Recenzja: Woo Audio WA8 Eclipse

Budowa i użyteczność

Porządne opakowanie, żadnej zabawy w tani recykling.

   Nietrudno zgadnąć, że lampy wymagają miejsca. Pomimo że to zaledwie dwie miniaturowe triody wzmocnienia (tzw. micro tubes) i pojedyncza jeszcze mniejsza sterująca, fakt konieczności czerpania prądu z baterii (wszak jednoznaczna mobilność), bycie równocześnie przetwornikiem oraz słuchawkowym wzmacniaczem i samo otoczenie tych lamp nie dadzą się zawrzeć objętościowo w garści ani wagowo w paru dekach. Efektem spore urządzenie, ważące kilogram i osiemnaście deko. A więc kilo cukru pod pachę i jeszcze dwie paczki drożdży. Do tego jakieś źródełko koniecznie – czytnik plików lub smartfon – tak żeby zacierka pod fermentację musica spiritualis się dopełniła. A na to wszystko przydałby się jakiś baniak, najlepiej w postaci skórzanej torby, której w zestawie brak. Bo w kieszeń wszystkiego tego żadną miarą nie upchniesz, chyba że w spodniach ogrodniczkach albo u mamy kangurzycy, podczas gdy komplet zawiera tylko samo urządzenie, plastikowy na nie pojemnik, przypominający maselniczkę, i ładowarkę prądu stałego. Plus jeszcze kabel USB, jako niezbędnie potrzebny. Natomiast torby ni hu-hu, samem trzeba znaleźć. Dobra byłaby ta od Abyss AB-1266, ale gdzież tym słuchawkom do mobilności. Więc audiofilia desperata, a tu na dodatek producent powiada, że właśnie do torby czy walizeczki nie bardzo, bo otworów wentylacyjnych lampom nie wolno ograniczać. A urządzenie – fakt – mocno grzeje, te micro tubes prażą. Więc w sumie to już nie wiem czym tę mobilność ugryźć, jakimi narzędziami. Lampowy wzmacniacz mobilny japońskiej proweniencji, nie wprowadzony jeszcze na rynek Analog Squared TU-05, ma mieć pasowną torbę z wentylacją i stosowną kieszenią dla źródła – a tutaj? Ale zaraz, przepatrzmy uważniej Internet. Aha! – okazuje się, że i tu torba jest, tyle że nie jako składnik zestawu. Trzeba wysupłać dodatkowe sto pięćdziesiąt dolarów, by wejść w posiadanie dedykowanego skórzanego pokrowca, który, o ile mnie wzrok nie myli, nie ma z kolei paska. Paski z karabinkami drogie nie są, no ale mimo wszystko… Załóżmy jednak, że mamy już pasujący pokrowiec – i na dodatek z paskiem – oraz że kablem wpuściliśmy do niego sygnał ze smartfona albo innego źródła z kieszeni, jako że w samym pokrowcu miejsca nie ma – pasowny jest jak futerał.

I gospodarne wnętrze.

Co dostajemy w tej sytuacji?  Dostajemy trzy i pół godziny muzyki ze wzmacniacza słuchawkowego w klasie A i całego na lampach. Konkretnie dwóch 6S31B wzmacniających i sterującej 6021; wszystkich mających specyfikację militarną, a więc czas życia szacowanym na dziesięć tysięcy godzin, które samo Woo ostrożnie przycięło w instrukcji obsługi do pięciu, tak na wszelki wypadek. Te lampy, obsługiwane przez mikro transformator niklowo-miedziany, mogą oddać 350 mW mocy przy paśmie przenoszenia 20 Hz – 30 kHz, a wcześniej, tuż przed nimi, sygnał analogowy sposobi dla nich przetwornik na kości ESS SABRE ES9018K2M, automatycznie nadpróbkujący do 24-bit/384kHz. Pobierający sygnał przez asynchroniczne wejście USB 2.0, ale wchodzić można też, pomijając go, wprost do wzmacniacza, poprzez analogowe złącze line-in 3,5 mm. Wyjścia natomiast są dwa, na mały i duży jack, czyli wyłącznie dla słuchawek, lub ewentualnie przejściówką dopiero na głośniki. Przy czym dobrą wiadomością jest informacja, że grać można też podczas ładowania, czyli kiedy znajdziemy się w zasięgu jakiegokolwiek gniazdka czas pracy przestaje być limitowany; a to naprawdę dobra wiadomość, bo taki na przykład wzmacniacz stacjonarny Bakoona nie oferuje podobnej wygody, co mocno bywa irytujące, zwłaszcza gdy nie ma się zapasowej baterii.

Rzućmy na tego WA8 okiem. Producent oferuje go w trzech kolorach: szampańskim, srebrnym bądź czarnym. Kształt przypomina powiększoną kostkę masła z plastikowym okienkiem, przez które widać lampy – nad którym to okienkiem, na górnej krawędzi urządzenia, są owe zabronione do zatykania dziury do usuwania ciepła. W sumie to bardziej niż kostkę masła przypomina dawne tranzystorowe średniej wielkości radio, z dużym po prawej pokrętłem analogowego potencjometru. Chodzi ten potencjometr statecznie, idealnie dobrano siłę oporu, a jeszcze jego rozmiar umożliwia dokładne wyskalowanie głośności. Białymi, sporej wielkości cyframi wzbogacono go o podziałkę, dzięki której nie będzie problemu z ustawieniem żądanej głośności bez wstępnych prób na ślepo. Zaraz pod nim, także po prawej, są oba gniazda słuchawek, a na boku przeciwnym wszystkie porty wchodzące – line-in, USB oraz port ładowarki. A także mały pstryczek On/Off, zabezpieczony przed przypadkowym użyciem dużą twardością chodzenia. Na dużym przodzie i dużym tyle nie ma żadnych funktorów; z przodu jedynie okienko lamp i pięć małych diod informujących o stanie naładowania baterii, a z tyłu numer seryjny i trochę innych napisów.

W plastikowej trumience aluminiowe cudo.

Na spodzie przyklejono dwie gumowe podkładki, zapewniające miękkie stawianie, a na wierzchu są tylko te kratki wentylacyjne oraz jeden, ale ważny, przełącznik. Z jego pomocą możemy uruchomić bądź dezaktywować jedną z pary lamp mocy, tak by w razie użycia słuchawek o dużej skuteczności (w praktyce tylko dokanałowych) mieć mniejszą, a w razie nie tak skutecznych większą siłę sygnału. Tu istotna uwaga – producent z wykrzyknikiem ostrzega, by przełączenia tego dokonywać jedynie gdy urządzenie nie pracuje.

Co do wrażeń organoleptycznych. Nie da się ukryć, że ten Woo waży swoje. Jak na zabawkę mobilną dużo i kto pamięta tranzystorowego Kolibra, mającego podobne gabaryty, zdziwi się o ile więcej. Pamiętajmy jednak o kompromisie i jego bezkompromisowości. O lampowości bezkompromisowej wstawionej do kompromisu mobilność ze stacjonarnością. Tego nie dało się uczynić mniejszym ani też mniej ważącym; pełna lampowość musi ważyć i musi zabrać nieco miejsca.

Obudowa jest aluminiowa, anodyzowana, ale nie ślisko gładka. Z powierzchnią w mikroskopijny „baranek”, dającą czucie tekstury palcom i oczom jedwabisty połysk. Bryła natomiast jest kanciasta – podobnie jak w Kolibrze nikt się nie bawił w łagodzące krągłości. Czuje się więc te krawędzie, to nie otoczak wyjęty z rzeki. Nie ma to jednak znaczenia, bo na drogę i tak do pokrowca, a stacjonarnie i tak tylko stoi. Kanty mają zaś wizualną melodykę, przywołującą wrażenie trzeźwości, techniczności oraz konkretu. Z kolei dla marzycieli złociście świecą lampy, a kolor można sobie wybierać od szampańskiej radości, poprzez srebrzystą rzewność, aż do powagi czerni. Wszystko to za wspomniane dziesięć tysięcy, plus dodatkowy koszt futerału i osobne pieniądze na źródło. Ale smartfony teraz u wszystkich, więc źródło mobilnego dźwięku chcąc nie chcąc ma każdy obywatel. I ma też oczywiście słuchawki, no bo jak dzisiaj bez nich? W ostateczności do smartfonów dodają pchełki, więc nie mieć ich nie sposób.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

12 komentarzy w “Recenzja: Woo Audio WA8 Eclipse

  1. Marecki napisał(a):

    Ciekawy „klocek” 🙂
    Piotrze, dobrze by było skonfrontować Woo z Alo.
    Ceny mniejsze, gabaryty też, więc… Rozmawiałeś w tej sprawie już może?
    Dostępne są te sprzęty na miejscu?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Napisałem wielce pochwalną recenzję ALO AUdio Continental V3 (nieprodukowanego już niestety) i mogę powtórzyć, że był znakomitym wzmacniaczem. Mniej jednak analogowym od WA8 i nieco mniej czarującym. Bardzo dobrym, ale trochę zwyczajniejszym. ALO robi teraz inne urządzenia i na pewno godne zbadania. Nie chcę nic obiecywać, ale spróbuję się zorientować względem dostępności do testu.

      1. Marecki napisał(a):

        Pamiętam, dlatego tak mnie intryguje V5 🙂

        Daj Piotrze znać, tu w komentarzu, gdybyś miał już jakąś informację.

        Pozdrawiam 🙂

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          W poniedziałek spróbuję się dodzwonić.

  2. Miltoniusz napisał(a):

    Świetna rzecz. Czekałem na tą recenzję. Czy brzmienie sekcji wzmocnienia jest dużym kompromisem wobec Lebena CS300F? I czy mając Alo Audio Continental V3 warto robić przesiadkę na WooAudio?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Przesiadać się z Continentala nie warto, bo jest dużo praktyczniejszy a brzmienie ma świetne. Leben z kolei, jako urządzenie stacjonarne, stoi na nieco wyższym poziomie. Ewentualna przesiadka mogłaby się więc tłumaczyć jedynie korzyścią materialną. Woo od biedy jest w stanie zastąpić wzmacniacz przenośny, a jego użycie jako stacjonarnego daje wysoką satysfakcję. Wyjdzie więc taniej niż Leben plus ALO, ale jak już się je ma, to nie warto tego ruszać.

      1. Marecki napisał(a):

        Witam Piotrze.
        Wiesz już może coś na temat ALO?

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Wiem. Studio Six na razie nie ma; może będzie wcześniej, a może dopiero na AVS. Dwa mniejsze, w tym ten przenośny dual mono, podobno do mnie jadą.

          1. Marecki napisał(a):

            No i super.
            Czekamy w takim razie 🙂

  3. Miltoniusz napisał(a):

    Dziękuję. Obecnie mam tylko Alo Audio którego bardzo lubię a za jakimś bardzo dobrym stacjonarnym się rozglądam no i właśnie tak nad tym wa8 się zastanawiam. Ps. co do podłączenia do iPhone poprzez cck – bo tak chyba Pan to robił, to cck w wersji usb 2.0 mocno ogranicza jakość. cck z usb 3.0 (większe ustrojstwo ale przy okazji jest też port ładowania) jest znacznie lepsze. Tak zaleca AudioQuest w instrukcji do Dragonfly a ja się z tym zgadzam. Dużo bardziej otwarty dźwięk.

  4. petes napisał(a):

    Spokojnie możesz słąć sygnał z Apple przez CCK bez obawy straty na jakości.
    WA8 pomimo swojej ceny dla mnie ciągle bezkonkurencyjny. Super dźwięk, wbudowany DAC i możliwości mobilne. Producent teraz wypuścił opcjonalne płytki z lampami, ale polski dystrybutor jeszcze ich ma.

  5. Piotr napisał(a):

    Podobno bateria wystarcza na zaledwie 2,5 godziny… tak napisał jeden z właścicieli WA8 Eclipse.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy