Relacja: AVS 2019 – Hotel Sobieski pokój 401

  Zaczynamy relacje bardziej zindywidualizowane i zaczynamy od Hotelu Sobieski, ponieważ w nim byłem najpierw. Najpierw, to jest w sobotę – w tym roku piątek sobie darowałem. Co dyktowane było stwierdzonym w poprzednich latach faktem, że dnia pierwszego brzmienie wszędzie jest słabsze, ale co mimo tego dyktatu okazało się błędem, bo w dwa dni porządnie obejść wystawy się nie da. Z czego rysuje się ładna sprzeczność dialektyczna pomiędzy jakością a ilością w zbyt wąskich ramach czasowych, mająca to do siebie, że jej syntetycznego rozwinięcia nie widać. Musiałbym dnia trzeciego móc się roztroić, ale takich zdolności nie mam i raczej mieć nie będę. Trudno, w przyszłym (o ile w ogóle  – jako że przyszłość nieznana), trzeba będzie znowu na trzy dni przyjechać, inaczej robi się za wąsko.

Przejdźmy do zdarzeń na piętrze czwartym, czyli częściowego powrotu do przeszłości – do sytuacji sprzed roku. Wówczas w tym samym pomieszczeniu też prezentował się serwer muzyczny Fidaty z flagowym odtwarzaczem Lumin X1, ale na tym i na stelażu od Music TOOLS podobieństwa się kończą – w miejsce osobliwie wyglądających kolumn fińskiego Gradienta stają mające też nietuzinkowy wygląd kolumny austriackiego Trenner & Friedl – ich jubileuszowy na dwudziestopięciolecie model PHI. Na miejscu dzielonego wzmacniacza włoskiej Normy zjawia się natomiast para monobloków WestminsterLab Rei. Zmienia się też okablowanie – w miejsce środkowej linii Orange kanadyjskiego Luna Cables wchodzą przewody od producenta wzmacniacza, tego WestminsterLab z Hong Kongu, i japońskiego Hijiri. Nie zmieniają natomiast ustroje akustyczne – to wciąż panele od Acoustic Manufacture.

Troszkę najpierw o technice. Monobloki to klasa A w układzie 2 x 100 W (za circa 95 tys. PLN para), napędzające teraz kolumny szerokopasmowe, a więc jednogłośnikowe (wycenione na około 35 tys. PLN za komplet, w ramach którego także stelaże). Zbudowane – jak podkreśla producent – z maksymalnym ukłonem w stronę złotego podziału; o obudowach z drzewa brzozowego różnej w różnych miejscach grubości i gęstości. Ten ukłon to zarówno proporcje zewnętrzne, jak i specjalne wewnętrzne i zewnętrzne frezy o precyzyjnej lokalizacji, mające zapobiegać nieprawidłowemu zginaniu fal – nieprawidłowej ich propagacji. Mało tego, ten ukłon sięga nawet wykonanego przez Cardasa wewnętrznego okablowania, też uwzględniającego proporcje złotego podziału (cokolwiek by to miało oznaczać, a oznacza chyba stosunki wzajemne przekroju kabli). Pojedyncze dla każdej kolumny ośmiocalowe głośniki wyposażono w membrany z papirusu powleczonego specjalnym lakierem olejnym (made in Italy), filtracja pochodzi od Mundorfa, a terminale od Cardasa. Całość waży 21 kg, osiąga czułość 92 dB i ma zdolność do przenoszenia pasma 46 Hz – 20 kHz. Przeznaczeniem wzmacniacze lampowe – zatem tu grały rocznicowe PHI z czymś, czemu nie były dedykowane. (Zarówno przedwzmacniacz w Luminie, jak i te monobloki, to czystej wody tranzystory.) Przeciwko systemowi było też to, że audiofilskie kable zasilające WestminsterLab wpięte były w listwę co prawda też tego producenta, ale zwyczajną, zrobioną na chybcika. I trzecia rzecz przeciwko – kolumny, kable i wzmacniacze przyjechały na Show niewystarczająco ograne, skutkiem czego brzmienie „wybuchło” dopiero w sobotni wieczór. Nawiasem to dość intrygujące, dlaczego zawsze dzieje się tak w momencie – sam wiele razy byłem świadkiem; a choć tym razem osobiście nie, podobno jakby w jednej chwili ktoś sopranowy komin odetkał, czego świadkami byli czterej obecni na miejscu konstruktorzy – Mike Bladelius, Roberto Barletta, Angus Leung i Andreas Friedl. Z którego to faktu jasno wynika, że do ciekawych miejsc warto wracać ostatniego dnia wystawy, ale łatwo powiedzieć… W każdym razie jeżeli macie zamiar zwiedzać wystawę w jeden dzień, powinna to być niedziela.

Zacznijmy od zalet wypływających prawdopodobnie z tej dbałości o złoty podział – od dobrej współpracy z akustyką pomieszczenia. Scena wychodziła daleko poza ściany zarówno wszerz jak na głębokość, w małym pokoju lokując dużą, o wiele większą niż on metrażem. Poza tym była wysoka, o wiele wyższa od sufitu. Do tego z dźwiękiem idących ku słuchaczowi, a nie pozostającym w miejscu powstania czy wycofującym w kierunku pozornego lub rzeczywiście widocznego horyzontu. Ten ofensywny charakter nie był jednak dominujący, pozwalając dźwiękom wypływać z precyzyjnie zlokalizowanych źródeł – żadnego ich za tą ofensywą chowania. Suma relacji między pomieszczeniem a budowaną w nim sceną pozorną była więc bardzo udana – w małej i jakże kiepskiej akustycznie salce zjawiał się duży spektakl.

Sama scena, nawet najlepsza, to jednak jeszcze mało. Więc oczywiście nietypowo wyglądające kolumny oferowały znacznie więcej.

Po trosze ascetyczne, po trosze osobliwe tymi pojedynczymi kropami czarnych głośników pośród przecinanego prostopadłymi liniami jasnego drewna obudowy, kojarzące się trochę z malarstwem Pieta Mondriana rocznicowe PHI, oferowały dźwięk nadprzeciętnie spójny i tą spójnością potrafiący udanie wiązać przeciwieństwa. Tak naprawdę tym, co uderzyło mnie w pierwszych chwilach odsłuchu, była naturalność całości, potrafiąca z naturalną właśnie swobodą łączyć duże dźwięki z małymi, głośne z cichymi, agresywne z łagodniejszymi. Co jest sztuką niemałą, bo zwykle wszystkie w danym przekazie się do siebie upodobniają i mamy do czynienia z brzmieniem w jakiejś manierze, albo nawet na jedno kopyto, a nie brzmieniem po prostu – naturalnym. Tymczasem tutaj nie; wszystko prezentowało się w naturalnej wielkości i z naturalnym zróżnicowaniem;  i do tego jeszcze ta spójność, doskonale czytelna na przykład w głosie Louisa Armstronga, którego niezwykłość bardzo cenię i tak po prostu darzę sympatią, w związku z czym często słucham. W odróżnieniu od żony nie przepadam natomiast za Ellą Fitzgerald; jej głos wydaje mi się zbyt trywialny – wolę chrypkę Louisa. Zdaniem niektórych jego głos to nawet wokalne signum XX wieku, a chociaż Caruso, Pavarotti, Aznavour, Piaf, Presley i tylu innych, to faktycznie można się pod tym podpisać.

 

 

 

 

Wracając do tematu. Oddanie głosu tak charakterystycznego w sposób zdolny dać dotyk autentyzmu (zwłaszcza w przypadku kogoś, kto tyle razy i z tak wybitnego nieraz sprzętu go słuchał), to zadanie nie lada i jakościowy sprawdzian. Test ten system przeszedł bezproblemowo, zdając na bardzo wysoką notę. Więc zaraz pomyślałem, przychodząc z miejsc nie tak dobrych: „Nareszcie naturalne granie, nareszcie audiofilizm w formie!”. Rzeczywiście – to brzmienie było ludzkie i pięknie z przestrzenią wiązane. Akcent szedł bardziej na płynność niż grasejację, tak jakby źródłem był gramofon, ale to tylko gęste pliki usiłowały mu dorównać i wychodziło im to bardzo dobrze. Bardziej na pewno było ta granie kameralne niż u mnie z dużych Zingali czy Audioform, i bardziej idące w stronę uspokojenia niż porywania atakiem. Niemniej fortepian okazał się odpowiednio potężny i dobrze zbudowany – ba! nawet rozległy harmonicznie; tak że w sumie już poryw po spokojniejszym, repertuarowo luźniejszym wokalu. Tym bardziej chwilę potem, gdy rozgorzała muzyka symfoniczna. Wielowarstwowość, mocne przejścia przy stopniowaniu głośności, forsowna dynamika, holografia. W tym wyróżniające się klasą dęciaki, a one zawsze najtrudniejsze – w jedno łączące niskie z wysokimi i mające szczególnie złożoną fakturę, do tego jeszcze dynamiczną. Mistrzowsko też oddane kotły i bardzo dobre partie smyczkowe; też poprzez przyrodzoną ostrość bardzo trudne – a tutaj żadnych trudności, wysokie tony zobrazowane przestrzennie.

 

 

 

 

Nigdy nie ukrywałem i nie będę ukrywał, że obok głośników tubowych najbardziej lubię te z membranami celulozowymi lub pokrytymi diamentem. Prócz tego jeszcze wstęgi, ale z nimi jest trudniej, one często zawodzą. Każdy z rodzai ma swoje atuty, a papierowych membran najmocniejszą stroną jest wrażliwość na najlżejszy bodziec i pietyzm w traktowaniu dźwięku. Niezwykła delikatność i najwyższa predyspozycja do wyłapania niuansu, oddania drobnej formy i delikatnej wibracji, w tym też oddechu samej przestrzeni – pozwalają im czarować na specjalny sposób i na mnie ten czar mocno działa. Szczególnie wibracyjna aura. Trochę można tu czerpać z repertuaru opisowego fizyki, na arenie której John Wheeler postulował na najniższym poziomie istnienie piany kwantowej. Pienistość jest jednak charakterystyczna bardziej dla membran diamentowych, natomiast papierowe wibracje mają delikatniejsze i mniej ofensywne. To bardziej delikatny szum niż piana – swoista łuna dźwiękowego tła za wiodącymi dźwiękami, której dodatek w odniesieniu do membran papierowych jest mi szczególnie bliski. Mimo że mniej ofensywny od pienistości diamentowych jest jednocześnie jakby bardziej obecny, bo bardziej od dźwięków zasadniczych postacią oddzielony. To jakby druga muzyka – bardziej pierwotna, poszum samego świata.

 

 

 

 

Łączący się z nim szum nagrania – łączący w tło jakże żywe, jakże wzbogacające – dopełnia tej doskonałości, tego ekranu za muzyką. Nie znoszę nagrań sterylnych, z których szum specjalnie wycięto. Nie żebym lubił trzeszczenie starej płyty – akurat tego nie lubię – ale szum jako taki, naturalnie towarzyszący, wysoce sobie cenię. Mogę nawet powiedzie, że tym wyżej cenię dane głośniki i całą aparaturę, im więcej tego szumu potrafi do muzyki dodać. I pod tym względem rocznicowe PHI nie zawiodły. Życie tła ukazywały pierwszorzędnie, jak na celulozę (w tym wypadku nawet papirus) przystało. I na dodatek (że tak odwrócę role) działo się to za dźwiękami o wyjątkowo indywidualnym charakterze. Co także jest cechą papierowych membran i co równie wysoko cenię. Bez oleistego ujednolicania brzmień basem i bez popadania w sopranową ostrość z papirusowej bibułki wykonane membrany głośników PHI różnicowały brzmienia mistrzowsko. Czego kolejnym dowodem był słuchany na koniec Elvis Presley; jego głos okazał się dużo bardziej chropawy od słuchanego na wstępie Louisa, wyraziście dowodząc ponadprzeciętnych zdolności systemu do prawidłowej, aż momentami zaskakującej, indywidualizacji głosów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy