Recenzja: Music Hall HA11.1

Odsłuch cd.

Znowu wracamy do kwestii prostoty.

Znowu wracamy do kwestii prostoty.

   Biorąc pod uwagę, jak grało nano i teraz ten Music Hall, złe granie powinno jako zjawisko w ogóle nie występować, a przecież to z nim mamy najczęściej do czynienia i ileż to się człowiek nieraz naszarpie, a bywa, że wszystko na nic. A tutaj pierwszy strzał od razu w „10” i jakiego byś się gatunku muzyki nie chwycił, wszystko zadowalało. Fakt, nieco większa delikatność i indywidualizacja w wokalach by nie zaszkodziły, a sopranowe pienia nie miały całkowitej ekstensji i pełnej pienistości, ale mroczna potęga wspierana detalicznością i basem i tak przezwyciężała grymasy i przykuwała do słuchania. Tego się super słuchało, i tyle. Super łatwo, a z pełnym zaangażowaniem i bez prędkiego zmęczenia. W mrokach wieczoru Janis Joplin obdarzała kawałkami swego serca, a Jacek Kaczmarski opowiadał o swojej klasie. I nawet potwornie technicznie zrypana Beethoven Fantasy for piano, chorus & orchestra spod palców Światosława Richtera, grana w Moskwie w latach 50-tych, dawała się słuchać.  

Wiedziony ciekawością wypróbowałem też teoretycznie niepasujące, 600-ohmowe Beyerdynamic T1 i nic niepasującego się nie pojawiło. Zagrały nieco jaśniej od tamtych, ale także w nastroju zmierzchu. Też z super basem i całkowitą przejrzystością. Niezwykle szybkim i naprężonym dźwiękiem bez śladu problemów z wypełnieniem. Bezproblemowo starczyło też mocy dla MrSpeakers i Crosszone, aczkolwiek te ostatnie nie grały z tej jakości sygnałem rewelacyjnie. Ale i tak mnie to wszystko, szczerze mówiąc, zaczęło irytować, bo ileż to razy się człowiek naszarpał z drogim wzmacniaczem czy odtwarzaczem, jaka bywała kołomyja, a ta amerykańsko-chińska pchła pruła bez najmniejszych kłopotów od startu niczym lokomotywa. Żeby jej zrobić na złość napiszę, że rozkrok ma na tym krokowym potencjometrze trochę za szeroki i czasem to się dawało we znaki. Ale z drugiej strony z Senheiser HD 600 grała nie gorzej niż z drożyzną, tak więc niełatwo jej dopiec.

Pora sprawdzić, co potrafi miniaturowy Music Hall.

Pora sprawdzić, co potrafi miniaturowy Music Hall.

Dobra, koniec z tym drogim towarzystwem i jego popisami. Pora wracać na łono taniości, gdzie nie tak łatwo się puszyć. Odtwarzacz z czasów króla Ćwieczka i kable bez wielkich pretensji, chociaż jedno i drugie w porządku.

A propos kabli. Nic taniego nie miałem pod ręką, bo wszystko akurat rozpożyczone, ale jeden interkonekt DIY sprawdził się bardzo dobrze i muszę go pochwalić. Nie znam ceny, ale prawdopodobnie jest niewysoka. Reszta natomiast jak w Wielkim Poście: linia zasilająca w ścianie zwyczajna, bardzo nawiasem stara, listwa z hipermarketu za grosze i ten zabytkowy odtwarzacz. Efekty?

Zagrało całkiem, całkiem, ale trochę inaczej i nieco bardziej grymaśnie. Styl ukazany poprzednio, ten z dobrym nasyceniem i mocnym basem, został podtrzymany, ale tonacja w górę i wypełnienie nieznacznie spadło.

Zacząłem od najtańszych z posiadanych słuchawek Grado SR60 i ich nie mogę polecić. Przede wszystkim dlatego, że bas za bardzo dominował, a przy tym nie był dobrej jakości. Zbyt zbity i dudniący bardziej irytował niż cieszył. Poza tym całościowo grało trochę jak z rury i w porównaniu do tego co potrafił wyczarowywać z tych słuchawek iDSD LE nano zupełnie mi to nie odpowiadało.

Co innego Sennheiser HD 600. Te znów zagrały pierwszorzędnie – nieznacznie jaśniej i z większą ekspozycją sopranów, ale wciąż dźwiękiem masywnym i opartym na mocnym basie. Nie aż tak przyjemnie jak z Sigmią, z nie tak przestrzenną i efektownie zrobioną górą, ale jak najbardziej do dającego satysfakcję słuchania. Raczej ciemno, mięsiście, z efektownymi pogłosami i dobrą szczegółowością.

Co prawda w tym przypadku wykorzystaliśmy zdecydowanie przystępniejszy cenowo system...

Co prawda w użyciu był także tani i po części archaiczny system…

Tym razem już lepiej od Sennheiserów wypadł Fostex TH900, oferując bardziej wyrafinowane wokale i lepszy całościowo spektakl. O lepszym wypełnieniu, efektowniejszym podświetleniu i potężniejszym basie. Można było się zastanawiać, o ile jest to tak w ogóle lepsze, ale na pewno było lepsze w sposób dosyć wyraźny.

Jeszcze lepiej, co mnie trochę zdziwiło, wypadły Beyerdynamic T1. Nie dlatego, że tak zwyczajnie lepiej, bo one niejeden raz udowodniły, że potrafią być lepsze, tylko z uwagi na inność muzycznego obrazu. Formalnie nie pasujące, bo z impedancją sześćset Ohm przy górnej granicy wyznaczonej dla wzmacniacza na trzysta, okazały się grać najlepiej pospołu ze znacznie droższymi MrSpeakers. Przy tym na sposób jedyny w swoim rodzaju, bo oferując największą spośród porównywanych przestrzeń, mocne i najjaśniejsze światło, zdecydowanie najlepsze też natlenienie oraz zestaw walorów dla siebie charakterystycznych; a więc szybkość, dynamikę, holografię, szczegóły. Do tego charakterystyczny z kolei dla wzmacniacza mocny bas i w rezultacie najbardziej efektowny kontrast bas-sopran przy zaangażowanych emocjonalnie i odpowiednio śpiewnych wokalach.  Z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że szokowo były wręcz różne, a równie efektowne wypadły jedynie dwa razy droższe MrSpeakers.

Te efektowność czerpały z własnego repertuaru. Grały najcieplej, optymistycznie, szczególnie na tle pozostałych gładko i muzykalnie – łącząc dużej miary spektakularność z wyjątkową łatwością słuchania. Bez tak dużej sceny i tak nasyconego powietrzem przekazu, ale w oparciu o konkret wypełnienia, melodyjność w złocistej poświacie, z porządnie zrobionym basem i sympatyczną górą.

...to z pomocą Musi Hall HA11.1 nie mogło być mowy o przeciętnym graniu. Duże, pozytywne zaskoczenie!

…ale i w jego przypadku Music Hall HA11.1 całkiem dobrze się spisał. Duże, pozytywne zaskoczenie!

Na koniec spróbowałem kompletnie już nie pasujących cenowo Crosszone, jednak znów mimo możliwości naprawdę głośnego grania nie wypadły do końca dobrze, ponieważ one wprawdzie zwalczać brak muzykalności u wzmacniaczy i źródeł potrafią jak żadne inne, to na to by ich bogactwo i muzykalność zachwycały, potrzebują raczej brzmienia innego rodzaju niż oferuje Music Hall. Nie masywnego i ze sprytnie pogrubionymi sopranami, tylko przenikliwego, super szczegółowego i ogólnie jak najbardziej wyrafinowanego; tak żeby w sześciu przetwornikach żaden detal się nie zatracił ani nie uległ osłabieniu. A to jest domeną sprzętu z innych rejonów cenowych.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Music Hall HA11.1

  1. Sławek pisze:

    Ciekawe jak się ma ten maluch do Vincenta KHV-111.
    To bardzo zacna słuchawkowa hybryda, lampkę można wymienić (12AX7), a dzięki 5 watom nawet ortodynamiki napędza.

    1. PIotr Ryka pisze:

      Vincenta znam i jak dla mnie jest cokolwiek za ostry. Dopiero wymiana lampy na Mullarda czy Ampereksa go normalizuje. Generalnie gra inaczej, bo z mocną ekspozycją strzelistych sopranów, które Music Hall poszerza u podstawy i całościowo łagodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy