Relacja: Audio Video Show 2017 w bycie ogólnym, czyli wstęp

   Pisanie o trasie Kraków-Warszawa mi się przejadło. Coś tam gmerzą – błocka i objazdów obfitość – w efekcie czego przez rok cały przybyło raptem dwadzieścia parę kilometrów. I teraz następujące pytanie: jak kraj, którego dwa główne miasta nie są spięte porządną drogą, mógł zostać uznany za rozwinięty? Ale widać są na to lepsze kryteria, albo sam brak zbójców rabujących przejezdnych to wystarczający argument, choć moim zdaniem wjazd do Krakowa od strony Warszawy urąga najskromniejszym nawet przesłankom cywilizacyjnym, wstydu przysparzając nam wszystkim. No ale jakoś dojechałem, babrząc samochód bladobrązową mazią, a taki był czyściutki…

Refleksja ogólniejsza. Dwa są w ludzkim życiu najważniejsze wymiary – nadosobisty i osobisty. Nadosobisty to ulice, place, transport publiczny, parki, koncerty i tak dalej; a osobisty to mieszkanie, praca, własny samochód, rodzina, znajomi, żerowanie, płodzenie i wychowywanie potomstwa, zwiedzanie, dokształcanie – i wszystkie temu podobne. Odnośnie tego drugiego, to opanował go smartfonizm. Procent osób skupionych na ekranie telefonu komórkowego rośnie w zastraszającym tempie i gdyby jakiś malarz chciał stworzyć obraz naszej rzeczywistości, mógłby uwiecznić tłum z ekranami smartfonów w miejsce twarzy.

Co tam w tych telefonach takiego jest ciekawego i czemu warto tak zawzięcie klepać w ich klawiaturki, to pozostaje dla mnie zagadką. Ale ja jestem z pokolenia podwórek, piłki, gry w zośkę i majątku w postaci kolarskiego roweru, a nie smartfona, laptopa i słuchawek dokanałowych. Ze strzelb strzelaliśmy plastikowych i ścigali się małymi resorówkami, a nie bum-bum i wrrr-wrrr na komputerowym ekranie. Ten smartfonizm rozwinął się wprawdzie monstrualnie, ale jeszcze nie w takim stopniu, żeby nic zza niego nie wystawało, toteż AVS ma jeszcze sens, chociaż odniosłem wrażenie, że ilość zwiedzających spada. Sama impreza jest jednak coraz większa – sprzętu i sal przybywa. Nie jakoś spektakularnie, niemniej też nie śladowo. Większość to wprawdzie powtórki – wariacje rzeczy znanych – ale nie brak też debiutantów i starych znajomych z czymś nowym. Jest zatem o czym pisać i od tego się nie wymigam, aczkolwiek rzeczy wyjątkowych nie będzie aż natłoku.

I drugi ogólniejszy temat, jako o tle i genius loci. Ludzie w Warszawie (nie wszyscy, ale wielu) sprawiają wrażenie zdenerwowanych. Trochę zjeżonych, jakby się czegoś lub o coś bojących, albo jakby o czymś na śmierć zapomnieli i musieli na gwałt czas nadrabiać. W efekcie zaczepność, opryskliwość, spięcie i brak ogólniejszego spojrzenia, dystansu do siebie samych. Nie ma luzu, humoru, otwartej swobody bycia. Zostawia to cierpkość w duszy po wizycie w tym mieście, które się stawia na morzu ruin i przez to ma w niemałej części luźną, punktową zabudowę pomału się zrastającą, jednak daleko do finału. Skutkiem tego przeciągi i brak zwartości tkankowej, która by osłoniła przybyszów i przytulała autochtonów. Poza tym nie ma wciąż tego czegoś, co stanowi o wyjątkowości miejsca. Jest wprawdzie w warstwie mitycznej, jako Warszawy zniszczonej lecz do szaleństwa walecznej, natomiast nie w warstwie materialnego symbolu, jakim dla Paryża jest wieża Eiffla i Elizejskie Pola, a dla Nowego Jorku Empire State i Broadway. Miasto po strasznych zniszczeniach jakby dopiero się rodzi, nabiera z wolna wyrazu. I rodzą się wraz z nim jego nowi mieszkańcy, nie zakorzenieni tu od pokoleń. Pewna wspólnota się dopiero wyłoni, a na razie jej nie ma; tak samo jak nie ma materialnego symbolu, bo przecież małomiasteczkowy skansen starówki i betonowy moskiewski szpicel to nie symbole na miarę miasta z duszą i o światowych ambicjach. Na razie więc tylko coraz liczniejsze gmachy, ale bez miejsc wyjątkowych. Cóż – nie od razu Kraków się zbudował, a już zwłaszcza od strony Warszawy…

Ze spraw dla odmiany technicznych tyczących samej imprezy. Świadom jej rozrastania poświęciłem trzy dni robocze, w tym najdłuższy Hotelowi Sobieski. Wiadomo – siedem pięter plus parter, czyli masa zwiedzania – ale tym razem obyło się bez sobotniego piekła. Klimatyzacja, rzecz godna pieśni pochwalnej, została uaktywniona, a tłok jaki był w latach poprzednich nie nastąpił; z czego wnoszę, że ilość zwiedzających spadła. Ale to może tylko pozór, bo teraz kęs wielki audiofilskiego tortu przypada na Stadion Narodowy. Tam byłem w piątek – dzień przedszczytu – i dosyć luźno było, ale w sobotę ponoć gęsto, a i w Sobieskim do niektórych pokoi nie można było się dopchać, toteż publiczność ogólnie dopisała.

Odnośnie tej publiczności chciałbym uczynić kolejną dygresję ogólniejszą, wycelowaną w zasadniczy dla sprawy audiofilskiej problem: – Co się komu podoba?

Da się tu z grubsza wyróżnić kilka większych nurtów poszukiwań brzmieniowych, o których, patrząc po darwinowsku, nie bez racji można założyć, iż muszą być na jakąś część potrzeb estetycznych odpowiedzią; inaczej musiałyby wymrzeć, bo któż by po ich przedstawicieli sprzętowych sięgał? No chyba, że wystarcza sama presja reklamy, ale w to raczej wątpię; bo gdyby tak o niej optymistycznie założyć, to dałoby się każde gówno utrzymać na rynku dowolnie długo, na co są wprawdzie przykłady, ale też liczne anty.

Przejdźmy do owych potrzeb przekładanych na szkoły brzmienia  Jedna to laboratoryjna dokładność w połączeniu z odfiltrowanym do zera medium, które kompletnie znika. I do tego chłodna lub co najwyżej neutralna temperatura, jako ośrodek posuniętej do maksymalnych granic ekspozycji szczegółów i wyostrzania konturów. Obowiązkowa przy tym rozpiętość pasma z akcentami na dół i górę, a więc potężny bas i pióropusze sopranów. A wraz z tym basem mocny pogłos; najczęściej odrealniony, że przywołanie miejsc osobliwych, niczym transmisja z Księżyca. Bardzo niektórym ten styl imponuje (vide Focal Grande Utopia czy okablowanie Nordosta), a sam go raczej nie lubię i nie słuchałbym tak podawanej muzyki, nawet gdybym najlepszych przedstawicieli tej szkoły dostał do promowania darmo.

Drugi styl także ma licznych entuzjastów, choć trudno powiedzieć jak wielu. W tym roku był tłumnie reprezentowany, a najbardziej eksponowane przykłady to debiutujące kolumny Gauder Acoustic z monoblokami Vitusa i wielkie Sonus Faber z elektroniką Audio Research. Ten drugi przykład mniej charakterystyczny, ale także należący do nurtu, przynajmniej gdy tam byłem. Sam nurt zaś to muzyka odtwarzana na bardzo dobrym od strony melodyjności i dynamiki poziomie, lecz w uproszczony – nie dość przenikliwy co do odwzorowania formy i jednocześnie upiększony sposób. Jak pierwszy dzieli protony na kwarki i gdyby mógł, to po subkwarki by sięgnął, tak drugi komasuje, częstując zbyt gładkim, przesadnie ujednoliconym kształtem. Nie wiem, czy to siedzi w zbytniej zgrubności pracy twardych a nie dość dobrze wyprofilowanych membran, czy może w ujednolicających kablach lub homogenizujących kondensatorach zwrotnic, ale wychodzi w efekcie muzyka trochę podobna do reklamowego zdjęcia a nie prawdziwego pejzażu. Że owszem, do towarzystwa i kotleta pierwszorzędny styl grania – z klasą, masą i formą niemęczącą – ale kiedy się na nim skupić i zacząć szukać utkania tekstur, podskórnych warstw brzmieniowych, czy wyodrębnionych z muzycznej strugi szczegółów, to takiej możliwości nie ma lub jest co najwyżej słaba. I znów się to bardzo wielu podoba, bo gra gęsto, żywo i dynamicznie, a także daleko od zniekształceń – że można bardzo głośno. Na dodatek się pojawiają momenty, że coś jakością za gardło łapnie, więc chwilami czujesz się urzeczony; a do tego też dźwięczność, czernie tła i falujące kolorytem wokale. Mimo to przy głębszej analizie muzyczny forma okazuje się mniej czy bardziej uproszczona; zwłaszcza na górze, skutkiem tu pogrubienia a nie odchudzenia sopranów. W efekcie powstaje rozdźwięk, bo muzyka żywo grana jest nieco inna w wymowie, stanowiąc jakby połączenie pierwszego i drugiego stylu, plus to, że o wiele bardziej jest też trójwymiarowa i harmonicznie złożona, czego nie odda żaden głośnik.

I jest wreszcie nurt trzeci, który sam sobie zalecam. Nurt niewysilonego ani nie upiększanego realizmu o bardzo różnych stopniach perfekcji. Czasami w bardzo jawnym uproszczeniu, że redukcja na pierwszy słuch oczywista, a czasem tak bardzo zaawansowany, że już prawie realny. Mający też mniejsze czy większe odchylenia ku obu poprzednim stylom, ale usiłujący unikać udziwnień i jednocześnie przesadnie nie upiększać, ani nie robić cesji na rzecz podkręcania czegoś w zamian za stratę czego innego. Inaczej mówiąc, styl wypośrodkowany i na miarę swych różnych możliwości (w zależności od talentu i ekonomii) trzymający się prawdy. A chociaż prawda to zagadnienie tak złożone, że bardziej złożonych już nie ma, to nie chodzi nam o prawdę w wydaniu filozofów, a jedynie taką intuicyjną, nazywaną przez tych filozofów pogardliwie naiwną. Niemniej możemy przyjąć, że jest coś takiego jak nie dążący do upiększeń i udziwnień naturalizm, mimo że to pojęcie nieostre. Sama ta szkoła rozpada się przy tym na poziomy, z których najniższy jakościowo od muzyki żywej jest naprawdę daleki, ale mimo to stara się zachować jej brzmieniową strukturę w możliwie niezafałszowanej postaci. Najważniejsze wydaje się przy tym to, że postępuje adekwatnie do przeznaczonych środków, podczas gdy style pierwszy i drugi mając zaplecze nie stawiają na prostą wierność. Wolą coś za coś a nie prawdę, naciski kładą na jedną z szal. Jedni prą do szczegółów i transparencji, drudzy do muzykalnej pełności wyposażonej w brak agresji; a potrzebna jest tu synteza – złoty środek faceta ze Stagiry, który ponoć miał chude łydki i bardzo się tego wstydził. Jedni więc uzyskują bladawce, drugim wychodzi muzyka odkarmiona, wypomadowana i w garniturach, a prawda jednych i drugich prześciga, bo zmierza środkiem drogi. Zarazem nie chcę powiedzieć, że któryś styl jest najlepszy, bo w słuchaniu muzyki nie chodzi o maksymalną wierność, a o przyjemność najszerzej rozumianą. Nie jest ścieżką do prawdy ale dawania przeżyć, a takie są tu najważniejsze, które najbardziej pobudzają słuchacza. Więc tak jak nie malujemy sufitów na niebiesko, mimo iż tak wygląda niebo, tak też muzyka jak z życia wzięta nie musi być najlepsza. Łatwiej natomiast poprzez taką klasyfikację porządkować sobie wystawę, mimo iż to uproszczenie.

I na sam koniec o konkrecie także z zakresu łatwości zwiedzania. W piątek do siedemnastej nie można było dotrzeć w strefę słuchawek na Narodowym inaczej niż przez powrót na parking i wjazd windą od drugiej strony. To jakieś nieporozumienie, kto się na takie coś zgodził?

PS

Nie byłem na konferencji inicjującej Audio Video Show 2017 – od tego są patroni medialni. Nie byłem także na żadnej z imprez wykraczających poza słuchanie oprócz jednej, o której w swoim czasie.

5 komentarzy w “Relacja: Audio Video Show 2017 w bycie ogólnym, czyli wstęp

  1. jafi napisał(a):

    Piotrze,
    pozwolę sobie zacytować fragment:

    ” Nurt niewysilonego ani nie upiększanego realizmu o bardzo różnych stopniach perfekcji. Czasami w bardzo jawnym uproszczeniu, że redukcja na pierwszy słuch oczywista, a czasem tak bardzo zaawansowany, że już prawie realny. Mający też mniejsze czy większe odchylenia ku obu poprzednim stylom, ale usiłujący unikać udziwnień i jednocześnie przesadnie nie upiększać, ani nie robić cesji na rzecz podkręcania czegoś w zamian za stratę czego innego.”

    Podpisuję się pod tak pojętym dźwiękiem.

    z szacunkiem

    Jacek

  2. mister napisał(a):

    Byłem pierwszy raz na AudioShow i jedna rzecz mnie bardzo zaskoczyła. Od 75% do 90% zestawów to nie było moje brzmienie. Nie wiem czy taka jest tendencja, czy takie oczekiwania większości i ja jestem inny, czy coś jeszcze, ale większość zestawów grała tak samo: po jasnej stronie, rozdzielczo, detalicznie, mniej lub bardziej analitycznie. W połączeniu z rodzajem muzyki jaka grała najczęściej (małe składy jazzowe, realizacje stockfischa itd pozwalające ocenić zawodowym uchem jak zestaw gra) robiło to wrażenie o jakim wspomniałem: styl grania w większości pokoi był taki sam, różnice niewielkie. Wiadomo, odwiedzając te same pokoje w różnym czasie można było natrafić wreszcie na normalną muzykę, puszczaną na życzenie, ale nie zmienia to faktu, że taka jest tendencja: grajmy stockfischa i jazz, bo inaczej pomyślą, że to słaby sprzęt i na dodatek ten z pokoju obok będzie brzmiał lepiej. Może to ja, ale stockfisch dla mnie nie jest miarodajnym punktem odniesienia, to wyżyłowany silnik, który na krótkich odcinkach daje frajdę, ale długoterminowo jest męczący. Ja lubię relaksujące, nieco ciemniejsze granie – na palcach jednej ręki mogę policzyć ile zestawów tak zagrało. Cieszę się, że byłem, nie planuję ponownie jechać (po co?), z radością słucham tego co mam w domu. Gwoli sprawiedliwości – miałem w domu zestaw grający detalicznie i rozdzielczo, po pół roku zachwytów zaczął mnie męczyć, może dlatego nie robią na mnie wrażenia przeróżne zestawy – ja wiem, że to fajnie gra, ale mnie to męczy przy dłuższym słuchaniu. Taga, AudioVector i wiele, wiele innych, to nie moje granie. A przynajmniej nie w prezentowanych zestawieniach ze wzmacniaczami. Czyli, reasumując – fajnie, ale nie spodziewałem się, że chodząc od pokoju do pokoju non stop będę miał wrażenie „ja już to gdzieś słyszałem” – spodziewałem się większej różnorodności, więcej zestawów grających ciemniej, muzykalniej, pełnym pasmem, z ciekawą średnicą, nieco mniejszą ilością detali niż konkurencja, ale bardziej relaksująco – w sam raz na dłuższe odsłuchy. Wiadomo, co kto lubi, o gustach nie dyskutujemy, ale nie spodziewałem się, że moje oczekiwania rozmijają się z może i 90% zestawów na AudioShow 😉

  3. Rl napisał(a):

    Autor zdaje się czytal sporo Lema. Inwersje i wyszukany styl

    1. Piotr Michalak napisał(a):

      A może autor po prostu sporo czytał w ogóle. Godne polecenia 🙂

      1. Grzegorz Brachfogel napisał(a):

        Godne polecenia.. A może autor po prostu ma problem, z tym że jest/był sam za mało czytany i doceniony. Ze stylem pisania bywa tak, jak ze stylem podania muzyki lub posiłku – czasem wewnętrzny dobrostan autora i potrzeba złamania ciszy przynoszą zachwianie proporcji formy i treści. Całe szczęście, nawet w szkolnej palecie farb mamy większą lub mniejszą, ale zawsze gamę barw. Myślę, że próby usilnego sprowadzania doświadczenia życia do skali monokoloru, czerni i bieli, są niepotrzebne, zwykle nie służą nikomu tak dobrze, jak samemu autorowi koncepcji lub tekstu. I to chyba tyle. A czyniąc rzecz długą krótką: było znacznie więcej i ciekawiej. A czytanie recenzji zbudowanych ze piętrowych zdań na trzy linijki – nuży w połowie i własnych doświadczeń nie zastąpi. I całe szczęście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy