Relacja: Avatar Audio na Audio Video Show 2017

   Polscy producenci w 2017 wypadli pierwszorzędnie. Powiedzieć, że nie ustępowali najlepszym, to nie powiedzieć dość. Do każdego pokoju wchodziłem na równych prawach, o ile tylko możność tak samo nastawiony, choć oczywiście stuprocentowy obiektywizm pozostaje mirażem. Mając świadomość ludzkich ułomności trzeba jednak pion trzymać, nie zapominając o tym, że nie o koleżeńskie układy i pieniądz za przyznawanie nagród w tym idzie, ani o bałwochwalczy stosunek do sławnych producentów i korzenie się przed zagraniczną prasą. Argumenty w rodzaju – sławny japoński periodyk, starszy od Fudżijamy, którego nikt poza Japonią nie czyta, ponieważ wychodzi wyłącznie po japońsku, przyznał temu nagrodę, więc wiecie-rozumiecie, to musi być genialne… Albo – nasza wystawa świetna, bo nawet Niemcy o niej piszą… –  To nie są rzeczowe racje i guzik mnie, panie kochanku, obchodzi, komu japońskie redakcje przyznały jakąś nagrodę i co Niemcy o nas myślą, byleby jedni nie latali z gołymi katanami, a drudzy nie chodzili ponownie w pikielhaubach. Pilnujmy swojego nosa, róbmy co do nas należy, a wtedy nas docenią i na nas będą się powoływać. Niemcy zresztą i tak zawsze będą siebie uważać za lepszych, a nagrody prasowe – mój boże – ileż to nagród po całym świecie rozdano badziewiakom… Tak więc trzymajmy się siebie samych i opiniujmy po swojemu – to dalej nas zaprowadzi niż czepianie się cudzych spódnic i oglądanie na resztę.

Ten sposób, to podejście, dało w tym roku efekt taki, że procent sal opisanych jako świątynie dźwięku za sprawą polskich produktów okazał się zdumiewająco wysoki. Sam sobie nie zdawałem z tego sprawy do momentu pisania relacji na podstawie notatek. Bo w trakcie obchodu myśli się głównie o brzmieniu, nie zaprzątając sobie głowy skąd kto przyjechał i jaki ma dorobek. I w ogóle najlepiej najpierw słuchać, a potem dopiero dopytywać i sprawdzać nazwy, choć to nie zawsze możliwe, bo dużo rzeczy wielkimi literami podpisanych albo natychmiast rozpoznawalnych. Rozpoznawalne też dla osób obytych z AVS polskie Avatar Audio; firma z podlaskich Osowicz, leżących wewnątrz trójkąta rozpiętego pomiędzy Narewskim, Biebrzańskim i Białowieskim Parkiem Narodowym. Firma praktycznie jednoosobowa, stworzona i należąca do pana Cezariusza Andrzejczuka, będącego w drugim wcieleniu fotografem National Geografic. (Trzy puszcze popod nosem, nic tylko chodzić i pstrykać.)

Prawdę rzekłszy, nie wiem za bardzo, co o tej Avatar najpierw powiedzieć. Czy bardziej chwalić za to, że mi zaimponowała, czy martwić się o jej przetrwanie. A może wyrazić podziw dla wytrwałości, wiedzy i pasji? Uporu trwania przy zamierzeniu i gotowości poświęceń? Walki upartej, heroicznej z napraną forsą konkurencją, której najczęstszym zamiarem jest albo minimalny budżet na produkt pchany reklamą, albo jazda na maksa z ceną, by doić milionerów. Jedno i drugie w celu wiadomym, choć oczywiście wszyscy głoszą, że w dźwięku się urodzili, z nim cały czas dorastali i go bezgranicznie miłują. Że tylko samo brzmienie i sama żywa muzyka, a ekonomiczne sprawy, to nawet nie wspominaj, bo my się tym brzydzimy. Dobra, dobra – wiemy tam swoje, słyszymy piski z trawy. Zaglądasz potem do środka i włosy dęba stają, albo przykładasz uważniej ucho i zaczynasz pukać się w czoło.

Do wnętrza artefaktów sygnowanych przez Avatar Audio jeszcze nie zaglądałem, ale ucho ma się rozumieć przyłożyłem, bo inaczej o czym bym teraz pisał? Przykładałem nie raz i nie dwa, jako że co roku w sali Azalia 3, na końcu szerszego, zakręcającego w połowie korytarza w Golden Tulip ich produkty się pokazują i dźwiękiem próbują gości zjednywać. Jednakże owo jednanie jakoś wcześniej w moim przypadku nie miało miejsca. Rok, dwa i trzy temu wchodziłem tam jak do wszystkich i szczerze mówiąc sądziłem, że to jakiś dystrybutor. Samo natomiast brzmienie w 2014 opisałem dokładniej, jako wprawdzie obiecujące, ale przy zastrzeżeniu, że góra do sprawdzenia, czy aby nie za ostra. Wypytywałem wówczas o głośniki, przyglądałem się wtedy i w latach następnych lampom, a rok temu też magnetofonowi studyjnemu, ponieważ magnetofony tamtego roku napierały, a teraz jakoś przycichły. I było dla mnie to Avatar Audio (reklamujące się kiedyś także jako sprzedawca kolumn Graj-End i Graj-pudeł) czymś w tym Golden Tulip jakby doczepionym do reszty, czymś bardziej w rodzaju ciekawostki. W ostatniej sali, na samym koniuszku ogona firm sławnych, bogatych i przodujących; swoisty kwiatek do kożucha, że nie wiadomo kto, skąd i po co? A wszystko za sprawą tego, że dźwięk nie ujmował. To znaczy ujmował w pewnym stopniu, ale tak nie do końca. Czymś ciągnął lecz czymś straszył, i jakoś nie mogłem się przekonać. Ale w tym roku było inaczej: wszedłem – i objawienie. Nie wiem, może dlatego, że wcześniej byłem w RCM i AVM, gdzie mi się nie podobało, bo polewali syropem. Ale przecież jeszcze wcześniej u Svedy i u Grobla, a tam, panie, koncerty.

Dlaczego się podoba, tego czasem lepiej nie tykać. Uważna analiza może dać zgubne rezultaty, na przykład w przypadku żony. Choć oczywiście nie musi – zależy jaka lub czyja żona. Natomiast w przypadku dźwięku z aparatury audio analiza jest obowiązkiem. Więc czemu się spodobało w ujęciu analitycznym?

Zacznę wbrew sobie od techniki, by nie iść zrazu na czołowe. Nie branej tak dogłębnie, od tego są recenzje, a tak bardziej pobieżnie, na podstawie krótkiej rozmowy. Pan Andrzejczuk mi opowiedział, że przepracował od ostatniego roku bez mała trzy tysiące zwrotnic i całkiem zmienił membrany. Przepracował, to znaczy pospawał i odsłuchał, co daje około dziesięć na dzień. Mnie by się na pewno nie chciało, ale są widać pasjonaci. Tylko nie pokładajcie się zaraz ze śmiechu, bo w tym przepracowywaniu nie chodziło głównie o wzorzec konstrukcyjny, jako że faktycznie trzech tysięcy sensownych zwrotnic nikt by w rok nie wymyślił. Chodziło o rzecz inną, ale także istotną, o sprawdzanie i parowanie elementów. Bo kondensatorów nie da się w pełni oszacować pomiarem, trzeba każdego posłuchać. I większość osłuchanych ląduje potem w koszu, pomimo że Avatar Audio posiłkuje się najlepszymi. Nie wiem ile naprawdę tych zwrotnic i jak stare owe membrany, odzyskane z pomroki dziejów hołubiących celulozowe. (Chodzi ponoć o lata 40-te, 50-te i 60-te.) Wiem natomiast, że zagrało to żywą muzyką. Ale zanim do niej dojdziemy, zasiadając przed głośnikami, słów jeszcze parę o tym co wcześniej w torze.

Na początku musi być źródło, i tym był tego roku czarny, złożony z dwóch segmentów (osobne zasilanie) streamer z dodatkową, jakże potrzebną, funkcją odczytu płyt. Streamerów nie brak, więc pytam gospodarza: – Co to, kto to? A tu się okazuje, że to autorstwo własne – i nawet nie model szczytowy (ten kosztuje 8500 PLN), tylko drugi od góry Avatar Audio LiveBit Numer Dwa. Koszt łączny jego dwuczęściowości (pozwalającej niestety na sam odczyt, jako że to sam napęd i źródłosłów, a przetwornik osobna sprawa) opiewa na 6500 złotych. Zatem jak za napęd szczytowej klasy i jednocześnie muzyczną bazę pieniądz bardzo umiarkowany.

W relacjach z AVS zwracałem parokroć uwagę na doskonałe tanie źródła, pojawiające się sporadycznie i zawsze witane z entuzjazmem, a to w relacji cena/jakość było niewątpliwie jednym z najlepszych. Słuchałem zarówno gęstych plików z biblioteki gospodarza, zapisanych na dysku twardym LiveBit i tylko wybieranych z poziomu laptopa (żadne więc laptopowe źródło), jak i kilku płyt własnych, cierpliwie noszonych z sobą. A że najpierw słuchałem, a dopiero potem zapytałem o cenę, to tradycyjne audiofilskie zbieranie szczęki z podłogi odbyło się w pełnym wymiarze. Dla pewności zapytałem raz jeszcze, wyrażając najgłębsze zdumienie, co wywołało z kolei u gospodarza refleksję, że może liczy zbyt tanio…  Na wszelki wypadek prędziutko zaklepałem recenzję, póki jeszcze tak tanio dają; i kto wie – może dojdzie do skutku.

Uzupełnieniem odczytu musi być w tym wypadku przetwornik, i w odniesieniu doń mamy do czynienia z jednym z dwóch urządzeń zewnętrznych, obu pochodzących od zaprzyjaźnionej firmy Audio-Akustyka.

DAC DSD Audio-Akustyka obsługuje próbkowanie PCM w przedziale 44,1 – 384 kHz oraz od pojedynczego do poczwórnego DSD. Posiłkuje się modułem Amaro, płytką Asahi Kasei AK4137 oraz uzupełniającą płytką od Sabre, wspomagającą odczyt DSD. W torze nie ma kondensatorów, a na wyjściu są cztery lampy – po dwie na kanał PCC88 vintage od Tesli z lat 70-tych. Wejścia to USB, Toslink i Coaxial, a wyjścia XLR i RCA, ponieważ konstrukcja jest symetryczna. Całość waży solidne 10 kilogramów, a szacunkowa cena to około 12 tys. PLN. Przetwornik już można zamawiać, a sam zamówiłem do recenzji i może z podlaskich błot się doczołga.

Następny w torze był wzmacniacz Audio-Akustyka Primus Hybrid; jak sama nazwa wskazuje konstrukcji hybrydowej, z lampami PCC88 i 6N6 w stopniu wejścia i tranzystorami MOS-FET na wyjściu. Konstrukcji też w pełni symetrycznej, z zabezpieczeniem przed składową stałą i o mocy wyjściowej 2 x 150 W przy paśmie przenoszenia 5 Hz – 60 kHz. Cenę producent wstępnie oszacował na circa 16 tysięcy, co przy tym stopniu technicznego zaawansowania i wadze 30 kilogramów – a przede wszystkim takim brzmieniu – wydaje się naprawdę okazją.

Finał to najwyższe w ofercie firmy Avatar Audio kolumny Holophony Numer Jeden, wycenione na 48 tys. PLN. Jak mnie zapewnił producent, całkowicie przeprofilowane względem oferty zeszłorocznej; z inną zwrotnicą, innymi jej podzespołami i przede wszystkim nowymi membranami, co w tym przypadku brzmi przewrotnie, jako że to nowe są starsze, odzyskane z bardzo zamierzchłych czasów.

Ale kolumny to tylko wizualny i akustyczny finał, a dodatkowymi czynnikami efektu brzmieniowego także całe okablowanie oraz platformy antywibracyjne produkcji Avatar Audio, w tym kabel głośnikowy za 8900 i interkonekt za 3600 PLN. Tor zatem polski w całej rozciągłości i tylko pliki międzynarodowe, a każdy jeden w najwyższym standardzie.

Spytacie: – No i co z tego? Owoż z tego wielki obszarowo i high-endowy dźwięk. Przejmujący i przekonujący rygorystycznym podejściem do prawdy muzycznej – szczegółowością, misternym kształtem i wyrafinowanym sposobem bycia. A także rzeczami rzadko możliwymi do jednoczesnego usłyszenia inaczej niż na żywo i z bliska – „drapaniem dźwięku” i estradową pulsacją. Taka miara żywości przekazu pojawia się wyjątkowo rzadko, zwłaszcza odkąd membrany papierowe odeszły do lamusa. Nie całkiem, jeszcze się je sporadycznie spotyka, ale główny nurt to teraz twardość a nie lekkość. Nie znaczy to, że konstruktorzy pobłądzili. Opodal, w sali z ceramicznymi Lumen White, grało równie realistycznie. Ale jak napisałem w artykule wstępnym, szczegółowość i drobiazgowa precyzja odtwórcza w obecnych czasach okupione są najczęściej dziwnością i przesadnymi pogłosami, a przekaz melodyjny z kolei bardziej czy mniej uproszczony. Dwa dowody ostatniej tezy grały tuż obok – u RCM i AVM. Grały gęsto, mocno, tłusto, obficie, ale nie finezyjnie i nie z dojmującym poczuciem uczestnictwa. A u Avatar Audio wykonawcy byli dokładnie jak obiecuje nazwa – niczym boskie wcielenia prawdziwej muzyki, przywracające audiofilskiemu światu naturalny ład.

Dynamika i żywiołowość o wiele lepsze niż latach poprzednich, na czele z estradowo grającą perkusją o niezwykle celnym oddaniu faktury i przestrzenności bębnów. Aż mnie to uderzyło, bo perkusję mam w domu i szczególnie jestem obyty.  Do tego popisowo głęboka scena, a same nagrania w koncertowym stylu, na dużym obszarze, z należytym a nie przesadzonym pogłosem. Wrażenie uczestnictwa przemożne – lepszego w tym roku nie słyszałem. I nie ma co się dziwić; pan Cezariusz zwierzył mi się, że brzmienia poszczególnych instrumentów konfrontuje z rzeczywistością filharmoniczną, specjalnie jeżdżąc na koncerty. Tak żeby mieć absolutną pewność, że na przykład altówka nie odbiega. I kolejna rzecz o kluczowym znaczeniu – owa trafność brzmieniowa zawieszona w doskonałej obecności przestrzeni, nasyconej dogłębnie dźwiękiem. Genialnie rozbrzmiał w przestrzennej aurze fortepian, dosłownie mną wstrząsając; a dodatkowym wielkim atutem było to, że cała sala, we wszystkich rzędach, w podobnym stopniu wypełniała się brzmieniem. Bez problemu można więc było słuchać w pierwszym, środkowych i ostatnim, co naprawdę nieczęsto się zdarza. I powszędy ta złożoność harmoniczna, skala dynamiki, żywy dotyk…

Upajałem się, a słowo „upajać” najlepiej oddaje stan rzeczy. To nie było jedyne miejsce, w którym można było odzyskać wiarę w sens wyższy audiofilizmu aniżeli sama rozrywka, ale na pewno jedno z kilku na samym przodzie. Całościowa moja rekomendacja i oczekuję jakiegoś przedmiotu do zrecenzowania.

System:

  • Źródło: Avatar Audio LiveBit Numer Dwa.
  • Przetwornik: Audio-Akustyka DAC DSD.
  • Wzmacniacz: Audio-Akustyka Primus Hybrid.
  • Kolumny: Avatar Audio Holophony Numer Jeden.
  • Okablowanie: Avatar Audio DreamLink Numer Jeden.
  • Platformy, podstawki i dociski: Receptor Numer Jeden

12 komentarzy w “Relacja: Avatar Audio na Audio Video Show 2017

  1. gość44 napisał(a):

    Mnie najbardziej podobały się kawałki The Beatles odtwarzane przez ten system. Wydaje mi się że to była autentyczna podróż w przeszłość.

  2. Sławek napisał(a):

    guzik mnie, panie kochanku, obchodzi, komu japońskie redakcje przyznały jakąś nagrodę i co Niemcy o nas myślą, byleby jedni nie latali z gołymi katanami, a drudzy nie chodzili ponownie w pikielhaubach. Pilnujmy swojego nosa, róbmy co do nas należy, a wtedy nas docenią i na nas będą się powoływać.

    I tak trzymać Panie Piotrze!

  3. Sławek napisał(a):

    Dla pewności zapytałem raz jeszcze, wyrażając najgłębsze zdumienie, co wywołało z kolei u gospodarza refleksję, że może liczy zbyt tanio…

    Tak, jak już kiedyś pisałem, uważam, że Wy recenzenci powodujecie podbijanie cen…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      I wszystko jasne…

  4. roma napisał(a):

    Zgadzam się z oceną twórcy tego testu. Również w mojej ocenie był to najlepiej brzmiący system na tegorocznym AVS. Salę wystawcy odwiedziłem jako jedną z ostatnich i aż przysiadlem z wrażenia (i trochę zmęczenia ) przed prezentacją znanych mi bardzo dobrze kawałków. Takiej ilosci informacji (przekazywanych przez ten system) nie słyszałem już bardzo dawno. Czułem się jak na koncercie Dire Straits i to w pierwszym rzędzie na dodatek. Bylo wszystko, dynamika, szczegółowoś i co najważniejsze , prawdziwa barwa instrumentów (to już wywnioskowalem z innego utworu😉). Niesamowite wrażenie i szczęka muszę przyznać trochę mi opadła. A jak zobaczyłem ceny urządzeń wchodzących w skład tego zestawu, to dopiero mnie chwyciło zdziwko, oczywiście w pozytywnym sensie tego zwrotu. Jedynym moim zastrzeżeniem była pewna szorstkość dźwięku. Konstruktor twierdził, że za ten efekt odpowiada bardzo zła kondycja prądu w hotelowych gniazdkach i trudno sie z tą tezą nie zgodzić, szczególnie że faktycznie brakowalo w prezentowanym systemie, jakichkolwiek ulepszaczy prądu. Pan Cezariusz zapewniał, że za rok juz tego bledu nie popełni. Podsumowując, opisana wyżej prezentacja pokazała mi (po raz pierwszy), że z małego komputerka można uzyskać pełne i zdecydowanie High-Endowe brzmienie ( przez dduże H!).

    1. tommypear napisał(a):

      Z pewnością i w 100% winny był prąd…

  5. jafi napisał(a):

    Ten przeklęty prąd na wystawie…
    Myślę, że wystawcy nie poznawali swoich systemów. I mówię to jako jeden z nich.
    Chwilę normalnie, a za chwilę cały dźwięk ulegał kompresji, stawał się krzykliwy, ze swobodnej sceny – kompaktowa. I tak wkoło. Częściej gorzej niż lepiej.
    Loteria.

    1. roma napisał(a):

      Absolutna racja, ten przeklęty prąd ! Czasami nie wiadomo, czy on pomaga czy też jednak nam przeszkadza 😉.
      Ale jeżeli powoduje poważne problemy w domu ( też czasami nie poznaję swojego systemu), to co dopiero musi się dziać w takim hotelu ?
      I obawiam się, że nawet super polepszacze niewiele pomogą na te konkretne problemy.

      1. tommypear napisał(a):

        Tylko czekac az zaczna powstawac przydomowe audiofilskie elektrownie…

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Wcale nie muszą. Spokojnie można nabyć zestaw baterii zdolny napędzić wymagający nawet dużo prądu system. Tylko cena nie jest zachęcająca.

  6. jafi napisał(a):

    Zasilanie akumulatorowe tez jest dyskusyjne.
    Okazuje się, że baterie naładowane na 100% nie dają maksimum jakości dźwięku. Jest pewien punkt pomiędzy 50% i 100% przy którym jest pełnia dźwięku, ale jak to zrobić, by zawsze baterie były w tym punkcie?

  7. pikobelo napisał(a):

    Mnie także zachwyciło brzmienie perkusji, które usłyszałem gdy tylko wszedłem do Sali, (solo perkusji z utworu tria Ray Browna). Pomyślałem, że pewnie ten system ma taką charakterystykę, do odtwarzania dynamicznej muzyki, Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem muzykę barokową. Subtelność, szczegółowość naturalność brzmień głosów i instrumentów – fenomenalna! A ta scena i lokalizacja instrumentów, niezwykła. Potem był rock (Dire Straits) i też świetnie. Tak uniwersalnego systemu nie spotkałem w żadnym pokoju. Siedziałem ponad pół godz kompletnie oczarowany. Warto było pójść na AS choćby tylko po to, by usłyszeć dźwięk Avatar Audio. Nawiasem mówiąc zgadzam się z wystawcą, który tłumaczył mi nazwę firmy. W tym pokoju byli avatarzy prawdziwych muzyków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy