Recenzje: Oyaide AZ-910

Brzmienie

Z wtykami z czystego srebra.

    Gdyby tak krzyczał sam tylko dystrybutor albo właściciel salonu, to bym się nie przejmował, bo oni zawsze krzyczą, ale kabel chwalił też ktoś, kto nie miał w tym interesu. Tym się kierując wziąłem i skutkiem presji zewnętrznej bez tradycyjnej zwłoki zacząłem słuchać. I jak już zdążyłem napisać, w pierwszych minutach pojawiły się wątpliwości, lecz szybko ustąpiły. Wątpliwości tyczyły tego, że kabel gra za ostro – zbyt cienko przędąc i nazbyt eksponując soprany. Ta znana cecha srebrnych przewodów nie mogła być zaskoczeniem, ale nie w sytuacji takich pochwał. To trwało jednak góra kilkanaście minut, a potem kabel się otrząsnął. Poza tym od początku prezentował istotną cechę pozytywną – podawał gładki dźwięk. A jest przykrą dolegliwością niektórych srebrnych kabli, nawet z monokrystalicznego srebra i bardzo drogich, podawanie dźwięku na szorstko. Tego nie było ani śladu, więc tylko te soprany, które się poprawiły już po paru minutach. W minutach bowiem się zebrały: nabrały przestrzenności i wypełnienia, a także ciemniejszej barwy oraz lepszej kontroli, przy wciąż ekspresyjnym charakterze obrazowania, nadającego brzmieniom wyrazistego konturu i strzelistej smukłości górze. A zatem całość jak to ze srebrem wyraźna, ale jak nie ze srebrem ciemna – urokliwa, fascynująca. I jednocześnie przestrzenna, z oddechem i swobodą płynięcia. Bas towarzyszył temu mocny, bez śladu wyszczuplenia, jak również średnica muzykalnością spełniona, a jednocześnie precyzyjna, nawet dobitna. Lecz co innego zwracało największą uwagę, mianowicie towarzyszący temu wgląd w głębię muzycznych planów.

Ta własność była ekstraordynaryjna, bez wątpienia specjalna. Potęgowana jeszcze ciemną atmosferą; jest bowiem czymś niezwykłym móc się przedzierać wzrokiem przez mrok. A tu nie było nawet przedzierania, wszystko widoczne jak na dłoni, chociaż coś niewątpliwie z pejzażu rozpostartego pod czarną chmurą. Nie tyle grozy, nadejścia burzy, co zapadającego wieczoru, który nawet niegroźne chmury nasącza fioletową czernią. Lecz pośród tego światło, połysk, wyraźność i trzeci wymiar, że śmiało rzec można: spektakularność – toteż przestałem się dziwić pochwałom. Mistyka niezwykłego pejzażu, z pełnym oddaniem obszaru, kontrastu i precyzji rysunku. A pośród tego głosy nie odchudzone i nie zniekształcone echem, tylko jakby z rzeczywistości wyjęte. Owszem, szczególnie wyraźne, wyrysowane precyzyjną kreską, a także tylko trochę ciepłe – tak aby tylko nie zimne. Ale zarazem dobrze wypełnione, w odbiorze naturalne i przede wszystkim mające naturę swobody bycia i otwartości. Nic z lepkości i dociążenia, przykuwających do miejsca, a wszystko z szumu wiatru i atmosfery raźnej. Ale nie przechodzącej w odchudzenie, mającej tkankę, krew w żyłach.

I lśniącą izolacją.

I żeby to jeszcze skomplikować, jeszcze dołożyć niezwykłość – ta wyraźność wnikliwa, momentami nawet przeszywająca, ale zupełnie pozbawiona naprężenia i zbytecznego pogłosu. Żadnej twardości, dudnienia, sybilacji i echa skażonego obcością. Najlepszy dowód, że żadna z tych cech nie pojawiła się u słuchawek Fostex TH900, które do odchudzania, schładzania i dudniącego pogłosu mają pewną tendencję. Prawdę mówiąc słuchając wcześniej przy komputerze MrSpeakers Ether Flow C i Abyss AB-1266 (z przetwornikiem Norma i Ayon HA-3) miałem poważne obawy o brzmienie tych Fosteksów, ale wypadły świetnie.. Faktem pozostaje, że słuchany porównawczo miedziany interkonekt Sulka bardziej dociążał, wygładzał  i zgęszczał, ale bardziej też spłaszczał scenę, grając przede wszystkim na pierwszym planie i bardziej też był statyczny, nie pozwalając ani przez głębię tak przenikać, ani nie oferując takiej nośności. Ogólnie biorąc okazał się bardziej zwyczajny – muzykalny, ciepły i gęsty, co zawsze jest przyjemne, natomiast nie prezentował mieszanki cech niezwykłych – mrocznej a jednocześnie na przestrzał transparentnej przestrzeni oraz podszytej sopranami wyraźności pozbawionej czynnika echowego i naprężeń.

Jest oczywiście kwestią wyboru, czy woli się brzmienia takie czy inne, natomiast nie było w tym porównaniu wątpliwości, że oba słuchane teraz są spektakularne i mają jedno przeciw drugiemu niepoślednie atuty. Szczególnie ta niezwykła, podszyta mrokiem głębia była u Oyaide imponująca, momentalnie przykuwając uwagę, kontrowana przez Sulka większą muzykalnością i większą masywnością. Z oboma kablami słuchało się świetnie, a z każdym dalece inaczej.

Dla ostatecznego zbadania sprawy przeniosłem się do drugiego toru, w którym jako źródło pracował gramofon Avida z ekskluzywną, droższą niż cały on wkładką Ortofon Windfeld Ti, o której śmiało da się powiedzieć, że jest kwintesencją muzykalności.

Wciąż chcąc bazować na porównaniu, bez którego recenzja staje się szmirą, porównywane uprzednio interkonekty wpiąłem naprzemiennie pmiędzy przedwzmacniacz a końcówkę mocy, poczynając od stanowiącego punkt odniesienia Sulka. Ten zagrał jak zwykle melodyjnie, gładko, gęsto i odpowiednio ciepło, przy czym w naturalnym rozumieniu gęstości, to znaczy bez przesadnego dociążania, które nasączając zakres średni basowym czyni brzmienie nienaturalnie gęstym. Zarazem też chropawo, więc w połączeniu z gładkością z podręcznikową ekspozycją faktur, a przy tym w swoim stylu, to znaczy z przewagą muzykalności nad ofensywą.

Nieprzypadkowo saksofon. Instrumenty dęte dzięki temu Oyaide zyskują nowe życie.

Dźwięk nie parł na słuchacza; scena zaczynała się półtora metra za głośnikami i miała charakter statyczny w sensie, że dźwięki nie pędziły ku nam, swój spektakl rozgrywając u siebie. To można nazwać też lekkim wycofaniem, obrazując sprawę różnicą między teatrem a kinem. W kinie jest wszystko na ekranie, do niego się ogranicza, podczas gdy aktorzy w teatrze mogą wejść między widzów i mogą się do nich zwracać. Tutaj tego nie było, muzyczne przedstawienia – można rzec – były wsobne, rozgrywane we własnym świecie. Trąbka Louisa grała „tam”, nie zwracając się bezpośrednio do nas. Dobrze obrazowała własną naturę i należycie była trójwymiarowa, a przede wszystkim z natury sopranowy jej dźwięk nie kaleczył uszu przesadnie ostrą, niczym stłuczona szyba płasko spiczastą nutą. Był realistycznie ostry, lecz przestrzenną różnorodnością na tyle prawdziwy i nośny, by nic w tym nie było z cierpienia, a wszystko z przyjemności. Tyle że, jak mówiłem, ta trąbka grała sobie, nie zwracając się bezpośrednio ku nam. Słuchacz był od muzyki cokolwiek oddalony – przysłuchiwał się a nie wpadał. Temperatura towarzyszyła temu umiarkowana – żadnego potu, przegrzania atmosfery; tak tylko trochę ciepło – a całość dźwięczna, popisowa, ale z lekka w duchu relaksu. Gramofonowa analogowość w połączeniu z lampowym wzmocnieniem i realistycznymi, ale spokojnymi, pozbawionymi sopranowej agresji kolumnami od Audioforma, płynąc przez także spokojny przewód Sulka trochę za bardzo się uspokajała. Dużo było w tym audiofilskiej satysfakcji, a sama muzykalność godna najwyższych pochwał, ale też pewien niedostatek pazura, sopranowej podniety i widowiska chcącego słuchaczem wstrząsnąć. Pięknie się brzmienie sączyło i upajało urodą, ale nie w mierze najwyższych podniet i całkowitego przeniknięcia w akcję. Żadnych muzycznych szałów ani zapamiętania – emocje stonowane i bardziej przysłuchiwanie się niż kontakt.

Słowo daję, to nie zostało zaaranżowane. Zwyczajnie, drogą przypadku, zwykłej koincydencji zdarzeń, znajomy podrzucił na dni parę topową wkładkę Ortofona – „bo może zdążysz opisać” – i szkoda było z niej nie skorzystać, bo jest naprawdę niekiepska. A przy okazji warto wspomnieć o obawach związanych ze współpracą tego Oyaide z Croftem, który sam z siebie jest ofensywny (dobrze uzupełniając lampy 45ʼ w Twin-Head), a ściślej się wyrażając, niezwykle szczegółowy i wyrazisty, zwłaszcza po wyposażeniu w lampy Brimara. (Patrz recenzja ECC81)  To przecież mogło się nie spodobać srebrnym przewodom Oyaide, jako że srebro zwykle zmierza w tę samą stronę, choć wcześniej przy komputerze zostało już ustalone, że te akurat nie stronią od muzykalności, ciepła i wypełnienia. Ale to nie musiało starczyć, nigdy nie ma gwarancji. Audiofilizm jest ścieżką prób i błędów a nie utartych szlaków. Czasami coś wygląda na pewnik i okazuje się porażką; kiedy indziej szanse są marne, a mimo wszystko sukces. W tym wypadku na pewno to drugie, nawet zdecydowanie. Bo na początku wiele obaw, a jako finał radość. Ale przepatrzmy rzecz po kolei.

Przy okazji na płycie rodzimy, japoński jazz.

Zjawił się dźwięk bardziej zaangażowany, ciemniejszy, oparty o czarniejsze tła. A także zdecydowanie bardziej eksponujący wokale, wydobywający je z otoczenia, między innymi poprzez bardziej trójwymiarowe formowanie, nadawanie postaciom bardziej przestrzennej formy. Ale nie tylko w taki sposób. Także poprzez mocniejszą ekspozycję głosów i większe ich zaangażowanie. Wokale przestały wprasowywać się w obraz, głosy artystów jakby się skierowały do przodu, a już na pewno mocniej docierały, zyskując przy tym byt samodzielny, to wychodzenie przed tło. To znakomicie urealnaiło obraz, czyniąc go zdecydowanie ciekawszym, co musiało przekładać się na satysfakcję słuchacza. Ale paradoksalnie trąbka Louisa była teraz mniej trójwymiarowa, mimo że bardziej zaangażowana i ciemniej niewątpliwie brzmiąca, co powinno wzmagać światłocień, głównego animatora trzeciej składowej wymiaru. Jednocześnie była jednak ostrzejsza w sposób niewątpliwie bardziej realny. Bo trąbka już tak ma, że jest naprawdę ostra. Pasmo z kolei się rozszerzyło – skraje bardziej doszły do głosu, a już szczególnie góra. Zarazem było całe dobrze związane, bez żadnych luk między podzakresami; co wcale nie jest czymś oczywistym, bo wcześniej średnica się separowała od góry.

Kabel na serio rozegrał się po jakichś dwudziestu minutach, chociaż od pierwszej zdiagnozowałem go jako lepiej dopasowany. Od pierwszej bowiem spektakl był bardziej trójwymiarowy i przede wszystkim angażujący, głównie za sprawą bardziej realistycznych sopranów, ale też mocniej zaznaczającego się basu. Znów także pojawiła się ta widoczność pośród spektakularnych czerni, a przede wszystkim każdy instrument i każdy wokalista bardziej się teraz eksponował. A po tych dwudziestu minutach dołączyło się coś jeszcze, co można nazwać zwieńczeniem dzieła. Muzyka zyskała dodatkowy szum, czyniący ją jeszcze prawdziwszą.

Nie wiem czy zwracaliście kiedyś na to uwagę, czy wszyscy mieli z tym chociaż kontakt, ale jest taki moment przełomowy na skali jakości odtwórczej (nie jedyny lecz ważny) – moment w którym muzyka przekracza próg realności w sposób tak jednoznaczny, że pytania o jakość znikają. Że staje się nie namiastką, ale muzyką samą. Jasne, że nie w stu procentach, lecz na tyle dobitnie, że trzeba się już wysilać, by znaleźć jakieś wady i iść w tym szukaniu na przekór własnym emocjom, przemożnej satysfakcji. A taki właśnie „szum” jest tej muzyki cechą. Obrazuje pełną złożoność, realistyczną formę i jednocześnie wszystko spaja, zmienia w odtwórczą prawdę. Bez niego to tylko zabawa, próby naśladownictwa; kiedy się zjawia, pojawia się też muzyka, muzyka par excellence. I tu do tego doszło, z kablem za trzy tysiące… Ktoś postronny mógłby powiedzieć – o rany, jakim drogim! Ale my dobrze przecież wiemy, jak ceny interkonektów stoją i gdzie naprawdę zaczyna się drogo.

Trzy dostępne długości. Najdłuższa trochę krótka.

Tym samym wszystko już powiedziałem, ale powinienem dodać szczegóły. Więc w ramach tego napiszę, że grało z całkowitą czystością i pełną otwartością, niczym gdyby wiatr szumiał albo też rwąca rzeka. Do tego pełna spójność sceny i jej popisowa głębokość, a na tej scenie taneczność, że nogi same do tańca. Że pełne uczestnictwo i zabawa „na maksa”, jakbyś był na koncercie a nie sam siedział w domu. Towarzysząca temu głębia barw, nasycenie, złożoność dźwięku i czernie, a masywność tak samo jak u Sulka idealna, nie przedobrzona i nie za słaba. Powietrze, życie, świeżość, rozmach – żadnego brzmieniowego „masła”. Dobrze się przysłuchałem perkusji i była realistyczna jak rzadko. Z punchem i mocą przestrzennego basu, ale przede wszystkim rewelacyjnym oddaniem ekspansywnej ekspresji dźwięków. Talerzami wychodzącymi z siebie na kształt migotliwych obłoków i werblami warczącymi trójwymiarowo, wypełniającymi cały pokój.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzje: Oyaide AZ-910

  1. Tomasz P napisał(a):

    Zaintrygował mnie Pan. Do Oyaide nie trzeba mnie przekonywać bo praktycznie cały systemik mam nim okablowany (Tunami), moim zdaniem to bardzo uczciwa firma i uczciwe kable. Chyba spróbuję pożyczyć, podmienić miedzianego na srebrnego… Ciekawe co z tego wyniknie…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ciekawe. Srebrny jest naprawdę spektakularny.

  2. deper b napisał(a):

    Troszke nie w temacie, czy zamierza Pan przetestować campfiere audio cascade?
    Miałem okazje ich posluchac naprawdę fajne brzmienie, wciagajace, biorac pod uwagę cene jestem pod wrazeniem a był to egzemplarz jeszcze nie wygrzany…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      O ile MIP ma, to nie widzę przeciwwskazań. Na razie będzie test Fostex T60RP.

  3. fon napisał(a):

    A jak sprawa z testem transportów CD, ale takich w niższej cenie,teraz np NuPrime wypuścił nowy model jest Cyrus ,AdwanceAcustic,z trochę droższych CEC,po tylu testach daców coś dla srebrnego krążka by się przydało.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Była niedawno recenzja nowego napędu Ayona. W możliwość zrecenzowania CEC wątpię, bo stosunki z RCM mam napięte. Cyrusa może, zapytam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy