Recenzja: Woo Audio WA8 Eclipse

   Woo Audio to firma rodzinna – tak samo jak sławna Grado i podobnie osiadła w Nowym Jorku. Młodsza wiekiem, lecz równie prężna, może nawet prężniejsza. Nie produkuje słuchawek – handluje tylko nimi – skupiając się na słuchawkowych wzmacniaczach, których w ofercie ma pełny wybór, zwłaszcza kiedy spoglądać od góry. Lubuje się bowiem w tych większych, a nawet największych, włącznie z unikalnym na skalę światową WA234-Mono, będącym parą lampowych monobloków. Prócz nich znajdziemy w ofercie także kilka innych naprawdę dużych, w tym recenzowanego niedawno dzielonego WA5-LE oraz przeznaczonego dla elektrostatów też dzielonego WES. Poniżej jest sporo średnich, a najniżej kilka niewielkich. I wszystkie, jak jeden, lampowe.

Woo Audio kocha lampy i się w nich wyspecjalizowało, co mu utrudnia ważną sprawę – objęcie asortymentem mobilności. Gdyby połączyło siły z londyńskim iFi, rynek napędzania słuchawek taka fuzja cały miałaby w garści, a tak iFi wspina się na mobilne paluszki, by postawić na biurku średniej wielkości hybrydowy przetwornik iDSD PRO z wbudowanym słuchawkowym wzmacniaczem, a Woo Audio zniża swe lampy do mobilnego poziomu w tytułowym wzmacniaczu/przetworniku WA8 Eclipse. I w związku z tym chyba nie przypadkiem, a skutkiem podobnej kalkulacji, oba urządzenia oscylują z cenami wokół 10 tysięcy. Przetwornik iDSD PRO jeszcze oficjalnie nie debiutował, ponieważ w ostatniej chwili postanowiono doposażyć go w nowy standard złącza symetrycznego 4,4 mm Pentaconn oraz wprowadzić kilka poprawek, natomiast WA8 cieszy już sobą użytkowników od 2016 roku, kiedy to miał premierę w Monachium.

Urządzenie reklamowane jest jako w pełni mobilne, ale jednocześnie pozwalające zaspokoić potrzeby związane z posiadaniem porządnej aparatury desktopowej, i to zarówno przetwornika, jak i słuchawkowego wzmacniacza, tak więc jedynie zewnętrzne źródło potrzebne. A przede wszystkim reklamowany jest ten Eclipse jako pierwszy w dziejach mobilny wzmacniacz słuchawkowy o budowie całkowicie lampowej. Nie zatem żadna hybryda – lampa jedynie w stopniu wejścia lub wyjścia – ale od A do Z wszystko na lampach; zarówno stopień sterujący, jak i stopień wzmocnienia. Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Budowa i użyteczność

Porządne opakowanie, żadnej zabawy w tani recykling.

   Nietrudno zgadnąć, że lampy wymagają miejsca. Pomimo że to zaledwie dwie miniaturowe triody wzmocnienia (tzw. micro tubes) i pojedyncza jeszcze mniejsza sterująca, fakt konieczności czerpania prądu z baterii (wszak jednoznaczna mobilność), bycie równocześnie przetwornikiem oraz słuchawkowym wzmacniaczem i samo otoczenie tych lamp nie dadzą się zawrzeć objętościowo w garści ani wagowo w paru dekach. Efektem spore urządzenie, ważące kilogram i osiemnaście deko. A więc kilo cukru pod pachę i jeszcze dwie paczki drożdży. Do tego jakieś źródełko koniecznie – czytnik plików lub smartfon – tak żeby zacierka pod fermentację musica spiritualis się dopełniła. A na to wszystko przydałby się jakiś baniak, najlepiej w postaci skórzanej torby, której w zestawie brak. Bo w kieszeń wszystkiego tego żadną miarą nie upchniesz, chyba że w spodniach ogrodniczkach albo u mamy kangurzycy, podczas gdy komplet zawiera tylko samo urządzenie, plastikowy na nie pojemnik, przypominający maselniczkę, i ładowarkę prądu stałego. Plus jeszcze kabel USB, jako niezbędnie potrzebny. Natomiast torby ni hu-hu, samem trzeba znaleźć. Dobra byłaby ta od Abyss AB-1266, ale gdzież tym słuchawkom do mobilności. Więc audiofilia desperata, a tu na dodatek producent powiada, że właśnie do torby czy walizeczki nie bardzo, bo otworów wentylacyjnych lampom nie wolno ograniczać. A urządzenie – fakt – mocno grzeje, te micro tubes prażą. Więc w sumie to już nie wiem czym tę mobilność ugryźć, jakimi narzędziami. Lampowy wzmacniacz mobilny japońskiej proweniencji, nie wprowadzony jeszcze na rynek Analog Squared TU-05, ma mieć pasowną torbę z wentylacją i stosowną kieszenią dla źródła – a tutaj? Ale zaraz, przepatrzmy uważniej Internet. Aha! – okazuje się, że i tu torba jest, tyle że nie jako składnik zestawu. Trzeba wysupłać dodatkowe sto pięćdziesiąt dolarów, by wejść w posiadanie dedykowanego skórzanego pokrowca, który, o ile mnie wzrok nie myli, nie ma z kolei paska. Paski z karabinkami drogie nie są, no ale mimo wszystko… Załóżmy jednak, że mamy już pasujący pokrowiec – i na dodatek z paskiem – oraz że kablem wpuściliśmy do niego sygnał ze smartfona albo innego źródła z kieszeni, jako że w samym pokrowcu miejsca nie ma – pasowny jest jak futerał.

I gospodarne wnętrze.

Co dostajemy w tej sytuacji?  Dostajemy trzy i pół godziny muzyki ze wzmacniacza słuchawkowego w klasie A i całego na lampach. Konkretnie dwóch 6S31B wzmacniających i sterującej 6021; wszystkich mających specyfikację militarną, a więc czas życia szacowanym na dziesięć tysięcy godzin, które samo Woo ostrożnie przycięło w instrukcji obsługi do pięciu, tak na wszelki wypadek. Te lampy, obsługiwane przez mikro transformator niklowo-miedziany, mogą oddać 350 mW mocy przy paśmie przenoszenia 20 Hz – 30 kHz, a wcześniej, tuż przed nimi, sygnał analogowy sposobi dla nich przetwornik na kości ESS SABRE ES9018K2M, automatycznie nadpróbkujący do 24-bit/384kHz. Pobierający sygnał przez asynchroniczne wejście USB 2.0, ale wchodzić można też, pomijając go, wprost do wzmacniacza, poprzez analogowe złącze line-in 3,5 mm. Wyjścia natomiast są dwa, na mały i duży jack, czyli wyłącznie dla słuchawek, lub ewentualnie przejściówką dopiero na głośniki. Przy czym dobrą wiadomością jest informacja, że grać można też podczas ładowania, czyli kiedy znajdziemy się w zasięgu jakiegokolwiek gniazdka czas pracy przestaje być limitowany; a to naprawdę dobra wiadomość, bo taki na przykład wzmacniacz stacjonarny Bakoona nie oferuje podobnej wygody, co mocno bywa irytujące, zwłaszcza gdy nie ma się zapasowej baterii.

Rzućmy na tego WA8 okiem. Producent oferuje go w trzech kolorach: szampańskim, srebrnym bądź czarnym. Kształt przypomina powiększoną kostkę masła z plastikowym okienkiem, przez które widać lampy – nad którym to okienkiem, na górnej krawędzi urządzenia, są owe zabronione do zatykania dziury do usuwania ciepła. W sumie to bardziej niż kostkę masła przypomina dawne tranzystorowe średniej wielkości radio, z dużym po prawej pokrętłem analogowego potencjometru. Chodzi ten potencjometr statecznie, idealnie dobrano siłę oporu, a jeszcze jego rozmiar umożliwia dokładne wyskalowanie głośności. Białymi, sporej wielkości cyframi wzbogacono go o podziałkę, dzięki której nie będzie problemu z ustawieniem żądanej głośności bez wstępnych prób na ślepo. Zaraz pod nim, także po prawej, są oba gniazda słuchawek, a na boku przeciwnym wszystkie porty wchodzące – line-in, USB oraz port ładowarki. A także mały pstryczek On/Off, zabezpieczony przed przypadkowym użyciem dużą twardością chodzenia. Na dużym przodzie i dużym tyle nie ma żadnych funktorów; z przodu jedynie okienko lamp i pięć małych diod informujących o stanie naładowania baterii, a z tyłu numer seryjny i trochę innych napisów.

W plastikowej trumience aluminiowe cudo.

Na spodzie przyklejono dwie gumowe podkładki, zapewniające miękkie stawianie, a na wierzchu są tylko te kratki wentylacyjne oraz jeden, ale ważny, przełącznik. Z jego pomocą możemy uruchomić bądź dezaktywować jedną z pary lamp mocy, tak by w razie użycia słuchawek o dużej skuteczności (w praktyce tylko dokanałowych) mieć mniejszą, a w razie nie tak skutecznych większą siłę sygnału. Tu istotna uwaga – producent z wykrzyknikiem ostrzega, by przełączenia tego dokonywać jedynie gdy urządzenie nie pracuje.

Co do wrażeń organoleptycznych. Nie da się ukryć, że ten Woo waży swoje. Jak na zabawkę mobilną dużo i kto pamięta tranzystorowego Kolibra, mającego podobne gabaryty, zdziwi się o ile więcej. Pamiętajmy jednak o kompromisie i jego bezkompromisowości. O lampowości bezkompromisowej wstawionej do kompromisu mobilność ze stacjonarnością. Tego nie dało się uczynić mniejszym ani też mniej ważącym; pełna lampowość musi ważyć i musi zabrać nieco miejsca.

Obudowa jest aluminiowa, anodyzowana, ale nie ślisko gładka. Z powierzchnią w mikroskopijny „baranek”, dającą czucie tekstury palcom i oczom jedwabisty połysk. Bryła natomiast jest kanciasta – podobnie jak w Kolibrze nikt się nie bawił w łagodzące krągłości. Czuje się więc te krawędzie, to nie otoczak wyjęty z rzeki. Nie ma to jednak znaczenia, bo na drogę i tak do pokrowca, a stacjonarnie i tak tylko stoi. Kanty mają zaś wizualną melodykę, przywołującą wrażenie trzeźwości, techniczności oraz konkretu. Z kolei dla marzycieli złociście świecą lampy, a kolor można sobie wybierać od szampańskiej radości, poprzez srebrzystą rzewność, aż do powagi czerni. Wszystko to za wspomniane dziesięć tysięcy, plus dodatkowy koszt futerału i osobne pieniądze na źródło. Ale smartfony teraz u wszystkich, więc źródło mobilnego dźwięku chcąc nie chcąc ma każdy obywatel. I ma też oczywiście słuchawki, no bo jak dzisiaj bez nich? W ostateczności do smartfonów dodają pchełki, więc nie mieć ich nie sposób.

Odsłuch

Lampeczki są malutkie, ale wkład wnoszą duży.

   Na początek nie usłyszałem a przeczytałem. Po podpięciu Woo do PC-ta (kablem USB iFi Gemini) zjawił się na pulpicie komunikat, że urządzenie Woo gotowe jest do użycia. Miła rzecz, pozwalająca wymigać się od uciążliwej zabawy w ściąganie i instalację sterowników, które na wszelki wypadek są jednak do ściągnięcia ze strony producenta. A skoro już gotowe, to poczynajmy dzieło.

Sennheiser HD 600

Te moje HD 600 są tak leciwe, że już prawie niemiarodajne, ale nie użyć ich bym nie śmiał, bo wszak to najczystszy klasyk i wciąż super brzmienie za układne pieniądze. I jeszcze dodatkowa uwaga, że potencjometr tryb wzmocnienia okazał się narzucać łagodny, tak więc ruszać gałką można zamaszyście bez obaw o uszkodzenie słuchu. Odnośnie natomiast brzmienia. Pasować do słuchawek niewątpliwie pasowało i miało wyraźnie słyszalne od pierwszych sekund cechy, w postaci sporej dawki ciepła, lekkiego przyciemnienia, wybitnej (ale naprawdę) analogowości, a także budzącej szacunek głębi, dobrego dociążenia i równowagi pasma z bardzo miłym akcentem basowym. Ten akcent zaraz tak mruknął, że błogość tknęła duszę, bo wiecie jak to jest – bez basu bają o jakiejś pożal się Boże naturalności, ale gdy go brakuje, to satysfakcji nie ma. A tutaj z miejsca pomacał czarną pięścią i jasna sprawa – bas daje ten Woo na funty a nie łuty. Ale jeszcze bardziej też jasne, że daje niepospolitą analogowość, przy czym nie mdłą a dziarską, dokładnie jaką trzeba. Gładziutko płynie muzyka, jakby ją woda łodzią a nie ziemia furmanką niosła, ale ze znakomicie słyszalnymi chropowatościami tekstur i solą brzmieniową głosów, a do tego z towarzyszeniem dynamiki, że nudy ani śladu. Nie zagłaskujemy więc drzemiącego kotka sami popadając w uśpienie, tylko z pazurem, błyskiem w oku i zamaszyście, z werwą. I jak to przy takiej analogowości zwykle bywa, bez narzucania szczegółów, co nie przeszkodziło temu Woo wraz z HD 600 popisywać się dykcją, wyraźnością i obfitością detali. Poszło więc od początku dużo lepiej aniżeli bym oczekiwał, bo jakieś grymasy w międzyczasie dotarły z Internetu, że niekoniecznie super. Ale nie – super było i super na całego.

AudioQuest NightHawk

Spory kawałek mobilności.

Choć głoszą co poniektórzy, że ten Woo najlepiej pasuje do wysokiej oporności słuchawek Sennheisera, niskoohmowe NightHawk zabrzmiały jeszcze bardziej analogowo i podobnie głęboko. Oddaliły trochę plan pierwszy i wszystko włożyły w bardziej całościową perspektywę, operując przy tym bogatszą paletą szarości a mniej akcentując czernie. Podobnie były chropawe w obrazowaniu faktur i z należytą dbałością o indywidualizm głosów, rytm pierwszorzędnie wybijając swym zjawiskowym basem do wtóru talerzy i przeszkadzajek. Wydatny pogłos ze sławnej Sound of Silent okazał się prawidłowo dawkowany i w całej rozciągłości przerabiany na piękno, potęgowane jeszcze świetnym różnicowaniem głosów Paula Simona i Arta Garfunkela. Z kolei muzyka  flamenco ukazała popisową przestrzenność kastanietów, porywającą rytmiczność, szybki atak i imponującą moc stepu, a także prawidłowe naprężenie strun gitarowych przy wciąż całościowej głębi brzmienia i – wierzcie mi – niepospolitej sile wiązania słuchacza z muzyką. Więc znów wszystko super, tym razem, za sprawą tylekroć chwalonych amerykańskich nauszników, dających w porównaniu do klasyka Sennheisera większy rozrzut na osi twarde-miękkie i dźwięczne-stonowane, jak również szerszą gradację barwną i lepszą plastykę oświetlenia; lepiej obrazującą obłości na krawędziach i lepiej oddającą półtony. Nie tak dosadnie kontrastową i nie na takich czerniach, a za to bardziej wieloaspektową i różnorodniej opisującą muzykę przy całościowej większej głębi brzmienia. A najlepsze w tym wszystkim, że się to w całość składało. W całość dalece niebanalną; nie taką „tu błyśnie, a tam huknie”, że zaraz wszyscy: Och-ach-ojejku! O wiele bardziej staranną, o wiele bardziej malarską. Wciągało to muzycznym wirem, robiło znakomite wrażenie. I przede wszystkim podświadome, że dopiero przeskok na inne słuchawki obrazował zalety duetu WA8 z NightHawk.

Dziesięć tysięcy za słuchawkowy wzmacniacz, nawet jeżeli z przetwornikiem, to panie dziejku nie żarty, ale tak grające słuchawki, to panie dziejaszku też. Zwłaszcza że przy tym wszystkim zjawiało się mocne czucie przestrzeni, ujmująca aura wokółgłosowa, świetny drajw i przede wszystkim moc. Mocno to grało, głęboko, momentami aż wstrząsająco. Jak na transfer po USB, nie miałem najmniejszych uwag, same jedynie pochwały. Fakt, iDefender to wspierał, ale on przecież kosztuje grosze.

Beyerdynamic T1 V2

Lub mały przykład desktopu.

Flagowce od Beyerdynamic niewątpliwie zagrały podobniej do Sennheiserów, wzmagając ostrość konturów i naprężenie strun. Gładź muzykalności wciąż była wyczuwalna, ale już bardziej jako dodatek do głębi i wyraźności. Nader jednak efektownie to brzmiało, zwłaszcza dla kogoś lubiącego głębokie, wyraziste, ciemne i naprężone brzmienie. Bez widocznej w przypadku napędzania tych słuchawek przez Twin-Head poetyki łagodności i subtelności na przejściach, tylko mocno, z werwą, blisko, dosadnie. Z przewagą łodygowej szorstkości nad jedwabiem owocu  i czucia rytmu nad płynięciem. A zatem styl inny i jednocześnie konstatacja, że przetwornik/wzmacniacz Woo Audio WA8 Eclipse oferuje paletę wyborów. Gra nieodmiennie głęboko i nieodmiennie ciemno, ale może gładziej i bardziej wieloaspektowo, a może bardziej chropawo i dosadnie. Nie oschle – tego nigdy – ale bardzie twardo lub miękko. I w obu wypadkach potężnie, robiąc świetne wrażenie pomimo odmienności. Mnie zróżnicowany styl NightHawk – wyraźnie też mocniej akcentujący obecność nie do końca transparentnego medium – wydał się pod gust bardziej, ale oczywistym też jest, że wielu wybrałoby ten z HD 600 czy T1.

Sennheiser HD 800

Powiadają znawcy tematu, na wielu forach rozliczni, że ten Woo najlepszy jest w parze z flagowcami od Sennheisera; i niewątpliwie rację o tyle mają, że wszystko dobrze się zgrywa i ładnie uzupełnia. Chropawość z gładkim płynięciem, duża scena z bliskością pierwszego planu, ładunek powietrznej świeżości z dociążeniem, transparentność z sytością barw, przejrzystość z głębią brzmienia, wydatne soprany z niskim basem. Może aż nawet za dobrze, gdyż robi się tak akuratnie, że nie ma wprawdzie się czego czepić, ale jest też trochę nazbyt zwyczajnie. Albo może to ja już się słuchaniem zmęczyłem i trzeba resztę odsłuchów przełożyć na dzień następny? Lecz niezależnie od tego NightHawk grały ciemniej, potężniej oraz głębiej.

Potencjometr jest pierwsza klasa.

Wróciłem dnia kolejnego i okazało się, że jednak rację miałem – NightHawk grały ciekawiej. Mniej wyraźnie co prawda, nie tak dobrze ukazując bieg zdarzeń na dalszych planach za sprawą atmosfery bardziej zgęszczonej, ale właśnie ta gęsta atmosfera czyniła ich dźwięki głębszymi, pełniejszymi i z lepszym wyrazem muzycznym. Słabsza zdecydowanie dana im była transparencja i mniej o wiele nacisku tworzyły na detal (bardziej wprasowany w muzykę) lecz za to piękniejszy całościowy wymiar, więcej pięknej muzyki, przynajmniej w moim odczuciu. Ale jeżeli ktoś woli wyraźność, nacisk na szczegółowość i ostrzejsze kontury niż gęstość, masywność oraz śpiewność, to dla niego HD 800 albo Beyerdynamic T1.

 

 

 

Odsłuch cd.

MrSpeakers Ether Flow C

Na lewym boku wszystkie wejścia i włącznik.

Z uwagi na także mobilny charakter testowanego z dwóch MrSpeakers wybrałem te zamknięte.

I zagrało to jeszcze inaczej: cieplej, a jednocześnie lżej i bardziej przejrzyście. Coś jakby samym ciepłem zastępować gęstość u NightHawk, a transparencję i wyraźność czerpać z HD 800. Z dodatkiem wszakże ważnego akcentu – mocniejszym czuciem ambience. W tle bardziej, a nie rozprzestrzenionego na całe medium – jako skutek fantastycznej szczegółowości, potrafiącej też obrazować ruchy i wiry powietrza. A w odniesieniu do reszty detali – jak skrzypnięcia, szmery, stuknięcia – traktującej je całkowicie muzycznie, bez najmniejszego podostrzania. Grało to niewątpliwie najradośniej i najprzyjaźniej spośród dotąd porównywanych, z niewątpliwym kunsztem muzycznym wspieranym przez techniczny. NightHawk były bardziej mrukliwe, ciemniejsze, dociążone, posępne – nie potrafiące też zobrazować owej magii ruchomego powietrza – ale wciąż bardzo klimatyczne. HD 800 zaś bardziej neutralne, szumiące sopranami i oddające, lecz minimalnie słabiej, ową ruchomość i zmienność ciśnieniową medium. MrSpeakers zaś najcieplejsze, promienne, pełne światła. Pięknie dźwięczne, szybkie i w całości oddane muzyce, co w przypadku wzmacniacza/przetwornika Woo wszystkim zresztą się udawało.

Fostex TH900 Mk2

Rozochocony tą sytuacją sięgnąłem także po Fostex TH900 Mk2, i ku pewnemu memu zaskoczeniu zaczęło grać tak, jak te słuchawki najbardziej od wzmacniaczy chcą. Z dozą ciepła, bez śladu obcości, super szczegółowo i jednocześnie muzycznie. Z też dobrym obrazowaniem ruchu powietrza, bez żadnych cienkości czy przesadnych akcentów u sopranów, a za to z akcentem basu; nie zachodzący na średnicę, ale na własnym terenie głębokim. Więc były to kolejne słuchawki, które z Woo grały bez zarzutu, ochoczo czerpiąc z jego ciepła, detaliczności i lampowej muzykalności.

Urządzenie jest nieduże, ale pogoni dowolne słuchawki.

Crosszone CZ-1

To już mnie tak rozochociło, że postanowiłem sięgnąć po ekstrema. Najpierw po nadzwyczajne Crosszone CZ-1, mające głośnikową stereofonię. Wierzcie, początkowo wcale nie planowałem, bo są to słuchawki kapryśne i w duecie ze sprzętem na poły przynajmniej przenośnym bym ich zupełnie nie widział. Tymczasem historia się powtórzyła, tyle że na bazie owej stereofonii. Znów grało to ciepło, transparentnie i z wychwytem niuansów. Bardzo dobrymi wokalami, do których indywidualizacji dołączyła stereofoniczna miksacja jakiej żadne słuchawki nie mają, dzięki której duet Simon & Garfunkel zabrzmiał jeszcze prawdziwiej. Nie wiem czy osobom nie lubiącym słuchawek ta ich stereofonia pomaga, lecz ponad wszelką wątpliwość buduje bardziej złożoną formę. Problem w tym, że nie każdy wzmacniacz potrafi się ze swą transparentnością przez tę złożoność przebić, jednak Woo nie miał problemu. Nie pojawiła się zbytnia gęstość, a w efekcie obraz mniej albo bardziej nieczytelny, tylko widoczność na pełną głębię, a pokaz stereofoniczny popisowy. W oprawie wszelkiej detaliczności i różnorodności brzmieniowej, że spokojnie można tych Crosszone z mobilnym Woo dla pełnej satysfakcji używać. Głębokie, ciemne, nasycone i jednocześnie transparentne brzmienie, z dodatkiem autentycznej a nie kalekiej dwukanałowości, niczym tutaj nie zaburzanej.

Abyss AB-1266

To żeby się jeszcze pognębić i wystąpić przeciw samemu sobie, na koniec sięgnąłem po Abyss AB-1266, o których wcześniej stwierdziłem, że gdzie im do przenośności. Crosszone do głośnego grania potrzebowały potencjometru na „4-5”, a Abyss „7-8”. Pomimo starszej wersji, trudniejszej do napędzenia, Woo radził sobie z nimi bez problemu, niczym solidny wzmacniacz stacjonarny. Wypełnienie, szybkość i dynamika nie doznawały uszczerbku, a całe brzmienie charakteryzowało się tym, o czym w recenzji tych Abyss pisałem.

I to z klasą. Naprawdę klasą.

Mają niezwykłą cechę grania nawet słabego materiału plikowego w sposób szczególnie ujmujący, tak jakby jakość samych nagrań im nie robiła różnicy. Głównie za sprawą tego, że uprzestrzenniają i dodają masy sopranom, co przy najwyższej klasy aparaturze wymaga pieczołowitości toru, ale w sytuacji komputerowej sprawdza się nieodmiennie. Zaczynasz słuchać i od razu zostajesz dźwiękiem oczarowany, bo nie ma on żadnej wady, a ma ujmujący czar. Na ich tle T1 okazują się nazbyt ostre i sztucznie naprężone, a HD 800 mają za cienkie i zbyt krzykliwe soprany. NightHawk są mniej przejrzyste, a Crosszone i MrSpeakers nie tak aż potężne i nie tak trafne tonacyjnie. Realizm aż bije z Abyss i jednocześnie niczego nie dają w przedobrzeniu.. Tak jakby ich najmniejsza wygoda chciała powiedzieć: Widzisz, są pewne koszty, ale też za nie nagroda. Nagroda basu potężnego, głosów najbardziej prawdziwych i sopranów najpiękniej dźwięcznych. Przestrzennych, prężnych, wydatnych, a jednocześnie niekrzykliwych. To prawda, że stereofonii Crosszone Abyss nie potrafią powtórzyć, rozrzucając i separując kanały uproszczonym stylem słuchawek, ale jako rekompensatę przywołują misterium tajemniczości i wyjątkowego tchnienia muzyki. Trafności, urody, piękna, swoistego poczucia spełnienia. I przetwornik ze wzmacniaczem od Woo w zupełności do tego wystarcza.

Migawka ze smartfonem

Aby nie było, że coś pomijam, posłuchałem też WA8 (via dostarczany z nim przyzwoitej jakości kabel) z Apple iPhone 6S. By zdiagnozować bardzo tylko nieznaczne obniżenie jakości, zapewne skutkiem gorszego właśnie kabla oraz braku iDefendera. Minimalny ubytek dociążenia i odczuwania medium w zamian za lepszą cokolwiek transparentność i większą nieco przestrzeń. Wszystkie pozostałe cechy na tym samym z grubsza poziomie, w oprawie przyjemnego ciepła i świetnej, niespotykanej w sprzęcie przenośnym muzykalności.

Moja szczera rekomendacja.

Więc kiedy się już decydować na przenośne użycie, będzie się można cieszyć w ruchu ulicznym czy plenerze wyjątkową jakością dźwięku, choć pewnie chętniej wykorzystywaną zaletą bateryjnego Woo będzie możliwość przenoszenia go z miejsca na miejsce niż używania po drodze. Używania w hotelu, pensjonacie, schronisku, na obozie; także w pracy, o ile ktoś może sobie tam na słuchanie pozwolić. A mobilnie także na jachcie, na rowerze i w końcu też na piechotę. Ostatecznie kilogram przewieszony przez ramię to nie jest żaden problem.

 

Podsumowanie

   Docierające pogłoski o zdecydowanie najlepszej współpracy recenzowanego z Sennheiser HD 800 nie nastrajały optymistycznie, bo wprawdzie nie ma w tym zasadniczego błędu – Bakoon czy Apogee Groove znakomicie swe miejsce na rynku znajdują – ale takie ograniczenie zawęża krąg zainteresowanych i nie umila życia testerowi. Co innego być zmuszonym napisać, że te a te słuchawki dystansują z danym wzmacniaczem inne, a co innego móc powiedzieć: jakie tam tylko macie, ten wzmacniacz będzie pasował. A tak właśnie zdarza się w przypadku tego Woo.

Urządzenie do najtańszych nie należy, nie należy także do najbardziej mobilnych. To nie mały Apogee ani ALO Audio, waży i kosztuje konkretnie. Niemniej przenosić w dedykowanym futerale da się i po uiszczeniu stosownej kwoty dostajemy coś szczególnego. W jednym, kilogramowym, metalowym pudełku, ładnie się zresztą prezentującym, lampowy wzmacniacz z przetwornikiem, pozwalający napędzać praktycznie każde słuchawki, nawet te najtrudniejsze. Zarówno bardzo skuteczne, jak i skuteczne bardzo mało. Zarówno z impedancją kilkudziesięciu Ohmów, jak i kilkuset. I przede wszystkim ta lampowość daje się wyraźnie usłyszeć. Jako ciepłe, nasycone i niespotykanie pośród urządzeń przenośnych analogowe brzmienie, nie zaniedbujące pozostałych aspektów. Na ile to się opłaca? – paść musi sakramentalne pytanie. Po stronie oszczędności musimy odnotować zdolność do mobilności (jakkolwiek trochę problematyczną), przetwornik i słuchawkowy wzmacniacz w jednym, a także wynikającą stąd niepotrzebność analogowego interkonektu. Jak również zbyteczność dwóch, czy choćby tylko jednego, kabli zasilających, co w dobie wariackich cen okablowania ma bardzo konkretny wymiar. Tanie są też użyte lampy, mimo to spisujące się świetnie. I nie bez znaczenia fakt, że wbudowano jakościowy potencjometr, a kość przetwornika to sam szczyt przetwornikowej kolejności dziobania. W połączeniu z lampowym wzmacniaczem spisał się ten przetwornik znacznie lepiej, niż mogłem podejrzewać. Ale na przeciwwadze leży cena dziesięciu tysięcy, za które można kupić całą wieżę od ifi, albo któryś z wyższych odtwarzaczy przenośnych, mający też wbudowane źródło.

Więc trzeba podsumować tak – lampowa analogowość Woo jest na wyższym niż u konkurencji poziomie, a moc nie zostawia nic do życzenia, z całym rozmachem pozwalając obsługiwać nawet trudne, nie należące do mobilnych słuchawki. Dochodzi do tego fakt, że urządzenie jest z USA, musi zatem udźwignąć cały unijny fiskalizm. W kraju urodzenia kosztuje $2000, a więc zdecydowanie mniej.

Woo Audio WA8 jest nieco ekstrawagancki i konserwatywno-awangardowy. Ekstrawagancki, bo stosunkowo duży i ciężki, nie pasujący do dzisiejszej mobilności mieszczącej się łatwo w kieszeni. Konserwatywny zaś, bo lampowy. Technika sprzed bez mała stulecia wciąż okazuje się najlepsza do wzmacniania muzycznego sygnału. A awangardowy, bo nikt wcześniej całkowicie lampowego wzmacniacza bateryjnego z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym na rzecz mobilności nie proponował. I powiem na koniec tak: ten WA8 Eclipse naprawdę może zastąpić przy komputerze kosztowny przetwornik stacjonarny spięty drogim interkonektem z kosztownym stacjonarnym wzmacniaczem. Ni trochę w tym nie przesadzam, słowo uroczyste wam daję. iDefender, czy jakaś inna pszczółka od iFi do uzdatniania sygnału, porządny kabel USB – i jedziemy na maksa. Sam teraz tak właśnie słucham i pełna satysfakcja.

W punktach:

Zalety

  • Niespotykana w urządzeniach przenośnych analogowość.
  • A więc i muzykalność.
  • Jednak nie pod postacią samej gładkości i melodyki, ale także z dbałością o ukazanie tego wszystkiego, co w autentycznej muzyce gładkie nie jest.
  • Przyjemne ciepło.
  • Przyjemne przyciemnienie.
  • Szczególnie cenne poczucie obcowania z czymś niezwykłym – tajemniczości i magii.
  • Najwyższej klasy detaliczność, jednakże bez żadnego narzucania szczegółów.
  • Nasycenie.
  • Barwność.
  • Masywność.
  • Znakomite soprany.
  • Ujmująca uroda doskonale różnicowanych głosów.
  • Potężny bas.
  • Transparentność medium i jednocześnie mocna, namacalna obecność przestrzeni.
  • Przestrzeni dużej, wieloplanowej, w ujęciu horyzontalnym.
  • Przy dobrym odczycie stereofonicznym w słuchawkach zwykłych, a rewelacyjnym u Crosszone.
  • Pełna lampowość to jednak nie to samo co tranzystory czy hybrydy.
  • Rewelacyjnie spisujący się przetwornik na świetnej kości Sabre.
  • Moc wzmacniacza pozwala napędzać nawet Abyss 1266, choć już nie HiFiMAN HE-6.
  • Bardzo dobra współpraca z wszystkimi słuchawkami, niezależnie od ich charakteru grania i skuteczności.
  • Można używać nawet dokanałówek w trybie połówkowej redukcji wzmacniacza.
  • Żadnych kłopotów ze sterownikiem.
  • Jakość ogólna pozwalająca konkurować z wysokiej klasy aparaturą stacjonarną.
  • I jednocześnie świetny styl – ma ten Woo własną muzyczną duszę, nie same techniczne możliwości.
  • Porządny potencjometr.
  • Trwałe i tanie lampy.
  • Rzecz wyjątkowo cenna – można używać w trakcie ładowania.
  • Jak to przy urządzeniach bateryjnych – zostawiamy za sobą problemy z jakością prądu.
  • Względem sprzętu stacjonarnego ogromne oszczędności na listwie, kablach zasilających i interkonekcie.
  • Solidna aluminiowa obudowa w trzech kolorystykach do wyboru.
  • Pewnie stoi na gumowych podkładkach, nie będzie się ślizgał.
  • Wejście cyfrowe USB, analogowe line-in i dwa wyjścia słuchawkowe.
  • Renomowany producent.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia.

  • Ciężki.
  • Etui podróżne za osobne pieniądze i brak w nim kieszonki na odtwarzacz plikowy.
  • Lampy, jak to lampy, solidnie się rozgrzewają.
  • Wysoka cena jak na sprzęt przenośny, choć z drugiej strony jak na wysokiej klasy aparaturę stacjonarną bardzo umiarkowana. (Głównie za sprawą ceł i podatków nakładanych na sprzęt z USA.)

Sprzęt do testu dostarczyła firma: MIP

Dane techniczne Woo Audio WA8 Eclipse:

  • Konstrukcja oparta w 100% na lampach (nie hybrydowa)
  • Jednofunkcyjny transformator triodowy klasy A
  • Lampy: subminiaturowe – 1 x 6021 sterująca; 2 x 6S31B mocy.
  • Możliwość wyboru słabszego trybu pracy z jedną lampą mocy.
  • Transformator wyjściowy z rdzeniem niklowym nawiniętym beztlenową miedzią monokrystaliczną.
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 30k Hz (+/-3dB).
  • Maksymalny poziom mocy wyjścia słuchawkowego: 350 mW.
  • Referencyjny DAC ESS SABRE (ES9018K2M)
  • Asynchroniczne USB XMOS xCORE-AUDIO kompatybilne z komputerami Mac, PC, Androidem i iOS
  • Odtwarzanie muzyki Hi-res do 24-bit / 384kHz
  • Wejście cyfrowe USB (Typ B) i wejście analogowe 1/8 „(3,5 mm)
  • Wyjścia słuchawek 1/4 „(6,3 mm) i 1/8” (3,5 mm)  (8-600 omów)
  • Do 4 godzin pracy baterii; akumulator litowo-jonowy o pojemności 3400 mAh
  • Pięć wskaźników baterii LED
  • Aluminiowa obudowa, dostępna w kolorach: anodyzowanym czarnym, szarym i złotym
  • Wymiary: 6.69 „(L) x 3.6” (W) x 1.69 „(D) / 170mm (L) x 92mm (W) x 43mm (D)
  • Waga: 1,18 kg
  • Cena: 9990 PLN.

System:

  • Źródła: PC, Apple iPhone 6S Plus.
  • Kabel USB: iFi Gemini z iDefender.
  • Przetwornik/wzmacniacz słuchawkowy: WOO AUDIO WA8 Eclipse.
  • Słuchawki: Abyss AB-1266 (kabel Tonalium), AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, MrSpeakers Ether Flow C (kabel Tonalium), Sennheiser HD 600 & HD800 (kabel Tonalium).
Pokaż artykuł z podziałem na strony

21 komentarzy w “Recenzja: Woo Audio WA8 Eclipse

  1. Marecki napisał(a):

    Ciekawy „klocek” 🙂
    Piotrze, dobrze by było skonfrontować Woo z Alo.
    Ceny mniejsze, gabaryty też, więc… Rozmawiałeś w tej sprawie już może?
    Dostępne są te sprzęty na miejscu?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Napisałem wielce pochwalną recenzję ALO AUdio Continental V3 (nieprodukowanego już niestety) i mogę powtórzyć, że był znakomitym wzmacniaczem. Mniej jednak analogowym od WA8 i nieco mniej czarującym. Bardzo dobrym, ale trochę zwyczajniejszym. ALO robi teraz inne urządzenia i na pewno godne zbadania. Nie chcę nic obiecywać, ale spróbuję się zorientować względem dostępności do testu.

      1. Marecki napisał(a):

        Pamiętam, dlatego tak mnie intryguje V5 🙂

        Daj Piotrze znać, tu w komentarzu, gdybyś miał już jakąś informację.

        Pozdrawiam 🙂

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          W poniedziałek spróbuję się dodzwonić.

  2. Miltoniusz napisał(a):

    Świetna rzecz. Czekałem na tą recenzję. Czy brzmienie sekcji wzmocnienia jest dużym kompromisem wobec Lebena CS300F? I czy mając Alo Audio Continental V3 warto robić przesiadkę na WooAudio?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Przesiadać się z Continentala nie warto, bo jest dużo praktyczniejszy a brzmienie ma świetne. Leben z kolei, jako urządzenie stacjonarne, stoi na nieco wyższym poziomie. Ewentualna przesiadka mogłaby się więc tłumaczyć jedynie korzyścią materialną. Woo od biedy jest w stanie zastąpić wzmacniacz przenośny, a jego użycie jako stacjonarnego daje wysoką satysfakcję. Wyjdzie więc taniej niż Leben plus ALO, ale jak już się je ma, to nie warto tego ruszać.

      1. Marecki napisał(a):

        Witam Piotrze.
        Wiesz już może coś na temat ALO?

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Wiem. Studio Six na razie nie ma; może będzie wcześniej, a może dopiero na AVS. Dwa mniejsze, w tym ten przenośny dual mono, podobno do mnie jadą.

          1. Marecki napisał(a):

            No i super.
            Czekamy w takim razie 🙂

  3. Miltoniusz napisał(a):

    Dziękuję. Obecnie mam tylko Alo Audio którego bardzo lubię a za jakimś bardzo dobrym stacjonarnym się rozglądam no i właśnie tak nad tym wa8 się zastanawiam. Ps. co do podłączenia do iPhone poprzez cck – bo tak chyba Pan to robił, to cck w wersji usb 2.0 mocno ogranicza jakość. cck z usb 3.0 (większe ustrojstwo ale przy okazji jest też port ładowania) jest znacznie lepsze. Tak zaleca AudioQuest w instrukcji do Dragonfly a ja się z tym zgadzam. Dużo bardziej otwarty dźwięk.

  4. petes napisał(a):

    Spokojnie możesz słąć sygnał z Apple przez CCK bez obawy straty na jakości.
    WA8 pomimo swojej ceny dla mnie ciągle bezkonkurencyjny. Super dźwięk, wbudowany DAC i możliwości mobilne. Producent teraz wypuścił opcjonalne płytki z lampami, ale polski dystrybutor jeszcze ich ma.

    1. Miltoniusz napisał(a):

      CKK z usb 2.0 jest ok ale CKK z usb 3.0 wg mnie jest lepsze – bardziej szczegółowe bez skutków ubocznych.

  5. Piotr napisał(a):

    Podobno bateria wystarcza na zaledwie 2,5 godziny… tak napisał jeden z właścicieli WA8 Eclipse.

    1. Miltoniusz napisał(a):

      3h 15min na HD800

  6. Miltoniusz napisał(a):

    Panie Piotrze, jak sekcja wzmacniacza WA8 ma się do Phasta?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Oj, będę musiał tego PhaSta ściągnąć i zrecenzować. Wydaje mi się, że przy dobrym przetworniku zagra lepiej.

  7. Miltoniusz napisał(a):

    Szarpnąłem się na WA8. Niewiarygodnie ciężki. Niewygrzany egzemplarz iPhone –> USB Wireworld Starlight 7 –> HD800 brzmi bardzo przejrzyście, przestrzennie, z dużą klasą ale równocześnie nieco jasno i bez dociążenia. Sygnatura dźwiękowa np. takiego Little Dot MkIII jest taka bardziej lampowa – sama przyjemność. Panie Piotrze – czy on długo musi się wygrzewać?
    Regulacja głośności w iPhone wpływa na głośność ale w niebywale dziwny sposób – do 60% jest cisza a od 60% do 100% robi się w sposób skokowy głośniej. Czy to normalne zachowanie?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Zachowanie regulacji głośności wydaje się nienormalne. Dystrybutor pojechał do Monachum, ale jak wróci w poniedziałek, to go warto pomęczyć. Wygrzewanie trwa pewnie tradycyjnie ze dwieście godzin. Sam nie wygrzewałem, więc nie wiem.

    2. Jakubas napisał(a):

      Poprosimy o wiecej refleksji w miare wygrzewania i używania sprzętu 🙂

      1. Miltoniusz napisał(a):

        Popracował nie więcej niż 30h ale jest dobrze: dźwięk się dociążył, nasycił – i to bardzo. Basisko jest fantastyczne. Bardzo dobrze się tego słucha. W porównaniu do np. ifi micro idsd jest o niebo lepiej – przynajmniej na HD800 (ze źródeł od producenta: podobno to ifi nie lubi się z HD800). Z ifi brzmi niby wszystko ok ale w jakiś magiczny sposób robi się nudno i nie chce sie tego słuchać – z WA8 się chce. Miałem też okazję tak na szybko porównać zestaw:
        iPhone –> CKK USB 3.0 -> USB Wireworld Starlight 7 -> WA8–> HD800
        z
        iPhone –> CKK USB 3.0 -> Audioquest Dragonfly Red -> icc Siltech London –> Burson Conductor v2 -> HD800
        czyli w przypadku Bursona wejście po analogu. Niemiarodajne, no bo przecież Dragonfly/Siltech może są ograniczeniem. No i Burson niewygrzany oraz nawet nie nagrzany. Tym niemniej WA8 grał zdecydowanie lepiej. Niestety, na bardziej sensowne testy nie miałem czasu więc może lepszy nonsensowny z adnotacją niż żaden.

  8. Jakubas napisał(a):

    Dziękuję za impresje! Coś czuję, że rewelacyjnie by to sie zgrało z moim nowym nabytkiem – Sennheiser HD660S.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy