Recenzja: KBL Sound Himalaya PRO Signature Series Cu

   Trzy i pół roku temu, w jakże odległym barierą zaszłych zdarzeń 2014 roku, spędziłem dni parę miłego czasu pisząc recenzję kabla zasilającego KBL Red Eye. Kabel okazał się brzmieniowo urodziwy i wyciszający nerwowość, co w naszych nerwowych czasach szczególnie bywa cenne. W tym kontekście zastanawiającą miał nazwę, całkowicie przekorną, a także odpowiadający jej a nie brzmieniowej naturze czerwony oplot. Czerwień to najagresywniejszy z kolorów, podczas gdy kabel grał spokojnie i z wielką dbałością o muzykę. Tak, wiem – puryści słowni i niektórzy znawcy sztuki prądowej twierdzą, że kable nie grają, ale – pardon – cóż gra bez nich? Nawet nie urządzenia na baterię, którym od niej do elektronicznego obwodu też coś prąd dowieźć musi. Ale to inna awantura technologiczna i słowna, tym razem nie w naszym temacie. Teraz będzie co prawda znowu o KBL Sound, lecz nie o prądzie zasilania a przewodzeniu sygnału. Konkretnie o interkonekcie, w dodatku całkiem nowym – i to jeszcze, pochylcie czoła, samym najwyższym w ofercie.

KBL Sound Himalaya PRO Signature Series Cu jest bowiem najlepszym spośród sześciu rodzajów interkonektów proponowanych przez firmę, stanowiąc rozwinięcie najwyższej dotąd serii Himalaya, o której w paru ostatnich latach było naprawdę głośno. Głośno, bo kable do niej należące oceniano wysoko, i głośno, bo kosztowały niewąsko. A niewąsko, ponieważ rzeka cenowa kabli płynie od samych źródeł antygeograficznym nurtem w górę, rozlewając się wprawdzie coraz szerzej, ale wbrew regule ciążenia wypiętrzając a nie spływając. W efekcie ceny śliczności, że tylko brać się pod boki, ale jak rynek je przyjmuje, to co się będziemy obcinać? Tak myślą producenci i jadą ostro w górę, a recenzenci tłumaczą, że – panie, tego – jakość… Jakość ma wymagania, więc nie ma się co dziwić… A ja się mimo to dziwuję, choć jestem recenzentem. Trzeba jednakże przyznać, że racjonalny wątek jakości tej przysługuje: nie wnikam w ekonomię, bo kabli sam nie robię, ale co racja, to racja – bez dobrych interkonektów i kabli w ogólności nie ma dobrego brzmienia. Jak one potrafią namieszać, to wprost aż nie do wiary, a sam na dodatek jestem na to wyczulony potwornie, aż do niemożliwości. Albo, wyrażając się prościej – wyłącznie dobre kable jadam i jak interkonekt czy drut inny choć trochę niedomaga, to z mety brak przyjemności.

Tutaj jest pies pogrzebany, na tym to właśnie polega. Te ceny nie powyrastały na naszych oczach dzięki sztucznym nawozom z magazynów marketingowych drani, tylko na autentycznym dźwięku. Chcesz mieć piękną muzykę? To płać, braciszku, płać…

Efekt finalny taki, że nawet polski IC Sulek 9×9 kosztuje 30 000 PLN, a holenderski Siltech Triple Crown 20 000 €. Od tego strony patrząc IC Himalaya Signature Series Cu został wyceniony w 2015 roku na 15 250 złotych i wciąż tyle kosztuje, a teraz Himalaya PRO Cooper na 20 599 PLN. (Wszystko za odcinki metrowe.) Znajdujemy się więc na terenie królestwa „ceny nie grają roli”, gdzie liczy się sama jakość. Może nie tak do końca, bo dziesięć albo więcej tysięcy w którejś z więcej ważących walut robi jednak różnicę, ale generalnie chodzi o jakość, a ceny na drugim planie. Poza tym chodzi o wygląd, o markę i o sławę. Także o zew nowości, o młode wilki w stadzie. Takie, które agresją strategii techniczno-marketingowej walczą twardo o dominację i mają do tego zapał, bo starsi już najedzeni, okrzepli. Na stagnację z ich strony bym jednak specjalnie nie liczył, bo forsa to świetny motywator, jednakże pomysłowość ze strony młodszych graczy zawsze nowego coś wnosi. Dotyczy to także produktów KBL Sound, które jest zawodnikiem już doświadczonym, ale wciąż jeszcze na dorobku. Znanym dobrze na świecie – recenzowanym i nagradzanym – ale walczącym o pozycję a nie się na niej rozsiadłym. Jasna rzecz, że nowa seria PRO dokładnie w kierunku tym zmierza, mając na celu jeszcze podnosić prestiż i utrwalać pozycję.

Musi zatem nowego coś proponować, konkretny jakiś argument. Tym najważniejszym oczywiście brzmienie, ale po drodze wcześniej nie zaszkodzi wyglądać elegancko i mieć techniczne zaplecze.

Wygląd i technologia

Opakowanie skromne lecz eleganckie.

  Zacznijmy od technologii. Kable Himalaya PRO oferowane są w wersji miedzianej i srebrnej, a sam wybrałem do opisu miedzianą. Obie bazują na najwyższym możliwym materiale przewodzącym, to znaczy monokryształach. We współczesnej technice osiągają one długość do 125 metrów, tak więc nie ma technicznej bariery dla długości zrobionych z nich przewodów. Przysłane do testu miedziane RCA Himalaya PRO miały długość jednego metra, co przy ich dużej giętkości i niewielkim ciężarze całkowicie starczało dla wszelkich manipulacji.

Odnotować należy, że KBL monokrystaliczną miedź i srebro stosuje już od opisywanej w 2014 serii Red Eye, a przejście od niej do Himalaya nie oznaczało zmiany surowca, mogącej jedynie powodować regres, oznaczało natomiast podwojenie ilości żył, stanowiąc czynność analogiczną do zabiegu stosowanego przez używającego wyłącznie monokrystalicznego srebra Siltecha, którego poszczególne linie kabli też różnią się ilością żył a nie jakością surowca. Większa ilość a nie grubsze przewody są tu opcją najsensowniejszą z uwagi na efekt naskórkowy (przewodzenia jedynie powierzchniowego), dający lepsze sumaryczne wyniki przy pomnażaniu niż pogrubianiu. KBL podnosi też kwestię jakości monokryształów srebra w odniesieniu do surowca Siltecha, podkreślając analogiczną własnego, dzięki czemu unika się podostrzania i rozjaśniania. Odmienność względem holenderskiego producenta pojawia się natomiast w odniesieniu do sposobu izolowania, zwłaszcza względem jego najnowszej serii szczytowej Triple Crown, w której bazuje ono na zdecydowanie pogrubiającej i usztywniającej kabel technice klatki Faradaya, podczas gdy KBL stosuje prosty w użyciu spieniony teflon (PTFE), będący najlepszym dielektrykiem spośród substancji stałych, minimalnie tylko słabiej izolującym od powietrza i próżni, stosowanych (nie bez istotnych komplikacji technicznych) przez Tara Labs. Drogim niestety przy okazji, podobnie jak drogie są same monokryształy; w przypadku serii Himalaya PRO z podrażającą jeszcze dokładką zasadniczej względem wersji zwykłej modyfikacji – zastosowania modułów filtracji kwantowej od amerykańskiego Bybee Technologies.

Rzut oka i wszystko jasne.

Dla czytelników HiFi Philosophy moduły te (przeniesione z przemysłu militarnego do cywilnej techniki użytkowej przez pracującego wcześniej dla wojska Jacka Bybee) to starzy znajomi, widziani już w fantastycznym wzmacniaczu słuchawkowym Wells Audio Headtrip. Tam pod postacią dużych, niczym nie osłoniętych filtrów, które normalnie nie są oferowane, a w tym wypadku mniejszych, zamontowanych wewnątrz kabla. Nie wiadomo dokładnie których, tego producent nie zdradza; można się jedynie domyślać ich lokalizacji w grubszych od samego przewodu metalowych tulejach z napisem Himalaya PRO, poprzedzających wtyki wlotowe do wzmacniacza. Podobnie jak same tuleje zaciskowe przyłączy powleczonych czarnym, w ich przypadku matowym lakierem i na drugim końcu, dla symetrii wyglądu, zastępowanych przez zgrzewki tej samej długości i barwy. Dopiero przyglądając się uważniej można więc zauważyć różnicę, zwłaszcza że oba końce z wtykami są chronione przez białe, plastikowe siateczki. Wtyki pochodzą od WBT (konkretnie to WBT- 0152 Cu nextgen Topline) i mają konstrukcję śrubowo-zaciskową. Zadbano też o to, by dla kabla miedzianego były one miedziane, a dla srebrnego srebrne. Punkty mocowania wtyk-kabel są dodatkowo zabezpieczane samoutwardzalną mieszaniną silikonowo-żywiczną, a spieniony teflon izolacyjny uzupełniany zewnętrzną warstwą antywibracyjną. Powłoka wierzchnia to gęsta plecionka nylonowa popielato-srebrzystej barwy o przekroju lekko spłaszczonym, sugerującym dwie równoległe żyły z wielu miedziano-monokrystalicznych nitek, techniką wynalezioną przez samo KBL Sound ręcznie splatanych. Zarówno na etapie produkcyjnym termicznie, jak i gotowy już kabel sygnałowo, poddaje się procesowi wygrzewania, dzięki czemu produkt sprzedawany jest w stanie gotowym do użycia, choć oczywiście w torze właściciela musi się trochę uleżeć.

A w środku najnowsza technika.

Odnośnie kwestii estetycznych i użytkowych. W połowie długości przewodów znajdują się ozdobne czarne opaski z nazwą kabla i producenta, a kierunkowość określają strzałki na tulejach filtrów kwantowych. Całość jest zaskakująco lekka i w stosowaniu praktyczna, a wygląd ładny i profesjonalny. Ląduje ta całość w eleganckim pudełku wysłanym aksamitem z logo twórcy na wieczku, a każdy komplet ma ręcznie wypełniony na papierze czerpanym drukowany certyfikat autentyczności z numerem seryjnym oraz zwięzły poradnik obsługowy w języku polskim i angielskim. Ma też niewidzialną lecz wyczuwalną renomę producenta, którą wyroby od KBL Sound już zdobyły.

Odsłuch

A także certyfikat.

   Producent prosił o porównania, obłożyłem więc testowanego obustronnie. Od dołu tańszym, kosztującym 16 tys. PLN i też miedzianym ale nie monokrystalicznym Sulkiem 6×9, a od góry bardzo wyraźnie droższym Crystal Cable Absolute Dream z monokrystalicznego srebra, wycenionym na $15 tys. za odcinek metrowy.

Odsłuch zrealizowany został w dwóch turach: Najpierw, chcąc porównać przewody 1:1 bez mieszania w to innych kabli, podpinałem je do Twin-Head ustawionego do roli słuchawkowego wzmacniacza, używając do oceniania dźwięku słuchawek Sennheiser HD 800 z kablem Tonalium i Fostex TH900. Następnie przestawiłem wajchę w Twin-Head na pozycję przedwzmacniacz w połączeniu z końcówką mocy Crofta poprzez zwykły Sulek IC za 6 tys. PLN, i dalej sygnał szedł na kolumny Audioform 304 poprzez kable głośnikowe Sulek 6×9 zamiennie z Crystal Cable Ultimate Dream.

Na pierwszy ogień porównań pchnąłem Sulka, po którym się spodziewałem, że będzie brzmiał najchłodniej, a już zwłaszcza z Fostex TH900. Nic jednakże z tych rzeczy; sygnał brany od Transrotora La Roccia via pre gramofonowy Octave nieodmiennie dla wszystkich był ciepły. Bez przesady, żadnego wysmażania, ale ciepło umiarkowane bądź większe w każdej z badanych sytuacji. Natomiast wraz z Sulkiem zjawił się pogłos, skutkujący zarówno u TH900 jak HD 800 pewną dawką obcości. Nieznaczne też w tle dudnienie i lekkie zszarzenie barw przy jednoczesnej gładkości, jednorodności brzmieniowej, dobrym wypełnieniu i stuprocentowej bezpośredniości. Od razu też napiszę, że wszystkie te kryteria odnosiłem do maksymalnych wymagań, bez najmniejszej taryfy ulgowej. Do high-endu w jego maksymalności, nie tolerującego żadnych uchybień. Od tej strony patrząc poziom energii ze słuchawkami wyceniłem na średnią notę, zauważyłem też brak czarnego tła, natomiast scena była głęboka i z dobrą separacją planów. Dobra też była szybkość, a bas i rytm raczej średnie. Do tego brzmienie całe w emocjach, bardzo angażujące i bardzo ostro różnicujące poziom branych do testowania płyt. (Wyłącznie od A do Z analogowych.) Tak więc tło z niektórymi było dużo ciemniejsze, ciepło cieplejsze, dynamika większa. Generalnie najwyższej klasy interkonekt, na pewno godzien tych pieniędzy, jeżeli się zgodzimy na panujące ceny.

W samej talii opaski dla podkreślenia linii i ozdoby.

Po nim wkroczył na scenę Crystal Cable, który zagrał ciemniej i pełniej. Z bardziej trójwymiarowymi sopranami, lepiej osadzonymi w całości, o ile stawiać na jednorodność. Mniej agresywnymi, a jednocześnie podnoszącymi romantyzm i dającymi piękniejsze brzmienie. Szczegółowość wraz z takim ujęciem sopranów także wpisana lepiej w całość i jednocześnie mocniej dawały znać o sobie wszelkie pudła rezonansowe – skrzypiec, gitar, kontrabasów, wiolonczel…. Większa także się ukazała potęga całej orkiestry i ogólnie przyjemniejsze było całe słuchanie. Ciemne, gęste i ciepłe, rzucające brzmieniowy czar. Tła czarne i wielka moc na nich, a bezpośredniość kontaktu osiągana bez podkręcania sopranów. Wybitna muzykalność wspierana orzeźwiającą dawką powietrza, a całe pasmo bardzo spójne i lekko przesunięte ku dołowi. Wokaliści więc nieco dojrzalsi i jednocześnie bardzo konkretni, pomimo całościowej jednorodności brzmieniowej nie bez dbałości o złożoność i różnicowanie się głosów. Saksofon cokolwiek za ciemny, ale gęsty i świetnie cisnący dźwiękiem. Ogólnie wyjątkowa łatwość spleciona z pięknem, a także dawka zadumy, a wszystko w ujednolicającej formie, z narzuconym przez interkonekt stylem.

No i nasz KBL Himalaya PRO. Okazał się cieplejszy od Sulka (który, jak mówiłem, był ciepły), a nieznacznie mniej od Crystala (który z kolei zbyt ciepły na pewno nie był). Co innego jednak narzucało się mocniej – najsilniejsza u porównywanych ekspozycja sopranów. W następstwie duża dźwięczność i silny akcent na złożoność wewnętrzną głosów, w łagodny, miły dla ucha sposób podbarwianych nieznacznie wysokimi tonami. W efekcie najmłodszych i najświeższych, a także najbardziej brzmieniowo skomplikowanych. Najjaśniejsze też wraz z tymi sopranami całe brzmienie, ale bez szkody dla muzykalności i jednorodności w wymiarze mogącym mącić audiofilską przyjemność. Niewiele też pogłosu, co zsumowane z ciepłą aurą dawało u TH900 mniej obcości niż Sulek. Zwłaszcza że jasne światło było stonowane, w bardzo miłym, mleczno-kremowym odcieniu. Ni trochę – podkreślam to mocno – nie zakłócającym ogólnej przejrzystości, która u wszystkich porównywanych okazała się rewelacyjna. Także to sopranowe akcentowanie nie zaburzało muzykalności, choć niewątpliwe jedność wyrazu i całościowa potęga stały bardziej przy Crystal Cable. Himalaya PRO wraz z jasnym i ciepłym światłem stwarzał bardzo przyjazną atmosferę, budując nastrój weselszy niż bardziej neutralny Sulek i pogodniejszy niż ciemniejszy i bardziej potężny w wyrazie Crystal. Mocno też akcentował analogowość sygnału i głęboko przenikał w treść nagrań, co sopranowy akcent ułatwiał. Głęboko też przy swym jasnym (ale na pewno nie za) świetle przenikał w głąb sceny, doskonale uwidaczniając toczące się tam sprawy.

Pod napisami Himalaya PRO czają się filtry kwantowe.

Względem Sulka miał uwalniające od problemów zero dudnienia i tubowego pogłosu, a brzmienie w całościowym ujęciu łagodniejsze i bardziej ujmujące, choć z lekka upiększające. Największą przy tym z porównywanych szybkość i równie mocny jak Sulek bas, trochę wątlejszy od Crystala. Także niepospolitą energię i podkreślaną sopranami szczegółowość oraz najmocniejszą ekspozycję wokali, najmocniej wyciąganych z tła. Pudła mniej natomiast eksponowane i lżejszą strukturę instrumentów, zwłaszcza smyczkowych, podkreślaną wyższym ich strojem. Najlepsze też różnicowanie jakości nagrań, natomiast słabszy od Sulka obiektywizm. Za to lepszy niż ten od Crystal Cable, który to kabel najmocniej narzucał styl własny i najbardziej upiększał (skądinąd znakomicie).

To wszystko jednak skażone było naturalnymi ograniczeniami słuchawek, niezdolnych do przekazania całej energii zawartej w nagraniach i jednym przetwornikiem pokrycia z odpowiednim zróżnicowaniem pasma. Tak więc na drugie danie czterodrożne kolumny.

Na wstępie mała dygresja, ale o dużym znaczeniu. Wspominam o tym, bo skierowano do mnie niedawno pytanie: Co wybrać – odtwarzacz czy gramofon? I zdałem sobie sprawę, że odpowiedź do pewnego stopnia jest względna. Otóż jeżeli używasz słuchawek, to różnica nie będzie zasadnicza. Będzie spora, na pewno, ale z pewnością nie tak duża, jak kiedy słucha się przez kolumny zdolne oddać wiele energii, czyli po prostu dobre i duże. Wówczas różnica bardzo urasta, a odsłuch niżej opisany był tego dobitnym przykładem. Kolumny Audioforma, wyrażając się językiem prasy brukowej, dosłownie zmiażdżyły słuchawki dozą podawanej energii i różnorodnością brzmienia. Z tego względu ten odsłuch był jednak bardziej miarodajny, a w każdym razie robiący na testerze większe wrażenie.

Tym razem Sulek zabrzmiał ciemniej i oczywiście energiczniej. Trysnął energią i potęgą, bardziej skupiając się na muzyce i przyjemności z niej czerpanej niż na technicznych aspektach. Nie silił się na przenikliwość, mocne światło i akcentowanie różnic między dźwiękami, dbając przede wszystkim o całościowy wyraz, odpowiednio zgodne uformowanie całości, odpowiednią dozę akcentów basowych i odpowiednią gładkość. Zarazem z mocno odczuwalnym srebrzeniem sopranowym i należytą ekspozycją szczegółów.

Jedyna ale istotna nowość względem Himalaya bez PRO.

Niemniej dbałość o całościową siłę wyrazu, a przede wszystkim potęgę brzmienia, wysuwała się na plan pierwszy. Dawało to ciekawy melanż, bo z jednej strony potęgę orkiestry, z drugiej spokojne, lekko przyciemnione ale także śladowo podbarwiane sopranem wokale, a z trzeciej skrzypce raczej kruche i skupione bardziej na srebrzeniu strunowym niż mocy i ukazaniu pudła. Generalnie więc brzmienie starające się o jednolitość, ale nie do końca ją realizujące. Mocne w wyrazie całościowym i dobre w czysto muzycznym, mające jednak pewne braki po tej i tej stronie.

Odsłuch cd.

Po drugiej stronie już tylko symetryzujące wygląd zgrzewki.

   Że tak się działo, to pokazał wzięty na drugi strzał Crystal. Nie będę rzeczy skrywał, podobał mi się najbardziej. Piszę o tym poniekąd z żalem, bo żadna to przyjemność móc skonstatować przewagę wyraźnie najdroższego kabla. O ileż milej byłoby mieć sytuację odwrotną, móc chwalić tańsze jego kosztem, ale tak się nie stało. Na pocieszenie uwaga, że nie wszystko miał najlepsze, lecz na sromotę taka, że jednak w sensie przyjemności zwyciężył wyraźnie. Dlaczego tak się stało, to miało dwie przyczyny. Po pierwsze największą dawkę mocy, po drugie śpiew najpiękniejszy. Słuchając „muzyki mocy” – całych orkiestr, rockowych koncertów, elektronicznych popisów, zwłaszcza basowych – zostałem wręcz porażony. I szczerze powiem, do tej pory nie było mi wiadome, że sama zmiana interkonektu może moc całościową do tego stopnia zmieniać. Nie było, bo sam zwykle nie korzystam i inni recenzenci też nie przy porównaniach ze źródeł gramofonowych. Nie są one wygodne, nie wszyscy nawet je mają. Poza tym wciąż pokutuje konotacja, że gramofony to nisza. Ale jeżeli słuchasz dużych kolumn, to nieposiadanie gramofonu jest grzechem z tych poważnych i sam nie wiesz ile tracisz. „Wulkan energii” – w tych dwóch słowach zamknąłem kwestię energetyczną, konstatując przewagę Crystala bez potrzeby dodawania czegokolwiek. Sulek nieznacznie ustępował, KBL nieco wyraźniej. Z pewnością było to następstwem dawkowania przez poszczególne kable basu; wzdłuż jego osi ilościowej rozlokowała się potęga. Im więcej basu, tym potężniej; im więcej sopranów, tym wątlej. To niby żadna tajemnica, ale kiedy się słucha, rzecz okazuje się niebanalna. Bo mocy zastąpić się nie da – ani wdziękiem, ani szczegółowością, ani też ruchliwością. Moc wbija słuchacza w fotel i nie ma z nią dyskusji. Oczywiście jak ktoś lubi słuchać cichutko lub na średnim poziomie, to nie będzie to mieć znaczenia, ale na realistycznych poziomach głośności ma i ma bardzo. Dotyczy to każdej muzyki: poważnej, jazzu, filmowej, elektronicznej, rozrywkowej, rocka. Bo muzyka to energia i ma kluczowe znaczenie, jak duża. Ale kabel Crystala na najpotężniejszej dawce energii nie poprzestał. Nią sprawiał moc muzyki i siłę czucia przestrzeni, a jeszcze prócz tego najpiękniej śpiewał. Najpiękniej i na czarnym tle, z nasyceniem (ale nie tłustym a naturalnym) i ze świetnym różnicowaniem skal dynamicznych solisty i orkiestry.

Gramofonowe źródło dużo zmienia.

Także z pełną szybkością i dokładnością wypowiedzi. Przy naturalnym cieple, z akcentami i na pudło i strunę, przy pełnej złożoności głosowej i jednolitej formie wyrazu. Jasnym po chwili się stało, że to przetworniki słuchawek, scalając zbytnio przekaz, nie mogły oddać złożoności, jaką w istocie oferował. Kolumna nie miała z tym problemów i zachowując jednolitość ukazała wewnętrzne bogactwo. I w taki do tego sposób, że śpiew rodził się najpiękniejszy. Leciutko złagodzony sopranowo, faworyzujący niższe rejestry, ale szczególnie ujmując, wpadający prosto do serca. Jednocześnie spójny i bogaty, przejrzysty i potężny. Zdolny przekazywać szczególną atmosferę każdego jednego nagrania, należycie różnicować je jakościowo i zarazem zachowywać przyjemność. Zasługa też w tym była niewątpliwie lampowego toru i kolumn Audioforma, a przede wszystkim gramofonu. Ale jak dużo znaczy sam interkonekt, było aż nazbyt widoczne; nieznośne wręcz oczywistością, drażniące odmiennościami. Topowy przewód od Crystal Cable nie zawsze wypada tak udanie. Potrafi zagrać zbyt pogłosowo, potrafi trochę obco. Ale w torze lampowo-analogowym z realistycznymi w przyjazny sposób kolumnami od Audioforma dał autentyczny popis i muszę to mu oddać.

W nowej kombinacji sprzętowej KBL Himalaya PRO podkreślił swoje cechy – wybitną przenikliwość oraz szczególną rzewność. Nie był tak romantyczny, nasycony i całościowo śpiewny jak topowy przewód Crystala, ale dobitnie przenikliwy i głęboko penetrujący, a także świetnie ukazujący wszelkie nostalgie i żale. To w oczywistym następstwie faktu, że podawał najwięcej sopranów i w sposób wyczuwalny je wyodrębniał z przekazu. Znowu więc dźwięk najjaśniejszy i najmocniej podkreślający szczegóły, zasobny wszakże jasnym, ekspresyjnym, urzekającym światłem. W tym wszystkim także ciepły i nie ciepły zarazem, to znaczy z ciepłem nie zwracającym uwagi, ale kiedy się wsłuchać oczywistym. Ogólnie tonacja więc lekko ku górze, odwrotnie niż u srebrnego konkurenta, i poprawiająca nastrój świetlistość, zwiększająca nieznacznie szczegółami i komplikacją obrazu potrzebę koncentracji słuchacza. Nie bowiem ciemna gęstość z tłem czarnym i muzyką skondensowaną, ani bliska neutralności równowaga u Sulka, tylko transparentność, wyraźność i szczegółowość, z posturą lżejszą, bardziej misterną, kruchą. Największa spośród porównywanych skłonność do analizy, ale takiej w tle, nie zasłaniającej muzyki. Bo zarazem nie tylko piękne światło i ciepła atmosfera, ale także gładź przed chropawością i wydarzenia muzyczne przed wszystkim. Tyle że sama muzyka delikatniejsza, jaśniejsza, z tendencją do analizy, lecz osobiście, we własnej postaci, a nie jako puder, dodatek.

Certyfikat.

W tym miejscu mała uwaga, a ściślej przypomnienie. Każdy kabel potrzebuje chwili ogrania, jakichś bodaj dziesięciu minut. Dlatego porównania „natychmiast po” nie są miarodajne, a w odniesieniu do flagowego KBL Sound już szczególnie. Szybko zwróciło moją uwagę, że najbardziej ze wszystkich trzech się zmieniał – w pierwszej chwili zbyt szorstki, jasny i zbyt analityczny (choć w stopniu minimalnym) po chwili łapał muzyczny wiatr w żagle – ciemniał, gęstniał i epatował lepszym płynięciem. Przejawił także coś jeszcze: w torze komputerowym, czyli mającym niższą jakość, działał wybitnie łagodząco – uspójniał, łagodził ostrości, upiększał tym swoim światłem Tak więc, paradoksalnie, nie miał tendencji to podostrzania tego co i tak ostre, tylko przeciwnie – łagodzenia. Zaskakująca cecha, niemożliwa do odgadnięcia, zawdzięczana najpewniej modułom od Jacka Bybee.

Wracając do maksymalnej jakości. Na tle porównywanych spójność i gładkość pokazywał flagowy KBL nieco mniejszą, niemniej z tego samego jakościowego piętra, natomiast wyraźnie ponad upojność i romantyzm przedkładał trzeźwy realizm. Mocniejsze więc akcentowanie każdej słabości nagrań, brak zgody na niedociągnięcia, nie upieranie się przy muzykalności za wszelką cenę, nie upiększanie. Trudno orzec, na ile za sprawą samego zamysłu konstruktora, na ile jako pochodna tego, że więcej sopranów niż basów, ale w praktyce odsłuchowej realizm wytężony, bez cesji na rzecz makijażu. Wciąż także najlepsze widzenie w głąb i akcent na złożoność głosów pośród ogólnej gładkości i niewątpliwej śpiewności. Mniejszy nacisk na wypełnienie, większy na przenikliwość. Więcej rzewności niż wesołości czy zadumy, wyraźnie słyszalne szumy tła. Słabsze natomiast czucie przestrzeni, skutkiem mniejszego ciśnienia basu. Dźwięk szybki i przede wszystkim różnorodny – najbardziej różnorodny z porównywanych. Tak więc dla miłośników gęstej spójności z mocnym dołem, dającej przede wszystkim poczucie urody, melodyjności i piękna – Crystal Cable. Dla mniej zasobnych kieszeni osób chcących dobrze wyważyć dół z górą, mniej ciemny i mniej śpiewny ale wciąż akcentujący bardziej piękno niż realizm – Sulek. A dla chcących zachować piękno, ale w kontekście realistycznych ujęć, które nie chcą niczego maskować, a już zwłaszcza przy wybitnym sygnale – KBL Sound Himalaya PRO.

Podsumowanie

Każdy kabel ma dwa końce. Nie zawsze, okazuje się, jednakowe.

   Testowany kabel okazał się mieć naturę złożoną, wysoce zaskakującą. Początkowo słuchałem go w torze komputerowym, gdzie był pastelowy i najłagodniejszy. Epatował spokojem, elegancją i muzykalnością niezmąconą, której żadne wybryki toru nie mogły wybić z bycia sobą. Myślałem więc wtedy o nim jako o takim właśnie – niewzruszenie spokojnym i muzycznie wybitnym. Podpięty do toru słuchawkowego na bazie gramofonu pozostał w dużej mierze taki, ale przejawił już pewne skłonności analityczne, naturę bardziej poszukującą. Przyłożony na koniec do kolumn tą drugą naturę wzmocnił, okazał się poszukujący zawzięcie i dobitnie realistyczny. Penetrujący w dźwięki i daleko w głąb sceny, bezkompromisowo wyciągający na wierzch słabsze składniki nagrań. Nie jednak w taki sposób, żeby dokonać sekcji i zostawić za sobą martwe, rozczłonkowane ciało, tylko nie skrywając aspektów analitycznych zalać całość pięknym, urzekającym światłem i podtrzymać formę muzyczną oraz urodę dźwięku. Urodę sopranowo kruchą, delikatną, misterną, chociaż nie przesadzajmy, potrafiącą także z nóg zwalać mocą. KBL Himalaya PRO nie przoduje pod względem zwalistości i wypełnienia, i nie tak często operuje najniżej schodzącym basem, ale nie byłby kablem high-endowym gdyby tych rzeczy nie potrafił, a high-endowy jest.

W punktach:

Zalety

  • Realistyczne podejście.
  • Szczegółowość.
  • Szybkość.
  • Gładkość.
  • Przenikliwość.
  • Wyraźność artykulacji.
  • Misterność.
  • Delikatność.
  • Naturalistyczne ciepło.
  • Długie podtrzymywanie dźwięku.
  • Nieobojętność uczuciowa.
  • W tym pewna rzewność, poruszająca duszę.
  • Pietyzm dla drobnych dźwięków.
  • Ogólna dźwięczność.
  • Świetne widzenie na głębię.
  • Dobitna złożoność głosów.
  • Jasne i piękne światło.
  • Pewna doza łagodzącego spokoju.
  • Szczególnie dobrze sprawdzająca się w słabszych torach.
  • Ogólnie jednak nieskłonność do maskowania słabości.
  • Lecz z analizą w tle, a na pierwszym miejscu muzyką.
  • Mocny, złożony akustycznie bas.
  • Lekko powściągane, ładnie podawane pogłosy.
  • Rugowanie dudnienia.
  • Głęboka i szeroka scena.
  • Dobra stereofonia.
  • Precyzyjna lokacja źródeł.
  • Wypośrodkowany horyzont.
  • Brak skłonności do sybilacji.
  • Szczytowa technologia na bazie monokrystalicznej miedzi.
  • Najwyższej klasy izolacja ze spienionego teflonu.
  • Dopasowane do przewodnika miedziane przyłącza od WBT.
  • Filtry kwantowe Bybee Technologies. (Ewenement.)
  • Praktyczny w użyciu.
  • Bo lekki.
  • Giętki.
  • Z dokręcanymi zaciskami.
  • Skromny lecz efektowny wygląd.
  • Uznany twórca z zagranicznymi sukcesami.
  • Made in Poland.

Wady i zastrzeżenia

  • Nie dla miłośników upiększeń, maskowania słabości i uprzyjemniająco obniżonego pasma.
  • Także nie dla wolących ciemne i gęste brzmienia.
  • Bardzo wysoka cena, wpisująca się w całe to kablowe wariactwo.

Producent o swoim kablu

W kablach sygnałowych Himalaya PRO z Serii Signature użyte zostały te same przewodniki, co w dotychczas flagowym modelu Red Eye Ultimate, ale ich liczba jest dwa razy większa, a topologia bardziej rozbudowana. Wykonane są z czystego monokrystalicznego srebra lub miedzi (do wyboru) pozyskiwanych w procesie OCC (Ohno Continous Casting). Jest to specjalna metoda metalurgiczna, która sprawia, że żyły przewodzące mają doskonale jednorodną strukturę molekularną, a zarazem najwyższej klasy czystość. Pojedyncze kryształy metalu osiągają długość 125 m, tak więc w każdym odcinku kabla dowolnej długości mamy JEDEN kryształ od wtyczki do wtyczki. Dzięki temu strumień elektronów przepływa przez taki przewodnik nie napotykając żadnych barier i nie ulega degradacji. Sygnał przesłany tą drogą charakteryzuje się największą gładkością i naturalnością, wynikającą z braku opóźnień fazowych i zniekształceń. Izolatorem tych przewodów jest teflon spulchniony bardzo drobnymi pęcherzykami powietrza, co znacznie wpływa na poprawę jego właściwości pożądanych w tej aplikacji. To najdroższe rozwiązanie, ale nie ma współcześnie lepszego dielektryka do zastosowania w praktyce. Kable są na kilka sposobów ekranowane, a dalej kolejną osłonę tworzy wielowarstwowa otulina, która ochrania przewody przed wibracjami pochodzącymi z zewnątrz.

Interkonekt Signature Series Himalaya oferujemy również w wersji PRO, w której zastosowane zostały dodatkowo kwantowe puryfikatory Bybee Technologies. W rezultacie tych bezkompromisowych rozwiązań uzyskaliśmy kable, które wprowadzają w magię muzyki z pełnym ładunkiem emocji i ze wszystkimi niuansami we właściwych proporcjach. Himalaya PRO reprezentują najwyższy światowy poziom kabli połączeniowych bez względu na cenę.

Z dumą i wielką przyjemnością możemy poinformować, że interkonekt Himalaya razem z kablem zasilającym z tej serii jest używany w roli referencji w systemie redakcji Hi-Fi i Muzyka. Przez magazyn High Fidelity wyróżnione zostały Nagrodą Roku 2015.

Pokaż artykuł z podziałem na strony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy