Recenzja: Circle Labs A200

   To wyżej, to nazwa zintegrowanego wzmacniacza – kolejnego po EAR V12 i HEED Lagrange stającego w szranki lepszości. Tym razem nie angielskiego ani węgierskiego, tylko polskiego, z Krakowa. Czy taki nie powinien nazywać się „Krakowiak”, „Lajkonik” albo „Wawel”? Bądź, dajmy na to – „Zygmunt”,  na cześć potężnego władcy i jego wielkiego dzwonu? Ale to widać zbyt pospolite, kto takie coś by kupił?

Wraz z tą konstatacją doszliśmy do znaczenia łaciny współczesności. Co nie nazywa się po angielsku, nie może być światowe, uczone ani ważne, tym bardziej nowatorskie – godne zaciekawienia i nabycia. Kilka nie tak zestawionych liter, zaraz spadek do niższej ligi. A tacy niby wszyscy liberalni, uświadomieni, otwarci …

No nic – dostaliśmy w tytule krakowskie laboratorium; laboratorium zakręcone w kółko i zakręcone po angielsku, a zatem zakręcone słusznie. Firmę do niedawna audiofilom nieznaną, bowiem na audiofilskim rynku nieobecną. Firmę, która już teraz mnie nie lubi, gdyż tak nieładnie z nią zacząłem. Lecz finisz ponoć ważniejszy od startu, to może odwróconym cyrkla ruchem jeszcze coś uda się odkręcić?

Niezwłocznie zacznijmy to odkręcanie, i na początek odkręćmy owo niedawne nieistnienie na audiofilskim rynku. Bo okazuje się, że:

Produkty audio oznaczone marką Circle Labs to efekt 25 lat pasji i badań nad amplifikacją doskonałą, wynikającą z potrzeby stworzenia urządzeń oddających piękno muzyki – harmonijnych w brzmieniu, a jednocześnie eleganckich i wyrafinowanych w formie.

Sprzęt audio od zawsze był przedmiotem zainteresowań konstruktora Krzysztofa Wilczyńskiego, którego firma Circle Labs przez lata zajmowała się czymś innym, prowadząc działalność na obszarze projektowania i produkcji specjalistycznych urządzeń do badań naukowych z dziedziny mikrobiologii. Aparaturę z jej nazwą można odnaleźć w czołowych ośrodkach badawczych krajowych i światowych.

W 2019 roku rozwijana równolegle na zapleczu autorska technologia Circle Power z dziedziny wzmacniania dźwięku przyciągnęła uwagę jednego z czołowych polskich wytwórców sprzętu Hi-End, co zaowocowało opracowaniem referencyjnych monobloków.

Tak doszło do dynamicznego rozwoju firmy na audiofilskim obszarze i jej finalnej oferty dla szerokiego grona odbiorców.

A w takim razie długie doświadczenie i profesjonalna, ba – naukowa nawet branża, a nie krótkie pomysły spod pierwszej lepszej strzechy. Gdy zaś chodzi o tego „jednego z czołowych polskich producentów”, to mowa o Łukaszu Fikusie i jego marce Lampizator. To rzeczywiście jeden z lepiej rozpoznawanych w świecie polskich producentów aparatury audio, znany zwłaszcza za Oceanem. Jak ja lubiący duże triody od niemiecko-czeskiego Emission Labs, na ostatnim odbytym AVS prezentujący swą elektronikę z monitorami studyjnymi Svedy. (Znakomicie grało.)

Odkręćmy następne koło. Za obwodem elektronicznym wzmacniacza stoi już wymieniona osoba Krzysztofa Wilczyńskiego, który zainteresowania elektroniką audio wywiódł z bycia gitarzystą rockowym, tym samym użytkownikiem gitarowych wzmacniaczy. Wzmacniacz taki dla siebie kiedyś stworzył, kwestię wzmacniania dźwięku od tamtej pory dalej zgłębiał. Pan Krzysztof konsultuje swe pomysły z inżynierem Jackiem Kopczyńskim, adiunktem Politechniki Krakowskiej, a przyobleczenie ich w piękną powierzchowność powierza trzeciej osobie w Circle Labs – przyjacielowi Krzysztofowi Lichoniowi, designerowi i specjaliście branży promocyjnej. Tym samy okrąg Circle Labs wpisał się w postaciowy kwadrat: Wilczyński, Kopczyński, Lichoń, Fikus.

Dorzućmy następny piruet. Wzmacniacz A200 wielokrotnie był już prezentowany audiofilom i kilka razy oceniany przez krytyków. Wszystkie pokazy i recenzje wypadły bardzo dobrze – same pochwały i nagrody.

To jeszcze jedno kółko. Dystrybutorem marki Circle Labs na Polskę jest krakowska firma Nautilus, bardzo w ten projekt zaangażowana nie tylko sprzedażowo, także emocjonalnie. Ze szczerym przekonaniem namawiają do posłuchania i pewni są jak nigdy prawie, że będzie się podobać.

Dorzućmy kółko spoza granic. Wzmacniacz ma też dystrybutorów zagranicznych – na Anglię, Hiszpanię, Portugalię i Stany Zjednoczone. Tam także był prezentowany i też się bardzo podobał.

Na koniec piruet odkręcający od siebie. Jak śmiem krytykować innych za angielszczyznę w nazwie – ja, który własny portal nazwałem HiFiPhilosophy?

Wygląd, stan posiadania, cena

Circle Labs A200.

   Wzmacniacz kosztuje trzydzieści tysięcy i waży dwadzieścia kilo. Wypada półtora tysiąca za kilogram – więc drożej niż za HEED Lagrange, lecz taniej niż za EAR V12. Z dwudziestu tych kilogramów udaje się wygenerować dwieście watów energii przy czterech, i sto przy ośmiu omach, a zatem mocy nie brak.

Opisując architekturę obwodów zacząć należy od stwierdzenia, iż mamy do czynienia z układem dual-mono. W tych ramach twórcy sygnalizują purystyczny obwód wejściowy w oparciu o pojedynczą w kanale lampę, jeden obsługujący ją rezystor i jeden kondensator. Lampy to triody Simens NOS z rodziny ECC88, umyślnie tak wybrane, by miały nietypowe prądy bazowe (ECC8100), dzięki czemu zapas szczytowej klasy szklanych baniek ze złotych czasów ich produkcji udało się zgromadzić nie płacąc za sztukę kroci. (Dla porównania klasyczne Simens & Halske CCa w moim przedwzmacniaczu  to przeszło $700 za parę.) Podobnie nie byle jakie są rezystor i kondensator. Także dobrano je z rozmysłem, tym razem drogą eksperymentalną. Metodą próbnych odsłuchów wyselekcjonowano rezystory Vishaj i polipropylenowe kondensatory Miflex, jako zdecydowanie najlepsze na tych pozycjach z szerokiej gamy wypróbowanych. Przedwzmacniacz posiada własne, odgrodzone miedzianymi osłonami od lamp osobne dla każdej zasilacze na bazie niewielkich toroidów EI, a regulację siły głosu powierzono 63-stopniowwej drabince rezystancji od warszawskiego Khozmo Acoustic. Pracują w niej rezystory o tolerancji 0,1%, jest zatem optymalna i w odróżnieniu do potencjometrów ślizgowych nie będzie z czasem działać gorzej.

Skoro stopień wejściowy, więc wejścia. Te są cztery – trzy pary gniazd RCA i jedna XLR. Wybór jedynie poprzez podświetlaną gałkę na panelu przednim, brak obsługi tej funkcji pilotem. Uzupełnieniem pojedyncze wyjście parą gniazd RCA z przeznaczeniem dla potencjalnego subwoofera. Też oczywiście przyłącza głośnikowe – po jednej parze zacisków WBT Nextgen™ dla każdego kanału; brak więc możliwości bi-wiringu i brak osobnych wyjść dla różnych oporności. Brak także wsparcia ustawiającym tę oporność regulatorem, jako następstwo automatycznego dopasowywania się tranzystorów wyjściowych do oporności kolumn, którym to upraszczającym udogodnieniem nie dysponują wzmacniacze lampowe. Punktem krytycznym i zarazem startowym wyposażenia panelu tylnego tradycyjne gniazdo prądowe i obok zapadkowy włącznik, po użyciu którego opuszczenie stanu oczekiwania realizuje przycisk na przodzie pokrywy górnej, wpasowany w elegancki motyw ozdobny ze szczotkowanego mosiądzu. Do kwestii związanych z aparycją dojdziemy za momencik, dokończmy spraw technicznych.

Czyli masywny wygląd.

Dual mono obwody na obszarze sekcji wzmocnienia to architektura push-pull. Tam kolejne dwa zasilacze, tym razem jako duże toroidy umieszczone jeden na drugim, pochodzące od tak samo jak Khozmo polskiej wytwórni Poltrafo. Wsparciem dla nich po cztery dołączone do każdego potężne kondensatory Kemet o łącznej pojemności 200 000 µF. Samo wzmocnienie realizują na etapie finalnym wysokoprądowe tranzystory bipolarne Sanken, zapewniające strumień energii o natężeniu 17 A, w zupełności wystarczający do osiągania mocy 200W/4Ω w kanale.

Odnośnie spraw użytkowych: wzmacniacz ciągnie ze ściany maksymalnie do 600 W, wraz z czym nabierając stopniowo temperatury, by ostatecznie, po wielu godzinach, rozgrzać się dość znacząco. Wyposażono go więc w duże radiatory zewnętrzne, zajmujące całe powierzchnie ścianek bocznych.

Wraz z tymi powierzchniami na dobre wychodzimy na powierzchnię, by skonstatować, że łączący te boki od wierzchu panel okrywowy wykonano z grubego aluminium i ozdobiono pasami w łuk układających się kratek wentylacyjnych, co efektownie wygląda, tak z lekka w stylu retro. Szyku jeszcze dodaje wspomniana wstawka ozdobna na przełamaniu wierzchu z przodem, jako przyciągający spojrzenia akcent złocistości na wielkiej czarnej bryle.

Twórcy najbardziej dumni są z faktu, że panel frontu to nie akryl ani inne sztuczne tworzywo, a gruba na osiemnaście milimetrów tafla szkła. Jako że szkło się nie starzeje, nie rysuje, nie blaknie. Poza tym już od startu prezentuje się lepiej oraz wnosi oryginalność. Na szklanej tafli o wymiarach 430 na 158 mm panuje zamierzona prostota: po obu stronach pojedyncze pokrętła i między nimi wyświetlacz. Lewe to wspomniany wybierak źródeł – czteropozycyjny i podświetlany. Prawe gładko chodzący potencjometr, sprzężony z wyświetlaczem. Ten to tylko dwie liczby wyświetlane dużymi pikselami, na skali od 00 do 99 oznajmiające poziom wzmocnienia. Każde przejście dół/góra komunikuje stuknięcie rezystancji, ale w praktyce to nie pokrętłem, a najczęściej pilotem regulować będziemy głośność.

Pilot czarny, aluminiowy i przyjemnie mający wagę. Poza realizowaną dwoma przyciskami obsługą głośności i osobnym funkcję wyciszenia, oferuje czwartym, ostatnim, czteropoziomową regulację jasności wyświetlacza i całkowite jego zgaszenie – jednoprzyciskowo, w konwejerze.

Solidne chłodzenie.

Całościowa forma zewnętrzna to osobny rozdział: jest kunsztowna, opracowywał ją plastyk. Przydane jej proporcje rodzą zaufanie poczuciem masy, ozdobniki wzniecają radość. Szklany panel prócz podświetlanych gałek ze złoceniami zdobi będący tłem wyświetlacza motyw fali dźwiękowej, a u samej góry i dołu wykonują zdobniczą robotę niewielkie wstawki szczotkowanego mosiądzu – na wzmiankowanej już górnej wygrawerowano napis CIRCLE LABS. Komplet złocistych ozdobników uzupełniają złociste walce nóżek, a gamę obrazową napis „A200 stereo amplifier” pod wyświetlaczem i logo firmy w prawym dolnym rogu.

 

Odsłuch

Wyrafinowana stylistyka.

   Wystartujmy od didaskaliów. Posłuchałem przez chwilę Circle Labs A200 stojącego na własnych nogach i porównałem to ze staniem na podkładkach Avatar Audio Receptor 1. Na podkładkach ciupinkę lepiej – większa finezja, ładniejsze podtrzymanie, o włos, ale zauważalnie więcej różnorodności. Zostawiłem więc na podkładkach. Następnie porównałem wejście symetryczne z niesymetrycznym – i po symetrycznym tak samo odrobinę, ale lepiej. Obrazowanie bardziej harmonijne, troszeczkę lepsze wydobywanie z tła i wyraźniejsze rzeczy drobne. Co wszystko razem dość istotne, ale mniej ważne od innego. Wzmacniacz dotarł jako wygrzany i w sumie bardzo mi się spodobał, ale z jednym wyjątkiem. Przy wysokich poziomach głośności za bardzo dawała znać o sobie ekspansywność niskich rejestrów i, co gorsza, powodowały one nieznaczne lecz zauważalne pasożytnicze wzbudzenia, tak jakby kubatura głośników była za mała dla jego mocy. Prócz tego nie do końca układały się te niskie w harmonicznie poprawną całość, jakby jechały wyboistą drogą. Ogólnie grało świetnie, ale muzyczny obraz z jednym nieidealnym fragmentem.

Zastanowiło mnie to i przyszło mi do głowy, że może te 200 W normalizowanych automatycznie przez tranzystory stopnia wyjścia to faktycznie za dużo dla moich Audioformów. Ale kolumny czterodrożne, membrany wooferów spore, litraż także niemały, a moc samych kolumn trzysta watów przy dopuszczalnej u wzmacniacza pięćset. Poza tym nigdy wcześniej … Lecz może to coś innego? Może za szybko do słuchania się wziąłem? Przedtem słuchałem własnego wzmocnienia dzielonego – i nie ma zmiłuj, lampy zyskują właściwe sobie brzmieniowe piękno dopiero po trzech godzinach bycia pod prądem, a dokładniej po trzech i kwadransie. (Może u innych prędzej, ale u mnie w gniazdkach 240V, co oznacza brutalizację brzmienia.) Odczekałem więc dodatkową godzinę, i lampy Simensa w przedwzmacniaczu Circle Labs też weszły w wyższe obroty, tak samo po trzech godzinach i kwadransie. Te wyższe oznaczały szumniejsze tło i więcej dziania za pierwszym planem oraz ładniejsze postrzępienie dźwiękowych krawędzi (co bardzo sobie cenię) oraz lepszą trójwymiarowość. Ogólnie cenny przeskok na wyższy poziom jakościowy i przy okazji spadek tego, co wcześniej mnie drażniło. Niemniej ślad harmonicznej nieukładności basu nie został usunięty.

Można było szukać poprawy w najlepszym do dyspozycji kablu zasilającym, ale ten już pracował w odtwarzaczu. Postanowiłem zatem wpierw uciec się do płyty formującej Harmoniksa.

– Mówiłem wam już o tej płycie? – No dobrze, żartowałem.

Ponownie się przydała, skasowała te zniekształcenia. Skasowała do czysta, ślad najmniejszy nie został. Czy były one z mojej winy, jako potencjalne niedopasowanie do tych akurat kolumn, lub za wysokie może napięcie w gniazdku, albo za mało czasu na zgranie się systemu, czy brak dostatecznej antywibracji pod kolumnami, które nie stały na kolcach ani antywibracyjnych platformach, tylko na firmowych półkulach z dodatkiem podkładek Acoustic Revive? A może jeszcze coś innego, co mi nie przyszło prędko do głowy? Na przykład za mało miejsca z boku? Albo gdyby wzmacniacz miał regulator impedancji, takie coś by nie zaistniało? – Nie wiem i nie dojdziemy do tego, tym bardziej, że nie ma takiej potrzeby. Płyta za trzysta złotych okazała się stuprocentowym rozwiązaniem, wraz z jej użyciem bas doskonale się uformował.

 

 

 

 

 

Możemy zatem przejść do opisu postaci brzmienia, a było ono niemal identyczne jak to z mojego wzmacniacza. O śladzik tylko twardsze i śladzik bardziej naprężone, które to naprężenie i twardość płyta Harmoniksa też prawie całkiem skasowała. Efektem stan, w którym musiałbym się porządnie wysilać, by w ślepym teście zgadnąć, które pracuje wzmocnienie. Co niepoślednio dziwne, jako że mój dzielony wzmacniacz to bardzo rozbudowany przedwzmacniacz i hybrydowa lecz purystyczna końcówka mocy, czyli odwrotny układ niż w Circle Labs i sumarycznie dwanaście lamp w miejsce dwóch. Mimo to takie podobieństwo! Dalece inna sytuacja niż przy wzmacniaczu EAR V12, który miał inną stylistykę, podobna natomiast do tej z HEED Lagrange, tyle że wyższy całościowo poziom i większy nacisk na piękno oraz wyrafinowaną różnorodność formy, a mniejszy na podkręcanie klimatu.

Z niewielką dozą uproszczenia można powiedzieć, że Circle Labs A200 wstrzelił się stylistycznie pomiędzy EAR V12 a HEED Lagrange.

– EAR to przede wszystkim konstruktywizm. Obnażenie architektury dźwięków i doskonała widoczność ich zanalizowanych złożeń. Mistrzowska analiza i mistrzowska synteza, natomiast brak umilania nastroju – ciepła, dosładzania, przyjaznego światła, łaszenia. To piękno jako czysty wariant, realizm wyzwolony z romantycznych zakusów i prób uczynienia go oswojonym. Piękny dzikością dzikiego zwierza, a nie miły merdaniem ogonem. A wszystko na szczytowym poziomie, zapierającym dech.

Także odnośnie pokrywy wierzchniej.

– Flagowy HEED także technicznie zaawansowany, choć nie aż tak szczytowo; podkręcający swój realizm gorącą atmosferą, poprawiającym nastrój miłym dla patrzącego oświetleniem i temperamentną żywością dźwięku. Dźwięku nie tak analitycznie odsłoniętego i konstruktywistycznie po analizie poskładanego w perfekcyjnie działający organizm, ale żywością i zaangażowaniem świetnie działający na sensorium słuchacza. Mniejszy podziw, ale dużo radości i też niemały szacunek, bo tak udanych integr jak na lekarstwo, a już zwłaszcza w takich pieniądzach.

– Circle Labs A200 to analogiczny poziom jakościowy jak u EAR i taki sam szacunek dla technicznych osiągnięć; ten wzmacniacz po dopieszczeniu otoczeniem i zadbaniu o odpowiedni rozruch lamp[1] zaprezentował styl mniej konstruktywistyczny niż EAR i mniej podkręcony nastrojowo niż HEED; tak samo jak Twin-Head z Croftem dbający przede wszystkim o piękno. Majestatyczne piękno frazy, ukazującej w całym rozwinięciu złożoną z mnóstwa czynników architekturę, i jednocześnie nastrojowość na całym spektrum między radością a smutkiem. Nie zatem głównie radość, a czasem obojętność lub smutek, tylko wyzerowana skala nastrojowa, choć oczywiście słuchacz cały czas w radosnym uniesieniu, że tak dobrego toru słucha.

Nie będę grzebał do samego spodu, jakie różnice pomiędzy moim wzmacniaczem dzielonym a Circle Labs A200, bo mój to sprawa unikalna – nie ma czegoś takiego na rynku. (Raz – nieprodukowany, dwa – całkiem przerobiony.) Ale pomijając drobne różnice analogia bardzo wysoka. Wyrafinowanie, dynamika, temperatura brzmieniowej materii i temperatura światła, faktura dotykowa, podejście do emocji i wrażenia ogólne. Podobnie całkowita otwartość i transparencja z elementami ciśnienia, taka sama potęga, a nawet identyczny sposób konstruowania sceny. Aż mnie to rozśmieszyło, kiedy za analizę scenerii się wziąłem i okazała tak podobna. Wielkość obszaru, wysokość linii horyzontu, ulokowanie pierwszego planu i jego relacje z dalszymi – to wszystko niemal identyczne. Identyczna także szerokość, trochę jedynie mniejsza głębokość i identyczna stereofonia, jako niemalże takie samo operowanie jej kanałami.

Pełny zasób przyłączy.

Długa, trwająca dwa wieczory wędrówka przez testowe nagrania potwierdziła wspaniałą trójwymiarowość i dźwięczność, doskonałe panowanie nad pogłosami, ostrością, sybilantami i wszelkimi krzykami, piękną szumność, majestatyczną głębię i bogatą paletę nasyconych kolorów na powierzchniach masywnych dźwięków, przechodzących w podświetloną transparentność na kruchych i delikatnych. Pełne spektrum emocjonalne i pełne jakościowe, wszelkie należne ozdobniki, łącznie z bogatym dzianiem się wibracji w dźwiękowym cieniu, szumnością, żywością medium i różnorodnymi chropawościami na gładkim, analogowym płynięciu. Zupełny z tego wszystkiego brak problemów w odniesieniu do wszelkich gatunków muzycznych oraz jakości nagraniowych. Odtwarzacz Metronome od siebie dodał, że odejście od SACD to regres aranżacji scenicznych i spadek szlachetności dźwięku, szczególnie dotyczący jakości brzmieniowego dotyku. (Faktury, miąższość, przyjemność ocierania.) Nieroztropnie zatem postąpią ci, którzy kupując teraz nowy odtwarzacz nie wezmą tego pod uwagę.[2]

Pospołu z EAR V12 dał Circle Labs surową lekcję szacunku dla wzmacniaczy zintegrowanych; lekcję jakiej nie udzieliły podobnie kosztujący Accuphase i trzy razy niemal droższy Gryphon. Tak samo i Circle Labs dźwięk pokazał kompletny, nie brak w nim było ani jednego elementu high-endowej układanki. Nie do tego stopnia dźwięk ten brutalnie był szczery jak u EAR, czy u szczytowej elektroniki dzielonej od Marka Levinsona, nie był też tak czarujący holografią i aromatem brzmieniowym w aurze baśniowej niezwykłości, jak to się dzieje u radykalnie droższego dzielonego TAD. Nie tak też był lampowy, jak popisowe kombinacje wzmacniające Jadis czy Destination Audio, ale kompletny i znakomity w wytrawnie realistycznej konwencji, popartej pełną gamą ozdobników i smaków.

High-end na cały dom.

A w takim razie prosta droga do sukcesu. Cena z góry wiadoma – nie trzeba szukać lepszych lamp, takowe nie istnieją. Kablem zasilającym można z lekka przeprofilować charakter – sam w tego ramach Acoustic Zen Gargantuą wspierałem drapieżność, a Sulkiem 9×9 analogowość, elegancję i głębię. O reszcie toru nie ma co mówić, to sprawy wszystkim znane. Podstawki Synergistic Research MiG SX albo pneumatyczna platforma od Acoustic Revive pewnie coś jeszcze dorzuciłyby do jakości, interkonekty trzeba wybrać pełno brzmiące i symetryczne, a źródło, kable głośnikowe i kolumny jak najlepsze. A czy wolicie styl EAR V12, czy Circle Labs A200, to już sami musicie wiedzieć. Nie są zresztą zupełnie różne, ale i nie tożsame. To różne ścieżki realizmu.

[1] Producent pozwala go trzymać pod prądem cały czas; lampy są bardzo długowieczne, a przy wymianie niedrogie i od startu z pełną jakością.                 

[2] Złożenie SACD do grobu było w moim odczuciu idiotycznym pociągnięciem z gatunku cwaniactwem dyktowanych umizgów do audialnych głąbów.

Podsumowując

   Wzmacniacz jest luksusowy i wyglądowo, i brzmieniowo. Nie ma najmniejszych obaw, że wizytując kolegę audiofila lub wędrując po AVS trafimy na prezentujący się lepiej. No chyba, że ktoś woli widok odsłoniętych lamp, ale to kwestia gustu, a nie estetyki jako takiej. To samo tyczy brzmienia. Są oczywiście liczne droższe i wiele różnych stylistycznie, ale uzupełniony szczytowej klasy źródłem i dobrze zaopiekowany resztą toru oraz antywibracją rodzimy Circle Labs A200 daje tę postać brzmienia, w której spełniasz się całkowicie. Jak wcześniej napisałem: mamy tu wszystkie części układanki, z której powstaje high-endowy zamek dźwięków. Nie taki trochę high-endowy, tylko high-endowy centralnie.

Uczyńmy dygresyjkę. W czasach bardzo zamierzchłych, kiedy nie było jeszcze Internetu, a nawet telewizji kolorowej, ludzie zajmowali się tak zapomnianymi dziś rzeczami, jak czytanie książek, granie w bridża i szachy, chodzenie na ryby i rozmyślanie. Prócz tego za wszystkim stali w ogonkach i gnietli się w komunikacji zbiorowej, ale to insza inszość, mnie chodzi o nie tą sprawę. Pośród tych zajmujących się zapomnianymi dziś rzeczami byli dosyć liczni tacy, którzy w zaciszu krakowskich domostw z kartonu i kolorowej folii, czasem z dodatkiem elektrycznych silniczków, robili – nieraz długimi laty jedną –  krakowskie szopki. Te szopki i dziś robią, ale podupadło rzemiosło. Podupadło tak samo jak choćby pianistyka; kudy dzisiejszym pianistom do mistrzów sprzed lat kilkudziesięciu, stu.

W tamtych czasach wystawa krakowskich szopek to było spore wydarzenie, a pośród setek prezentowanych wybijało się kilka najkunsztowniejszych. Z miejsca rzucały się w oczy większą maestrią wykonania: dbałością o każdy z licznych detali, lepszą harmonizacją całości, bogatszą ornamentyką i kolorystyką. I wzmacniacz Circle Labs A200 ma w sobie tamtą cechę wybicia – wyróżnia się na tle innych. Słuchając go spełniasz się oglądowo i słuchowo, o ile sam spełnisz jego wymagania – ale te są zwyczajne, każdy wzmacniacz ma takie. Niezwyczajne jest tylko to, co w efekcie usłyszysz. Dlatego go rekomenduję. – Co, tak nawiasem, nie jest specjalnie ważne, bo i tak się świetnie sprzedaje. Recenzje już nie są mu potrzebne, producent aż się nie wyrabia z realizacją zleceń. A dystrybutor zamówił recenzję najpewniej z poczucia obowiązku, żeby nikt się nie czepiał, że siedzi z założonymi rękami. Ale mnie i tak przyjemnie było bawić się wstępnie w ustawienia, a potem sobie słuchać. I dwa z tego słuchania główne wnioski: pełne spektrum brzmieniowe o pełnym wyrafinowaniu oraz styl dający łatwą przyjemność długich odsłuchów, wolny od szybkiego męczenia. Relacja cena/jakość wychodzi z tego świetna, bo alternatywne wzmacniacze dzielone, to sami wiecie jak kosztują. Tym samym trzecia integra z rzędu jako trafienie w dziesiątkę, więc przyjdzie chyba przyznać, że w odróżnieniu od pianistyki i szopek inżynieria wzmacniaczy dokonała postępu.

 

W punktach

Zalety

  • Integra na poziomie wzmacniaczy dzielonych.
  • Hybrydowa konstrukcja zapewnia hybrydowy styl – trochę lampowy, trochę tranzystorowy.
  • Od tranzystorów duża moc.
  • Dynamika.
  • Szybkość narastania i szybkie taktowanie.
  • Wyraziste obrazowanie.
  • Mocne krawędziowanie.
  • Od lamp klimatyczne światło.
  • Poezja w każdej frazie i poetyka całościowa.
  • Niewielkie ocieplenie.
  • Gorąca atmosfera muzycznego zapamiętania.
  • Znakomite wżywanie się w muzykę i pełna gama emocji.
  • Pospołu z lamp i tranzystorów przenikliwość harmoniczna.
  • Doskonałe omijanie zniekształceń.
  • Dobrze wyskalowana pogłosowość.
  • Pełna rozwartość pasma.
  • Całościowy porządek sceniczny i brzmieniowy.
  • Pokazowa stereofonia z dużą precyzją lokalizacji źródeł.
  • Wysokiej klasy holografia.
  • Całościowe wyrażenie brzmieniowego przepychu.
  • Całościowe wrażenie muzycznego spełnienia.
  • Tego rodzaju najwyższy poziom akustyczny nie naraża słuchacza na szybkie zmęczenie.
  • W wymiarze konstrukcyjnym duża moc.
  • Dual mono.
  • Można podpinać symetrycznie.
  • Wyjście dla subwoofera.
  • Wyróżniająca się, wyrafinowana powierzchowność.
  • A jednocześnie miły widok masywnego kloca.
  • Przyjemna obsługa ergonomicznym pilotem.
  • Można wygasić podświetlenie.
  • Obsługa siły głosu drabinką rezystancji.
  • Najwyższej klasy lampy są niemal wiecznotrwałe, a ich wymiana mało kosztuje.
  • Dzięki czemu wzmacniacz może stać cały czas pod prądem, co jeszcze podnosi jego jakość.
  • Najwyższej klasy surowce i selekcjonowane podzespoły.
  • Świetnie odebrany przez rynek. (Też międzynarodowy.)
  • Świetnie odebrany przez recenzentów i wielokrotnie nagradzany.
  • Made in Poland.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Preferuje kolumny o dużym litrażu. (Dla mniejszych wersja A100.)
  • Na specjalistycznych antywibratorach grał będzie ciutkę lepiej.
  • Dość wysoka temperatura pracy i sporo prądu ciągnie ze ściany, ale wzmacniacze już tak mają.
  • Nominalnie to klasa AB, ale praktycznie klasa A. (Dlatego tak się rozgrzewa.)
  • Styl brzmienia można znacznie zmieniać nie tylko poprzez źródło, ale też kablem zasilającym.
  • Gra minimalnie lepiej z interkonektem symetrycznym. (Pomijając rzecz jasna gramofony.)

 

Dane techniczne Circle Labs A200:

  • Typ urządzenia: wzmacniacz zintegrowany
  • Moc wyjściowa (RMS) 100W/8Ω, 200W/4Ω
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 130 kHz (- 3dB)
  • Czułość wejściowa: 0.9V (pełna moc)
  • Wzmocnienie: 34 dB
  • Impedancja wejściowa: 25 kΩ
  • Impedancja wyjściowa: 0,016 Ω
  • Współczynnik tłumienia (dla 8Ω): 500
  • Wymiary 430 x 360 x 180 mm
  • Waga 20 kg
  • Cena: 29 990 PLN

 

System:

  • Źródła: Cayin Soft Fog V2, Metronome AQWO SACD/CD.
  • Wzmacniacz zintegrowany Circle Labs A200.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Audioform 304.
  • Interkonekty: Sulek Edia & Sulek 6×9, Tara Labs Air 1, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One,
  • Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
  • Ustroje akustyczne: Audioform.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

13 komentarzy w “Recenzja: Circle Labs A200

  1. Sławek pisze:

    No i szacunek, Polak potrafi! A jak już o krakowskich producentach mowa to czy miał Pan słuchać i jeśli tak to jak wypadło porównanie do DiValdi WZMACNIACZ ZINTEGROWANY INT-02? Cena prawie taka sama, brak lamp ,ale jest wydaje się nielicha część cyfrowa – DAC z AES na przykład.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Od Divaldi słuchałem dawno temu wzmacniacz dzielony i spisywał się znakomicie. Zintegrowanego też słuchałem, ale dorywczo i poza domem. Gdyby chcieli, test oczywiście może powstać.

  2. Pawcio pisze:

    Ciekawe czy tor wzmacniacza jest zbalansowany. Brak takiej informacji na stronie producenta. Jeśli konstrukcja niezbalansowana to rozumiem, że większe zniekształcenia przez konwersję sygnału z portów XLR bardziej podobały się recenzentowi, chyba że przy wyższym napięciu na zbalansowanym interkonekcie mniejsza wrażliwość na zakłócenia. Pilot też chyba od Khozmo / Hattor. Zatem może to sugerować że cała sekcja preampu jest bliźniaczo podobna do hattora tylko strojona inną lampką ECC (może cała sekcja preampu od p. Arka Kallas pochodzi z Hattor / Khozmo). Konstrukcja do budżetowych nie należy, producent oddał dystrubucję do Nautilus i to może znacząco wpływa na finalną cenę na lokalnym rynku bo w cenie ok 30 kzł to juź duża konkurencja na rynku jest.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Uzyskałem następującą odpowiedź na powyższe uwagi:

      Wzmacniacz A200 jest konstrukcją niezbalansowaną.

      Gniazda xlr zostały dodane w celu zwiększenia uniwersalności. A200 nie ma dodatkowego układu symetryzującego. Wykorzystywany jest sygnał z fazy dodatniej. Obydwa sygnały są obciążone tą samą impedancją. Często zgłaszane są nam opinie iż A200 gra lepiej poprzez gniazda xlr. Jest to spowodowane:

      1.Lepszą pracą układu wyjściowego źródła z gniazd xlr.

      2.Inną transmisją sygnału w kablu xlr-xlr

      3.Inną budową gniazd rca i xlr.

      Sekcja przedwzmacniacza jest autorskim rozwiązaniem firmy Circle Labs.

      Jedynie drabinka rezystorowa wraz ze sterowaniem i pilotem jest wykonywana na nasze zamówienie przez firmę Khozmo. Jest to najlepsze rozwiązanie sterowanej drabinki dostępne na rynku. I dla tego korzystają z nich dziesiątki producentów audio z całego świata.

  3. Sławek pisze:

    Entuzjastyczna recenzja tego wzmacniacza także tu:
    https://www.hfc.com.pl/test/4871,circle-labs-a200.html

    1. Piotr Ryka pisze:

      To ile oni tych egzemplarzy testowych mają?

      1. Sławek pisze:

        Pytanie ile już sprzedali? Po takich recenzjach zainteresowanie produktem i sprzedaż powinny ruszyć z kopyta.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Już dużo sprzedali, naprawdę dużo.

  4. Pawcio pisze:

    Tylko się cieszyć , że Polacy nie gęsi i „swoje wzmacniacze mają”… oby udało im się zaistnieć na kilku zagranicznych dobrych rynkach. Wtedy zarobią na dalszy rozwój…

  5. Marcin pisze:

    Ja wzmacniacza wprawdzie narazie nie szukam, ale ciekawe czy istnieje opcja wypożyczenia wersji demo wzmacniacza? Kto wie co się stanie, jeśli w system wzmacniacz ów wpasuje się lepiej niż obecnie grający 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jest. Z pewnością.

      1. Marcin pisze:

        Czy z pytaniem o demo uderzać do Nautilusa czy bezpośrednio do Circle Labs?

        1. Piotr Ryka pisze:

          To chyba obojętne, są w stałym kontakcie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy