AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis – Konfrontacja dawnego flagowca z nowym

AKG_K1000_Enteq_Atlantis_012_HiFi Philosophy   Długo to trwało, ale w końcu zebrałem się w sobie, by napisać o sprawach ważnych, przynajmniej dla słuchawkowego świata. Przy okazji zamierzam upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, to znaczy opisać własne słuchawki referencyjne, a jednocześnie porównać je z obecnym flagowym modelem firmy, którego recenzję już sporządziłem. Sporządziłem także onegdaj recenzję samych AKG K1000, zawierając ją w tekście także konfrontacyjnym, zatytułowanym „Trójbój na szczycie”, gdzie mierzyły się z Ultrasone Edition9 i Grado GS1000.

Upłynęło sporo wody i firma Ultrasone zdążyła wypuścić dwa kolejne modele szczytowe, a firma Grado jeden i dwakroć po drodze zmodyfikować zepchnięte na drugą pozycję GS1000, których obecne wcielenie z przydomkiem „e” gra dalece inaczej od pierwowzoru. Nie da się ukryć, że w słuchawkowym świecie zegar zaczął tykać szybciej, bowiem wielokrotnie przywoływane w różnych recenzjach okoliczności plikowo-komputerowe bardzo zwiększyły rolę słuchawek na obszarze wysokiej kultury odsłuchów muzycznych. Nie znaczy to jednak, że powiązana z tym bezpośrednio technologia konstrukcji i produkcji słuchawek doznała znaczącego postępu, gdyż nie jest niestety tak, że obecne modele flagowe deklasują dawne.

Minione wzorce jakości, czyli szczytowa referencja, w postaci Sennheisera Orpheusa, Staxa SR-Ω, Sony MDR-R10 i AKG K1000, nie ma jak na razie powodu do obaw o swój prymat, chociaż współcześnie produkowane słuchawki najwyższych lotów, czyli Stax SR-009, Ultrasone Edition5, HiFiMAN HE-1000 i Abyss 1266, wydają się bezpośrednio nawiązywać do nich poziomem. Dwóch ostatnich nie słyszałem, ale opinie o ich klasie są jednozgodnie entuzjastyczne, a dwaj pozostali z młodych wilków na pewno nie przynoszą swym producentom ujmy, choć Stax SR-009 od SR-Omegi podoba mi się mniej, podobnie jak Ultrasone Edition5 od Sony MDR-R10. Obecnie nadeszła zaś pora, by wyłuszczyć relacje pomiędzy dawnym i nowym modelem flagowym od AKG, co tym jest pilniejsze, że to właśnie AKG K1000 mam u siebie za wzorzec słuchawkowego brzmienia, a więc ich recenzja należy się czytelnikom bezwzględnie. Należy się jednak także z powodu wymienionego w tytule, mianowicie posiadania innego kabla niż ten z czasów pisania „Trójboju na szczycie”. W międzyczasie ten kabel dwakroć ulegał wymianom i najpierw w miejsce oryginalnego pojawił się Entreq Konstantin, a następnie o trzy aż poziomy wyższy, najwyższy w ofercie Entreqa – Atlantis.

Jak niemal zawsze jestem przeraźliwie spóźniony, co stało się normą, bo praktycznie wszystkie recenzje piszą się z jakichś powodów po czasie. Mniejszym lub większym, ale zawsze. Każdej towarzyszą trudności obiektywne bądź subiektywne, albo jedne i drugie. Bo albo jakiegoś kawałka sprzętowej układanki brakuje, albo recenzent ma katar, albo nachapie się za dużo sprzętu i potem się nie wyrabia. A że recenzje pisuje sążniste, nie chcąc spraw lekko zbywać, to tym bardziej zaległości się piętrzą. Ale tym razem przesadziłem naprawdę, bo nim się za pisanie zabrałem, kabel Entreq Atlantis wraz z pozostałymi kablami słuchawkowymi zniknął z oferty Entreqa. Już pisałem dlaczego tak się zdarzyło w recenzji porównawczej kabli dla Sennheiserów HD 800, a przypomnę, że chodziło o kwestie reklamacyjne. W sumie nie zawinione przez producenta, co jednak nie zmieniało niedogodności dla użytkowników. Rzecz zasadzała się na fakcie, że Entreq produkuje kable w oparciu nie o linki a o lite przewody, co w przypadku słuchawek skutkowało uszkodzeniami mechanicznymi na styku kabla z muszlą. Nieelastyczny, nieodporny na procedurę zginania i dość ciężki w dodatku przewód ulegał czasem ułamaniu. Było to irytujące na równi dla producenta co użytkowników i w efekcie Per-Olof Friberg zarzucił produkcję słuchawkowych kabli, co łatwo zrozumieć, ale z czym się niełatwo pogodzić. Sam za żadne skarby bym swojego Atlantisa nie oddał, chyba że Per-Olof zaoferowałby mi jeszcze lepszy przewód, na co się nie zanosi. A przy tym niezmiernie jestem wdzięczny za ten zaoferowany, bo w sensie brzmieniowym jest to kawał kablarskiej sztuki i najwyższego kunsztu.

Budowa

 

Nowy flagowiec w konfrontacji ze starym - K812 vs K1000.

Nowy flagowiec w konfrontacji ze starym – K812 vs K1000.

   Kabel jest dosyć gruby i stosunkowo ciężki. Jest także długi, liczy aż trzy metry, a po drodze ma zwrotnice na zbiegach i rozjazdach przewodów w postaci drewnianych broszek-obejm. Konstrukcję przejawia dla swego producenta charakterystyczną, to znaczy składa się w każdym kanale z dwóch żył wykonanych z litego drutu, z których jedna jest srebrna a druga miedziana. Która jest która widać także na zewnątrz, bowiem kończące widełki są dla przyłączy „+” wykonane ze srebra, a dla „– ” z miedzi. Jest to bowiem kabel bezkompromisowy, to znaczy przewidziany wyłącznie do podpinania zworom głośnikowym. Nic w tym nie ma osobliwego, gdyż dla słuchawek K1000 tego rodzaju podpięcie jest optymalne z uwagi zarówno na ich wyjątkowo niską skuteczność, jak i bardzo duże zapotrzebowanie na moc. Nominalnie jest to około 10 W, ale sam napędzam je końcówką  o mocy 25 W, a podpinałem do jeszcze silniejszych. To wprawdzie trochę niebezpieczne, ale towarzyszy temu zjawisko większej energetyczności i dynamiki przekazu kiedy takiego nadwymiarowo mocnego wzmacniacza użyć, co przekłada się bezpośrednio na odsłuchową przyjemność. Mając w przedwzmacniaczu krokowe potencjometry, nie występuje obawa o przypadkowy ruch gałką, tak więc wystarczy jedynie trochę uważać z tą dystrybucją mocy.

Tytułem ciekawostki nadmienię, iż samo AKG początkowo oferowało model K1000 z półtorametrowym przewodem zakończonym 4-pinem wraz z przedłużką zakończoną dużym jackiem, którą z czasem zastąpiło taką zakończoną czterema gołymi drutami, czyli przeznaczoną nie do gniazd słuchawkowych tylko przyłączy głośnikowych. Dlatego stosowanie kabla w całości głośnikowego jest jak najbardziej na miejscu, dodatkowo uwalniając jakość traconą w punkcie złącza. Jako pierwsza zaoferowała taką kablarską podmianę firma Stefan Audio Art, a w ślad za nią podążyły inne, ale nie trwało to długo, bo w 2009 roku model K1000 opuścił scenę. Opuścił bez następcy i ku żalowi licznych fanów; tym liczniejszych, że były to zdecydowanie najtańsze spośród najwybitniejszych słuchawek. W momencie odchodzenia można je było nabyć u polskiego dystrybutora za 2700 PLN, co naprawdę stanowiło okazję i dawało ogromny rozziew względem wszystkich pozostałych słuchawkowych arystokratów. Ale nie ma róży bez kolców. Te kolce w przypadku K1000 to osobliwa konstrukcja i nieudany wzmacniacz. Słuchawki były od razu oferowane wraz z dedykowanym wzmacniaczem, którego wprawdzie nie słuchałem, ale który na pewno jest do bani, bo wszyscy co słuchali tak twierdzą. Na podstawie takich odsłuchów zepsuły sobie K1000 opinię, zyskując miano mało wypełnionych i bez basu, a do tego jeszcze uciążliwych w noszeniu. Faktycznie, wygoda nie jest na poziomie samego brzmienia. Dwie małe poduszeczki po każdej ze stron uciskają skronie, zwłaszcza kiedy się nie wie, że ta bliższa ucha przymocowana jest do prowadnicy, tak więc można jej położenie regulować. To jest napisane w instrukcji i nawet opatrzone odpowiednim rysunkiem, ale kto czyta instrukcje? Na pewno nie audiofil, bo on z definicji wie wszystko. Będąc audiofilem sam nie przeczytałem, a fakt ruchomości odkryłem dopiero przypadkiem, podczas renowacji samej poduszeczki. Podzieliłem się wówczas tym „odkryciem” z kolegami na forum Head-Fi, za co od wielu osób dostałem serdeczne podziękowania, bo inni też oczywiście o tym nie wiedzieli. A z rozsuniętymi padami jest o wiele wygodniej. Wygodniej jest także gdy poddać modyfikacji pałąk, czego efekt widać na zdjęciach. Sam usunąłem dodatkowo poduszki położone bliżej części twarzowej, zastępując je aksamitną wyściółką. Wtedy jest jeszcze wygodniej, przynajmniej moim zdaniem.

AKG_K1000_Enteq_Atlantis_002_HiFi PhilosophyPowróćmy do brzmienia, psutego tym marnym wzmacniaczem. AKG K1000, podobnie jak powstały wiele lat po ich odejściu sukcesor K812, to słuchawki profesjonalne, nakierowane między innymi na mastering nagrań. Po dziś dzień wielu inżynierów dźwięku używa ich w tej roli, a sam czytałem wywiad z takim, według którego AKG K1000 w połączeniu ze swoim procesorem przestrzennym nie mają w tej mierze równych sobie. Bo właśnie obok samych słuchawek i wzmacniacza był też taki procesor, którego niestety też nie słyszałem, ale ponoć daje niesamowite efekty. Bycie profesjonalnym ma jednak pewną genetyczną przypadłość w postaci kiepskiego okablowania. Nie odbiegłby daleko od prawdy ktoś, kto zamiast określeń „profesjonalny-audiofilski” używałby terminologii „z marnym kablem-ze znośnym kablem”. Chyba jedynie firma Ultrasone w swoich słuchawkach profesjonalnych Edition7 i 9 użyła niezłego okablowania, a cała reszta profesjonałów na kilometry zalatuje kablową tandetą. Wprawdzie już z okablowaniem oryginalnym, które całkiem tandetne nie było, słuchawki K1000 grały znakomicie, ale że z pewnych aspektów brzmienia przez to okablowanie były okradane, to kable od Entreqa pokazały jednoznacznie. Sumaryczny efekt był taki, że wspólnie nie dość dobry kabel z marnym firmowym wzmacniaczem nadszarpnęli reputację, która mogła być o wiele wyższa. Do ergonomii także można się było solidniej przyłożyć, w sposób bardziej przemyślany formując owe ruchome pady i staranniej dobierając nacisk pałąka, ale biorąc to w nawias fakt pozostaje faktem – AKG K1000 to słuchawki miary Orpheusa i Sony MDR-R10 za kilkanaście razy mniejsze pieniądze. Były. Jak wszystkie one.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy – o pewnej modyfikacji. Śmiałej chociaż banalnej, polegającej na usunięciu wewnętrznej pokrywy muszli, całkowicie otwierającej przetwornik. Jest to pokrywa z dość grubej drucianej plecionki, identyczna jak po stronie zewnętrznej, a prawdę mówiąc usunąłem ją jedynie dla świętego spokoju (kwestia dwóch śrubek), gdyż nie lubię maskownic między uchem a głośnikiem. Ale mam znajomego, który też kupił K1000 (przesiadka ze Staxa), a potem długo walczył o kabel Entreqa, ale nawet po jego pozyskaniu nie był w pełni zadowolony, porównując swój egzemplarz z moim. I dopiero zdjęcie maskownic, przed którym z myślą o bezpieczeństwie przetworników się wzdragał, dało mu pełną satysfakcję. Tak więc stają tu do opisu i porównań słuchawki AKG K1000 mocno przeprofilowane – za audiofilskim w miejsce profesjonalnego okablowaniem, usuniętymi maskownicami, inaczej wygiętym pałąkiem i usuniętą połową padów. Zdecydowanie najważniejszy jest jednak z tego wszystkiego kabel i jemu recenzję dedykujemy.

Do jego opisu dodajmy, że oplot ma z czystej bawełny czarnego koloru z ozdobną białą nitką przeplotu i że pakowany był w drewnianą skrzynkę, jako że naturalne surowce są zawołaniem rodowym Entreqa.

W zgodzie z naturą, wykorzystując oferowane przez nią bogactwo i podpatrując jej zachowania na rzecz konkretnych zastosowań – oto pomysł tej firmy na sukces. A sukces odniosła niemały i szanowana jest wielce, szczególnie w Azji, gdzie ma największy rynek zbytu. Tam nikt z co zamożniejszych audiofili nie pyta o ceny. Liczy się sama jakość, a wówczas Entreq wygrywa. Wygrywa także i u mnie, bo kable z serii Atlantis, zarówno w wersji USB jak i słuchawkowej, dowiodły swych przewag. Od tańszych modeli swego producenta odróżnia je większa grubość przewodów i srebrna żyła „+”, przy czym bardzo jest ważne, by podłączając się nie pomylić. Podczas montażu  pan montażysta się nie tyle pomyli, co ja mu nie powiedziałem, że plus powinien być srebrny. Nie powiedziałem, bo sam nie wiedziałem i dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się tego od dystrybutora. A wówczas nastąpiła zmiana przyłącza na prawidłowe i – wierzcie lub nie, ale radzę uwierzyć – słuchawki zagrały jeszcze lepiej. Tak więc srebrne plusy są ważne.

O budowie K812 napisaliśmy już dużo w ich własnej recenzji. Przyjrzyjmy się zatem konstrukcji ich starszego krewniaka, która dodatkowo uległa modyfikacji.

O budowie K812 napisaliśmy już dużo w ich własnej recenzji. Przyjrzyjmy się zatem konstrukcji ich starszego krewniaka, która dodatkowo uległa modyfikacji.

Pozostała jeszcze kwestia cenowa, jako że nie wszyscy jesteśmy zamożnymi azjatami. Zdezaktualizowana, ale jak zawsze smaczna. Początkowo te słuchawkowe Atlantisy oferowane były znacznie drożej, ale przed samym zniknięciem można je było wyhaczyć za około 5000 PLN. Dla porównania znacznie niższy model Konstantin kupowałem parę lat wcześniej za 2700 PLN. Tak więc były to kosztowne słuchawkowe kable. Bardzo kosztowne.

Odsłuch

Nie, to nie dzieło przypadku - pałąk został celowo wygięty aby zwiększyć rozstaw przetworników.

Nie, to nie dzieło przypadku – pałąk został celowo wygięty aby zwiększyć rozstaw przetworników.

   Porównania czynią recenzje dłuższymi, a więc bardziej nużącymi dla czytelników, ale też bardziej wartościowymi. W przypadku tego porównania sprawa upraszcza się o tyle, że nie musimy sięgać po różne tory, tylko po jeden referencyjny. Komplikuje za to tym, że dla każdych z porównywanych słuchawek tor będzie niejednaki, jako że AKG K1000 potrzebują końcówki mocy a K812 nie. Źródło i przedwzmacniacz będą identyczne, ale dla K812 przedwzmacniacz będzie jednocześnie słuchawkowym wzmacniaczem, a dla K1000 jedynie sterownikiem poprzedzającym końcówkę. Poza tym jedne i drugie mieć będą wprawdzie nieoryginalne przewody, ale w przypadku K1000 będzie to tytułowy Entreq Atlantis, a w przypadku K812 Forca Audio Works FAW Noir Hybrid.

W tym miejscu taka uwaga, że nawet gdyby Entreq wciąż produkował słuchawkowe kable, do malutkiego złącza Lemo w K812 jego lite druty i tak by nie pasowały, toteż w najlepszym razie wymagałyby jakiegoś minimalnego bodaj udziału cieńszej przejściówki.  Tak więc w sumie nie całkiem obiektywnie – po różnych kablach i nieco odmiennych torach – jedziemy w strefę porównań.

A w tych porównaniach i podczas odsłuchów ponownie było bardzo przyjemnie, bo tak samo jak przy odsłuchowej obróbce systemu Avantgarde słuchało się prima. Jedyną skazą pozostawała konieczność częstego zmieniania słuchawek i tkwiący cały czas za uszami wymóg odnoszenia jednych do drugich, wymuszający bardziej analityczne podejście niżby się na użytek samego odbioru muzyki chciało. Cały czas prawy do lewego i lewy do prawego, czyli K1000 do K812 i K812 do K1000. Ale i tak było znakomicie. Z tym że znów trochę ciężko na sercu. No, nie wiem… Przekleństwo jakieś, czy zły urok? Dlaczego jedne po drugich nowe flagowce nie dorównują dawnym? Faktem jest, że nowy flagowiec Ultrasona deklasuje poprzednie słuchawki własnej firmy, a nowe K812 deklasują K712. Po audiofilsku poniosło mnie wprawdzie i użyłem za dużych słów, bo może nie tyle deklasują, gdyż tamte to wszak bardzo porządne słuchawki, tylko znacznie te nowe są lepsze. Ale tak jak K812 górują nad K712, tak K1000 górują nad nimi. A już takie z kablem Etreq Atlantis szczególnie.

Zacznijmy od tego co daje ów kabel, bo to on jest przedmiotem recenzji. Daje przede wszystkim całościową poprawę, ale trzeba dopowiedzieć jaką. Opiera się ta poprawa pośród innych przymiotów na pogłębieniu brzmienia i na czynieniu go bardziej melodyjnym. K1000 ze zwykłym kablem mają tendencję do osuszania dźwięku i jego podostrzania. Super wyraźnie rysują i super są transparentne, ale to w dużej mierze goły realizm, którego nieco szkieletowemu charakterowi brakuje powabu innego niż sama relacyjna trafność, bezapelacyjna transparentność i swoboda kreowania dźwięku. Tańcząca Eurydyka, o której śpiewała Anna German, nie jest relacją – jest wizją. To teatr marzeń a nie konkretu, a muzyka która jest tylko schematycznym konkretem, przestaje być muzyką – traci moc. Nie po to się muzyki słucha, żeby otrzymać jakąś wiadomość. Od tego jest rynek informacji i zwykłe rozmowy. Muzyka jest sztuką, nie zbiorem bitów. Dlatego samo „co”, choćby nawet bardzo dokładnie zrelacjonowane, nie jest dla niej wystarczające. Wyliczone wszystkie szczegóły, zagrane wszystkie nutki, należycie oddane proporcje brzmienia, właściwy dobór tonacji, wnikliwy opis sceny i pełna transparentność – to zaledwie początkowy audyt, warunek wstępny mistrzostwa. A głębia dźwięku, jego pełnia, bogactwo kolorytu, wewnętrzny rytm narracyjny, siła towarzyszącej ekspresji, nuta tajemniczości i czar nie tylko realizmu, ale także poetyki mieszkającej w każdej frazie – to jest dopiero coś! Gdyby to wszystko nie miało znaczenia, wszystkie systemy audio, byle tylko poprawnie sczytujące bity z płyty CD, byłyby jakościowo równoważne. A jakże dalece nie są.

Usunięto też po jednej ze skórzanych poduszek z każdej ze stron - kwestia komfortu.

Usunięto też po jednej ze skórzanych poduszek z każdej ze stron – kwestia komfortu.

Opowieść może być prawdomówna, ale w innym wymiarze będziemy się z nią zapoznawali, gdy spisze ją przeciętny reportażysta, a w innym gdy ktoś o talencie narracyjnym Konrada Korzeniowskiego czy Stanisława Brzozowskiego. To będą różne światy. Jeden będący gołą wyliczanką, zbiorem zdań zwykłych, powszednich; drugi  doposażony także we własny styl, pewną dodaną wartość estetyczną, a także mający inną rangę obcowania z czyimś intelektem i inną miarę przekazania tego samego. Lecz po co nam literatura. To samo tyczy wszak muzyki. Ten sam utwór zagrany przez przeciętnego muzyka nie może się równać z interpretacją mistrzowską. Często spotyka się wykonania całkiem nawet perfekcyjne pod względem właściwego trafiania w strunę czy klawisz; siłę uderzenia a nie tylko samo trafienie mające także poprawne, jak również tempa prawidłowe. Lecz z tego się jeszcze nie urodzi nowy Segovia ani Busoni. Nie tak prędko. Bo ich geniusz, pomijając wszystko inne, wynikał także z niepoprawności. Ze swoistego stylu, który z mechaniczną perfekcją się tylko krzyżował a nie identyfikował. Z pierwiastka duchowego odtwórcy poszukującego pierwiastka duchowego twórcy i się z nim mieszającego.

Tu napotykamy dużą trudność, bowiem odczucia towarzyszące takiemu zmieszaniu ocierają się o sferę niewerbalną, a jeśli już koniecznie uciekać się do słów, to prędzej do poezji niż prozy. Ciężko oddać poetykę muzyczną i wszelką artystyczną bez poetyki słownej. A najzabawniejsze jest to, że niektórzy domagają się wręcz, by poetyki w muzycznych opisach unikać, ponieważ ich zdaniem poetyka nie posiada wartości opisowej. W recenzji powinien być goły opis techniczny i same stwierdzenia typu: twardo-miękko, grubo-cienko, źle-dobrze. To w takim razie – zapytuję szanownych krytyków: Do czego wam jeszcze muzyka? Na kiego, panie dzieju? Jeżeli świat twój ogranicza się do technicznych opisów i jednoznacznych w każdej sprawie wartościowań, to idź ty lepiej bratku na mecz albo w karty zagraj, bo tam przynajmniej wynik w taki sposób podają, że każdy głupi zrozumie. Lecz nawet widowisko piłkarskie posiada coś więcej niż wartość rezultatu. Nie wszystkie przecież mecze zakończone wynikiem 3:2 są w sensie emocjonalnym i sportowym równoważne, nieprawdaż? I tak samo nie wszystkie odtwarzacze przenoszące pasmo 20 Hz – 20 kHz grają identycznie, a wszystkie słuchawki z dobrą szczegółowością są tyle samo warte. Jest poetyka ruchu, poetyka słowa i poetyka dźwięku. Wszystkie sobie pokrewne, wszystkie z jednego pnia idące i wszystkie coś mistycznego mające w sobie, a zarazem całkiem inaczej czytanego w odbiorze.

Kabel Entreq Atlantis sprawia, że poetyka dźwięku mających największy techniczny potencjał słuchawek AKG K1000 staje się całkiem inna. Dopiero wraz z nim zyskują prawdziwy muzyczny temperament i osiągają artyzm. I wówczas zostaje sama muzyka i poezja dźwięku, a nie zabiegi o ich pozyskanie drogą technicznych zmagań z mniejszymi i większymi ułomnościami. Odpada technika, stając się narzędziem a nie kłopotem; zostaje sam kunszt i sztuka. To ogromna różnica i zasadnicza wartość, a niezależnie od tego także zdecydowany postęp w samej technologii reprodukcyjnej.

Najwyraźniejsza zmiana - usunięcie wewnętrznych grilli, co zdecydowanie poprawiło jakość brzmienia.

Najwyraźniejsza zmiana – usunięcie wewnętrznych grilli, co zdecydowanie poprawiło jakość brzmienia.

Bo weźmy taki bas. Co ja się naczytałem, że basu w tych słuchawkach nie ma. Że owszem, byłyby dobre, no ale ten bas… Tymczasem są to słuchawki o jednym z najlepszych basów na świecie. Może nawet najlepszym. Fakt, są takie potrafiące schodzić niżej. Na przykład Denon D7100 albo Ultrasone E9. Jednak bas liczony wyłącznie w Hertzach od dołu nie jest tożsamy z jakością, dokładnie na tej samej zasadzie, na której nie są równoważne mecze zakończone wynikiem 3:2, a jeszcze bardziej w sensie, że mecz zakończony wynikiem 1:1 może być zdecydowanie ciekawszy. Całościowa potęga i rozpisanie basu na przestrzeń, zarówno tą zewnętrznej ekstensji scenicznej jak i wewnętrznej przestrzeni instrumentu perkusyjnego, jak również popis całościowej akustyki i przenikanie w naturę samego dźwięku – to wszystko K1000 z kablem Entreqa mają lepsze. Najlepsze nawet. Dają spektakl wyjątkowego jak na słuchawki formatu, nie tylko pod tym zresztą względem. To samo tyczy bowiem sopranów. Wszystkie moje wzmacniaczowe i lampowe z nimi wojny, opisane po części w tekście „Trójbój na szczycie”, nie dały ani połowy tego co kabel Entreqa i nie uczyniły sfery sopranowej tak piękną jak teraz. Otwartość całego dźwięku i jego promieniowanie mają te AKG K1000 z kablem Entreqa lepsze niż jakiekolwiek słuchawki, co dotyczy oczywiście także sopranów. Zarazem dziwnym by było, gdyby pomiędzy poprawą basu a poprawą wysokich tonów nie zmieniło się nic na średnicy. Toteż zmieniło się diametralnie i także ona gra teraz piękniej. Do tego stopnia, że kiedy porównywać z takimi łączonymi oryginalnym kablem, to tylko gorycz na ustach, ból w sercu i odraza przy uszach. Inny, zdecydowanie gorszy świat. Bo z oryginalnym kablem jest jeno zarys perfekcji i liczne niedociągnięcia, a z Entreq Atlantisem skompletowana doskonałość o jakiej się marzy. Najlepsze słuchawki świata. W każdym razie jedne z takich. A także pod pewnym względem jedyne, do czego zaraz dojdziemy.

Odsłuch cd.

Najwrażliwszą część instalacji zabezpieczono plastikową przesłoną.

Najwrażliwszą część instalacji zabezpieczono plastikową przesłoną.

   Trzeba w tym miejscu mocno podkreślić, że to drugie, to poetyckie i artystyczne, owo piękno mieszające się ze wspaniałą naturalnością i otwartością, pochodzi przede wszystkim od recenzowanego kabla, który – poza samymi oczywiście K1000 – wnosi od siebie najwięcej. Nie zatem od wzmacniacza, jak miało to miejsce zanim te K1000 z okablowaniem Entreqa posiadłem, ani nie od źródła, choćby najlepszego, tylko od zwykłego kawałka drutu obleczonego bawełną. W sensie reprodukcji muzycznej jednak niezwykłego.

Nim te entreqowe druty stały się moją własnością, strasznie się do toru napędzającego trzeba było przykładać (co teraz też owocuje), ale choćby nie wiem jak się przykładało, zawsze pozostawała nierównowaga. Bo albo się przeciągało w stronę pełni, a wówczas blaknął realizm, albo się zostawiało w spokoju realizm, a wówczas było zbyt ostro. Żadna końcówka mocy nie chciała się idealnie spasować. Aż rozpacz brała. Człowiek czuł, że ma skarb, a nie mógł się w całej pełni do niego dobrać. Jak złodziej, co ukradł znaczone banknoty i nie może nimi płacić. Ma majątek, a nie ma pożytku. Tak źle wprawdzie nie było, lecz trzeba podkreślić, że bywają stany szczególnie irytujące, dużo bardziej od innych – a pośród nich ten polegający na ciągłym oscylowaniu wokół ideału bez weń trafienia. Pasji szewskiej można od tego dostać i doskonale pamiętam, jak kupowałem jedne po drugich najlepsze lampy do przedwzmacniacza i końcówki – i ciągle doznawałem zawodu. Już, już – już prawie – ale nie, jeszcze nie tym razem… I znowu złość brała. Aż nabyłem Entreqa Konstantina i nareszcie wszystko się ułożyło. Bo już tamten kabel całkowicie załatwił sprawę, a Arlantis daje to samo, tylko w większej ilości, jeszcze piękniej. Bardziej pogłębia i bardziej klaruje jednocześnie, przez co jego gęstość i czerń tła są bardziej świetliste, bardziej opromienione, a piękno śpiewu jeszcze bardziej zniewalające. I przede wszystkim realizm, choć on bierze się w największym stopniu z samej konstrukcji słuchawek. Ten jest ponad wszystko i na poziomie świetnych systemów głośnikowych.

Trzeba to donośnie wykrzyczeć – zdecydowanie największym atutem słuchawek AKG K1000 jest realizm. Realizm opisu dźwięku, realizm niczym niezmąconej czystości i realizm sceny. Pod tym względem są lepsze i od Sennheisera Orpheusa, i od Sony MDR-R10. Bo kiedy słuchać Orpheusa, a także każdych innych słuchawek elektrostatycznych poza KingSound (które ogólnie jakościowo są dużo słabsze), słychać jak pracuje membrana. W każdym razie ja słyszę. Oczywiście wszystko co słyszy się w słuchawkach czy głośnikach jest efektem pracy jakiejś membrany, ale nie mam na myśli tego co produkuje ona w sensie muzyki, tylko dodatkowe efekty jej pracy. Jakiś minimalny szmer własny się w słuchawkach elektrostatycznych pojawia; momentami jedynie – i to rzadkimi, a w dodatku tylko cichymi, tak więc to nie przeszkadza. Coś jednak niczym szelest kartek podczas czytania książki miewa miejsce. Coś cichuteńko łopoce, czuć jakąś dodatkową wibrację, dźwięk nie jest wyłącznie sobą lecz coś się do niego dołącza; coś nie będącego nim samym tylko jego budowaniem. Minimalnie, śladowo, prawie niewyczuwalnie i nie cały czas, ale jakaś dodatkowa obecność, jakiś elektrostatyczny duch stwórczy nam towarzyszy. Z kolei Sony MDR-R10 dają pierwszeństwo pięknu. Mniej jest mocy i realistycznej dynamiki – mniej rozmachu i mniejsze (podobnie jak u wszystkich elektrostatów) źródła – za to piękno i poetycką frazę mają niezrównane. To jest muzyka par excellence, tyle że w łagodnej, lirycznej a nie dramatycznej formie. Czar czysty, nieubłagany, zniewalający. Hardcorowy muzyczny narkotyk co spływa na duszę balsamem; ale takim specjalnym, bo jednocześnie przynoszącym ukojenie od wszelkich ułomności i wzbudzającym najwyższy muzyczny zachwyt. Nie da się tego dobrze opisać, to trzeba przeżyć. Natomiast AKG K1000, kiedy już dzięki kablarskiej sztuce firmy Entreq pozbędą się lekkiej suchości, a ostrość zastąpią brzmieniową głębią, dają przystęp do realizmu szczególnie mocny i naturalny. Niczym niezmącony i w żadną stronę się nie skłaniający. Nie są delikatne i niczym nie dają znać, że pracują. Całkowicie znikają jako mechanizm, a także jako słuchawki, pozostawiając słuchacza sam na sam z muzyką. Epatują muzycznym światem wyzbytym z umowności i nie wymagającym żadnego wysiłku stwórczego ze strony jaźni, tylko przeciwnie – się narzucającym.

Kolejna duża zmiana - flagowy przewód Entreqa w miejscu bardzo przeciętnego oryginału.

Kolejna duża zmiana – flagowy przewód Entreqa w miejscu bardzo przeciętnego oryginału.

Kiedy ich wczoraj słuchałem, po raz pierwszy tak mocno do mnie dotarło, że one właśnie tak bardzo same znikają i tak bardzo dzięki temu tworzą muzykę. Zrywają najcieńsze przesłony psujące transparencję i nie są tak naprawdę słuchawkami, z ich odseparowaniem uszu od otoczenia. Wraz z tym wrzucając słuchacza w dosłowną rzeczywistość muzyczną, nie mającą nic ze sztuczności. Śladu w tym nie ma odrealnienia; czegoś do uczepienia jako dowodu nieautentyczności. Względem innych o tyle mają łatwiej – co jest ich największą zaletą i tą właśnie wyjątkowością, o której wspominałem – że nie przylegają do uszu, tak więc są to jedyne tak naprawdę słuchawki otwarte. Dzięki temu także jedyne binauralne, co w folderze reklamowym bardzo podkreślano. Oto druga obok samej trafności tonacyjnej i potęgi dźwięku nad wszystkimi przewaga, składająca się na całościowy realizm. Prawe ucho słyszy lewy przetwornik a lewe prawy. To się w odbiorze mocno zaznacza, zaznacza naturalizmem. Na tle porównań z K812 odciskało się wyjątkowo mocnym piętnem, signum wyraźnej wyższości. W sumie największa na tym właśnie polegała różnica. K812 w porównaniu były przytłumione, zamknięte, rozbite na prawą i lewą stronę. Ich dźwięk stwarzał własną przestrzeń; przestrzeń stłoczoną w komorze rezonansowej, sztuczną, ograniczoną. A K1000 grały swobodnie, otwarcie, na cały pokój. Po prostu jak głośniki – i to takie z najlepszych. Spektakl całościowy a rozmach jak na słuchawki niezrównany. (Z pozostałych jedynie także podpinane do końcówek mocy HiFiMAN HE-6 czy Abyss 1266 grają równie potężnie, ale nie posiadają podobnej otwartości.) Czy w takim razie absolutna perfekcja? Nie, bez przesady.

Głośniki Avantgarde Duo Grosso, które akurat obok stały i też służyły do porównań, potrafią na przykład lepiej pokazywać oklaski. Bardziej widać dłonie klaszczących, dźwięk jest jeszcze bardziej plastyczny. Na tych samych oczywiście nagraniach, bo tylko wówczas porównywanie ma sens. Różnica w sumie minimalna, ale na korzyść głośników. Potrafią też bardziej perfekcyjnie łączyć różne dźwięki w tym ciągle przywoływanym stepowaniu na koncercie Pepe Romero, chociaż tutaj wskazanie nie jest już jednoznaczne. K1000 dają nieznacznie więcej składników sopranowych, a Duo Grosso bardziej angażują przestrzeń, choć w jednym i drugim przypadku obecność stepującego staje się nieodwołalna i całkowicie oczywista. Nie tylko go widzimy – on jest. Nie można sprawić, by jego bytność została w jakikolwiek sposób podważona poprzez niedoskonałość wizji. To sen na jawie, perfekcja wizualizacji. Mieszanki dźwięków u K1000 i Duo Grosso są nieco inne, ale obie działają identycznie. Jesteś tam.

Ten z kolei przysposobiony został do współpracy z terminalami głośnikowymi.

Ten z kolei przysposobiony został do współpracy z terminalami głośnikowymi.

Przy okazji refleksja o kablach. Pomiędzy przedwzmacniacz Twin-Head a końcówkę Crofta miałem wpięty doskonały interkonekt Sulka, a między odtwarzaczem a przedwzmacniaczem kosztowałem Tary Air1 i Acoustic Zen Absolute Cooper. Porównanie wypadło zdecydowanie na korzyść tego drugiego, zwłaszcza pod względem plastyki dźwięku i nasycenia barwą, a także realizmu i głębi. O ile z Tarą w torze u K1000 oklaski kreowane przez Duo Grosso (posiłkujące się wyłącznie Sulkiem) miały porównawczo zdecydowanie lepszą wizualizację, o tyle na Absolute Cooper były już niemal identyczne. W związku z tym Tara szybko odpadła i pozostało duo Acoustic Zen-Sulek Audio; kabli o dość podobnej charakterystyce, bardzo dobrze do K1000 pasujących. Z kolei K812 z Twin-Head korzystały wyłącznie z Acoustc Zen Absolute Cooper, który też do nich bardzo dobrze pasował. A ponieważ miało być przede wszystkim o porównywaniu z nimi, to teraz o tym.

Odsłuch cd.

Pora na starcie nowego flagowca z wizjonerskim projektem z przed lat wielu.

Pora na starcie nowego flagowca z wizjonerskim projektem z przed lat wielu.

Zdążyłem już napisać, że nie miały te K812 takiej otwartości i wyraźnie dzieliły muzyczny obszar na prawą i lewą komorę. To wynika z ich budowy i słabszość tę względem K1000 dzielą z każdymi innymi słuchawkami. Są jednak pośród tych innych słuchawki takie, które mimo zamknięcia wokół ucha potrafią budować sceny piękne, spójne, holograficzne. Wystarcza wspomnieć o Stax SR-Ω, Grado GS1000, Orfeuszu, Ultrasone Edition 5. Lecz choć niektóre z nich, zwłaszcza Grado i Stax, dają większe od K1000 poczucie dali, to żadne nie grają w sposób tak otwarty, tak jednoznacznie na wzór głośnikowy. To się daje uleczyć płytami binaural, lecz płyt takich prawie nie ma, tak więc to żadna terapia. Względem tamtych AKG K812 scenicznie okazały się wyraźnie odstawać, a tym samym od swego flagowego poprzednika jeszcze bardziej. Dźwięk w nich się zamyka i doskonale słychać jak rezonuje z obudową.

Wszystko jedno – rozpatrywać będziemy otwarte słuchawki czy zamknięte – czuć zawsze będzie kiedy na tym się skupić, że dźwięk ma do pokonania barierę, że coś go ogranicza. Przyzwyczajamy się do tego mimowolnie i osoby obyte ze słuchawkami już na to nie zwracają uwagi, ale kiedy porównywać do K1000, rzecz momentalnie wychodzi na jaw. I nie jest to rzecz dobra – oj, nie jest. Pod tym względem K1000 wyznaczają swoisty, sobie tylko właściwy poziom, na którym bytują samotnie. Właśnie dlatego ich realizm okazuje się najlepszy. Ale nie tylko z tego powodu. Bo także najlepiej ze wszystkich słuchawek chwytają tonację – i to też słychać od razu – a także są najbardziej transparentne i jeszcze do tego z kablem Entreqa mają fantastycznie rozciągnięte pasmo, bo do zawsze strzelistych sopranów – wyjątkowo wyśrubowanych – dołącza potężny bas. Miara zejścia i potęga basu są imponujące, co jeszcze uwypuklają naturalnie duże i bliskie na pierwszym planie źródła dźwięku. Potęguje też wyjątkowa szybkość i dynamika. Potęguje wreszcie dmuchanie i ekstensja. Na to wszystko nakłada się wyjątkowo misterna rzeźba obrysu i trójwymiarowy modelunek dźwięku, dając całościową perfekcję, której zwieńczeniem jest przemożna obecność ludzkich postaci. Pozbawione odbicia od komory rezonansowej głosy ludzkie są bardziej prawdziwe i bezpośrednie niż na jakichkolwiek słuchawkach. Pojawia się magia obecności zewnętrznej, stanowiąca tak nawiasem jedno z kluczowych zagadnień filozoficznych, na którym wszyscy łamią sobie zęby, doznaje tutaj fantastycznego spełnienia.

Uwaga, przez chwilę będę filozofował. –  Jakże ja, będąc we wszystkim sobą i tylko sobą; czując wyłącznie siebie (skoro wszystkie zmysły i myśli są moje), mogę mieć wiedzę o obecności innego  – czegoś całkowicie poza mną, niezależnego, dla którego to ja jestem innością. W tym także innych jaźni. Myśl cudza w myśli mojej jest tylko pozornie oczywistością. W naturalny sposób tak postrzegamy, ale udowodnić słuszności takiej postawy się nie da. Cały zewnętrzny świat może być złudzeniem. Snem. Tak zwana realność – istnienie świata jako formy zewnętrznej oraz domniemanie materialności – jest w gruncie rzeczy aktem wiary. Dlatego śmieszni są ci wszyscy nadęci „racjonaliści”, obnoszący się ze swoją rzekomą racjonalnością, którą traktują jako zdobycz rozumu i atrybut własnej wyższości. To nieuświadomieni głupcy. Filozoficzne prawiczki, plotące o potrzebie bycia racjonalnym i oddania głosu racjonalności, o której sami nie mają pojęcia. Kiedy zaczniecie tę problematykę roztrząsać, o ile będzie się wam chciało, jaźń wasza zacznie się bronić przed przyjęciem do wiadomości postawy krytycznej, jak nazywał Kant zrozumienie faktu idealności świata; tego, że jest bardziej myślą niż rzeczą. To normalne, tak będzie. A trzeba też zauważyć, że to co w tej chwili piszę stanowi wyraz założenia, że nie jesteście mym snem, czego wiedzieć nie mogę. Podobnie jak wy (o ile istniejecie) nie wiecie o mnie, czy wam się nie śnię. To się wydaje w pierwszym oglądzie nad wyraz głupie, ale filozofia i nauka to między innymi nam oferują, że każda rzecz okazuje się pod ich lupami badawczymi całkiem inna aniżeli powszechnie się sądzi i w efekcie to pospolite sądy okazują się głupie. Dlatego nie śmiejcie się z poetów i pozostałych przeczuwających inny wygląd świata niż zdroworozsądkowy, bo jak ostrzegał Gogol, wyjść może na to, że sami z siebie będziecie się śmiali.

O klasie przewodu Entreqa nie ma co się rozpisywać - jest po prostu wybitny.

O klasie przewodu Entreqa nie ma co się rozpisywać – jest po prostu wybitny.

Rzućmy za siebie okrutną filozofię, bo dusza i zęby od niej bolą, i wracajmy do naszych słuchawek. W porównaniu z K1000 AKG K812 okazały się trochę cieplejsze i ciemniejsze, co prawdopodobnie brało się bardziej z faktu używania przez K1000 końcówki mocy Crofta niźli z samych słuchawek. Poza tym używany przez K812 kabel FAW Noir Hybrid także przyciemnia brzmienie, tak więc same słuchawki są raczej podobne, ale trzeba gwoli ścisłości odnotować, że K812 tu i teraz grały ciemniej i cieplej. Ponadto trzeba zdecydowanie stanąć w ich obronie. Z tego co napisałem dotąd ktoś mógłby wysnuć wniosek, że oto do pojedynku z potężnymi K1000 stanął słabiak niegodny nawet porównywania. Zupełnie tak nie jest. K812 wypadły rewelacyjnie, tyle że w roli zwykłych słuchawek. Zwykłych formą fizyczną – mniej czy bardziej, ale zawsze zamkniętą i nie mającą takiego rozmachu ani potęgi. Jednak same dźwięki potrafią te K812 modelować naprawdę przednio i nieznacznie tylko pod tym względem ustępowały. Na przykład gdy chodzi o oklaski czy to stepowanie. Gdyby nie to odbicie wewnętrzne w komorze rezonansowej i rozbicie prawo-lewo, byłyby całkiem blisko. Po przejściu do nich z K1000 dominowało wprawdzie odczucie zamknięcia i nie takiej przejrzystości, wszakże same dźwięki jawiły się jako misterne i dopieszczone w prawie tym samym stopniu. Nie było otwartości, nie taki rozmach, nie ta przejrzystość, ale skrupulatność muzycznego obrazu i maestria generowania dźwięków na koncertowym poziomie. Także scenę potrafiły K812 konstruować ciekawą; z dalekim odejściem, wysoką w pionie, wyraźnie dającą odczuć co bliskie, co odległe. Tyle że na tle K1000 scena ta była jawnie sztuczna, wręcz rażąca sztucznością, z dominującym własnym aranżem. Drażniąca słyszalnym echem wewnętrznym i brakiem krzyżowego słyszenia kanałów. Wyłącznie to dokuczało oraz brak tej miary transparencji. On najbardziej. Lecz podobnie nienaturalne są skonfrontowane z K1000 sceny każdych innych słuchawek, choć tacy spece od scenografii jak GS1000 czy E5 potrafią bronić się magicznością i holografią, a tego u AKG K812 trochę brakuje i za to się one nie schowają.

Przy okazji zwrócę raz jeszcze uwagę na kluczową rolę tytułowego kabla. Pisząc porównanie z „Trójboju na szczycie” wyżej stawiałem scenę GS1000 od tej z K1000, bo te ostatnie jawiły się jako bardziej powszednie. Z lepszym kablem już tak rzecz nie wygląda i techniczna przewaga dawnego flagowca AKG staje się mocno widoczna. Pod względem scenicznym w sensie naturalności nic w słuchawkowym świecie nie może się z nimi równać. Poprawa sceny, doprowadzenie jej do perfekcji dzięki poprawie samego dźwięku, to zatem kolejny wkład tytułowego kabla.

Na sam koniec taka uwaga, że przeglądając własną recenzję AKG K812 miałem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony wiem, że napisałem prawdę i w teście tak właśnie grały. Z drugiej słuchane potem, także na okoliczność tego porównania, zagrały zupełnie inaczej. Nie tak krystalicznie i eterycznie, tylko ciemniej, gęściej, masywniej. To po części zasługa innego kabla od FAW, ale tylko po części. Dojrzewają trochę jak wino, stopniowo nabierając nasycenia i substancji. Trudno zarazem powiedzieć co lepsze. Czy bardziej żałować przejściowej eteryczności i struktury kryształu, czy cieszyć się substancjalnością i piękną formą wbitych już w konkret dźwięków. Nie umiem zdecydować.

Co się zaś tyczy wewnętrznej rywalizacji AKG, to wydaje się, że tylko "standardowa" konstrukcja K812 uniemożliwia im nawiązanie równorzędnej walki. W swojej klasie to jednak słuchawki wybitne.

Co się zaś tyczy wewnętrznej rywalizacji AKG, to wydaje się, że tylko „standardowa” konstrukcja K812 uniemożliwia im nawiązanie równorzędnej walki. W swojej klasie to jednak słuchawki wybitne.

Wiem natomiast, że po części także dlatego AKG K1000 są lepsze, że potrafią łączyć super przejrzystość i lotność z masywnością i konkretem. Więcej mają wiatru w sopranach i masy w partiach basowych. Zdecydowanie więcej też prawdziwości. Dlatego są najlepsze i dlatego na żadne bym ich nie zamienił. Absolutnie żadne. Takie ze zwykłym kablem – być może, takich z Atlantisem – na pewno nie. Chytra komercja podpowie, że pozyskanego drogą wymiany Orpheusa można sprzedać, kupić K1000 i kabel, a zdobyte tą drogą pieniądze w kieszeń i hajda w świat hulać. Ale przecież nie o to chodzi. Zarazem posiadając Orpheusa albo R10 także czułbym się całkowicie spełniony. Nie odczuwam jedynie potrzeby zamiany jednej perfekcji na inną.

Podsumowanie

AKG_K1000_Enteq_Atlantis_006_HiFi Philosophy   Okablowanie firmy Entreq, a już szczególnie to z górnych półek, jest genialne. I całkiem mnie nie obchodzi, czy pozyskano je z najwspanialszego laboratorium NASA, czy z przedwojennych szwedzkich żelazek. Obchodzi wprawdzie to, że jest drogie, gdyż nie należę, jak większość świata, do tych nie potrzebujących baczyć na ceny. Tak więc gdyby znalazło się takie samo lub lepsze a tańsze, nie byłoby sentymentów, bo niby z jakiej racji? Sęk w tym, że takie nie jest oferowane. Póki co – nie. Gdyby takie ktoś znalazł, bardzo proszę o wiadomość. Chodzą słuchy, są przepowiednie, podobno zaraz, podobno już tuż, już prawie. Ale dopóki nie ma, to polecam Entreqa. Może da się jeszcze ustrzelić jakiegoś Atlantisa czy chociaż Challangera do waszych słuchawek. Będzie lepiej. Zapewniam.

Co do z kolei K1000 względem K812, to z uwagi na samą konstrukcję te nowsze nie mogły być lepsze. Trzeba w tej sytuacji docenić znakomitoś takimi jakie te AKG K812 są. Fakt, że to rewelacyjne słuchawki, na pewno nie ustępujące najlepszym podobnie kosztującym. Słucha się ich znakomicie, zwłaszcza gdy grają z wybitnym wzmacniaczem. Po chwili zapominamy o odbiciu dźwięku od komór i separacji kanałów, a chociaż nigdy nie zagrają tak jak K1000, to w swej zwyklejszej, bardziej słuchawkowej formie, na miarę jej możliwości stanowią popis.

 

Pokaż artykuł z podziałem na strony

12 komentarzy w “AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis – Konfrontacja dawnego flagowca z nowym

  1. MIROSLAW FRACKOWIAK napisał(a):

    Widze ze posiadamy najlepsze sluchawki na swiecie Piotrze, czyli K-1000 z tym kablem tez maja jak piszesz jakosciowo najlepszy bas,moje sluchawki posiadaja wspominany przez Ciebie slynny kabel:

    http://www.6moons.com/audioreviews/stefanaudioart2/k1000.html

    i z nim graja wspaniale,ciekawe sa twoje uwagi i zdjecia jak mozna wykonac tuning K-1000, zeby lepiej graly i lezaly wygodniej na glowie.
    Nic dodac, nic ujac,tylko dla tych co jeszcze nie maja tych sluchawek tylko kupowac, bo jakosc-cena najlepsza na swiecie.
    Musze tez pochwalic sie ze moj wspanialy Cary na lampe 300B napedza najlepiej muzycznie grajace kolumny na swiecie czyli Goodmansy Twin Axiette 8 (16-ohm) wykonane przez Janusza Sikore, te same ktore graly w pokoju W.Szemisa a ktore opisywales w swojej recenzji z AS w Warszawie i ktorymi sie tak zachwycales:

    http://hifiphilosophy.com/wp-content/uploads/2014/11/Audio_Show_2014_035_HiFi-Philosophy.jpg

    Tak ze posiadam dwa najwieksze skarby, czyli najlepsze sluchaki K-1000 i najlepsze muzycznie grajace kolumny Goodmansy,spenilem swoje marzenie,napedzane przez moja swietna integre Cary 300B, ktora byla kupowana od samego poczatku z mysla o napedzaniu sluchawek i kolumn:

    https://www.youtube.com/watch?v=YeTT8tyeD7Y&feature=related

    Tutaj Goodmansy J.Sikory grajace w jego pokoju,gdzie uwazam gral najlepszy muzyczny tor odsluchowy jaki slyszalem w swoim zyciu i najpiekniej grajacy na tej wystawie,wszystko w tym torze zostalo wykonane przez J.Sikore,chcialbym w przyszlosci miec caly ten tor w swoim domu:

    http://www.6moons.com/industryfeatures/poland2014/audio.allmet.png
    http://lajf.info/wp-content/uploads/2014/08/IMG_3552-2.jpg

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Cieszę się Mirku, że jesteś audiofilsko spełniony. Gratuluję i głośników, które faktycznie grały na AS rewelacyjnie, i słuchawek.

  2. Piotr napisał(a):

    Panie Piotrze na ebay sa do sprzedania nowe podobno akg k1000,jesli panda to interesuje.Z Stanów Zjednoczonych.Łaczna cena z podatkiem to ok 2500 dolarów.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dziękuję za informację, ale jedne mi chyba wystarczą. I tak bardzo rzadko ich słucham, bo nie mam kiedy. Tyle jest spraw związanych z pisaniem recenzji i tyle obowiązkowych odsłuchów, że na inne rzeczy czasu mało zostaje. Ale może kto inny skorzysta, tylko o kabel Entreqa do nich może być trudno.

    2. Alex napisał(a):

      Wow, zdaje się jeszcze nie tak dawno chodziły po 2500… polskich złotych.

  3. Paweł napisał(a):

    Patrząc na ocieplanie brzmienia z wraz z wpływem czasu k 812 czy lepszy był by inny kabel od forzy?
    Zastanawiam sie jeszcze nad wyborem między k812 a Focal Elear do ak kann jako główne. Głównie slucham synth pop, klasycznej elektorniki i alternatywy. Prosze o doradzeniu w wyborze i przemyslenia na temat kabla do k 812
    Pozdrawiam 🙂

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie powiem czy do KANN lepsze będą K812, czy Elear, bo nie porównywałem. W ciemno dla siebie kupiłbym AKG, lecz to niczego nie przesądza.

      Lepszy kabel niż Forza? Można, ale ta przyjemność dużo kosztuje. Tonalium albo Kimber na przykład.

  4. Paweł napisał(a):

    *ak kann jako główne źródło.

  5. Psychedelic Warrior napisał(a):

    Czy słyszał Pan o tym projekcie Panie Piotrze? http://mysphere.at/
    Niby robią to inżynierowie odpowiedzialni za AKG K1000 więć może być dobrze! Cena ma być pomiędzy 3.5k a 4.5K Euro jednakże …

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To już chyba nie pierwszy zapowiadany następca. Oby tym razem się udało. Znakomicie, że powstają, ale poznamy drzewo po owocach. Dzięki za link. Słyszałem, że coś się dzieje, ale strony nie znałem.

  6. Stefan napisał(a):

    Piotrze ten Atlantis to czysta miedź, co byś polecał do rekablowania K1000?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dlaczego czysta miedź? Był rozbierany; żyły + są srebrne w teflonowej osłonie.

      Poleciłbym oczywiście jego. Różnica względem oryginalnego jest szokująca. Erzacem może być Tonalium.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy