Relacja: Moje Audio na Audio Video Show 2018

 Tytuł nie jest trafiony, ponieważ nic nie mówi. Owszem, jest taki dystrybutor w pięknym mieście Wrocławiu (naprawdę pięknym, wartym zwiedzenia), ale kto wie dokładnie, czym to Moje Audio handluje, co można od nich dostać? Zaraz to trochę przybliżę, lecz wpierw zaanonsuję, że słowa te zostają spisane, ponieważ spośród sal w których nie wystawiano systemu kosztującego coś koło miliona, ta mi się najbardziej podobała. Fakt, tanio tam nie było, na wystawiony u nich zestaw trzeba w razie ochoty solidnie się wykosztować, niemniej królujące tam głośniki fińskiego Gradienta – model 1.4 – to w porównaniu z innymi równie świetnie grającymi coś naprawdę skromnego za ledwie dwadzieścia pięć tysięcy, a nie dwieście pięćdziesiąt na przykład.

Zacznijmy od początku. Nad odpowiednim zasilaniem czuwał tam kondycjoner Reimyo ASL 777 (25 tys.), źródło zaś było podwójne, to znaczy był nim flagowy dla swego producenta odtwarzacz plikowy Lumin X1 (57,5 tys.), ale materiału nie czerpał z jakiegoś dedykowanego sobie dysku, ani tym bardziej z byle czego, tylko serwera Fidata HFAS1 (40 tys.), co – jak mi na miejscu wyjaśniono – miało na jakości brzmienia wpływ decydujący. Z tego podwójnego źródła sygnał trafiał do też podwójnego, dzielonego wzmacniacza włoskiej Normy (44 tys.) i stamtąd kablami głośnikowymi Luna Cable Orange (bardzo tanimi i może dlatego rzuconymi byle jak na podłogę) do wspomnianych Gradient 1.4, a wszystko pod uzupełniającą pieczą kablową analogowych interkonektów i zasilających Hijirii oraz starszych Harmonix, w domenie zaś cyfrowej przewodów samej Fidaty; i z uzupełnieniem o audiofilskie stelaże Music TOOLS oraz porozstawiane na wszystkich ścianach ustroje akustyczne Acoustic Manufacture.

Co przy tym osobliwe – to cała impreza w malutkim pokoiku Hotelu Sobieski, gdzie przepierzenia do powalenia jednym kopniakiem i na podłodze wykładzina wprost na wylewce gipsowo-cementowej, że czysta akustyczna rozpacz. A mimo to…

Sam gospodarz wyróżniał zwłaszcza serwer Fidaty (faktycznie, audiofilskiego cacko prosto z japońskiej szkoły szlachetnego brzmienia), ale pomimo świetnej jego prezencji i rewelacyjnej najwyraźniej pracy oczy najbardziej przyciągały niezwykle wyglądające głośniki Gradienta. Przy czym odnotować należy nie tylko fakt ich niezwykłego wyglądu kuli ustawionej na zwężającym się ku górze walcu i wraz z tym technologii umożliwiającej budowanie ogromnych scen dźwiękowych nawet w tak malutkich jak ta salkach, ale też wspomnieć o zaliczeniu ich do elitarnego grona najlepszych wyrobów przemysłowych w całej powojennej historii Finlandii, co uhonorowane zostało specjalną nagrodą państwową. I po tym, co usłyszałem, nie mam wątpliwości – nagroda się należała, stanowią wyjątkowy popis. Ale też smutna związana z nimi wiadomość: są ostatnim dziełem w dorobku założyciela Gradient Labs Ltd – inżyniera Jormy Salmi – który jeszcze w 1984 roku zbudował na specjalne zamówienie głośniki dla helsińskiej Sibelius Academy – największej wyższej uczelni muzycznej w Europie.

Skupmy się wszakże na brzmieniu, bo ono jedno się liczy, a nie jakieś akademie, nagrody; to ono nas tam przywiodło.

Pierwsze skojarzenie po skoncentrowaniu się na nim: „Przytłaczanie bez przytłaczania.”

– Dźwięk pozbawiony nachalności i tak jak u Grobel Audio z Destination nie podpierany głośnością, mającą swoim „dymem” maskować niedostatki i jednocześnie podkręcać nastrój. Puszczony nawet cicho i dopiero na moją prośbę podbity do poziomu naturalnego muzykowania. (Ta cichość, tak nawiasem, to jednocześnie preferencja samego gospodarza, miłośnika łagodnie brzmiącego jazzu z analogowej płyty, jak i z uwagi na obecność w sali szefa marketingu Fidaty, także wolącego łagodność brzmienia.) Sam jednak preferuję realistyczne poziomy głośności, choć z zawodowych obowiązków zmuszony jestem sprawdzać także jakość po obu ich stronach. Toteż słuchałem cicho, średnio głośno i głośno, na każdym z pułapów nie odnotowując zniekształceń.  A zatem, potencjalny nabywco: może się tym nie martwić – głośniki Gradient 1.4 z dzikim hałasem bezproblemowo sobie radzą i cichuteńko też potrafią.

Co niewątpliwie jest ważne, bo co będziemy udawali: czasami nachodzi chętka żeby dziko przywalić, a dla muzyki rockowej, z bliska odbieranego jazzu, czy wielkiej symfoniki słuchanej z pierwszych rzędów, to coś naturalnego właśnie. Ale tor opisywany nie tylko „bezproblemowo sobie radził” po obu stronach i na środku głośności, ale porażał wręcz jakością i stąd wspomniane „przytłaczanie”. Bez uciekania się do wysokiej głośności sprowadzał wykonawców w wymiarze tak realnym, że namacalność zupełna i jak zawsze w tych razach magia. Bo jak wielokrotnie już to podnosiłem – zjawisko obecności drugiego (fundamentalny problem filozofii fenomenologicznej, latami wałkowany i ostatecznie nie rozwiązany przez Husserla) przywoływane za pośrednictwem takiego jak tu dźwięku przebija w sposób deklasujący najlepsze nawet próby wykreowania tej obecności obrazem.

Usiadłem blisko kolumn, tworząc wraz z nimi trójkąt równoboczny o bokach na jakieś dwa metry, i chłonąć jąłem niezwykłość. W tak kameralnym otoczeniu budowała się niecodzienna nawet jak na AVS (gdzie sal dużych tyle) sceneria znaczona poetyckim pięknem; każdy dźwięk, od cichego po najgłośniejszy, podany z mistrzowskim kunsztem bezumownej, bezdyskusyjnej realności.

Zacznijmy może rzecz przybliżać od tej właśnie scenografii, gdyż jak na takie pomieszczenie była niewiarygodna. W sposób jawny przekraczająca bariery fizyczne, tak jakby ścian nie było. Zdumiewająco zwłaszcza głęboka, do czego wprawdzie zdążyłem przywyknąć, ale u siebie, na metrażu przeszło dwudziestu pięciu metrów, i z głośnikami odstawianymi na dwa lub więcej metrów od ściany tylnej, a nie, jak tu, na mniej niż jeden i bliziuteńko ścian bocznych, że niemal ocieranie się o akustyczne panele. Dźwięk niósł się poprzez nieobecne ściany, przenosząc słuchacza do filharmonii, kościołów, wnętrz o dowolnej wielkości. Nieodmiennie kreując żywą przestrzeń o równej samym dźwiękom namacalności, że wszystko w sobie i na sobie czułeś. „No, wreszcie!” – pomyślałem – bo chociaż kolumny monitorowe Diapasona albo podstawkowe Raidho też taką magią się parają i rewelacyjne mają w jej kreowaniu efekty, to jedne trochę, a drugie wielokrotnie więcej kosztują.

Poza tym tych niewiele droższych Diapasonów nie słyszałem taką scenę organizujących w tak małym pomieszczeniu (chociaż niewykluczone, że potrafią), natomiast Raidho owszem, ale one są teraz, po parokrotnych podwyżkach, przeszło trzy razy od tych Gradient droższe. Nie są przeto lekiem z wyboru ani w ogóle rozwiązaniem dla przeciętnego audiofila, podczas gdy Gradient jak najbardziej, co tym jeszcze się wzmacnia, że Raidho trzeba ustawiać bardzo daleko od ściany tylnej (w tak małym pomieszczeniu w okolicach połowy głębokości pokoju) i na dodatek po skosie bijące tylnym bass-refleksem prosto w ścianę boczną, bo bas inaczej  się nie wyklaruje. A Gradienty – proszę bardzo! – stać mogą niemal w kącie. Z korespondencji wiem zaś, jak wielu audiofili w małych pokojach się morduje i jak to dla nich będzie ważne.

Dopowiedzmy jeszcze o samym brzmieniu coś więcej niż „żywość”, „przestrzeń” i „namacalność”. Kolejną cechą wielkiej wagi była analogowość. Znam liczne wypowiedzi głoszące bezdyskusyjną wyższość płyt CD na muzyką braną z plików i sam niejednokrotnie byłem świadkiem, że tak faktycznie się działo. Ale na to remedium jest właśnie serwer Fidaty. Droga zabawka, lecz jakże pożyteczna. W droższej wersji z 2T pojemności dyskiem SSD sparowana z odpowiednim czytnikiem, jak ten tutaj Lumin, śmiało mogąca konkurować z najbardziej nawet elitarnymi odtwarzaczami CD/SACD zarówno pod względem samej melodyki brzmienia, jak i równie istotnej dynamiki. Analogowość tam usłyszaną określiłbym jako niemalże zupełną, względem najlepszych gramofonów słabszą w sensie makroskopowego odczucia jedynie o czynnik energii.

Tak, owszem, gdyby się wsłuchać, sięgnąć do bezpośrednich porównań, przekaz gramofonowy okazałby się bardziej płynny, koherentny, muzycznie skonsolidowany; ale tak samo jak u Grobel Audio, obecna w sali Moje Audio analogowość cyfrowa była zdumiewająca, dalece przekraczająca oczekiwania. Po blisko czterech dekadach (debiut CD to 17 sierpnia 1982) osiągająca nareszcie to, co miała dawać od początku – brzmienie źródłowo cyfrowe nieodróżnialne od analogowego. A przynajmniej nie tak natychmiast i nie dla niewprawnego ucha.

Co jeszcze? Jeszcze wzmagające realizm wrażenie sceniczności, autentycznego dystansu. Wykonawcy faktycznie jak na scenie, mocne poczucie estrady. Włącznie z oddechami na mikrofonach i mocnym doznawaniem pomieszczeń, że głos zawsze z towarzyszeniem oprawy akustycznej. Wyjątkowo plastyczne także obrazowanie w sensie oddania atmosfery i charakteru nagrań. I jako tego efekt hipnoza, szybko przejmująca kontrolę nad słuchaczem poprzez stapianie go z muzyką w konkretnym miejscu i stylu, ale jedynie poprzez ducha samych nagrań, bez żadnych dodatkowych upiększeń. Ale właśnie w takim podejściu potężne zejścia basowe, kontrabas całkiem jak prawdziwy i bardzo mocny dotyk. A dotyk, moi drodzy, to coś właśnie takiego, bez czego audiofilska magia najwyżej połowiczna.

Pliki nie były w tym wypadku sporządzone przez gospodarza z płyt CD, tylko kupione jako gotowe od profesjonalnych dostawców. Nie umiem powiedzieć, na bazie jakiej aparatury sporządzone, nie wiem nawet, czy to jest do sprawdzenia, ale jakość okazała się bez zarzutu, nie to co jakiś zwykła internetowa bieda. Słoneczne ciepło muzyki przy całkowitej spójności, pełnym wachlarzu indywidualizmów i podkreślanej już parę razy fizycznie dotykowej namacalności, współgrało z potęgą i dynamiką brzmienia. Bo pełny wolumen dynamiczny, jak u najlepszych pod tym względem odtwarzaczy, nie gorsza od niego szybkość dźwięku, natychmiastowe narastanie, sycące wypełnienie, pełnia brzmieniowej kreacji. Przy czym – raz jeszcze to podkreślę – żadnego upiększania poprzez nadmierne przeciąganie fraz, czy jakieś sztuczne pogłębianie. Dźwięki, w imię naturalności, bez lampowego dopieszczania –  bez nie chcących wygasać brzmień – tylko wszystko w realistycznych tempach na rzecz muzycznej wartkości. Tak więc czarowanie jedynie naturalizmem i z życia braną witalnością, a nie odwoływaniem się do brzmieniowego przesytu. Przede wszystkim realizm – realizm najwyższej próby – a tylko w razie odpowiednich nagrań także i tajemniczość. Co nie przeszkadzało temu, że trzy zdania zapisałem:

– „Przestrzenność w pełnej magii.”

– „Brzmienie w pełni magiczne.”

– „Dynamika w pełnej magii.”

Tak, było tam magicznie na wielorakość sposobów i najbardziej magicznie spośród niewielkich sal. Granie stuprocentowo analogowe z cyfrowo-plikowego materiału o w pełni realistycznej fakturze i na bez ograniczeń scenie, stopione w stuprocentowo realistyczny spektakl. A zatem da się z plików i da w małym pokoju; szkoda jedynie, że nie da tanio. Ale i to może przyjdzie z czasem, a póki co jest jak jest. Ma się rozumieć – Fidatę i Lumina można zastąpić mniej nieco kosztującym gramofonem i jakościowym dlań przedwzmacniaczem, ale wygodę plikowego grania i jakże cenną oszczędność miejsca zajmowanego przez nośniki diabli wraz z tym zabiorą. Poza tym żadne myjki, dodatkowe kable zasilające (a ile one kosztują!) oraz specjalny interkonekt pomiędzy gramofonem a przedwzmacniaczem; taki ze wzmocnionym ekranem. Tu sterowanie z laptopa – siedzisz i tylko słuchasz, a płyt na dyskach Fidaty tysiące…

To tyle, gdy chodzi o najlepsze brzmienia na zeszłorocznym AVS, na tym temat się wyczerpuje.

17 komentarzy w “Relacja: Moje Audio na Audio Video Show 2018

  1. RH pisze:

    Mam pytanie / korektę – czy te ustroje akustyczne to przypadkiem nie Acoustic Manufacture?
    Z pozdrowieniami.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, dystrybutor też już mnie skrzyczał, przed chwilą poprawiłem 🙂

  2. jafi pisze:

    A który na tym zdjęciu to dystrybutor (nie licząc siedzącego pana)? Bo znam tylko przez telefon:)

    1. Piotr Ryka pisze:

      W okularach pod ścianą kombinuje co następnego puścić.

  3. Marek Ł pisze:

    Panie Piotrze, czy Pana realistyczny poziom głośności to jakieś 90dB, czy raczej więcej, bo chyba nie mniej?… 🙂

    Mam nadzieję, że już niedługo ten obraźliwy przymiotnik „analogowy” w stosunku do dobrego brzmienia ze źródeł cyfrowych zniknie na dobre ze słownictwa 🙂 można powiedzieć otrzeźwienie zmierza ku nam wielkimi krokami

    1. Piotr Ryka pisze:

      Przykro mi, ale nie pojmuję, dlaczego przymiotnik „analogowy” ma uchodzić za obraźliwy w odniesieniu do cyfrowego zapisu i o jakie otrzeźwienie idzie.
      Odnośnie realistycznego poziomu głośności, to zależy on od instrumentu i jest bardzo różny. Nie skaluję go miernikiem, ale pamięcią słuchową.

  4. Marek Ł pisze:

    Raczej trudno się odnieść do czyjejś pamięci słuchowej, ale rozumiem że pewne sprawy nie mogą zostać podane w sposób jednoznaczny i oczywisty dla wszystkich.

  5. Paweł pisze:

    Panie Piotrze,
    wydaje mi się że ową magię stworzył najnowszy Lumin i odpowiedniej jakości pliki dsd/dsf/dxd.

    Oczywiście sygnał wzmacniała doskonała Norma którą też użytkuję i wiem, że nic od siebie nie wnosi do sygnału poza wzmocnieniem sygnału. Przyzwoite głośniki oraz kable głośnikowe były najsłabszymi ogniwami (nie z tej półki) co reszta systemu. Przestrzenność zwiększała konstrukcja koncentryczna głośników ale jakość kabli głośnikowych i samych głośników nie jest wystarczająca (moim zdaniem) do pokazania potencjału, możliwości systemu a już szczególnie wpływu serwera wysyłającego pliki z macierzy ssd do Lumina. Najnowszy Lumin X1 jest jednym z najlepszych urządzeń tego typu na rynku – to już top hi-end i to głównie jego zasługa moim zdaniem. Też byłem na tym stoisku :-).

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nie mogę odnosić się do poszczególnych elementów toru, ponieważ słuchałem jedynie całości. Pytałem jednak o rolę Fidaty i uzyskałem odpowiedź, że bez niej jakość dramatycznie by spadła. Tak jak tam słuchałem w niedzielę po południu (w sobotę tylko kuknąłem), grało to bez żadnej przesady magicznym dźwiękiem, toteż każdy składnik musiał się świetnie spisywać. Lumin bez wątpienia też i jego rola, jak bardziej aktywnego elementu od serwera, powinna być doceniona.
      Dobrze byłoby móc wszystko to po kolei przetestować i pojedynczo szacować wkłady, ale na razie nic takiego nie zostało uzgodnione. Niewątpliwie suma była jednak popisem i gratulacje dla zestawiającego.

  6. Dziadek pisze:

    Dzień dobry. Za przeproszeniem ,ale zapomniał Pan dopisać ,,artykuł sponsorowany,,

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nie, nie zapomniałem. Po prostu to by była nieprawda.

      1. Sławomir S. pisze:

        Odrobinę dostosowując do sytuacji recenzenta definicję ‚konfliktu interesów’ – mamy z nim do czynienia, gdy autor recenzji może mieć interes finansowy lub osobisty zagrażający bezstronności. Jednym z zabezpieczeń jest unikanie sytuacji, które mogłyby wzbudzić poczucie wdzięczności w stosunku do podmiotów, co do których istnieje prawdopodobieństwo relacji w przyszłości.
        A więc przykładając teorię zjawiska do sytuacji recenzenta, wskazane byłoby unikanie reklam od dystrybutorów (poczucie wdzięczności), których sprzęt jest recenzowany, nie przyjmowanie sprzętu do recenzji od dystrybutorów (poczucie wdzięczności), tylko pozyskiwanie sprzętu niezależnie.
        Istotnym aspektem tego zjawiska jest fakt, że jest ono identyfikowane i definiowane (w pewnych organizacjach) juz jako potencjalne a nie tylko faktyczne.
        Jeśli Pan Piotr Ryka pisze, że nie był to tekst sponsorowany, to ma na myśli stan faktyczny – nikt nie zapłacił Jemu za pochlebstwa dla wątpliwej jakości produktu, opinia jest Jego własna – zgodna z tym co usłyszał, a sprzęt i dźwięk świetnej jakości.
        Czytelnikowi, który widzi zamieszczoną nad recenzją reklamę firmy Moje Audio, pojawia się w głowie nieśmiała hipoteza stanu potencjalnego.
        Ale czytelnik nic za teksty Pana Piotra Ryki nie płaci, stąd i nie ma prawa domagać się prewencyjnej higieny w tym aspekcie, która zresztą nie jest możliwa w modelu ukształtowanym przez branżę. Ja przewiduję ewolucję tzw. recenzji w stronę informacji handlowej okraszonej tylko zdawkową oceną ( przykład juz funkcjonujący – TONE Audio)

        1. Piotr Ryka pisze:

          Teoretyczne stany idealne nawet w nauce są niemożliwe, a co dopiero w recenzjach. Tak nawiasem jeszcze przed II wojną światową grupa filozofów zwana Kołem Wiedeńskim próbowała wyrugować z nauki wszelkie założenia metafizyczne i osobiste konteksty, co doprowadziło do językowych absurdów i ostatecznego wniosku, że rzecz jest niewykonalna.

          Co się tyczy zawieszanych tutaj recenzji, to myślę, że najlepszym sprawdzianem uczciwości piszącego pozostaje niezmiennie wystawienie na szeroki osąd opinii czytelników. Rzecz tyczy wszak obiektów szeroko dostępnych, możliwych do oceniania przez innych. Dlatego na zarzuty typu „tekst sponsorowany!”, „ile pan za to wziął!?”, „cały ten audiofilizm to bzdury!” itd., mogę jedynie odpowiadać: jeżeli napisałem nieprawdę, to proszę wskazać dokładnie miejsce błędu i na czym on polega. Tak by nie było gołosłowia i obaj z adwersarzem wystawieni bylibyśmy na osąd pozostałych. Tak było choćby w przypadku zeszłorocznej recenzji słuchawek HiFiMAN Sundara, których nabywcy zareagowali na ich (umiarkowaną zresztą) krytykę gniewem i posądzony ostałem o stronniczość wynikłą z niechęci do tej firmy. Jednak na prośbę o wskazanie konkretnych nieprawd nikt już nie zareagował, ponieważ słuchawki są jakie są i rogów im nie trzeba przypinać, by móc je skrytykować. (Mimo iż ogólnie są całkiem w porządku i do dużej poprawy lepszym kablem.)

          Rzecz jasna pozostając częścią środowiska większość dystrybutorów znam osobiście i, jak to w życiu, z jednymi stosunki ciepłe, z innymi chłodne, z jeszcze innymi wrogie. Lecz proszę zauważyć, że reklamodawcy także obrywają cięgi i choćby w relacjach z ostatniego AVS tak się zdarzało.

          Jeszcze osobna sprawa, to pisanie recenzji krytycznych. Proszę zdać sobie sprawę, że to żadna przyjemność. Analogicznie jak oglądanie słabych meczów, słabych filmów czy brzydkich ludzi – nie sprawia przyjemności. Dlatego, tak jak w przypadku wspomnianych Sundar, rzecz tyczy głównie audiofilskich artefaktów zdobywających niezasłużoną opinię rewelacji. Natomiast specjalne wyszukiwanie produktów słabych – darujcie – to mi nie w smak i sam sobie takiej krzywdy nie zrobię. Wystarczy, że skutkiem nie powściąganego krytycyzmu nie trafiłem nigdy na stronę oficjalną AVS, chociaż od lat najobszerniejsze relacje z imprezy tej przedkładam.

  7. Paweł pisze:

    Panie Piotrze,
    Pan Krzysztof ma duże doświadczenie i z pewnością wie jak zestawić optymalnie system aby wydobyć potencjał składników.
    Mam nadzieję, że uda się Panu przetestować Lumina z dedykowanym serwerem.
    Szczególnie byłoby interesujące porównanie lumin transport sieciowy (streamer) podłączony do dobrego przetwornika D/A oraz kompletny odtwarzacz sieciowy lumin w porównywalnej cenie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nie ma takiego testu w bliskich planach, choć nie wykluczam. Pan Krzysztof na pewno czyta te komentarze i może się skusi. Sam nie proponowałem. Za to przyjechały przetworniki RME, o które prosiłem, i bardzo jestem ich ciekaw. Niemniej Lumin jako alternatywa najlepszych CD to bardzo łakomy kąsek.

  8. Paweł pisze:

    Co do kontekstu recenzji i powiązań recenzenta z dystrybutorem uważam, że recenzent sam pracuje na swoje nazwisko. Zawsze istnieje potencjalna presja, że przy negatywnej bądź krytycznej ocenie dystrybutor nie będzie chciał użyczyć do testów sprzętu. Jeśli sprzęt/urządzenie wątpliwej jakości to recenzent go nie opisuje. Jeśli czytelnik nie pokrywa kosztów recenzji / badania – to też nie może wymagać całkowicie krytycznego podejścia recenzenta.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Sądzę, że całkowicie krytyczne podejście powinno być jednak wymagane. Ostatecznie nikt recenzenta nie zmusza do recenzowania. A skoro sam się podjął, to powinien ze wszystkich sił zadbać o rzetelność ocen. Co znaczy również brak nadmiernego krytycyzmu, a nie tylko nadmiernych pochwał.

      Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że sama materia przedmiotu oznacza w przypadku audiofilizmu podobanie się lub niepodobanie, które zawsze są subiektywne. Postulują zatem niektórzy opieranie się wyłącznie lub przede wszystkim na pomiarach, które tę z kolei mają wadę, że zasadniczej materii przedmiotu w ogóle nie dotykają. Praktyka zatem subiektywna, teoria bezprzedmiotowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy