Co słychać?
Przy komputerze
Ażeby cośkolwiek usłyszeć, trzeba połączyć ze źródłem cyfrowym, a takich nie brakuje. Sprawdzanie zacząłem od głównie przez siebie używanego, od stojącego na podłodze dużego PC. Nie poprzez kabel dołączony, gdyż ten byłby za krótki, a taki o włos lepszy od mnących się nitkowatych, od też cienkiego, ale usztywniającą sprężystością chronionego przed zagięciami iFi. A ponieważ jeszcze przed chwilą grało z tego PC (czerpiąc pliki z dysku, Tidala i YouTube) po drogich kablach poprzez konwerter Denafrips oraz przetwornik i wzmacniacz Phasemation, redukcja kosztów zaszła ogromna, rzędu jakichś czterdziestu tysięcy. Nie poszedłem przy tym testowanemu na rękę (ani też w ręce go nie trzymałem) – skoro dopiero co produkowały się Dan Clark Audio STEALTH, to czemu on inaczej? Via przejściówkę »wtyczka Pentacon na gniazdo 4-pin« z najlepszymi po obu stronach przyłączami od Furutecha (a w każdym razie najdroższymi) sygnał docierał do słuchawek; i nie mogę powiedzieć, że całkiem byłem zaskoczony, bo jak już zaznaczyłem, miałem z tym EarMen wcześniejszy do czynienia na AVS, ale jedna rzecz mnie zaskoczyła, i niemało. Albowiem okazało się, że brzmienie trudnych do uczynienia tak w zupełności muzycznymi flagowych planarów Dana Clarka jest do tego stopnia muzyczne, jakby szło na nie z gramofonu poprzez wzmacniacz lampowy. (Chociaż to drugie rzeczywiście.) Przesadzam? Nawet jeśli, to co najwyżej odrobinę. Wrażenie wzrostu płynności, brzmieniowej gładzi i śpiewności względem przed chwilą słuchanego z drogiej, wieloelementowej aparatury stacjonarnej należało do takich, które nie boją się wmawiania sobie, że tak się dziać nie może. Z pewnością było takie, choć w pewnym i niemałym pewnie stopniu, brało się to z redukcji wyostrzenia obrazu, złagodzenia kontrastów i spadku dynamiki. Brało się też w jakiejś mierze z tego, że EarMen w odniesieniu do sporego procenta nagrań dalej od słuchacza ustawiał pierwszy plan, ukazując muzykę w bliskiej, niemniej zaznaczającej się perspektywie, w następstwie czego nigdy nie zjawiało się nieprzyjemne granie dokładnie między uszami. (Co piszę w odniesieniu do sprawdzonych słuchawek, nie mogę ręczyć za wszystkie.)
Pomimo wzmiankowanych redukcji, brzmienie zachowywało atrybuty pięknego bycia sobą – było głębokie, barwne, wyraźne, czyste, przyjemnie ciepłe i nade wszystko popisowo analogowe. A jeszcze bardziej „nade” w sensie chcenia go słuchać. Słuchanie go sprawiało naprawdę dużą przyjemność nawet komuś tak bardzo jak ja trenowanemu na high-endach. Popisowe zaś było tym bardziej, kiedy wziąć pod uwagę, przy jakich to się działo słuchawkach. – Nakłonienie tych STEALTH do takiego sposobu grania to doprawdy wyczyn nie lada i każdorazowo wcześniej łączony z wielką mocą i klasą wzmacniacza. A tu? Tutaj tej mocy było tyle, by bez żadnego zapasu zapewnić głośne granie; takie naprawdę bardzo głośne, ale jeszcze nie ekstremalnie, aż takie to już nie. Nic a nic mi to nie przeszkadzało, bo ekstremalnie głośno nie słucham, dla pełnej przyjemności cofałem nawet potencjometr, ale naszły mnie wątpliwości, czy mocy wystarczy Susvarom.
Zaznaczmy, że Susvarom Unveiled, które są od wcześniejszej wersji non-Unveiled łatwiejsze, lecz mimo tego ciut trudniejsze do napędzenia od STEALTH (co uzależnione jest od wzmacniacza, jego upodobań impedancyjnych, ale przeważnie tak właśnie). Przyjemne zaskoczenie – bo okazało się, że w tym wypadku STEALTH i Susvary Unveiled wymagają tej samej mocy, wraz z czym użycie ich odbywało się na tych samych warunkach: mogło być bardzo głośno, nie mogło ekstremalnie (czyli tak, że już prawienie nie można wytrzymać). Ale znowuż uwaga, uwaga bardzo ważna – zwykle dzieje się w taki sposób, że gdy już trzeba stawać na paluszkach (mowa o wysiłkach wzmacniacza), aby było naprawdę głośno, to głośno wprawdzie jest, ale brakuje wypełnienia, dynamiki, punchu, basowej i wszelakiej pozostałej głębi. Od tego stawania na paluszkach dźwięk staje się za chudy, gdy tutaj wcale nie.
Susvar słuchałem z tą samą przyjemnością jak chwilę wcześniej STEALTH, przyjemnością zupełną. Bo może i trochę brakowało takiej już ekstatycznie skrajnej wyraźności obrazu oraz mocy kontrastów, ale ta płynność melodyczna (przy Susvarach jeszcze zwiększona) dawała autentyczny popis.
– Więc może nie ma w tej sytuacji potrzeby głębokiego namysłu i pogłębionej analizy, dlaczego tak się działo? – no, po prostu się działo, ten EarMen to sprawił.
A podkreślmy raz jeszcze, że on to koszt dwóch tysięcy plus kabel za sto złotych oraz ta jeszcze przejściówka za jakieś sześćset-osiemset, ale jej przecież może nie być, zależy od końcówki kabla. Naprzeciw tego aparatura i okablowanie za łącznie przeszło czterdzieści tysięcy – i tak, rzeczywiście, mocy mogąca dawać więcej, aż z zapasem obejmującej ekstremum, bardziej też wyrazicie i kontrastowo obrazująca, ale już nie tak płynna melodycznie, tak ciepła i tak się łasząca. A jeszcze weźmy pod uwagę, że EarMen nie powstał z myślą o słuchawkach wymagających skrajnie dużej mocy. Zwróćmy się więc ku łatwiejszym.
Klasyk od Sennheisera też potrzebował przejściówki, tym razem z dużego jacka na mały, i takiej mu użyczyło Grado. Nastawiony byłem optymistycznie, bowiem w ostatnich testach Sennheiser HD600 każdorazowo wypadały okazale, nie przydarzyła im się wpadka. Tym razem też źle nie wypadły, ale z pewnością słabiej. – EarMen to najwyraźniej nie dongiel (to nazwotwórstwo mnie odstręcza, ale co robić, się przyjęło) do napędzania dawnego typu wysokoomowych słuchawek. Po raz kolejny zjawiły się wprawdzie wysoce niepowszednie walory melodyczne, pojawiły też czernie tła i ogólnie charakterystyczna dla tych słuchawek ciemna oprawa barwowa, ale kontury okazały się za miękkie, muzyka zbyt pluszowa, wyraźność niewyklarowana, dźwięczność najwyżej średnia. Między słuchaczem a muzyką pojawił się miękki kocyk, brakowało sopranowej przenikliwości, wilgoci, aromatu i bezpośredniości kontaktu. Co robić, tak już bywa, nie wszystko zawsze pasuje. Być może w jakiejś mierze była to wina niesymetrycznego przyłącza i niezbędnej przejściówki?
Mniej już optymistycznie nastawiony sięgnąłem po AudioQuest NightHawk, wracając jednocześnie do korzystania z symetrycznego przyłącza. O, znacznie, znacznie lepiej – to znowuż było coś! Zwłaszcza sopran nabrał wigoru, a kiedy on go ma i jednocześnie melodyka zachowuje kulturę, a nawet jest uwodzicielska, to już nie ma na co narzekać, a koce idą precz. Wróciła bezpośredniość, wyraźny kontur dźwięku i trójwymiarowa architektura wyraźnością tą rysowana, wróciła także czystość medium, strzelistość i sceniczna głębia, znowu grało to w perspektywie z głębokim widzeniem planów, a równie ciemna co u Sennheiser oprawa scenograficzna w o wiele większym stopniu nasycana była światłami i rozpraszana wyraźnością obrazu. Tak, to się mogło podobać. A powiem więcej: – Wręcz musiało! Jeszcze tym bardziej, że bas obecny i przy aktywowanym X-Bass nie tyle może potężniejszy, co znacznie wyraźniejszy. (W przypadku Susvar i STEALTH aktywacja akceleratora basu była niemalże pomijalna.) Przy wysokiej głośności muzyka dawana przez NightHawk nabierała eksplozyjnego charakteru, przykładowo „The Foot of Our Stairs” Jethro Tull tryskało dynamiką, a „Love Itself” Leonarda Cohena zgniatało basową oprawą wokalu. Bezpośredniość przy tym zdumiewająca, bez przesady stuprocentowa. Kocham te słuchawki, a z EarMen raz jeszcze wypadły świetnie. Mega słuchanie za w sumie mniej niż pięć tysięcy. No ale ich już nie ma… Zaiste, głęboka wyrwa i niegojąca się rana w słuchawkowej rzeczywistości.
Na finał znów zamknięte i ponownie nietanie, kosztujące dziesięć tysięcy całe w błękit indygo ubrane flagowe Fostex TH1000RPmk2. A wraz z nimi nawrót do wtyku niesymetrycznego i przejściówki od Grado. W momencie okazało się, że to wyjście i ta przejściówka są jak najbardziej w porządku, pojawiło się brzmienie bardzo podobne do słuchanego przed chwilą. Też ciemne i ze światłem mrok efektownie rozpraszającym, cokolwiek bardziej miękkie w treści i mniej na konturach wyostrzone, ale całkowicie klarowne i całkowicie przejrzyste. Znowu z pierwszym planem przed twarzą i poprzez efektownością przestrzenną, ale pomimo miękkości pozostałego brzmieniowego tworzywa z nieznacznym podostrzeniem sopranów, co trochę przeszkadzało i powodowało jakościowy regres; nie było tak doskonale trafionej jak u NightHawk barwy, w zamian dociążenie i wypełnienie okazywały się ciut większe, co nie skłoniło mnie wprawdzie do polubienia tego bardziej, ale względem najsłabszych w porównaniach Sennheiserów było lepsze o więcej niż klasę.
Należało też zbadać działanie EarMen z odtwarzaczem przenośnym i smartfonem. HiBy R6 III Gen3 (po to wraz z nim przysłany) oraz smartfony Google Pixel 8 Pro i iPhone 15 oferowały dobre pasowanie cenowe i nienajgorszą jakość.
Z odtwarzaczem przenośnym
Kosztujący około trzech tysięcy HiBy R6 III okazał się stawiać warunki (i vice versa); EarMen mógł z nim działać nie tak po prostu jak z PC, jedynie w razie podpięcia obydwu kabli USB – od odtwarzacza do wejścia »Data«, od komputera albo ładowarki do »ExPower«. Czy powodem za słaba bateria w HiBy (naładowanym do pełna), czy jakiś inny kaprys, tego nie umiem powiedzieć, ale faktem, że tak się działo. No nic, grunt że w ogóle to działało, zarazem brzmienie zjawiło się inne. Przy obu słuchawkach zamkniętych, a już szczególnie STEALTH, z mocno podbitymi echami, dającymi atmosferą dziwności, nadrealności, osobliwości i niezwykłości, coś jakby aktywować w karcie dźwiękowej efekt »Hall«. (Posprawdzałem, i stan ten utrzymywał się niezależnie od wszelkich regulacji w DAP.) Ale prócz tego, między tymi wzmożonymi echami, brzmienie zjawiało się czyste, klarowne i szczegółowe, a nade wszystko dynamiczne. Mogło grać głośniej niż z PC, mogło nawet dowolnie głośno aż po zabicie słuchu – uzyskiwanie ekstremalnej głośności nawet u szczególnie trudnych słuchawek nie stanowiło już problemu. Najważniejsza w tym wszystkim jednak różnica między brzmieniem wprost z odtwarzacza, a tym poprzez EarMen. To wspierane zewnętrznym wzmacniaczem lampowym okazywało się każdorazowo głębsze, barwniejsze, a zwłaszcza bardziej płynne i żywsze dynamiczne. Co spektakularny efekt całościowy dało w przypadku NightHawk, których konstrukcja otwarta naturalizująco redukowała echa do stanu wprawdzie podwyższonego, ale już nie tak bardzo. Tego się naprawdę dobrze słuchało – pojawiał się mocno obecny realizm, naturalizując swoją trzeźwością echowe efekty specjalne, a jeszcze lepiej to wypadało u Susvara Unveiled.
Jak przy sygnale z PC najprzyjemniej słuchało mi się NightHawk, tak teraz z kolei Susvary udowodniały swe przewagi – ich naturalizm był najsilniejszy, a całościowy wyraz najdoskonalszy pod każdym względem. Nie był to wprawdzie high-end w czystej postaci, te echa były zbyt obecne, ale kiedy je wstawić do nawiasu, to owszem – high-end był. Może cośkolwiek słabujący, odległy od doskonałości sygnału czerpanego z PC, ale grało zbyt czysto, dynamicznie, wyraziście i melodyjnie, by nie nazywać tego high-endem. Z czego należy wnosić (i czego potwierdzeniem usłyszane na AVS z dokanałowymi Final A10000), że z wyższym jakościowo DAP będzie to high-end bez zastrzeżeń.
Ze smartfonami
Smartfony, jeden i drugi, nie miały już problemu z echem ani nie przejawiły potrzeby wspierania inną aniżeli własna energią. Tyle, że w ich przypadku trudne słuchawki wypadały z obiegu, w grze zostawały same łatwiejsze. Za to z brzmieniem ich naturalnym, szczególny nacisk kładącym na aspekt melodyczny; dynamika i wyraźność były poprzez nie dobre, ale nie aż popisowe, natomiast samo muzyczne jądro, czysty czar muzyki samej, to przymuszało do słuchania. Głębokie, melodyjne, ciepłe, klarowne brzmienie darzyło owym „czymś”, co każe się zatrzymać i słuchać, słuchać, słuchać…












Najbliższy konkurent to Cayin Ru9, tez lampowy, bardzo zbliżony gabarytowo, tyle, że z własną baterią. Niemal identyczna idea.
Dziękuję za podpowiedź. Może Audiomagic kiedyś podeśle do testu, bo zdaje się oni są dystrybucją. Na razie mają trudności z przysłaniem Gustarda, wysłali pod niewłaściwy adres.
I jak Piotrze, znalazł się Gustard?
Gustarda Audiomagic omyłkowo na podstawie dawnego listu przewozowego wysłał ode mnie do samego siebie 🙂 (a kurier go odebrał). Następnego dnia odniósł, potem wysłali już właściwie i DPD mi pisze, że jest w krakowskiej sortowni przesyłek. W poniedziałek powinien więc dotrzeć.
Na miejscu są już natomiast Audio-Technica ATH-ADX7000, Crosszone CZ-12, najnowsza wersja Abyss Diana i Spirit Torino Centauri.
Będziesz miał pisania 🙂
Ostatnio zastanawiałem się czy Ty Piotrze po tylu latach jeszcze lubisz recenzować sprzęt? Tyle już tego przemieliłeś, nie jednemu by zbrzydło, choć z drugiej strony wiele osób też by chciało mieć regularny dostęp do sprzętu z różnych półek we własnym domu.
Dla mnie osobiście porównywanie ze sobą sprzętów w celach zakupowych to zazwyczaj mordęga i ból głowy 🙂
Jakoś nie zbrzydło, tyle że zawsze domagam się od dystrybutorów rzeczy ciekawie grających i pod tym względem raczej nie ma wpadek. Umilam sobie tym życie, które z uwagi na filozoficzne uwarunkowania (o których będzie niedługo obszerny tekst) nie są specjalnie zachęcające.
Te ADX 7000 mogą być kozak. ADX5000 były fajne, pamiętam je kiedy śłuchałem chwilkę we Wrocławiu. lekkie przestrzenne, rozpostarte, niemęczące, przyciemnione jakby lekko, sopranami na pewno nie cięły. Szkoda że nie brzmiały dosadniej, z cięższym basem. Grały wtedy z dość słabego tranzystora. Te nowe mają też wysoką oporowość. Pewnie nastawione na współpracę z lampiaczami. Nietypowy dobór impedancji jak na dzisiejsze czasy.
Siedemtysiączki są brzmieniowo analogiczne, a przy tym skrajnie precyzyjne i pod względem jakości toru bardzo wymagające.
https://www.masskobo.com/con-e-ud/index.cgi?detail=11
Natknąłem się kiedyś na ten wzmacniacz w sensie internetowym, w sensie fizycznym do zrecenzowania wydaje się nieosiągalny. Sama Audio-Technica stworzyła jeszcze bardziej wysilony: https://www.notebookcheck.pl/Audio-Technica-wprowadza-na-rynek-ultra-high-endowa-linie-Narukami-ze-zintegrowanym-wzmacniaczem-lampowym-HPA-KG-Naru-o-wartosci-108-000- inna niezwykła, już legendą będąca konstrukcja to Zähl HM1, jeszcze inna niezwykła to wzmacniacz dedykowany flagowym Yamaha.
Było też jeszcze takie bydlę, nad którym same zachwyty, ale przestali je robić: https://www.audiophilia.com/reviews/2026/7/30/allnic-hpa-300b-headphone-integrated-amplifier
Cały czas dostępny. $13k.
Może dostępny, ale sprawdzałem kilka miesięcy temu i na stronie producenta nie było.
Odnośnie wzmacniacza redakcyjnego, także będącego unikalną konstrukcją, mam nadzieję na ciekawą synergię pomiędzy nim, jako takim ukierunkowanym bardziej na słuchawki wysokoomowe, a impedancją 490 Ω tej Audio-Techniki. Próby jeszcze nie wykonałem, na razie gra z tranzystorowym Phasemation.
Gustard ostatecznie przyjechał. Przed chwilą go podłączyłem i o dziwo wystartował bez kapryszenia. Po AES/EBU i Coax (jedno i drugie drogim okablowaniem) gra na razie nieodróżnialnie. Z uwagi na kompletne nieogranie (tzn. zimny jest) póki co wyraźnie słabiej od Phasemation, ale się zapewne rozrusza. Jedno już mogę powiedzieć: przetwarza do bardzo zaawansowanego analogu. Jeszcze na razie bez ognia i pełnej dynamiki, ale wygładza elegancko.
Rozkręca się, rozkręca – rozkręca się bardzo ładnie.
Jestem bardzo ciekawy jak go zrecenzujesz – czekam 🙂
Uspokoję – nie nadaje się do wymiany, za dobry jest. Może ewentualnie na Mola Mola albo coś z takiej półki, ale też niekoniecznie. Siedzieć, słuchać i nie grymasić 🙂
Piotrze, jak tam Gustard, rozegrał się po kilku dniach?
Rozegrał się, recenzja w trakcie, mimo opóźnień we wrzucaniu powinna być na początku października.
Na stronie Zahl są dwa wzmacniacze do wyboru, oprócz HM1 który niby jest stworzony do studia, jest też H1 z wewnętrznym zasilaniem. Jest tańszy, Podejrzewam że ten H1 jest dostrojony bardziej do słuchania muzyki niż do mixowania.
To o HM1 są super pozytywne opinie. Nieodosobnione są oceny, że jest najlepszy na świecie. Ale faktycznie z naciskiem na precyzję. Firma unika zewnętrznych dystrybutorów – niby coś negocjuje, niby coś obiecuje, ale bardziej te negocjacje udaje.