w następnym rozdziale. Na zakończenie wstępu dopowiem, że CSPort poza trzema drogimi gramofonami (jest jeszcze model pośredni TAT1, ze zintegrowanym ramieniem ale wydzielonym napędem) oferuje też własny gramofonowy pre oraz kilka modeli wzmacniaczy. I oferuje też własne gramofonowe ramię, co nas interesuje najbardziej. Prócz tego jeszcze jedną rzecz, o której też będzie mowa.

Konstrukcja, pneumatyka, wygląd

Oryginalnie bez maty.

   Gramofon nie jest flagowy i ma wobec tego prostszą konstrukcję tradycyjną, to znaczy talerz, silnik i ramię są przytwierdzone do wspólnej płyty nośnej. Ta waży siedemnaście kilogramów i jak opcjonalna podstawa jest z granitu. Ramiona do niej można podłączać trzy naraz i dziać się to będzie za pośrednictwem aluminiowych bloczków nośnych przykręcanych w narożach. Urozmaicenie, i tak już duże, może być jeszcze większe, ponieważ jedno z ramion może mieć prowadzenie liniowe. To właśnie takie oferuje samo CSPort i zwie się ono AFU1. Może przenosić wkładkę o wadze łącznej z head-shellem  20 –100 gramów i toleruje nacisk igły z przedziału 1,5 – 5 g. Samo waży równy kilogram i daje regulowany przeciwwagą nacisk mniejszy lub równy 0,5 grama, a clou całego przedsięwzięcia stanowi unoszenie tego ramienia przez pompę pneumatyczną. Półkolisty, aluminiowy nośnik, przytwierdzony do jego spodu na poziomie środka ciężkości, wodzi je wzdłuż chromowanej belki z pneumatycznym wylotem, pomiędzy którą a nim tworzy się poduszka powietrzna. Za prowadzenie odpowiada sama igła kierowana przez rowek, a za poduszkę nośną firmowa pompa POU1, podobniej jak to ramię produkcji samego CSPort. Jak ono oferowana oddzielnie za 15 tys. złotych, czyli bardzo niedrogo, zważywszy że to ramię to wydatek 97 tys. złotych. Pompa jest zasilana nagniazdkowym zasilaczem 12V/DC, sama zaś oferuje poprzez dwa cienkie pneumatyczne przewody pulsacyjne ciśnienie nośne, osobne dla talerza i ramienia. Pulsację (bardzo słabą) wygładza do całkowitej gładkości dolnoprzepustowy filtr typu π, a pompa wraz z filtracją ma obudowę podwójną, aby też była bezgłośna. (I rzeczywiście jest.)  Bezgłośna – owszem, ale duża – to duże, czarne pudełko. Matową czernią obleczony spory prostopadłościan stawiamy obok gramofonu, przy czym te kable pneumatyczne kable są dosyć długie, nie wymuszając ograniczeń miejsca. Krótkie natomiast jest samo ramię, jak wszystkie ramiona liniowe. Aluminiowa rurka dłużni mierzy 80 milimetrów i kładzie igłę dokładnie w centrum rowka na idealnie prostopadłym przecięciu swojej osi ze średnicą poprzeczną płyty. To wielki atut, gdyż ta prostopadłość zostaje zachowana podczas całego odczytu – między ramieniem a rowkiem nie następuje w trakcie żadne przesunięcie kątowe. (A ileż nocy nie przespano, w poszukiwaniu szlifu igły mogącego takie przesunięcia neutralizować najlepiej.) Ramię jest niemechaniczne: opuszczanie i podnoszenie realizujemy przytwierdzoną do jego podstawy dźwignią, która pracuje bez zarzutu. Sam sygnał elektryczny między ramieniem a podstawą przewodzi cienka jak bibułka miedziana taśma; prawie nic nie ważąca, aby go nie obciążać. Z podstawy do przedwzmacniacza wiedzie już gruby kabel, który można użyć z kompletu, a można mieć też swój, o ile będzie lepszy. (Ten od kompletu jest średni, nietrudno będzie o lepszy.) CSPort oferuje także lampowy przedwzmacniacz gramofonowy o sygnaturze C3EQM2, ale w teście był nieobecny. Obecny był za to inny jej produkt – jonizator/demagnetyzer IME1.

Pompa (po lewej) jest konieczna. Widoczny nad talerzem demagnetyzer nie.

Za sześć tysięcy złotych wchodzimy w posiadanie metalowego stojaka z przeciwwagą, którego zadaniem jest dźwiganie z możliwością zmiany kąta i wysokości sporego czarnego bloku z dwoma podświetlanymi przyciskami i własnym zasilaczem nagniazdkowym. Zadaniem tej konstrukcji o sporych gabarytach jest odsączanie z powierzchni płyty jonów, by chronić przed trzaskami wyładowań i osiadaniem kurzu. To nam uruchamia przycisk zielony, dający pracę ciągłą; czerwony zaś na dwanaście sekund (z towarzyszącym sygnałem dźwiękowym) aktywuje mocniejszy układ demagnetyzacji, zdolny usuwać namagnesowanie głębokie. Efektem działania obu redukcja szumu tła, a więc poprawa S/N – i znów muzyka z większej ciszy, a przy okazji wyraźniejszy obraz dźwiękowy, powiększona scena i większy na niej porządek, do tego jeszcze możliwość odkrywania „niewidocznych” dotychczas dźwięków.

Demagnetyzer kupujemy albo nie (podobno można go też użyć do demagnetyzacji płyt CD), natomiast ramię prowadzi nas do niezbywalnego u gramofonów talerza. Ten nie jest odlewany na gotowo z żeliwa, tylko wytoczony z bloku nierdzewnej stali i waży 19 kilogramów. Oszlifowano go z mikronową precyzją, jest idealnie wyważony i naniesiono nań znaczniki dla stroboskopu, nie ma natomiast maty. (Taki jest pomysł producenta.) Ma za to cieniutki frez dokładnie w połowie wysokości obwodu, w którym osiada kewlarowa nić przenoszenia napędu. Odporna na rozciąganie i tak mocna, że w filmie Ridleya Scotta „Adwokat” podobną ucinają motocykliście głowę. Że talerz unosi się jak poduszkowiec, już mówiłem, trzeba natomiast dodać, że się rozpędza pomału, toteż opuszczanie ramienia i używanie stroboskopu wymaga odczekania więcej niż parunastu sekund. Wymaga też położenia prawie dwu i pół kilogramowego docisku, który stosowałem zamiennie z kosztującym nieskromne pięć tysięcy bardziej wymyślnym od Synergistic Research. (Bywają dociski jeszcze droższe, ale lepszych podobno nie ma.)

Główka silnika w oprawie metalowego dysku wystaje jedynie trochę nad płaszczyznę granitowego chassis, a dwiema śrubami w tym dysku możemy ją luzować, by móc założyć nić napędu, co do której, to prędzej poucinasz sobie nią palce, niż ją zdołasz naruszyć. Sam silnik też jest wyciszająco obudowany i podwieszony od spodu, minimalnie jedynie unosząc się nad płaszczyzną podłoża za sprawą czterech srebrzystych walców przeszywających na wskroś plintę. Walce są z regulacją wysokości, można więc, i oczywiście należy, talerz idealnie wypoziomować, po czym należne ustawienie fiksujemy trzpieniowym kluczem, który przed nową regulacją musi znów być użyty. (Klucz, podobnie jak zapasowa linka, znajduje się w zestawie.) O przyciskach funkcyjnych już było, także o braku serwa, zostaje kwestia tyłu. Plinta ma wymiar 44 x 32 x 5 cm i jest jednolitym blokiem marmuru, pełni więc tylko rolę nośną. Wszystkie elementy obsługi znajdują się z tyłu obudowy silnika, to znaczy gniazdo zasilania (normalne, trójbolcowe) i mały włącznik główny, a także zawór pneumatyczny do podłączenia pompy i zaraz obok drugi, z którego wężyk do ramienia. (Ten dostajemy wraz z ramieniem.) Jest oprócz tego zacisk uziemienia, w razie gdyby jakiś zakłócający brum, którego sam nie uświadczyłem.

Założenie kewlarowego paska umożliwiają dwie śruby luzujące.

Całość masywna, monumentalna nawet, i gdy wyposażona w liniowe ramię, wyglądająca bardziej niezwykle. Szarość marmuru rozświetlają srebrzenia nóżek, obwiedni talerza i elementów ramienia, osładza zaś pomarańczowa osłona tego ramienia nad belką prowadnicy oraz rozświetla różnokolorowy zestaw sześciu różnobarwnie podświetlanych przycisków. Optycznej symetrii brak – podwieszony po lewej silnik ciągnie masę na swoją stronę i nawet duże, daleko wysunięte na prawo liniowe ramię całkiem go nie równoważy. Tym bardziej wygląd „maszynowy”. Gramofon nie usiłuje być ładny poprzez wdzięczenie się symetrią i przytulanie obłościami. Nie usiłuje też być retro, ani awangardowy. To urządzenie przede wszystkim gotowe do pracy, tym bardziej, że duża pompa zaraz obok. Ma jednak laboratoryjny a nie fabryczny charakter – pracuje całkowicie bezgłośnie, pomimo, a raczej właśnie z powodu, że dobywanie idealnego dźwięku jest jego jedynym celem.

Odsłuch

Ramię liniowe jest opcją, ale tylko takie produkuje samo CSPort.

   Z ramienia wychodzi tyłem tradycyjny, pięciożyłowy przewód, rozwidlający się na dwa cinche i uziemienie. Ważne, dokąd prowadzi, w jaki zmierza przedwzmacniacz. Pod nieobecność firmowego (dystrybutor go nie ma) sięgnąłem po najlepszy; ponoć nawet najlepszy na świecie (w jego teście się przekonamy) – po wielkiego, dzielonego Ayona Spheris Phono. (Istnieje też Ayon Spheris non-phono, czyli normalny przedwzmacniacz.) Poza tym na goły w zamyśle producenta talerz położyłem korkową matę music halla, ponieważ z nią wybrzmiewało lepiej: mniej neutralnie w sensie obojętności uczuciowej i całościowo ciekawiej. Wkładek przewinęło się parę, w tym kilka Ortofonów oraz najbardziej nobilitowana – ZYX Ultimate DYNAMIC (19 900 PLN). Oryginalny przewód od ramienia został boleśnie skontrowany dużo droższym Siltechem Signature Avondale II (€6853 za 2,5 m, jak tutaj) – który okazał się bardzo wyraźnie lepszy pod każdym jednym względem. Poza tym wziął w próbach odsłuchowych udział wspomniany docisk Synergistic Research, też przynoszący wyraźną poprawę – i jeszcze do tego w dwóch smakach, posiada bowiem zwieńczająco zamienne koreczki – niebieski i czerwony – sobie tylko znanymi sposobami powodujące zmianę brzmienia. (Odrębny będzie tego opis.) Cóż prócz? Prócz tego jeszcze między przedwzmacniaczem gramofonowym a moim, też dzielonym, znalazł się kabel Siltecha z serii Royal Crown, przeznaczony specjalnie do przyłączania gramofonowych pre, który, podobnie jak ten od ramienia gramofonu, przejawiał cechy niekoniecznie charakterystyczne dla łączówek swej firmy, przywołał bowiem bardziej wyrazisty od innych w tym miejscu próbowanych brzmieniowy obraz, być może za sprawą lepszej izolacji oraz wbudowanego przewodu uziemienia.

Odnośnie jeszcze obsługi. Trzeba być bardzo ostrożnym podczas wymiany wkładek, ponieważ ramię nie obciążone wkładką przy pracującej pompie (mającej pracować w sposób ciągły, toteż się o niej zapomina) łatwo może zostać zdmuchnięte z prowadnicy, o ile pomożemy temu lekkim nawet trąceniem. Co więcej, może spaść w razie trącenia przeciwwagi nawet gdy obciążone jest wkładką, nie ma bowiem żadnego przed tym zabezpieczenia – pomarańczowa osłona przeciwkurzowa leży luźno na dwóch wspornikach i sama w razie czego spada.

 

 

 

 

Tośmy wszystko poustawiali, wyregulowali płaszczyzny i obroty oraz podłączyli najlepsze dostępne elementy obsługi. Teraz co? Teraz jeszcze coś trzeba dodać odnośnie sytuacji. Gramofon jest bowiem produkcji japońskiej, a Japończycy faworyzują delikatne brzmienia – średnio biorąc mają do takich większą skłonność od pozostałych nacji. (Co prawdopodobnie wynika z ich większej wrażliwości na aspekty tonalne, szczególnie różnorodne w językach Dalekiego Wschodu.) Następstwem zakresy obciążenia japońskich wkładek w pozycji wypośrodkowanej między instruktażowym minimum a maksimum dają brzmienia za delikatnie dla europejskich uszu. Dlatego wybrałem cięższe – igła głaskała rowek z większym niż środkowy dociskiem. Dawało to bardziej wyrazisty, nie tak ezoteryczny obraz – większe nasycenie brzmieniowym smakiem i dramatyzm. Powodowało także lepsze ogniskowanie źródeł i większe zróżnicowanie na plany. Ale i tak japoński gramofon z japońską wkładką oferował brzmienie subtelne. Nie jakieś wydelikacone – takie przy zwiększonym nacisku nie było – ale z pewnością nie dosadne. Kładące mocniejszy akcent na wydobywanie subtelności i budowanie atmosfery niezwykłości poprzez piękno muzycznej substancji i brzmieniowy aromat, niż samo uderzanie dynamiką i forsownym atakiem. Od czego naszły mnie wspomnieniowe nawiązania: do słuchawek Sony MDR-R10 i aparatury TAD. W jednym i drugim przypadku szkoła realistyczna, ale zarazem epatująca niespotykaną subtelnością. Nadobność, ozdobniki, szyk, aura i aromat. Nawet brzmieniowe smecze nie pozbawione gracji, żadna sama brutalna siła i szybkie parcie naprzód. Do tego stopnia, że stała się rzecz niezwykła – żona to brzmienie pochwaliła. Muzycznie wykształcona i skrajnie wymagająca, zwykle jak już, to krytykuje. Tym razem sama nadstawiła uszu i wysłuchawszy kilku fraz pierwszy raz w odniesieniu do jakiejś aparatury wyraziła opinię: „szlachetne brzmienie”.

 

 

 

 

Rzeczywiście – szlachetne. I jednocześnie darzące czymś niezwykłym, mianowicie łatwością słuchania. Pomimo najwyższego poziomu. Co wcale nie jest oczywiste samo przez się, ba – zwykle zachodzi sytuacja odwrotna. Najwyższej miary realizm łatwym być wcale nie musi: harfa, gitara czy fortepian są bardzo łatwe albo łatwe, ale organy, instrumenty dęte, perkusyjne – do łatwych nie należą. Słuchane z bliska przytłaczają i szybko stają się męczące, o ile mamy choć śladową skłonność do refleksji i delikatne uszy. Tymczasem w wydaniu gramofonu CSPort takimi niemalże nie były. Dwa miały na to wpływ czynniki poza najbardziej oczywistym – że grało właśnie szlachetnie. Pierwszy, to dokładne odczytywanie płyt w sensie ich nagraniowej jakości. Wyjątkowo to się działo starannie, a że winylowych nagrań jednocześnie nowych i od A do Z analogowych jest mało, to i w płytowych kolekcjach przeważają archiwalne, mniej czy bardziej trącące myszką. Są wprawdzie też i stare wzorcowe, że nowe mogą pozazdrościć, jak choćby Rossini Overtures – Gamba, ale i one nie były w reprodukcji CSPort tak agresywne, że już po pierwszej uwerturze przesyt. Bardzo możliwe, iż w głównej mierze to zasługą topowej wkładki ZYX-a, lecz także w przypadku pozostałych wkładek, wśród których o połowę tańsza, ale też bardzo wybitna Ortofona, nie doświadczyłem agresji w stopniu skrajnie realistycznym. Co miało dodatkowo dwa wcielenia – mniej oraz bardziej łagodne. Nie będę o tym pisał szerzej, ponieważ to należy do recenzji docisku Synergistic Research MiG UEF Record Weight, ale słuchanie w obu oferowanych przez niego stylach nie było męczące a nęcące, pomimo iż tak bardzo (sic!) różne.

W całej krasie.

Nie chciałbym jednak by czytelnik wyniósł z tej recenzji wrażenie, że gramofon CSPort TAT2 to same subtelności, jakiś poskromiony realizm o mocno przytartych rogach. Nie, to dzieje się w inny sposób – od wyższych po całkiem już naturalne poziomy głośności realizm był całkowity. Specjalnie dużo słuchałem płyt sprzedających instrumenty dęte: Milesa Davisa, Johna Coltrane᾽a, Benny Goodmana, Stana Getza. Też orkiestr symfonicznych, w tym nie tylko wzmiankowanego Rossiniego z londyńczykami pod Gambą, ale też upiornego sopranowo Czajkowskiego z chicagowską Reinera. Także twardego rocka (Matallica, AC/DC, Iron Maiden) i kościelnych organów. A także bardzo „nasączonych” brzmieniową treścią instrumentów strunowych: skrzypiec Nathana Milsteina i violi da gamba Savalla. Wszystko to stuprocentowy realizm w sensie porywów dynamiki i właśnie stopnia nasączenia. W razie potrzeby przeszywający przestrzeń saksofonem i rozpiłowujący struny smyczkiem aż niemal po zerwanie. A jednak to działo się zarazem inaczej, niż kiedy zwykły gramofon. Także zwykły gramofonowy przedwzmacniacz i zwykła gramofonowa wkładka. Ozdobniej i nadobniej – każda nuta była misterną, nierzadko też wieloznaczną, każdorazowo pełniej i subtelniej wybrzmiewającą. Mieniła się ta muzyka, przechodziła więcej półtonów, była bardziej plastyczna i bardziej wielosmakowa. Wyrażając się po winiarsku: miała bogaty bukiet, i to bogactwo przyćmiewało taninową gorycz, dusiło ostrość alkoholu. Muzyka jest bowiem alkoholem i ma w sobie ostrość, ma też zapamiętanie. Można być pijanym muzyką bardziej niż alkoholem, ponieważ też nas opanowuje, a wolniej męczy i mniej otępia. (Mozart nawet przeciwnie.) Silniej pobudza przy tym wyobraźnię i na dużo dłuższym dystansie czasowym to potrafi podtrzymać, a kiedy brać ją od takiego toru, to zachowując walory psychologiczne jest jednocześnie szlachetnym trunkiem, który żona (nie biorąca do ust alkoholu) nazwała wprost – szlachetnym brzmieniem.

I w całym torze.

Pytanie padło w komentarzach, ile razy ten sto (!) razy droższy od chwalonego w niedawnej recenzji music halla topowy przedstawiciel gramofonów od średnio taniego jest lepszy. Ani raz, mogę odpowiedzieć, tak samo jak nie da się miarodajnie orzec, ile razy najlepsze czerwone wino z Biedronki jest gorsze od Château Margaux. Tego się nie da oszacowywać liczbowo, to kwestia czysto umowna. I dwie przy okazji krzyżujące się rzeczy: słuchając music halla możemy to samo niemal przeżyć, bo to też bardzo dobra muzyka. Mało nawet, niemal prawdziwa. Ale w wydaniu tego wiele razy droższego CSPort ma ona drugie, głębsze dno: więcej i szlachetniejszych smaków, lepiej wykreowaną przestrzeń i subtelniej dozowane niuanse. Można więcej i ciekawszych rzeczy usłyszeć – i znów nie pozostaje nic innego, jak udać się po naukę do andersenowskiej księżniczki. Jednych ziarenko pod poduszkami nie uwiera, dla innych stanowi problem. Tych drugich jest o wiele mniej i sam się do nich nie zaliczam. Bo jeśli mam apetyt na muzykę, to słuchał będę jej z zapałem też z music halla – nawet ze źródeł cyfrowych, choćby nawet i z Internetu. De facto tej ostatniej najwięcej słucham, co jednak nie oznacza, że każdej będę chciał. Jeżeli będzie szorstka, ostra lub dudniąca, to jej pomimo głodu podziękuję. Natomiast im jest szlachetniejsza, tym dłużej mogę słuchać i mocniej ją przeżywam. Od czego świat raczej nie mądrzeje, ale mnie jest na pewno przyjemniej.

Podsumowanie

   Tego rodzaju gramofony, i inne takie audiofilskie sprzęty, są wypadkową dwóch czynników stwórczych: na ile cenimy własną przyjemność oraz na jaki dla jej uzyskania wydatek możemy sobie pozwolić. Jedno i drugie dla większości ludzi jest trudno zrozumiałe, gdy rzecz zaczyna zawadzać o setki tysięcy, czasami o miliony. Szczególnie (o czym kiedyś obszernie pisałem w osobnych artykułach) jest to kontestowane właśnie w odniesieniu do sprzętu audio. Przeczytałem niedawno na pewnym audio-forum uwagę, że zamiast kupować drogie głośniki jej autor kupiłby sobie dużo tańsze, a za zaoszczędzone pieniądze nabyłby lepsze auto. Zakładając, że jakieś ma, gdyż teraz ma prawie każdy i inaczej nowe nie mogłoby być „lepsze”; także, że posiadane nie jest w stanie złomowym, bo takich prawie nie ma, można zadać pytanie: – Na co ci droższy samochód? Czy dalej nim zajedziesz? – nie, zwłaszcza że spali prawdopodobnie więcej. Wygodniej? – może trochę. Ale to przecież nic innego, jak wygoda dla twego dupska oraz mniej nieco skupienia poświęconego prowadzeniu. Bezpieczniej? Tak, to argument, ale w zderzeniu TIR-em i tak stoisz na straconej. Że będziesz innych wyprzedzał? Po co ci to? – aż takie masz wygłodniałe ego i nagromadzony resentyment? Będzie ładniejszy? Owszem, ale to prędko minie. Odnośnie aut – wyjątkowo prędko. A na części zamienne, ubezpieczenia i naprawy wydasz tyle, że audiofilizm blednie. Mimo to drogie samochody nie wywołują wzburzenia – ich właściciele spotykają się ze zrozumieniem, często nawet z uznaniem. I znam odpowiedź – dlaczego. Gdyż posiadanie drogiego auta to przyjemność bardziej na wynos – do obnoszenia się z nią po świecie i grania innym na nosie. A przede wszystkim bardziej trywialna. Bardziej smakuje głupim, a głupich jest po prostu więcej.

Wracając do opisywanego gramofonu. Nie jest do obnoszenia i wywyższania, stanowi bazę przyjemności w wymiarze czysto indywidualnym. Przyjemności do oddawania się w odosobnieniu i skupieniu. Pewnie, można go pokazywać gościom, chwalić się jego wagą, ceną. Ale nie o to chodziło twórcy, chodziło o muzykę. Ażeby zaistniała tylko ona – w oprawie ciszy i jak najdoskonalsza. Jedno i drugie się udało: gramofon jest rzeczywiście bezszumny i tworzy muzyczne piękno. Jak już mówiłem – nie takie uproszczone, walorem dynamiki i energii przysłaniające pewne braki, tylko wysmakowane, szlachetne, tą szlachetnością zwracające uwagę. Zatem jednocześnie dwie rzeczy – i dynamika z energią, i wysublimowanie. Czy czegoś innego należy oczekiwać od gramofonowego topu? Nie sądzę. Ale jest jeszcze jeden cukierek: to wyrafinowanie czyni nawet brutalnie trudne muzyczne chwile łatwiej przyswajalnymi, czyni nawet wyraźnie. Dłużej będzie można więc słuchać zwariowanego jazzu, dzikiego rocka i najwścieklejszych orkiestr.

 

W punktach

Zalety

  • Gramofonowy top.
  • A więc zaawansowany analog.
  • Wraz z nim najwyższe wyrafinowanie.
  • I najbliżej muzycznej prawdy.
  • Także maksimum energii w dźwięku i najpiękniejsza przestrzeń.
  • Żywi ludzie, prawdziwe instrumenty – najmniej umowności będzie potrzeba, ażeby to przywołać.
  • Oprawa ciszą – to się udało i to trzeba docenić.
  • Stopień wysmakowania tak wysoki, że w jawny sposób łagodzący dotkliwość dzikości muzycznej.
  • A jednocześnie realizm – realizm oczywisty.
  • Można stosować ramiona liniowe, najdoskonalsze technicznie.
  • Masywna bryła i osobna podstawa chronią przed wibracjami.
  • Jeszcze to potęgują talerz i ramię niesione przez poduszki pneumatyczne.
  • Brak sprzężenia zwrotnego – silnik skaluje obroty wzorcowym pulsatorem.
  • Kewlarowa, nierozciągalna nić napędu.
  • Stroboskop.
  • Bardzo wygodna obsługa.
  • Bezgłośna praca samego gramofonu (nie ma łożysk, bezgłośny silnik) i akustycznie zaizolowanej pompy.
  • Można montować trzy ramiona.
  • Dedykowany przedwzmacniacz.
  • Dedykowany demagnetyzer.
  • Stateczny, „technologiczny” wygląd w oprawie modnej szarości.
  • Made in Japan.
  • Polski dystrybutor.
  • Chciałbym taki gramofon mieć.
  • Zatem „Ryka approved”.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Bardzo drogi.
  • Ramię, pompa, podstawa, damagnetyzer też drogie i płacone oddzielnie.
  • Zajmuje dużo miejsca, więcej niż gramofon przeciętny.
  • Liniowe ramię nie jest zabezpieczone przed spadaniem i wymaga szczególnej ostrożności podczas wymiany wkładki.
  • Brak sprzężenia zwrotnego wymusza częstą korektę obrotów.
  • Talerz się długo rozpędza.
  • Brak maty na nim nie wydaje się najlepszym pomysłem.
  • Oryginalny docisk płyty trzeba zastąpić lepszym.
  • Podobnie przewód od ramienia.
  • Wypoziomowanie wymaga użycia klucza.

 

Dane techniczne CSPort TAT2:

  • Rodzaj urządzenia: gramofon.
  • Producent: CSPort.
  • Model: TAT2.
  • Silnik: bezszczotkowy, bez sprzężenia zwrotnego, wyciszony, bezwibracyjny XDF.
  • Napęd: paskowy (wrzecionowy).
  • Pasek: Kevlar (czterowarstwowa sieć z włókien aramidowych).
  • Wahania prędkości obrotowej: ± 0,3%.
  • Kołysanie pionowe: poniżej 0,2%.
  • Trzepotanie poziome: poniżej 0,04%.
  • Zawieszenie: pneumatyczne.
  • Realizacja pneumatyki: supercicha pompa powietrza POU1 z podwójną hermetyzacją. (Sprzedawana oddzielnie.)
  • Montaż ramienia: kątowy lub liniowy.
  • Ramiona: maksymalnie trzy, kupowane oddzielnie.
  • Masa plinty (granit JIS0): 19 kg.
  • Masa talerza (nierdzewna stal): 17 kg.
  • Masa docisku płyty (aluminium): 2,4 kg.
  • Masa dodatkowej podstawy granitowej (opcja): LPB1 30 kg lub LPB2 21 kg.
  • Obsługa: podświetlane przyciski. (start/stop, wybór i regulacja prędkości talerza.)
  • Stroboskop: tak.
  • Wbudowany przedwzmacniacz: nie.
  • Automatyka: brak.
  • Wyjście audio: 1 x RCA z uziemieniem.
  • Dodatkowe uziemienie: tak.
  • Zasilanie: AC 100/120/200/240V;  50/60Hz.
  • Zasilacz: zintegrowany, impulsowy, bezszumny, z filtrem analogowym.
  • Pobór energii: 40 W.
  • Wymiary (bez dodatkowej podstawy): 440 x 128 x 320 mm.
  • Wyposażenie standardowe: docisk, kabel zasilający, dwa paski napędowe, przewód powietrza ø4,
  • mocowanie jednego ramienia (typ zależny od wyboru klienta).
  • Okres gwarancyjny: 5 lat.

 

Ceny:

  • nieuzbrojony gramofon TAT2 – 170 000 PLN
  • ramię AFU1-2 z osłoną i przewodem pneumatycznym – 97 000 PLN
  • pompa POU – 15 000 PLN
  • podstawa LPB2 – 4500 PLN
  • demagnetyzer/jonizator IME1: 6000 PLN

 

System:

  • Źródło: CSPort TAT2.
  • Wkładki: Ortofon Cadenza Black, ZYX Ultimate DYNAMIC.
  • Kabel ramię-przedwzmacniacz: Siltechem Signature Avondale II.
  • Docisk płyty: Synergistic Research MiG UEF Record Weight.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Ayon Spheris Phono.
  • Przedwzmacniacz/wzmacniacz słuchawkowy: ASL Twin-Head Mark III.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis), HEDDphone (kabel Sulek), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali Client Evo 3.15.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Interkonekty: Acoustic Zen Absolute Cooper, Sulek Audio & Sulek 6×9, Siltech Royal Crown, Tara Labs Air 1.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Shunyata Sigma NR, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Solid Tech „Disc of Silence”, Synergistic Research MiG SX.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

5 komentarzy w “Recenzja: CSPort TAT2

  1. Marcin pisze:

    No, w końcu jakiś porządny sprzęt na który mogę sobie pozwolić. Nie rozumiem tylko czemu producent podaje cenę w starych polskich złotych? 🙂

  2. Sławek pisze:

    W starych polskich złotych, to po przeliczeniu na nowe PLN wychodzi 30 zł.
    Jak by nawet taki gramofon istniał to musiałby to być superbubel, szkoda płyt…

  3. Sławomir S. pisze:

    Płyta nośna jest granitowa czy marmurowa? Padają tu chyba równolegle te dwa określenia.
    Czyżby nie było żadnych eksperymentów z podstawkami antywibracyjnymi w tym przypadku?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ściśle biorąc jest z jakiegoś specjalnie spajanego kruszywa, którego polska nazwa ani odpowiednik nie istnieje. Tak mi wyjaśniał dystrybutor.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Po tygodniach goryczy, ciągnących się od połowy lipca, we wtorek powinno nadejść słuchawkowe wynagrodzenie. Ciekawe to będą słuchawki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy