Nie – nie wpadłem w ciąg alkoholowy skutkiem wspierania odsłuchów lampką wina albo szklaneczką whiskey. Wiem, niektórzy tak postępują, ale moim zdaniem nawet kieliszek degraduje możliwości słuchowe, nigdy nie wspomagam się alkoholem. Dotyczy to też piwa, które jest według mnie bardziej destruktywne od wina na poziomie lampka vs szklanica; tak czy inaczej, po tym czy tamtym, słuchanie pod wpływem alkoholu ma już wyłącznie wymiar biesiadno-rozrywkowy, żadna wiarygodna ocena z takiego nie wypływa. Lecz kielich Helda nie jest przeznaczony do win czy innych spirytualiów, a choć nazwowo przynależy Heldowi, posiada go każdy z nas. Bo kielich Helda to synapsa.Kto uważał na lekcjach biologii, ten z pewnością pamięta, że synapsy to miejsca łączenia komórek nerwowych z mięśniami, gruczołami albo pomiędzy sobą. Tak więc synapsa jawi się jako maleńki punkt spotkania, gdzie jony wapnia i sodu grają w grę elektryczną, umożliwiając przenikanie impulsów prądowych albo substancji neuroprzekaźnikowych w rodzaju dopaminy czy adrenaliny. Synapsa w potocznym wyobrażeniu to mikroskopijne miejsce styku w pajęczynie sieci nerwowej, a w dokładniejszym podejściu – zbliżenia, ponieważ zawsze między synapsami pozostaje maleńka szczelina, będąca miejscem rozgrywki elektryczno-chemicznej, a nie mechanicznego kontaktu. Zauważmy przy tej okazji, że cała ta synaptyczno-neuronalna sieć połączeń i oddziaływań musi otrzymywać energię z zewnątrz, to nie perpetuum mobile – obiekt marzeń, który nauka niestety wyklucza. Nic samo się nie myśli ani nie dzieje samo, jak słusznie zauważył nad szklanką piwa Witkacy; przynajmniej nie w przypadku organizacji biologicznej. Tak więc działanie synaps jest odpowiedzią na jakiś bodziec, czyli na dostarczenie energii; i tu dochodzimy do sedna sprawy, ale nim uczynimy krok ostatni i wejdziemy na jego teren, musimy zwrócić się ku budowie samego kielicha Helda. Bo cóż to za synapsa, co otrzymała nazwę własną i zwie się aż kielichem? O jaki punkt spotkania nerwów tyle jest tutaj krzyku?
W 1893 niemiecki badacz Hans Held opisał synapsę nazwaną później jego imieniem – synapsę największą z synaps. Największą u wszystkich ssaków i zlokalizowaną w słuchowym pniu mózgu. Calyx of Held – jak zwie się z angielska, czyli w łacinie współczesnej nauki – okazuje się jak na synapsę ogromna, choć wciąż niewidoczna gołym okiem. Ale właśnie dla oczu pozostaje swoistym memento, ponieważ decyduje o wyższości zmysłu słuchu nad wzrokiem.
Dlatego właśnie o tym piszę – dlatego, iż powszechnie się mniema i sam też tak mniemałem, że zmysł wzroku jest czulszy od słuchu i doskonalszy poznawczo. Poniekąd rzeczywiście. To na podstawie wzroku budujemy swój obraz świata, i dlatego osoby go pozbawione są głęboko upośledzone orientacyjnie i funkcyjnie, co każdy z dysponujących wzrokiem dostrzega momentalnie. Nie potrafimy, jak sonary czy nietoperze, emitować fali dźwiękowej, słyszenie odbicia której daje precyzyjną i omnikierunkową orientację przestrzenną. Dźwięki odbite, jak stukanie laską albo pogwizdywanie, potrafią pomóc niewidzącemu w zlokalizowaniu przeszkody, lecz ze wzrokiem się to nie równa, to zupełnie różne jakości. Potężny aparat wzrokowy sprzężony z korą wzrokową mózgu (za fragment którego oko, formalnie biorąc, w anatomii jest uważane) oferuje ogromną gamę barw i kształtów, składających się na stereoskopowy obraz o wielkiej rozdzielczości, rzędu aż kilkunastu tysięcy linii poziomych i kilkudziesięciu klatek na sekundę. Obraz niezwykle stabilny – odporny na bardzo znaczne zmiany oświetlenia, a także ruch i położenie oczu patrzącego. A choć obszar ostrego widzenia ogranicza się do zaledwie pola równego mniej więcej powierzchni paznokcia kciuka wyprostowanej ręki, to i tak odnajdujemy się w świecie dzięki wzrokowi znakomicie. (To z tym ostrym widzeniem zawsze wszystkich szokuje, ale łatwo samemu sprawdzić.)
Tak więc patrząc na sprawy badawczym okiem (i już samym tym zdaniem jawnie kwitując fakt fundamentalnej roli wzroku w naszym postrzeganiu zmysłowym) – automatycznie i bez zastrzeżeń gotowi jesteśmy prymat wzrokowi przyznawać. Ale jak wiele razy pisałem, to co pozornie oczywiste, często okazuje się błędne. Wzrok wprawdzie pozwala lepiej się orientować przestrzennie, opisuje bardziej bogato i pozwala skuteczniej zapobiegać niebezpieczeństwom, ale to nie oznacza, że jest najczulszym ze zmysłów. Oto nasze meritum, ku któremu zmierzałem. Nie jest – a decyduje o tym nasz tytułowy kielich Helda.
Owo centrum ogromnego, szacowanego na przeszło trzydzieści tysięcy zbiegowiska neuronów słuchowych ulokowane w słuchowym pniu mózgu, pulsuje w tempie 800 razy na sekundę, tak więc w porównaniu z kilkudziesięcioma klatkami obrazu widzenia o cały rząd wielkości jest szybsze. By jako tako oszukać wzrok, wystarczy puścić film w tempie 16 klatek na sekundę, 60 klatek daje już całkowitą płynność. (W obrazie bez przeplotu.) Tymczasem kielich Helda emituje 800, a nie 60 razy na sekundę, substancje neuroprzekaźnikowe, zbierając dzięki temu w ogromnym tempie dane od komórek słuchowych, samych z siebie potrafiących reagować na częstotliwości nawet powyżej 100 kHz i wraz z tak zwanym słyszeniem twarzą też konstruować bardzo złożony obraz przestrzenny. W dodatku słuch okazuje się nie tylko doskonalej rozdzielczy w sensie szybkości taktowania neuronalnej komunikacji, ale też bezbłędnie rozdzielczy na obszarze całego pasma, podczas gdy nastawiony na sztuczne ulepszanie spójności obrazu i interpretowanie zdarzeń przekaz wzrokowy posiada naturalną tendencję do maskowania różnic oraz tworzenia artefaktów własnej interpretacji bodźców. Wszędzie szuka widoku twarzy, jako najważniejszej w wymiarze społecznym, preferuje też rzeczy będące w ruchu względem pozostających w spoczynku, jako przeżyciowo ważniejsze. (Nie wpadniesz wszak pod stojący samochód, tylko ten który jedzie.) Sztucznie wypełnia też pole plamki ślepej, abyś nie miał w swym świecie dziury, która tak naprawdę tam się znajduje i dokładnie na środku, także powiększa przedmioty znajdujące się blisko siebie, a pomniejsza położone daleko, by je z mniejszym wysiłkiem odróżniać. Nie mówiąc już o takich przekrętach jak nieustanne odwracanie obrazu z siatkówki o 180 stopni, jako że tak naprawdę widzimy wszystko do góry nogami, czy upiększanie poprzez zacieranie defektów widoku świeżo poznanej przez samca samicy – co może go mamić od miesiąca do nawet półtora roku, a wtedy już za późno, małżeństwo już zawarte. A ona wcale nie taka ładna, jak mu się wydawało – przejrzał na oczy nie w porę, mawiają.
Na tle bardzo obfitego poznawczo ale potrafiącego kantować i przeinaczać wzroku, który dla przykładu nie odróżnia migotania w tempie 30 i 60 cykli na sekundę, słuch o wiele bardziej jest precyzyjny; i nie dość że taktuje o rząd wielkości prędzej, to jeszcze częstotliwości 30 i 60 Hz odróżnia bez problemu. Całkiem niedawno znalazło to zastosowanie w nauce i diagnostyce medycznej. Pojawienie się plików dźwiękowych i możliwość najróżniejszego transponowania ich do odmiennych postaci, poprzez zastępowanie jednych symbolik innymi (na przykład zamiany jednej częstotliwości na inną albo przyspieszenia bądź spowolnienia tempa, a w jeszcze większym stopniu zamiany obrazów na dźwięki), pozwala przekładać różnego rodzaju dane na słyszalną dla naszych uszu postać dźwiękową. Można dzięki temu analizować na słuch widma gwiazd albo przełożone ze spektrometrii obrazowej na dźwięki dane biopsji. Udało się już dzięki temu wyjaśnić, dlaczego atmosfera Słońca jest o wiele gorętsza od jego powierzchni, można też tym sposobem diagnozować obecność komórek rakowych w pobranym materiale biologicznym. To ostatnie szczególnie cenne, ponieważ przełożenie tych danych na wykresy albo plamy barwne jest czynnością żmudniejszą i wymagającą bardziej zaawansowanej obliczeniowo aparatury, podczas gdy zamiany na pliki dźwiękowe można dokonać łatwo, bez trudu w czasie rzeczywistym. Dzięki temu chirurdzy w trakcie operacji zyskają większą pewność usunięcia z danego obszaru wszystkich komórek rakowych: będą się wsłuchiwali w akustyczny respons komórek, tak jak w radiometrii się słucha licznika Geigera. Poszczególne białka śpiewają inaczej, a rakowe są specyficzne, można je przy odrobinie wprawy natychmiast wychwycić.
A zatem – drodzy audiofile – w górę serca, wznosimy toast naszymi kielichami Helda. Nie mamy się czego wstydzić z tym słuchaniem względem fotografów, plastyków czy kinomanów bądź astronomów. Siedzimy na najszybszym koniu zmysłowym, a słuch jest potęgą i basta. Słuchanie okazało się bardzo przydatne nie tylko w sferze kulturowej, pozwala też poznawać, pozwala także leczyć. Przekładanie świata na muzykę też jak najbardziej możliwe; ukazała się nawet pierwsza płyta trawestująca w utwór muzyczny naukowo opracowane dane, pod postacią dźwiękowej transkrypcji sygnałów promieniowania rentgenowskiego emitowanego przez podwójny układ gwiazdowy z konstelacji Hydra.
Zwie się ta płyta X-ray Hydra i jest autorstwa niemieckiego kompozytora Volkmara Studtruckera. (http://www.volkmar-studtrucker.de/werke/projekt-x-ray-hydra_en.html.) Nie zostałem nią wprawdzie oczarowany, lecz to muzyka samych gwiazd.

















Piotrze z tymi 30, 60hz to się trochę zagalopowałeś bo ja je zawsze bezbłędnie rozróżniam. Powiem więcej w przypadku monitorów komputerowych bezbłędnie wskaże też 75hz i 120hz 🙂 ale faktem jest, że za tymi wskazaniami stoją dekady i setki godzin patrzenia na odświeżające się monitory… choć jednocześnie nie miałem z tym większych problemów od małego dziecka.
Także wzrok nie taki straszny jak go malują 😉 choć wiadomo muzyki nim nie posłuchamy a przynajmniej nie w takiej formie jak lubię najbardziej. Do usznej 🙂
Oczywiście jedna sprawa rozróżnić a druga mieć dla takiej umiejętności jakieś sensowne zastosowanie, ale jednak fakty pozostają faktami 😉
Pozdrawiam
Informacja o braku odróżniania przez oko częstotliwości 30 i 60 Hz nie pochodzi ode mnie i nie odnosi się do komputerowych monitorów. To dane z naukowego ośrodka odnoszące się do pulsującego źródła światła. Ale słusznie zwracasz uwagę na różne umiejętności postrzegawcze w zależności od indywidualnych predyspozycji. Na przykład rozmycia ruchomego obrazu przy opóźnieniu matrycy monitora rzędu 5 ms nie dostrzega około 90 procent populacji, a 10 procent dostrzega i im to przeszkadza. (To znów nie moje dane, bo sam nie badałem.)
Też pozdrawiam
Oby tylko ten kielich nie zamienił się w czarę goryczy 🙁 Postęp cywilizacyjny, a co za tym idzie wszechobecny hałas oraz masowe stosowanie przenośnych źródeł dźwięku a do tego słuchawek dousznych czy dokanałowych, powodują niestety coraz większą degradację słuchu. We współczesnych miastach jesteśmy wystawieni na stałą ekspozycję na hałas i tak jak mieszkańcy metropolii nie widzą mocnego nieba, tak samo całe rzesze „nigdy” nie usłyszą ciszy. Nie pamiętam źródła, ale podobno obecnie ok. 20-25% młodych Amerykanów ma uszkodzony słuch. Pokolenie iPodów 🙂
Sam słucham bardzo dużo w słuchawkach, ale używam otwartych, a na zewnątrz mam dokanałowe, które eliminują wpływ dźwięków z otoczenia w 90%, dlatego mogę słuchać muzyki cicho.
Chyba nie jest tak źle. Jako dziecko nie byłem w stanie stać koło kogoś wbijającego gwóźdź bez zatykania uszu, a inni patrzyli na mnie jak na wariata. Słuchawek dokanałowych używam wprawdzie jedynie przy pisaniu recenzji, bo ich nie lubię, ale zamkniętych używałem przez kilka lat i wciąż wbijania gwoździ nie toleruję. (Gdy muszę sam, używam zatyczek.) Używałem wprawdzie ponoć nie psujących słuchu Ultrasone Edition9, ale także nie posiadającej takich umiejętności Audio-Techniki W5000. Ale faktycznie – jak ktoś sobie puszcza ryk na dokanałówkach albo zamkniętych, to słuch może uszkodzić. Pytanie tylko czy ci słabo słyszący młodzi ludzie uszkodzili sobie słuch, czy kiepsko słyszeli od urodzenia. Bo tacy też bywają.