Heh, dawno nie było o żadnych kablach i czas to zmienić. Ogromna, dekady narastająca buła awantur o nie, toczona przez osoby pojęcia niemające czym jest prąd elektryczny (co można pisać tym śmielej, że nikt tego pojęcia nie ma), długie lata wokółkablowej wrzawy:
– Nie mają wpływu!
– A właśnie mają!
– doznały pierwszego wyłomu po stronie sceptyków kablowych odnośnie kabli głośnikowych. Dokładnie tej historii nie znam, ale jakoś tak się podziało, że z grona kabli audiofilsko użytecznych, en bloc odżegnywanych od czci i wiary we wpływanie, pierwsze wyłoniły się w glorii chwały wpływy jednak mających przewody głośnikowe. Najwyraźniej jakieś odbyte odsłuchowe sesje i dyskusyjne zgrzyty okazały się zbyt jednoznaczne, by zrazu w ich wpływ niewierzący nie zgodzili się zmienić zdania – wszystko to jednak furda i rzeczy mało ważne, ważna sama muzyka. A ona słana przez różne kable głośnikowe przybiera różne kształty zarówno w mierze właściwości melodycznych, jak i energetycznych; ta sama wędrująca między wzmacniaczem a głośnikiem może być licha albo dobra w zależności od kabla między – może zgasnąć do konsystencji szmaty, a może stać się eksplozyjna, zależy od wzmacniacza, zależy od głośnika i zależy od kabla. Różnice raczej nie są takie jak między szmatą a eksplozją, ale że mogą wykrzywiać gębę albo ją rozpromieniać, to pozostaje poza sporem.
Osobna sprawa to kabli cena – tutaj się nie podziało startowo kontrfaktycznie, tylko finalnie kontr-zrozumieniowo. Dlaczego pary dwu, trzy, czterometrowej długości przewodów mają kosztować fortunę? A przecież doszło już do tego, takie chociażby ANSUZ Speakz D-TC Gold Signature, Siltech Speakers Master Crown, Transparent Audio Magnum Opus czy Nordost Odin to dublety kilkumetrowych kabli w cenach luksusowego samochodu. Padają tłumaczenia o długokrystalicznych i niesamowicie posplatanych miedzianych albo srebrnych niciach przewodnikowych powlekanych cyrkonem, wolframem, złotem i diabli wiedzą czym jeszcze. Padają odnośnie aktywnego ekranowania, pseudo zawieszania w powietrzu, filtrowania cewkami Tesli i karbonowymi przegrodami, padają odnośnie polaryzowania i obtaczania dielektrykami o militarnej bądź kosmicznej proweniencji… Padają, padają i padają – paść można pod ciężarem cen i nawałem tłumaczeń, a cała sprawa z ekonomicznego punktu widzenia jest w sumie banalnie prosta: jest rynek głodnych doznań, zblazowanych nadmiarem pieniędzy kupujących, to jest też rynek oferentów – inaczej tak by się nie działo.
Pamiętam swoje pierwsze Altusy podpięte do wzmacniacza Unitra PA-107 SQ dwużyłowymi kablami z metra, takimi do wrzepiania w ścianę, grało to dosyć marnie w kategoriach dzisiejszych, ale o ileż lepiej od trzeszczącego radioodbiornika o perwersyjnej nazwie Kankan. Słuchanie muzyki przeszło od tamtej pory wielotorową ewolucję i ma dzisiaj rozpiętość od pchełek do smartfona po pałacowe sale naprane elektroniką za dolarowe miliony, a my gdzieś między tym będący zdajmy sobie pytanie, czy tytułowy kabel jest wart swojej ceny.
Zabierzmy się za to jak należy, w każdym razie spróbujmy, tak czy tak trzeba najpierw opisać producenta i jego głośnikowy kabel.
Przypomnijmy więc w takim razie: Avatar Audio to przedsięwzięcie z północno-wschodniej Polski, z obrzeża Białowieży, jak przystało na taką lokalizację usiłujące zbliżać dźwięki do natury. Żebyś był jak na prawdziwym koncercie, i to najlepiej w pierwszych rzędach; Czariusz Andrejczuk – spirytus movens przedsięwzięcia – zjeździł świat, odwiedził wiele filharmonii, a że słuch ma niezgorszy, całkiem serio próbuje odtwarzać brzmienia z tamtych muzycznych świątyń poprzez swoją aparaturę. Produkcja obejmuje kolumny, kable do nich, interkonekty analogowe i cyfrowe oraz podstawki i platformy. Na szczególną uwagę zasługują głośniki – opisywane w zeszłym roku flagowe Avatar Audio Holophony №1 to jedne z najlepszych jakie słyszałem, wybitnie godne polecenia. Firmowym dopełnieniem nasz testowany obecnie przewód DREAMLINK №1, jak sama nazwa wskazuje najdoskonalszy z produkowanych – najdoskonalszy w ofercie czterech jakościowych poziomów. Cennik pokazuje wycenę 19 900 PLN za parę długości 2,7 metra, nie jest to zatem tanie złącze, ale gdzie mu tam do najdroższych. Zarazem jego szlakiem ma płynąć ta prawdziwa, ta najprawdziwsza, godna aż miana awataru reprodukcja muzyczna; to nic innego jak wyzwanie rzucone tym najdroższym, nie będzie przeto taryfy ulgowej, z założenia ma być idealnie.
Technologia
Zacznijmy od wyglądu, a ten nie rozczarowuje. Egzemplarz nadesłany zaopatrzono w masywne widły o konstrukcyjnym proweniencji od sławnej ETI Research, na dłużni przyciągają spojrzenia masywne tuleje z mosiądzu opatrzone grawerunkami od wierzchu oraz wewnątrz misją tłumienia szumów za sprawą rdzeni ferrytowych. (Analogiczne u interkonektów.) Sam kabel odznacza się średnią grubością oraz dającym się czuć ciężarem, w jego wnętrzu chowa się coś, co całkowicie zapobiega możliwości jego stłamszenia. (Do zgięcia tak na amen trzeba by użyć prasy.) O przewodniku oraz pracach nad całością sam producent powiada:
Podczas prac nad kolumnami głośnikowymi Holophony, poszukując możliwie najlepszego wewnętrznego okablowania, dokonałem kilku istotnych ustaleń dotyczących budowy kabli audio. Ponieważ od początku audiofilskiej pasji byłem świadomy wielkiego wpływu kabli na jakość dźwięku, kontynuowałem intensywne badania. W ciągu tysięcy godzin pracy stworzyłem setki prototypów interkonektów, sieciówek i kabli głośnikowych.
Kabel głośnikowy Avatar Audio DreamLink Nr1 charakteryzuje się niezwykle naturalną, „analogową” barwą, zapewniając przy tym ogromną ilość szczegółów. Uzyskuje to dzięki niespotykanej czystości miedzi pochodzącej z pierwotnych zasobów (nie z przetopu). Miedź ta poddawana jest bezstresowej metalurgii, zapewniającej gładkie połączenia międzycząsteczkowe. Po zakupie dodatkowo obrabiamy ją chemicznie i fizycznie, korzystając z własnych patentów oraz z pomocy innych firm – konkretnie DreamLink Nr 1 poddawany jest procesowi IFE w laboratorium Metrum Lab.
Kable wyposażono w zestaw starannie dobranych filtrów ferrytowych tłumiących zakłócenia elektromagnetyczne o różnych częstotliwościach. Wtyki są z pozłacanej wysokiej czystości miedzi przy możliwie najmniejszym udziale innych metali. (Tam, gdzie się dało, metal zastąpiony został plastikiem.)
Długość kabla wynosi niestandardowe 2,7 m, co daje duży wpływ na jakość dźwięku. Nie podaję innych szczegółów budowy, gdyż – podobnie jak w przypadku kolumn Holophony – nie chcę epatować klientów marketingowym żargonem technicznym, tak powszechnym u konkurencji. Uważam, że liczy się tylko własny, krytyczny i porównawczy odsłuch i do tego gorąco namawiam.
Uzupełniająco dopiszmy, że u głośnikowego Avatar Audio DREAMLINK №1 najbardziej rzuca się w oczy zewnętrzny oplot z melanżowej, złotobrązowej plecionki o chropawej konsystencji oraz ta niezniszczalna giętkość, zupełnie jednak nieprzeszkadzająca przy układaniu pomiędzy – w naszym przypadku pomiędzy hybrydową końcówką mocy Croft Polestar1, a czterodrożnymi kolumnami Audioform 304.
O cenie już wspominałem, ale dla odświeżenia przypomnę (repetitio est mater studiorum), że wynosi konkretne 19 900 złotych, w zamian za które w eleganckiej drewnianej kasecie wysłanej purpurowym aksamitem w dwóch purpurowych z grubego płótna woreczkach ochronnych otrzymujemy parę głośnikowych kabli z najwyższej półki, odznaczających się mającą ponoć znaczenie dla brzmienia długością 2,7 metra.
Odsłuch
Warunki już podałem, wiadomo co i czym złączone. Źródłem jak zwykle CD Cairn, jak zwykle też kolumny ustawione daleko od tylnej ściany, co zasadniczo pogłębia scenę, przynosząc magię perspektywy sięgającej dziesiątki metrów w głąb. Jak zwykle też kabel głośnikowy znalazł się na trzybolcowych podkładkach Rogoz Audio, a elektronika stała też jak zwykle na audiofilskim stole Rogoza o wielu takich bolcach, celujących ostrzami w kapturki pochłaniające drgania. Najlepsze historyczne lampy trzy godziny stały pod prądem dla pełnej wydolności, był wieczór, muzyczna pora, pozostawało słuchać.
Nie miałem dużych oczekiwań ani nie miałem małych, po prostu siadłem do słuchania i w ruch te same co zawsze płyty, pośród których najmniej jazzowych (brzmienia jazzowe niespecjalnie nadają się do analiz, z czym oczywiście można się nie zgadzać – kto dobrze czuje jazz pewnie powie inaczej – ale ja go dobrze nie czuję poza małymi wyjątkami; i nie, „Kind of Blue” to nie jest nowy Beethoven, to zwyczajna rozrywka; Miles Davies ma w dorobku wartościowsze płyty, że wymienię tytuły „Aura” i „Bitches Brew”.)
Tę recenzję można by zawrzeć w jednym lakonicznym stwierdzeniu: „Obiecane – spełnione.” Miała być super muzyka i była, a że dłuższy czas minął odkąd była w użyciu końcówka mocy Crofta, z dużą satysfakcją słuchałem jak napędza. (W tym wypadku egzemplarz podrasowany rozbudową obwodu i opatrzony najlepszymi możliwymi lampami.) To niełatwa końcówka, w oryginalnej wersji, z jedną lampą, podostrzająca, wymagająca właśnie rozszerzenia obwodu i bardzo specjalnych lamp, ale gdy udoskonalona (sam Croft też mi proponował własnego autorstwa udoskonalenie, ale gdzie by mi się tam chciało wysyłać ją do Cambridge) – taka już dobrze przerobiona z lampowym przedwzmacniaczem stwarza duet referencyjnie łączący analogowość z żywością i głębią brzmienia. Zdaniem kabla głośnikowego nie popsuć tego sobą – wydobyć wszystkie wartości i oprawić scenicznie. Zacznijmy więc może od sceny.
Przy kablu Avatar Audio DREAMLINK №1 okazała się ta referencyjność bardzo wrażliwa na skalę dystansowania kolumn od ściany za nimi, odniosłem wrażenie, że bardziej nawet niż przy redakcyjnym okablowaniu Sulek. Dwadzieścia centymetrów dołożone do półtora metra owocowało radykalnym pogłębieniem, słuchanie bez tych dwudziestu byłoby innym słuchaniem. A z nimi zafrapowanie sceną i żadnych skądkolwiek płynących ubytków fascynacyjnych. Pierwszy plan średnio biorąc jakiś metr do dwóch za linią głośników i bez rozlewania się na boki – skupienie wokół centrum, i ono jak najbardziej w porządku, bo audio to nie kino domowe, tutaj nie ma w nagraniach pociągów mijających stojących na peronie, chyba żeby sięgnąć po płytę do kalibracji kina domowego.
Ta oscylacja wokół centrum nie tylko nie przeszkadzała zjawisku separacji, ale wręcz podnosiła walor prawdziwości scenicznej: na przykład duety operowe nie były sztucznie rozsuwane, a generalnie koordynacja w przypadku płyt w dużym stopniu bazujących na walorach scenicznych (szczególnie oper z biegającymi po scenie artystami), nie budziła najmniejszych zastrzeżeń, zjawiała się efektowność i tylko ona. I dotyczyła także inscenizacji klubowych – otaczanie słuchacza atmosferą klubową było podobnie efektowne. A nie inaczej w przypadku instrumentów solo i orkiestry: rozległość, wypiętrzenie i panoramiczne rozpostarcie London Philharmonic Orchestra grającej uwertury Rossiniego wywierało imponujące wrażenie, podobnie jak potęga i doskonałość harmoniczna fortepianu György Cziffry produkującego rapsodie Liszta. Dźwięk przy tym z rodzaju takich, co suną ku słuchaczowi i w sobie go zatapiają – dokładność separacji i oddalenie pierwszego planu nie przeszkadzały budowaniu silnego wrażenia uczestnictwa; nie pojawiało się zdystansowanie, a jego mocne przeciwieństwo.
Kolejną z zalet pełne oddanie nie samych brzmień wiodących, ale też i towarzyszących, choćby nawet i takich na daleki margines zepchniętych. Tak więc skoncentrowanie na środku sceny nie przeszkadzało i temu, że grała cała panorama – z poboczy docierały brzmienia wyraźne i wnoszące wkład.
Dopełnieniem scenicznego opisu horyzont na wysokości oczu oraz to, że z uwagi na przemieszczanie się całego dźwięku w stronę słuchacza nie było ani pozostawania na miejscu powstania, ani też dalekiego rozchodzenia w przeciwną stronę, o ile takiego czegoś nie proponowało samo nagranie. (Który to wariant bywa niezwykle efektowny, ale ten typ prezentacji jest radykalnie rzadszy i kiedy już, to występuje niemal wyłącznie u kolumn tubowych.)
Pozostaje odnieść się do anatomii owych dźwięków ku słuchaczowi. Już napisałem, że lampowy przedwzmacniacz OTL/Class A we współpracy z hybrydową końcówką tworzyły duet mistrzowsko łączący analogowość z żywością i głębią brzmienia; jasna rzecz, że tak by się dziać nie mogło przy cokolwiek odejmującym od tego przewodzie głośnikowym, też oczywiście i bez źródła zdolnego sprzedać analogowy czar dawnych wielobitowych przetworników D/A. Cóż, grało perfekcyjnie, przynajmniej moim zdaniem. I nie, nie aż w kryteriach galaktycznych, a jedynie perfekcją, na jaką pozwalają flagowe kolumny Audioform, odnośnie czego jasna sprawa, że na przykład diamentowe membrany Raidho mogłyby dać silniejsze promieniowanie dźwięku, papierowe membrany vintage flagowych Avatar Audio wyższą czułość reakcji na sygnał, a którekolwiek jakościowe głośniki tubowe uczyniłyby same dźwięki bardziej trójwymiarowymi. Niemniej to była perfekcja – jawne, bezdyskusyjne przekraczanie granicy, za którą nie ma pytań, pozostaje samo słuchanie. Nawet gdybym wiedziony stronniczością czy jakimś uprzedzeniem położył szczególny nacisk na wyszukanie w tym wad, nie doszukałbym się materiału mogącego posłużyć za pretekst, musiałbym zmyślać krytykując jak polityczna szuja. Dlatego śmiało piszę, iż perfekcyjnie grało: naturalizm się spełniał i był spektakularny. W tych ramach naturalne wyważanie temperatury, naturalna melodyka głosów, fascynujące brzmienia instrumentów (przecież po to powstały i te pozostały w użyciu, które czarują najbardziej), imponująco biegłe wyważanie między przeciwieństwami, a jednocześnie skale tych przeciwieństw imponująco duże. Podkreślane zatem dystanse między delikatnością a potęgą, miękkością a twardością, oświetleniem a mrokiem, także pierwiastkami kobiecym i męskim czy stanami radości i smutku, a poprzez to rozbudowywana zarówno postać samych brzmień, jak i obrazowanie całości. Też oczywista rozbudowywana wraz z tym gama nastrojowa – kiedy trzeba drapieżna, kiedy trzeba przymilna – a pośród tych różności nastrój słuchacza pobudzany przede wszystkim zadowoleniem, wszak o to mu chodziło.
Względem własnego okablowania Sulek brzmienie odrobinę mniej ciepłe i mniej analogowo upłynnione, lecz dzięki temu twardsze w twardościach i mniej optymistyczne w optymizmach, więc co się woli, można wybierać. Ważne, że strona energetyczna na zbliżonym poziomie, bo bywało już u mnie drogie głośnikowe okablowanie, które energetycznie zawodziło, a całościowo krańcowym przykładem przewód za przeszło sto tysięcy, który nie tylko energetycznie odstawał, ale tak sypał żyletkami, że słuchać się nie dało. Od tego stanu testowany był daleki jak dzień od nocy, na co daję wam swoje audiofilskie słowo honoru.
Cóż jeszcze? Może to, że wchodząc głębiej w analizy soprany okazały się maksymalnie w razie potrzeby wysokie, ale nigdy nie przechodziły w skrzek ani nieakceptowalnie spłaszczony wrzask. Tym niemniej potrafiły być tak wysokie, że nie pozbawione w ekstremach pikanterii, ale właśnie tylko w ekstremach i to takich słusznych; ani razu nie natrafiłem na dodawanie pikanterii temu, co samo pikantne być nie miało, w efekcie znakomite wszędzie unormowanie na skali »sopran-nie sopran« – w stepowaniu, w trąbkach, w strunach i w głosach. Żadnego dodawanego bez sensu wyostrzenia, a przecież gdyby tak się działo, Croft by to z pewnością ułatwiał.
Kolejną rzeczą znakomite na potrzebę realizacji przestrzeni używanie pogłosów: modelowane wnętrza były duże, wyraźne i wypełniane dużymi dźwiękami, choć z drugiej strony koncentracja na pierwszym planie i ataku (nie takim zmasowanym, ale jednak) powodowała osłabianie efektu holografii oraz uzyskiwania zjawiskowej głębi; pod tymi względami było dobrze, ale nie aż spektakularnie. Za to wypełnianie dźwiękami przestrzeni wraz z tym atakowaniem właśnie było spektakularne, przy tym tonalność pokazowa i redukowanie zniekształceń wzorcowe, a w ramach tego znakomita kontrola basu, włącznie z czynieniem nagrań basowo przedobrzonych lepszymi realizacyjnie.
Myślę, że dodawanie do tego kolejnych pogłębionych analiz nie tylko byłoby zbędne opisowo, jako niepotrzebne rozwlekanie tematu możliwego (jak napisałem na wstępie) do wyrażenia w dwóch słowach, ale, co gorsza, psułoby przyjemność obcowania z muzyką. Drobiazgowe sekcjonowanie brzmienia może się przydać w sytuacjach rodzących się dylematów, a ta sytuacja nie zachodziła. Kabel tak po prostu okazał się świetny; jak też już zdążyłem powiedzieć, nie napotkałem żadnej przesłanki pozwalającej go krytykować. Kiedy się uprzeć aż po grymas, można byłoby ewentualnie dać wyraz temu, że sam od siebie nic nie wnosi, nie czyniąc prezentacji jakąś specjalną, specyficzną, własnym stylem poowijaną. Ale najuprzejmiej dziękuję za podobne uwagi, takie spécialité de la maison w wydaniu kabla głośnikowego zawsze będzie ciążyć ku wadom, a nie rodzić zalety. A tych wadliwych mamy dosyć, na całe szczęście ten nie taki.
W sumie nie było o to obaw, prezentacje Avatar Audio na AVS zawsze były udane, a nie mogło by się tak dziać bez dobrego okablowania. Tym samym ta recenzja jest tylko potwierdzeniem dawno rozpoznanego stanu rzeczy, jedynym w jej przypadku novum opowieść o najnowszej wersji dawno oszacowanego produktu. I tak – jakość podtrzymana, wszystko w najlepszym porządku.
Podsumowanie
Czy wszystko? To rzecz sporna. Prędko znajdą się tacy, którzy cenę dwadzieścia tysięcy uznają za wariactwo. Nie podejmuję się tworzenia bilansu kosztów producenta i sensowności jego marży. Nie wiem jakie są koszty i nie wiem jaka marża, wiem tylko, że to kabel gatunkowy i że inne takie są droższe. Czy znajdą się równie dobre tańsze? A, tego również nie wiem, choć wiem, że taki najtańszy z dawnych, Entreq Konstantin, czy średni Vovox Textura, też były świetne a mniej drogie. Ale czy równie świetne? Ano nie – energetycznie niedorównujące, na czym bas cierpiał najbardziej; stuprocentowo sprawny basowo kabel, a jednocześnie brzmieniowo bez zarzutu pod każdym pozostałym względem to nie jest łatwa sprawa, to się nieczęsto udaje. W przypadku Avatar Audio №1 się udało – stawiam pod tym stempelek potwierdzający jakość.
W punktach
Zalety
- W tym kablu wszystko zaletą, nie ma cechy o innym wydźwięku.
- No tak, cena nie jest niska, ale za jakość się płaci.
- Płaci się w przypadku głośnikowych kabli przede wszystkim za pełnoskalową transmisją energii.
- Gdy nie ma takiej, wszystko inne dzieje się na pół gwizdka.
- A tutaj ona jest, jest ponad wszelką wątpliwość.
- W tej sytuacji pozostałe cechy mają już dużo łatwiej.
- Ale z wyjątkiem tonalności, która by mogła być skopana pomimo energetyzacji.
- Ale nie jest, nie jest skopana tylko bliska perfekcji – utrafia idealnie.
- Jeszcze ewentualnie mógłby być kłopot z przejrzystością – ale jest całkowita.
- Podobnie jak szczegółowość.
- I podobnie jak śpiewność.
- Znakomicie wyważa się pasmo.
- Znakomicie wyważają się przeciwieństwa.
- Oświetlenie jest odpowiednio silne, światłem o dobrze dobranej temperaturze.
- Ciepło umiarkowane, też dobrze wyważone.
- Biologizm całkowity.
- Soprany pod pełną kontrolą-
- Pod pełną także bas.
- Trójwymiarowość dźwięków bez zarzutu.
- Sceny duże, skoncentrowanie akcji w centrum, ale gra cała panorama; nie ma gubienia akompaniamentów, nawet takich śladowych.
- Odnośnie spraw technicznych: kabel bazuje na gatunkowej miedzi i zaawansowanej metalurgii.
- Bazuje też na łączach wzorowanych na technologii ETI Research.
- Posiada filtry ferrytowe.
- Mocny, zapobiegający uszkodzeniom oplot.
- Sprężystość zapobiegającą uszkadzającemu zaginaniu.
- Znany, ceniony producent.
- Oferta sprzedaży bezpośredniej obniżającej koszty.
- Eleganckie opakowanie.
- Wyróżnienie „Ryka Approved!”
Wady i zastrzeżenie
- Tanio niestety nie jest, nawet nie średnio drogo.
- To nie kabel od sławnej marki, co wali po łbach marketingiem i się rozpycha łokciami.
- Skoncentrowanie na centrum pierwszego planu z lekka osłabia efekt głębi sceny.
Dane techniczne
- Typ: przewód głośnikowy
- Surowiec: wysokogatunkowa miedź poddana procesowi IFE (zaawansowana kriogenika i przedmuch wysokim prądem) w firmie Metrum Lab
- Złącza: wzorowane na technologii ETI Research
- Długość: 2,7 metra, wg producenta optymalna
- Opakowanie: drewniana kaseta
Cena: 19 900 PLN









Moj koncert zyczen w temacie, bardzo bym poprosil o recenzje kabelka AA RCA No 1 albo tanszego No 2, gdyby byly takie mozliwosci. Dziekuje 🙂
Możliwości na pewno są, tylko z czasem nietęgo. Mam już u siebie cztery pary nieopisanych jeszcze słuchawek, a w przyszłym tygodniu mają przybyć kolejne, i to niejedne.