Recenzja: Wells Audio Milo

Odsłuch

xxx

Potencjometr jest duży, ale i tak trzeba uważać.

   Jeśli nie liczyć elektrostatycznego iESL PRO, wzmacniacz słuchawkowy dawno nie był w obróbce, od czasu Pathos Inpol Ear. Ale to inna liga, osiemnastotysięczna, tak więc nie ma co porównywać. Dla niego będzie inny akrobata, wygrzewający się Octave, a do Milo w sam raz powinien pasować podobnie kosztujący Phasemation. Słuchawki się wyczekały, aż palą się do roboty, a w takim razie do dzieła.

Wypróbowanym wzorem podpiąłem oba wzmacniacze równolegle (tym razem do przetwornika La Voce); Phasemation symetrycznym Tellurium Q, a Milo naprzemiennie Crystal Cable Absolute Dream i Sulkiem IC RCA. Pierwszym bardziej „dożartym”, ciemniejszym i bardziej pogłosowym, drugim bardziej łagodnym, melodyjniejszym, satynowym. Skutecznymi oboma w swym dziele, ale dla Milo lepszy chyba ten drugi. Gdyż wzmacniacz ma tendencję do wyostrzania oraz mocnych kontrastów, czyli go trzeba powściągać. Nie zanadto, rzecz jasna, ale tak żeby się nie zerwał i niepotrzebnie nie kąsał. Trochę już tego powściągania dawał dość łagodny i melodyjny La Voce, a jeszcze od siebie dokładał koaksjalny kabel Purist Audio Design Aqueous Aureus, cokolwiek łagodniejszy od koaksjalnego Tellurium i jeszcze bardziej od Acoustic Zen. (Szkoda, że bardzo drogi – aż 5 tys. PLN.) To nie były zasadnicze różnice, zwłaszcza względem Tellurium, no ale jakieś były i w tym pożądanym kierunku. Użycie kabla koaksjalnego wskazuje na poprzedzający La Voce moduł izolacji galwanicznej iOne, ale to teraz u mnie standard, przynajmniej do czasu wejścia w życie iGalvanic, który ma być jeszcze bardziej w tym izolowaniu skuteczny.

Test rozpocząłem od słuchawek technicznie temu Milo najbliższych, podobnych pod względem wymagań prądowych do dedykowanych Abyss. Też ortodynamiczne HiFiMAN HE-6 potrzebują bowiem przynajmniej pięciu watów w kanale, by się solidniej rozruszać, tak więc osiemnaście od Milo i pięć od Phasemation to było coś akurat.

xxx

A pod nim dwa słuchawkowe gniazdka.

Z Milo zagrały HE-6 w sposób od razu znamionujący skalę użytej mocy, co w ich przypadku oznacza żywość, bezpośredniość i szybkość. Mniej mocy to z nimi brzmienie za jasne, nie dość szybkie i nie dość energiczne, a duża moc ciemniejsze, szybsze i kontrastowe. I takie było z Milo: bliskie, niezwykle żwawe, zaskakująco jak na nie ciemne, z potężnym wolumenem dynamiki i dość twardym, punktującym basem. Nie bez tajemniczości (mimo że takie bliskie) i urodziwych akcentów melodycznych, pozbawionych zbytniego naprężenia i usztywnień. Jedynie ten bas twardawy, ale za to tak nisko schodzący, że przy kontrabasie dający popis o jaki w słuchawkach niełatwo. Pod tymi wszystkimi względami Phasemation wyraźnie ustępował, łagodząc, mięknąc, rozjaśniając i przede wszystkim nie potrafiąc aż tak nisko wędrować. Miał natomiast poważny atut w przypadku romantyki głosów, albowiem wydłużał frazy i nasycał atmosferę srebrzysto-satynowym światłem, co było klimatyczne. Nieprawdziwe, ale dające podobny efekt jak mgły czy opary w kinie. Wszystko mniej oczywiste i z mniej natarczywym konturem, a za to wieloznaczne i bardziej gotowe zaskoczyć. Czymś wyłonionym nagle, czym w kinie powinien być potwór, ale w muzyce tego nie ma, więc pozostaje sam klimat. Atmosfera oczekiwania, ale to właśnie jest ciekawe, pewna wartość dodana. Dobrze się to Phasemation udawało, tworzyło alternatywę łagodniejszego a też inspirującego słuchania. Natomiast Wells Audio Milo nie stawiał na takie sztuczki, jadąc niczym zielonym światłem błyskający parowóz wprost na słuchającego. Częstując dźwiękiem bardziej naprężonym (w tym korzystnym znaczeniu), treściwym, mocnym, o dobrze dawkowanej agresji, tak żeby też inspirująco było. Nie z romantycznym wyczekiwaniem, a na całego jazdą; tak żebyś mógł wskoczyć do tego pociągu i razem z nim popędzić. Żeby się iskry sypały, a księżyc świecił srebrnym kontrastem na tle czarnego nieba mrugającego gwiazdami. I żeby ten prawdziwy pejzaż był w prawdziwości aż nieprawdziwy; przerysowany jak imaginacja.

xxx

A u spodu przeźroczyste podstawki.

Z początku to się wydaje za mocne, przedobrzone, ale z minuty na minutę wciąga i zaraz jesteś kupiony. Zwłaszcza że ozdobników melodycznych nie brak, a twardość miesza się z miękkością. Ale najbardziej biorą tempo, bezpośredniość i dynamika; coś jak koncert rockowy grany w niewielkiej sali. Aż tak dobrze to wprawdzie nie gra, ale na tyle dobrze, by w taką atmosferę wejść i się cieszyć. Zwłaszcza że dźwięk nie za suchy ani jasny, a HE-6 potrafią brzmienia przesuszać i rozjaśniać. Tymczasem tutaj odpowiednie nawilżenie i sporo na obrazie gęstej, masywnej czerni, tak żeby kontrast się pogłębiał i atmosfera gęstniała. Eleganckie, głębokie dzwonki, zmysłowe, choć nieco podbarwione sopranami kobiece głosy – ale z jedwabiem na górze pasma a nie bolesną ostrością. No i ten bas popisowy, wszystko podkręcający. W sumie więc dobre granie, takie bardzo dożylne. Jak na komputer za źródło przy dobrych plikach high-endowe.

Na drugi ogień poszły słuchawki też potrzebujące sporo mocy, bo aż 600-ohmowe Beyerdynamic T1. To nie przenośna waga piórkowa, tu się trzeba nadmuchać. Z byle czym to nie wstanie, ani tym bardziej poleci. Jeżeli nie liczyć mocniejszego pogłosu, większej sceny i z dalszym pierwszym planem oraz ciemniejszej jeszcze atmosfery, w przypadku wzmacniacza Phasemation brzmienie do HE-6 było mocno zbliżone. Nie takie w nastroju wyczekiwania z satynowo srebrzystym światłem, ale też dosyć jak na te akurat słuchawki miękkie, plastyczne, nie przesadzające z kontrastem. W paśmie rozłożyste i z dobrym basowym zejściem o dosyć miękkiej, grubej łapie. I znów ta sama śpiewka po przejściu z Phasemation na Milo, przy czym należy podkreślić, że w przypadku T1 z testowanym wzmacniaczem słuchało się już wyraźnie ciekawiej. Mocne kontrasty, żywsze brzmienie, dużo potężniejsza dynamika i lepsze zdecydowanie widzenie dalszych planów, poprawiające ogólny obraz. Więcej ruchu i życia, dobitniejszy rysunek postaci, a wyważenie pomiędzy atakiem a poetyckimi akcentami bardzo całościowo udane.

xxx

By coś usłyszeć, coś trzeba wetknąć.

Więc w sumie kino akcji bez sztucznie zaaranżowanej palety barw, podostrzeń i przerysowań; z nie zapominaniem przez operatora o plastyce i kompozycji obrazu. Żywość i gwałtowny bieg zdarzeń na pierwszym i drugim planie w przypadku muzyki energicznej, a w przypadku bardziej nastrojowej piękno dźwięku w zawsze zjawiskowo przejrzystym medium o dojmującej wyraźności.

Jeżeli ktoś lubi, by dźwięk tak nacierał i miał taki wyraźny kontur, to to jest naprawdę świetny wzmacniacz dla HE-6 i T1. Te drugie nawet bardziej natarczywe, szczególnie napierające, że chyba takich ich nie słyszałem, aż tak na słuchacza cisnących. Masa z tego świetnego brzmienia w manierze kontrastu i forsownego ataku, a nie łażenia gdzieś bez celu, włóczenia się po muzyce. A jakość tego tak dobra, że brać, brać i nie zwlekać.

Wzmacniacze słuchawkowe Wellsa tak mają, że cię zjadają żywcem. Jedna tylko uwaga – trzeba bardzo długo wygrzewać. Ale to powszechne zjawisko, nikt prawie inaczej nie ma. Beyerdynamic T1 z Milo budziły się do życia, a z Phasemation drzemały, i to dobrze było słychać.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Wells Audio Milo

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Myslalem ze chociaz przez dziurke podlaczysz K-1000 jak taki mocny wzmacnicz…co do T1 to moze pamietasz na wystawie w Warszawie jak sie spotkalismy to powiedzialem tobie ze fantastycznie graja nowe sluchawki MCIntosh z tym nowym swietnym wzm,powiedziales ze to tylko tuningowane T1 a jednak…nie tylko….

    1. PIotr Ryka pisze:

      Nie było możliwości podłączenia K1000, bo mają kabel zakończony widełkami i trzeba by specjalnej przejściówki. T1 i McIntosh to świetne słuchawki, ale trudne do napędzenia tak, żeby wszystko pokazały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy