Relacja: JBL i Mark Levinson na AVS 2019

   Przedostatni raz powróćmy na AVS. Kto by się podczas wędrowania po jego salach spodziewał, że następne stanie pod znakiem zapytania, a tradycyjne imprezy w Las Vegas i Monachium się nie odbędą? Ale tak bywa, historia pisana z dużego „H” czasami i do naszych drzwi puka, najczęściej niezapowiadana, kiedy jesteśmy w samej bieliźnie. Zostawmy jednak sprawy ogólniejsze na bardziej ogólne okazje, zajmijmy się przedmiotem.

Piszę obszerniej o firmie JBL i stowarzyszonej z nią właścicielsko marce Mark Levinson z dwóch przyczyn: Po pierwsze, poproszono mnie. Po drugie, bardzo je lubię. Lubię w sensie „cenię”, a nie dlatego, że są mili, albo ich urządzenia ładne. Mili są, urządzenia wyglądają solidnie i nowocześnie – slangowo się wyrażając „niegłupio” – lecz nic to by nie znaczyło bez towarzystwa odpowiedniego dźwięku. Ale to właśnie szkołę dźwięku od JBL + Mark Levinson bardzo lubię i tym samym oceniam wysoko – wiele razy już o tym pisałem. W 2012-tym topowy ich system grał wprawdzie trochę za bardzo w stylu, jakby salę kinową nagłaśniał, ale rok w rok na kolejnych AVS brzmienie mniejszych kolumn od JBL i elektroniki od Levinsona szalenie mi się podobało. Nie inaczej też w zeszłym, i teraz bliżej o tym.

System ulokowany w jednej z nie tych największych lóż na Narodowym zwieńczały brzmieniowo średniego kalibru podłogowe głośniki JBL HDI 3600 (14 380 PLN para), poprzedzone wzmacniaczem Mark Levinson № 5805 (35 990 PLN) i odtwarzaczem Mark Levinson № 5101 (24 900 PLN). Prócz tego na firmowym stelażu stał gramofon № 515 (47 900 PLN), odtwarzacz wieloformatowy z odczytem plików MQS – № 519 (87 900 PLN) oraz tańszy wzmacniacz № 5802 (32 000 PLN) – ale przy mnie nie grały. Pracowały natomiast kable głośnikowe, interkonekty i przewody zasilające z serii Cardas Audio Clear Cygnus, przy czym uwagę zwracał fakt, że głośnikowe ułożono na dedykowanych podkładkach, co nie stało się jeszcze powszechną praktyką, a szkoda. Inną rzeczą korzystną było osłonięcie dużymi akustycznymi panelami całego szkła witryny widokowej, co też nie wszyscy praktykowali, a co powinno być normą.

Słowo o urządzeniach. Kolumny rodem z Northridge (Kalifornia) mają konstrukcję dwu i pół drożną, wspieraną technologią falowodową High-Definition Imaging (HDI). Głośnikowy zestaw to jednocalowy tweeter z przetwornikiem kompresyjnym Teonex wpisanym w głęboką konchę u góry i trzy poniżej sześcio i pół calowe głośniki szerokopasmowe, różnie wysterowywane przez zwrotnicę. Polimerowe membrany o kontrolowanej rozciągliwości wraz z opatentowanymi stożkami o specjalnej konstrukcji oraz komputerowo zaprojektowany dwuwylotowy tylny bass-refleks plus bardzo sztywna obudowa, dająca wagę 28 kg/szt., gwarantować mają klasyczny styl brzmienia JBL – zjawiskowo dynamiczny realizm.

Wzmacniacz Mark Levinson № 5805 to architektura dual mono i typ wzmocnienia A-B z dodatkiem wbudowanego przetwornika D/A na bazie kości ESS Sabre oraz wysokiej klasy wzmacniacza słuchawkowego i dodatkowo (powraca dawny standard) przedwzmacniacza gramofonowego dla wkładek MM i MC. Moc wyjściowa to 2 x 125 W dla impedancji 8 Ω, a waga 28 kg okazuje się identyczna jak podpinanych kolumn.

Przetwornik we wzmacniaczu to oczywiście ukłon w stronę źródłowo-plikowych czasów, ale tym razem jeszcze źródłem był klasyczny odtwarzacz SACD – Mark Levinson № 5101. Może nie całkiem już klasyczny, bo dysponujący nie tylko odczytem płyt CD i SACD, ale też funkcją streamingu plików w formatach FLAC, WAV, AIFF, OGG, MP3, AAC i WMA oraz łącznością przewodową Ethernet i bezprzewodową WiFi, czyli ponownie urządzenie dopasowane do coraz bardziej opanowujących rynek zasobów plikowych. Stanowi ta wieloobsługowa maszyna podobnież chlubę producenta, na co składa się moduł przetwornikowy w oparciu o 32-bitowe kości ESS Sabre PRO, specjalny układ eliminacji jittera, aż pięć cyfrowych wejść audio, wyjątkowo starannie opracowana sekcja zasilania i powiązanych z nią podsekcji dystrybucji energii, oraz – co pewnie niejednego zelektryzuje – cały tor w pełni zbalansowany w opatentowanej i zastrzeżonej dla urządzeń Marka Levinsona technologii PurePath.

Gdy chodzi o wzornictwo sławnej marki, producent określa je mianem „przemysłowego” (Industrial Design), recenzenci mianem nowoczesnego, a techniczną miarą jakości obudów niech będzie fakt, że panele frontowe są z anodyzowanego i piaskowanego aluminium o aż calowej grubości. Wszystko to „Made in US” i obie firmy sławne – o długich stażach, zacnych rodowodach, teraz tworzące jeden zespół.

– Co słychać? – że po audiofilsku zagadnę.

 

 

 

 

Słychać było typowe dla JBL i Marka Levinsona brzmienie – czyli estradowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Żywe, dynamiczne, angażujące, z pazurem i wyczuwalną przymieszką podkręcającej nastrój chropawości (którą, tak samo jak kruszonkę na cieście, bardzo lubię). Bo tak jak gama chromatyczna ciekawsza jest od zwykłej, tak głośnik JBL napędzany Markami Levinsonami jest ciekawszy od przeciętnej przeciętnością napędzanej kolumny. Tym bardziej, że towarzyszy zwykle jego pokazom wzmagające przestrzenność basowe „fukanie” – i tym razem też tak się działo, a to naprawdę duża sprawa, coś rzeczywiście ekstra. Każdy dźwięk dużo zyskuje wraz z jego uprzestrzennieniem, gdyż brzmienia muzyki rzeczywistej są nieodmiennie przestrzenne, i tylko marne głośnikowe reprodukcje, wśród których a nie żywej muzyki w większości żeśmy się wychowali, przyzwyczaiły nas do brzmień płaskich jako czegoś naturalnego. Wielką zaletą opisywanego teraz toru i całej szkoły brzmieniowej JBL jest zadawanie kłamu tym przyzwyczajeniom poprzez szokowo bardziej przestrzenne prezentacje. Można powiedzieć, że ta firma wyrywa nas ze spłaszczającej drzemki i wrzuca w świat trójwymiarowy, o wiele od tamtego piękniejszy. Rozwala złe przyzwyczajenia wyrobione na bazie głośników telewizora czy co marniejszych słuchawek, ukazując świat dźwięku dużo prawdziwszego, zdolnego bardziej fascynować. W muzyce bowiem to jest dobre i też niestety złe zarazem, że jej harmoniczne i rytmiczne konstrukcje potrafią się podobać bez względu na formę przestrzenną. Płaskie „bum” i „tralala” w przebojach i tak fascynuje, ale o ileż potem te przeboje okazują się inne, słuchane nie z radioodbiornika czy smartfona, tylko z takich jak ten systemów. (Specjalnie czasem puszczam sobie jakąś pamiętaną z dzieciństwa piosenkę w wydaniu dobrej aparatury, dbającej o przestrzenną formę, ażeby poczuć owo zdumienie tak dużą odmiennością.)

Zestaw od JBL i Marka Levinsona, pomimo stosunkowo skromnych głośników, zajmujących bodajże dwunastą lokatę od góry w ofercie amerykańskiej firmy, nie tylko oferował wybitnie trójwymiarowy obraz dźwięków na całym przekroju pasma, ale też całą przestrzeń nasycał akustyczną energią, której oddziaływanie czuło się mocno nie tylko na bębenkach słuchowych, ale i całym ciałem. Z tą istotną uwagą, że mimo tak energetycznego przekazu dla bębenków była to sama pieszczota, najmniejszego drażnienia.

Dołączającymi atrybutami: równo przebiegające całe pasmo i popisowo wyprowadzane z tła wokale o też, ma się rozumieć, trójwymiarowej postaci. Szczególną uwagę zwracały przy tym wyjątkowo trudne realizacyjnie, a tu zrealizowane mistrzowsko trójwymiarowe i tryskające energią pociągnięcia dęciaków. Ogólnie biorąc cała atmosfera żywa, ekstatycznie nasycona energią oraz jednocześnie „życiowa”, w sensie narzucającego się realizmu. Śladu gdzieśkolwiek ospałości, a aktywne i szybkie soprany bez śladu podostrzenia. Jedyne, co z zakresu ostrości, to godna lampowego toru melodyka i poezja, ostro kontrastujące ze stylem estradowym, zwłaszcza w przypadku dużej dawki melodyjności w muzyce rozrywkowej, kameralnej i poważnej. Świetne skrzypce, głębia orkiestr ulokowanych na głębokich scenach, mogąca usatysfakcjonować nawet tych mocno wybrzydzających dynamika, z natychmiastowymi przejściami od ciszy do uderzającej głośności. Na niemały dodatek efekty echowe całkiem niczym w systemie za milion złotych, że zza kotary nikt by nie zgadł, iż kolumny są za piętnaście tysięcy. Żywsze niż zwykle gitarowe struny, a testowana przeze mnie w każdym poważniejszym odsłuchu partia chóru z dzwonkami z „Czarodziejskiego fletu” zrealizowana też świetnie i po swojemu, bo na bazie wspomnianego mocnego kontrastu pomiędzy chwytającą za serce melodyką a chropawością i lekkim sopranowym podostrzeniem średniego zakresu. Efekt bardzo skuteczny, jako zdiagnozowane już mieszanie realizmu i czaru. Piękna do wtóru holografia (zawsze towarzysząca temu fragmentowi w przypadku aparatury wybitnej) i popisowe wyodrębnianie źródeł. Potężne w innym kanonicznym teście bębny taiko i naturalna, znów zwracająca przede wszystkim uwagę rozciągnięciem przestrzennym mowa potoczna.

W 2014-tym albo 15-tym wyjątkowo podobały mi się drugie od góry kolumny JBL K2; zeszłoroczne spotkanie z dwanaście razy tańszymi JBL HDI 3600 wypadło bez mała równie dobrze. Ta sama szkoła brzmienia, analogiczne efekty, te same uczucia towarzyszące. Nie tak duży, rzecz jasna, format i nie aż taki realizm, ale to było mocne przeżycie i jeden z wyróżniających się dźwięków.

2 komentarzy w “Relacja: JBL i Mark Levinson na AVS 2019

  1. Michal Pastuszak pisze:

    Od strony czysto prestizowej mogloby to wrecz bardzo pomoc gdyby AVS odbywal sie rzadziej, dajmy na to raz na 2 lata, w koncu, ciezko aby co roku pojawialy sie jakies przelomowe produkty, do tego i tak jest o czym pisac przez wiele miesiecy.

    Troche jak z mistrzostwami swiata w pilke nozna, bylby w ten sposob osiagniety okres oczekiwania na cos wyjatkowego zamiast corocznej rutyny, gdzie producenci audio tez pewnie by sie dostosowali wiedzac, ze nastepna szansa na popisanie sie nie bedzie lada chwile…

    1. Piotr Ryka pisze:

      No tak, tylko akurat w piłce nożnej tendencja jest odwrotna, to znaczy nagromadzono tyle imprez, lig takich i owakich, że mistrzostwa świata przestały być tak atrakcyjne, już się na nie aż tak nie czeka. Mecze Realu z Barceloną czy derby Manchesteru stały się niemal równie ważne jak finał mistrzostw świata. (Co też się wiąże z ciągle postępującym deprecjonowaniem roli narodów jako czynnika cywilizacyjno-twórczego.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy